Archiwa tagu: życie

Nie rozumiem dlaczego

W sobotę dostałam wiadomość, że pewien chłopak popełnił samobójstwo. Nie znałam go dobrze. To był młodszy brat moich znajomych. Pamiętam go jako małego siedmioletniego może trochę starszego dzieciaka, który nie był w stanie usiedzieć na miejscu i nie dało się nad nim zapanować. Przyznam szczerze, ze później był dla mnie kimś, kogo znałam raczej ze słyszenia. Czytaj dalej

Próby wymuszeń

Dziś tak na szybko. O próbach wymuszeń. W pracy starej takowe mnie spotkały. Najpierw, gdy położyłam na stół swojego bezpośredniego przełożonego wypowiedzenie. Pomijam, że mi groził niepodpisaniem dokumentu i rozstaniem w niesmaku, a także powiadomieniem nowego pracodawcy o tym, jak odchodzę. Po kilku dniach zapytał się mnie, czy może zostanę na dłużej z nimi. A czy ja dostałam jakąś inną ofertę niż zastraszanie? Czytaj dalej

SuperW_logotyp

Miło czasem zrobić coś dobrego. Szlachetna Paczka :)

Dzisiaj chciałabym poświęcić te kilka (i więcej) bajtów danych na coś dobrego. I tutaj nie wiem, jak to wszystko napisać, żeby nie brzmiało patetycznie. No i jak nie przemycić moich głupawych żarcików… Zacznę więc może od sytuacji, która kiedyś mi się przydarzyła. Szłam sobie dumnym krokiem do swej niezmiernie ważnej pracy kelnerki w nadmorskiej smażalni. Nagle podbiła do mnie kobieta około trzydziestki z dziećmi. I zaczyna nawijać, żebym jej dała 20 pln. Z grubej rury zaczęła, nie tam od zetki, czy dwóch. Tak więc pytam „A dlaczego miałabym dać?” „Bo ja jestem samotną matką, nie mam pracy.” I standardowa nawijka, jak jej źle i jak to ciężko takie dzieci samej wychować (z tym akurat nie polemizuję). „A czemu pani nie pójdzie do pracy?” Zaczęła się krzywo wymigiwać. Już wiedziałam, czym to pachnie. „U nas w barze szukają pomocy kuchennej. Stawka jest dobra, to może pani odstawi dzieci i pójdzie, to zagadam z szefową?” Wykrzywiła się jak środa na piątek. „Żebym tak rybą śmierdziała, jak…” „No jak kto? Jak ja? Akurat co dzień chodzę do pracy. A nie stoję z wyciągniętą ręką na deptaku i czekam aż mi ktoś da.”

No i tu jest clue. Jak pomagać mądrze? Bo jak powiedział Ferdynand K. „kasę to by każdy chciał, a robić to ni ma komu!”. Skąd wiemy, że oddane przez nas rzeczy będą służyły komuś faktycznie potrzebującemu? Że trafią do takich osób, które są w kłopotach i mimo wszelkich starań nie dają rady z tego wybrnąć? Że nie mają recepty na życie „Jestem biedny, więc ktoś mi pomoże. W końcu to obowiązek pomagać biednym. A za 1500 to mi się robić nie opłaca. Wolę posiedzieć w domu.”?

Na takie akcje to ja nie idę. Dlatego naprawdę spodobała mi się idea SZLACHETNEJ PACZKI. To jest inteligentna pomoc. Chodzi o to, żeby dać wędkę, a nie rybę. Wiadomo, że nie każdy takiej wędki chce (jak ta kobieta, która nie chciała śmierdzieć rybą jak ja). Dlatego cały pic polega na tym, żeby znaleźć takich, którzy tej wędki będą chcieli. Takich, którzy znaleźli się w dołku tzw. niezawinionej biedy i pragną się z niej wyrwać. Jak to się robi? No właśnie, do tego potrzebni są Wolontariusze, którzy spotykają się z różnymi ludźmi. Rozmawiają, obczajają temat i w ten sposób wyłania się tych, którzy mądrej pomocy chcą. Oczywiście nie idzie się tak prosto z ulicy, tylko przechodzi szkolenia, które pozwalają nabyć obycia i względnej odporności na różne sytuacje.

Co robi taki Wolontariusz oprócz szukania potrzebującej osoby? Pośredniczy między nią, a Darczyńcą. Bo przecież nie każdy jest stworzony do tego, czym zajmuje się Wolontariusz. Można dać coś od siebie – czyli zmontować tę właśnie paczkę i  zostać Darczyńcą :) Zachęcam gorąco do jednego i drugiego! Ja zastanawiam się nad zostaniem Wolontariuszką. Nie chcę tu ściemniać, że na bank nią zostanę, ale sobie przemyślę sprawę. Nie bardzo mam co dać i mój budżet nie udźwignie zrobienia paczki dla kogoś, ale myślę, że znalazłabym w sobie tyle siły i chęci, żeby poświęcić drugiemu człowiekowi trochę swojego czasu w miejsce przeglądania demotów ;)

Przeczytałam prawie całą stronę SuperW oraz Szlachetna Paczka i mogę z czystym sumieniem stwierdzić, że mi się to podoba. Bardzo, bardzo. Przy tej okazji napomknę, że czytając te wszystkie materiały, spociło mi się oko (tak tak, nawet taki twardziel jak ja, się wzrusza). Są już realne wyniki działań z poprzednich lat – w 2012 roku udało się dotrzeć do 13 235 rodzin! Pan Karol otrzymał wózek, dzięki któremu pierwszy raz od wielu lat zobaczył krakowski rynek. Pani Jadwiga znalazła pracę. Pan Zbyszek ma z kim porozmawiać. Ciężko mojemu rozumkowi ogarnąć, jak trudno musi być człowiekowi zamkniętemu w czterech ścianach, samotnie…

Chyba można śmiało powiedzieć, że poziom naszej empatii jest całkiem dobrym wykładnikiem naszego człowieczeństwa… No i z samego dna często lepiej widać Twoją twarz :) Mam nadzieję, że także będziecie chcieli pomóc :)

Linki do Szlachetnej paczki zamieściłam już w tekście, ale jakby co to: www.superw.pl i www.szlachetnapaczka.pl ;)

Pozdro i pamiętać, że na Was liczę!!

Jakby trochę lepsze życie dzięki rewelacyjnej diecie

Ostatnio mi się polepszyło. Dlaczego? Bo jeżdżę więcej na kozie :) Swoją drogą, taka mała anegdotka. Stoję sobie na przejściu, czekam na zielone. Obok stoi skin ze swoją skin-dupą. „Eeee… patrz jaki ma fajny rower!” Przyznam, że nieco mnie zmroziło. Ciemno jak w dupie, nikogo oprócz mnie i nich, więc moja paranoja się aktywowała. A pan skin mówi „A co w nim fajnego? Jaka blondi taki rower.” Dalej stoję cicho, bo lubię swoje zęby. Na to pani dupa skina „Ale jest biało czerwony! Idealne polskie barwy. Też bym taki chciała. Napisałabym sobie Polska dla Polaków.” No i moja gęba się odezwała. Sama, chociaż prosiłam ją, żeby siedziała cicho. „Chyba go przemaluję. Stop rasizmowi.” I pojechałam. No musiałam to powiedzieć. Musiałam. Jakoś to było silniejsze ode mnie.

A wracając do polepszenia, to już wiem skąd się wzięło pogorszenie. Od radykalnego zmniejszenia ruchu, kawy, alkoholu, frustrującego życia zawodowego. Ostatnio tak sobie myślę, że chcę się przebranżowić i wrócić do swojej poprzedniej drogi zawodowej. Ja to lubiłam i byłam w tym dobra. W swojej obecnej tyrce się nie odnajduję. Umowy, papiery, faktury, przetargi… To nie mój świat. Żadnej mechaniki, żadnych zagwostek konstrukcyjnych, żadnych wykluczających się parametrów… Moje serce inżyniera krwawi w tym kieracie. Owszem praca jest miliony razy mniej odpowiedzialna i w sumie luźna, ale dupa mnie już boli od przyspawania do krzesła przez osiem godzin. Ja tak nie umiem. Czuję taką tęsknotę. Jak dziki zwierz w klatce. Niby mu lepiej, bo ma pełną michę i ciepłe posłanie, a gdzieś coś ciągnie… Nie potrafię żyć bez produkcji. Niby chujowy pieniądz, niby zjebka goni zjebkę, ale są emocje. Coś z czegoś powstaje. A nie kolejne segregatory.

Naprawdę jest ze mną lepiej. Wiem już czego chcę. To chyba większa część sukcesu. I czuję się z tym wspaniale. Tak jakby ktoś zapalił mi światło w ciemnym korytarzu. Tak jak bohater metro2033 czuł zawsze ulgę widząc, że tunel się kończy i dociera do stacji. :) Do mojej radości przyczyniły się też efekty mojej diety. Dieta ta jest cudowna i wprawia wszystkich dietetyków w osłupienie, że sami na to nie wpadli. W ciągu miesiąca schudłam z 59-60 do ca. 55 kg. Zdradzę nazwę tej diety – MŻ, czyli Mniej Żreć. Proste i szybko przynosi efekty. Jem tylko wtedy, gdy jestem głodna. Cztery posiłki dziennie. I schudłam. Proste. Można? Można. Nawet wyciągnęłam z dna szafy część ciuchów.

Co tam jeszcze dobrego? Wznowiłam chodzenie do kosmetyczki – trzeba trochę o siebie zadbać. I nabyłam… srajfona. Tak. Ja zdecydowany przeciwnik obgryzionych owoców. I stwierdzam, że jest spoko. Jestem wręcz zachwycona. Miałam kilkanaście telefonów. Żaden nie spełniał moich oczekiwań w takim stopniu jak ten. Dobra koniec tych przechwałek.

Pozdrawiam i dobrej nocy życzę!

Światełka w tunelu raczej nie widać

Nie lubię pisać takich rzeczy. Ale miałam plany. Nawet co do postów. Chciałam napisać o swoich wakacjach w Amsterdamie. Już miałam wybrane fotki. Ale tego nie będzie.

Bo znowu to mnie napadło. Najpierw myślałam, że to tak jak co miesiąc, czyli przed okresem – ogólny kryzys, dół i marazm. Myślałam, że przejdzie. Nie przeszło. Jest coraz gorzej. Już nie nastąpiła radość i względne zadowolenie…  Ja się zwyczajnie boję. Boję się, że pewnego dnia zrobię to, o czym coraz częściej myślę. Nawet myślałam, jak to zrobię. Kiedyś zdarzało się to rzadko. Z cztery pięć razy w roku. Teraz myślę, o tym co dzień. Po kilka razy.

Co dzień płaczę. Z jakiejś takiej bezsilności. Wszystko mnie przygnębia. Nawet muzyka, którą lubię. Nic nie ma sensu i nic nie poprawia humoru. Nic mi się nie podoba. Tak jakby ktoś podmienił mi mózg. Sama siebie nie poznaję. Wszystko mnie denerwuje i dołuje. Każdemu źle życzę. Nigdy tak nie miałam. Cieszę się jak jest brzydka pogoda. Joga nie pomaga. Doprowadza mnie do płaczu. Pilates to samo.

Czuję się tak jakby z każdym dniem i każdym oddechem umierała mała cząstka mnie. Komórka po komórce. Z każdą chwilą znikam. Stara ja, wesoła optymistka. Pojawia się pozbawione jakiejkolwiek chęci życia pudełko, w którym już nic nie ma. I naprawdę nie wiem, co mam zrobić. Nie potrafię sobie pomóc. Wszystkie moje sposoby zawiodły.

O dziecioróbstwie, ślubach i kredytach

No szlaken trafiren. Tyle było ciekawych wydarzeń w tym tygodniu! Prawie straciłam pracę. Byłam u fryzjera i ścięłam ponad 20 cm moich blond kudłów. Teraz mam takie ledwo do ramion. Było też kilka iście bulwersujących sytuacji w naszym zakładzie pracy. Niestety o tym nie napiszę, bo… weszłam na fejsbuka przed napisaniem posta. Już nigdy tego nie uczynię. Teraz będę najpierw pisać post, potem przeglądać twarzo-książkę.

Straciłam swoje natchnienie, bo poraził mnie „wyczyn” jednego znajomego. I teraz nie wytrzymam, jak tego nie skomentuję. Jest taki koleś, który od dwóch lat ponad rozkłada mnie swoją życiową logiką na łopatki. Zaczęło się od tego, że znalazł sobie laskę, z którą wzięli ślub. Nic w tym dziwnego, że się pobrali. Nie jedna para ma za sobą taki początek. Ona nie miała pracy, a on miał dorywczą. Zadłużyli się na ślub i wesele. W tak zwanym międzyczasie dorobili się dziecka. Potem zadłużyli się na coś tam jeszcze w postaci mieszkania i samochodu. Żyli tak sobie około roku spłacając kredyty.

Wtedy on poszedł do nowej pracy. W tej nowej pracy poznał kolejną dupencję. Zaczęli flirtować, spotykać się i romansować. Aż wreszcie romans przerodził się w związek. Tak więc zostawił swoją pierwszą żonę z dzieckiem – wzięli rozwód. On wziął kolejny ślub z koleżanką z pracy. Kupili sobie pieska. A teraz zrobili sobie dziecko. Wrzucają na fb kolejne zdjęcia testu ciążowego, widok płodu z usg. Nie do końca rozumiem z czego on się tak cieszy. Nie ma nawet ćwiartki na karku, a już ma kredyty do spłacania, byłą żonę z dzieckiem, nową żonę z dzieckiem w drodze. Dobrze nie wszedł w życie, a już ma więcej zobowiązań niż włosów na głowie.

Nie twierdzę, że ja jestem taka znowu zajebista i pozjadałam wszystkie rozumy jednocześnie wchodząc w posiadanie patentu na życie. Sama nie wiem, co ze sobą począć. Zastanawiam się, czy stać byłoby mnie na dziecko i stwierdzam, że raczej nie. Niektórzy się nie zastanawiają albo nie wiedzą, jak się zakłada gumkę najwidoczniej. Może ja po prostu za dużo myślę? Mogłabym np. się nie zastanawiać i pewnego pięknego dnia stwierdzić, że „chyba będę miała dziecko.” Póki co nie odczuwam takiej potrzeby. Wręcz przeraża mnie myśl o koszmarze porodu i chodzenia z brzuchem wielkim jak słonica. W ogóle przeraża mnie perspektywa tego, że po urlopie macierzyńskim moje stanowisko pracy mogłoby zostać „zlikwidowane”.

Generalnie zaczynam czuć się dziwnie. Większość moich znajomych jest już po zawarciu związku małżeńskiego i ma dzieci albo te dzieci są w drodze. A ja nie mam ani jednego, ani drugiego. Nie odczuwam jakiejś specjalnej rozpaczy z tego powodu. Jestem w związku, a na dziecko nie czuję się jeszcze gotowa. Zaczynam mieć wrażenie, że nie postępuję zgodnie z jakimś schematem. Powinno być studia, praca, ślub, dziecko. U mnie studia, praca, związek partnerski, czyli nielegalny i gorszy według naszego zaściankowego państwa.

Kilka lat temu większość wśród znajomych patrzyła się dziwnie, nieco podejrzliwie, ale i z zaciekawieniem na dziewczyny, które wpadły. Potem był czas, że zaczynało się to robić normalne, że koleżanki się rozmnażały, bo związki, bo coś tam. Teraz to na mnie zaczynają patrzeć podejrzliwie i jak na zjawisko. Najbardziej rozpierdalają mnie pytania „a wy co? kiedy jakiś ślub, dziecko?” Jakbym to od rodziny słyszała, która o dziwo nie dręczy mnie takimi tematami, to bym się nie dziwiła. Ale jak zadają mi takie pytania znajomi, to zaczyna mnie to po prostu wkurwiać. Mam ochotę odpowiedzieć, żeby nie wpieprzali się z buciorami w moje życie. Jakby mogli to by mi do kibla wleźli, czy co? Wiadomo, że gdybym zaciążyła albo byśmy się zaręczyli, to bym sama się pochwaliła. A tak wyskakuje mi ktoś z takim pytaniem i chuj znajet, czego w odpowiedzi oczekuje.

Najgorzej to jest jak zaczynają się dochodzenia „dlaczego?”. Litości. Co to kogo w ogóle? Co mam odpowiedzieć na takie pytanie? O związkach partnerskich nie chce mi się rozwodzić wtedy, bo zaskakująco duża część moich znajomych ma na ten temat takie zdanie jakby była z PiS. Tacy młodzi, a stereotypami myślą. Wtedy nie chce mi się komuś udowadniać, że moja racja jest najmojsza. To tak jakbym chciała komuś wykazać wyższość fanów pomidorówki nad zwolennikami ogórkowej…

To samo tyczy się tego, że moim życiowym marzeniem nie jest biała suknia z welonem, gromadka rozwrzeszczanych, usmarowanych i wiecznie czegoś chcących dzieci. Nie śnię o tym po nocach i nigdy nie zastanawiałam się, jak będzie wyglądało moje wesele. Myślę, że nie jestem w stanie zrealizować się poprzez gotowanie, sprzątanie, usługiwanie mężowi i niańczenie dzieci. Cóż, nie jestem na pewno i raczej nigdy nie zostanę typową Matką Polką. Jestem Inżynier Blondyną ;)

Nie było, a jest

Już myślałam, że ze mną wszystko OK. A jednak nie OK. Wróciłam do stanu sprzed roku. Kompletna depresja. Chciałabym coś napisać na blogu, a nie mogę się w sobie zebrać. Chce mi się tylko siedzieć i płakać. A najchętniej spać. Co rano toczę ze sobą walkę, żeby w ogóle wyleźć z łóżka. Wbijam sobie do głowy, że jednak warto, bo jak nie wyjdę, to będzie jeszcze gorzej. I tylko z obaw przed konsekwencjami wychodzę. Czas przecieka mi przez palce i jestem wiecznie zmęczona. Jeszcze dobrze oczu nie otworzę, a już myślę o tym, żeby iść spać!

Pogrążyłam się w jakimś dołku rezygnacji. Mimo wszelkich starań – tyję dalej. Już chyba nie ma co się łudzić, że w swoją starą garderobę zmieszczę dupsko. Lepiej wydać te ubrania biednym dzieciom – dorosła kobieta raczej się w ten rozmiar 32/34 nie zmieści. Przez dłuższy czas bałam się, że mam guza wątroby. Kiedyś na badaniu USG lekarz przypadkiem wychwycił torbiele. Ale zapewnił mnie, że 3/4 dorosłej populacji takowe posiada i nie są niczym strasznym. No więc się nie martwiłam. Do swego ostatniego badania u lekarza rodzinnego. Miętolił mi brzuch i nagle w okolicach wątroby się zatrzymał. Orzekł, że niedobrze, bo mocno napuchnięta.

I wtedy zaczęłam się zastanawiać nad sobą. Ciągle czuję gorycz w ustach, której nie sposób niczym zagryźć. Język mam żółty, a nie palę. Myślałam, że to od herbaty. No i boli mnie we wskazanym przez lekarza miejscu. A jak z tych torbieli wyrosło nagle jakieś niewiadomo co? Przecież walą do tego żarcia teraz jakieś chemiczne ulepszacze, spulchniacze, zagęstniki, antyzbrylacze i chuj znajet co jeszcze. Równie dobrze można się nażreć nawozu i wyjdzie na to samo. Jak ta biedna wątroba ma to wszystko przerobić? Nic dziwnego, że w wieku lat niecałych trzydziestu wysiada.

Ostatnio pogorszyło mi się nawet tak, że jak rano wstawałam to już mnie bolała wątroba… Nic miłego. I tak się męczę w nieświadomości, a do lekarza zwyczajnie boję się iść.

Do tego mój dołek psychiczny sięgnął tych rozmiarów, że nawet zaniechałam chodzenia na fitness. Co prawda przez tydzień, ale zawsze. Nawet nie odwiedzam blogów, które lubię, bo nie chce mi się lapka włączać.

Mam nadzieję, że uda mi się z tego wygrzebać i wrócić do świata żywych. Bo teraz autentycznie nie chce mi się żyć i nie widzę sensu w czymkolwiek.

Kim jest niepełnosprawny?

Zastanawialiście się kiedykolwiek nad swoim pierwszym skojarzeniem, obrazkiem jaki widzicie w głowie, myśląc „niepełnosprawny”? Czy nie jest to tak, że większość z nas widzi osobę na wózku inwalidzkim? Przyznam, że sama też tak mam. Dlaczego zaczynam ten temat? Ponieważ wokół nas jest wiele osób niepełnosprawnych. I wbrew powszechnej świadomości nie wszyscy nie mogą (z różnych przyczyn) chodzić. Problem niepełnosprawności i jej postrzegania przez społeczeństwo najprościej pokazać przytaczając rzeczywiste sytuacje z miejsc parkingowych.

Jak wiadomo, na każdym parkingu jest jedno lub dwa miejsca, na których mogą stanąć tylko osoby niepełnosprawne. Dodatkowo niepełnosprawność musi być udokumentowana i trzeba posiadać specjalną plakietkę wydawaną przez urząd miasta uprawniającą do postoju w takich miejscach. Proste? Proste. Kto może otrzymać taką plakietkę? Każdy niepełnosprawny nie wchodząc w szczegóły. A więc np. osoba po wielokrotnych zawałach, osoba bez którejś z kończyn, z brakiem narządów wewnętrznych, osoba niepełnosprawna umysłowo. Co więcej, na takim miejscu może zaparkować jej opiekun, aby ją podwieźć gdzieś lub odebrać skądś. Do czego zmierzam? Już wyjaśniam.

Świadomość naszego społeczeństwa na temat niepełnosprawności jest raczej hmm… niska. Proste przykłady. Moja Mama jest niepełnosprawna. Nie porusza się jednak na wózku. I parkuje na takim miejscu tylko wtedy, gdy zwykłe są zajęte. Ostatnio pojechałyśmy do galerii (galeria-rezerwuar tematów ;) ), a że był duży tłok, zaparkowałyśmy właśnie na miejscu dla niepełnosprawnych. Wysiadamy. Czekam jeszcze na Mamę, a tu staje przede mną wyfiokowana paniusia i się w głowę stuka. „O co chodzi?” pytam. „Popatrz sobie, gdzie stanęłyście.” „Dobrze wiem, gdzie stanęłyśmy.” Na to podchodzi jej mężuś w gajerku, wyglądający jak biznes man z reklamy „No tak, staną takie pipy na kopercie i niepełnosprawny już nie ma miejsca.” Wkurzyłam się. Nie wie, a gada buc jeden. „Wie pan co? Idziesz pan z dzieckiem i takich słów używasz? Poza tym skąd pan wie, że któraś z nas nie może stanąć na tym miejscu.” „Tak. Akurat. Widać, że zdrowe jesteście. Niepełnosprawni jeżdżą na wózkach! A z was żadna nie wygląda na kalekę.” Chyba moja Mama dobrze mnie zna, bo wzięła mnie pod ramię chwytem policyjnym i powiedziała „Wiesz co? Szkoda gadać. Idziemy.” „Ale…” „Chodź. Nie ma sensu z głupim się użerać.” I poszłyśmy. Krzyczeli, że zgłoszą to do ochrony. Jakie musiało być ich zdziwienie, gdy nikt nie wzywał nas przez megafon do opuszczenia tego miejsca. A ja i tak byłam już cały czas zła. Mama mówi, że już się przyzwyczaiła i nie zwraca na to uwagi. Tamci nawet nie spojrzeli, że mamy plakietkę do takiego parkowania… A nie pomyśleli, że ja np. mogę być niepełnosprawna umysłowo? I że mam na to orzeczoną grupę inwalidzką?

Albo inny przykład. Znam pewnego faceta. Nie ma nogi. I też może parkować w miejscu dla niepełnosprawnych. Nosi protezę i utyka. Opowiadał, jak kiedyś jechał i zaparkował sobie. Po chwili biegnie do niego parkingowy. „Panie! Gdzie pan stajesz?” „Jestem niepełnosprawny.” „No jasne! Utykasz pan, bo kolanko boli i już niby niepełnosprawny?” „Proszę pana, mnie kolanko nie boli. Nie mam jednej nogi.” „Hahaha! Jak pan nie masz, jak pan stoisz?” „Czy mam panu okazać legitymację?” „Nie! Pokaż pan ten brak nogi!” Dopiero, jak podwinął nogawkę od spodni, parkingowy uwierzył. Spalił się podobno ze wstydu i przepraszał. Ale co po takich przeprosinach? Przecież skoro ktoś stoi na obydwu nogach, to na pewno jest z nim wszystko ok. ;/

Nieraz przyjmowałam joby na głowę czekając na Mamę. „Gdzie tu stoisz dziewczyno? To dla niepełnosprawnych.” „I dla osób transportujących niepełnosprawnych także.” „Nic mi o tym nie wiadomo.” „To proszę się douczyć, bo chyba pan nie do końca ogarnia swój zakres pracy.” „Bezczelna dziewucho pokaż plakietkę.” Pokazuję. „Zdjęcie!” „Nie pokażę zdjęcia, bo to nie moje. Ja jestem tylko osobą przewożącą.” I tak w kółko ćwiczymy ten dialog do znudzenia, aż przychodzi „osoba”, pokazuje legitymację i parkingowego zatyka.

Ale to jeszcze nic. Szczytem było stwierdzenie naszej byłej sąsiadki. „O ****, ale ty masz fajnie z tym swoim kalectwem.” Wytrzeszczyłam oczy, jakby mi ktoś między pośladki wetknął przewód podłączony pod 230V. Mama zapytała „Po czym wnosisz?” „No bo masz legitymację i możesz sobie parkować za darmo.” Kopara zjeżdżała mi coraz niżej, a ona prowadziła wywód o obsłudze bez kolejki w sklepach i innych przywilejach. „Nic mi nie wiadomo, o tym wszystkim. Zawsze stoję w kolejkach, jak każdy inny. A i wiesz co? Oddaj mi swoje zdrowie, a ja chętnie oddam ci chorobę i przywilej w postaci darmowych miejsc.” To chyba najlepsza puenta na zakończenie.

Jestem zdegustowana

Dobrze, że na święta pojechaliśmy do Torunia. Bo w tym swoim mieście bym nie wytrzymała. Tu jakoś łatwiej mi nie myśleć o pracy. A mam o czym myśleć. Miała miejsce obrzydliwa sytuacja. Najpierw kazali nam wypełniać wnioski o dodatek świąteczny (de facto z naszego funduszu socjalnego). Było mówione, że go dostaniemy. Nie myślałam specjalnie o tym dodatku, bo nie pracuję nawet całego roku. Poza tym, gdzieś pod skórą czułam, że będzie chujnia z tym dodatkiem. I czułam bardzo dobrze.

Jeszcze cały zeszły tydzień byliśmy chwaleni, że produkcja ma 2 razy większy wynik niż w zeszłym roku, że nie jest najgorzej. Cały czas było mówione, że dodatek dostaniemy. Nie zaplanowałam wydatków, bo nauczyłam się na studiach, że nie planuje się (ani nie wydaje) pieniędzy, których się nie ma. Zresztą nie wiedzie mi się najgorzej. Jak coś mogę w ostateczności poprosić rodziców o pomoc. Ale są u mnie ludzie, którzy zarabiają 1300 zł na rękę i są jedynymi żywicielami rodziny. Generalnie większość produkcji nie zarabia wiele. I ładnie to dzień przed świętami mówić, że dodatku nie będzie wcale? Można było od razu powiedzieć, że dodatku z funduszu nie będzie. Ciekawe na co został przeksięgowany? Ciekawe, czy handlowcy nie dostali swoich premii rocznych?

No tak się nie robi. To jest obrzydliwe. Dać ludziom nadzieję na dodatkowy pieniądz. Szczególnie tym, którzy żyją od pierwszego do pierwszego. Bo nie mają innego wyjścia. A co jak z tych pieniędzy zaplanowane były prezenty dla dzieci? Co im się powie „jednak zarząd stwierdził, że nie da nam kasy”? Zaraz po tej wiadomości był strajk. Stanęły prawie wszystkie brygady. O dziwo u mnie coś robili. Ale nawet nie miałam śmiałości marudzić, żeby robili szybciej. Powiedziałam tylko, że proszę, żeby dziś robili cokolwiek. Mieli zostać dłużej. Nie zostali. Mieli przyjść do pracy dziś. Nie przyjdą. A ja nie mam wstydu w takich okolicznościach prosić ludzi o nadgodziny. Tak więc jestem zdegustowana. To jest chamstwo. Tak się nie robi. Gdybym była na ich miejscu bym strajkowała. Ale mi nie wypadało. Dlatego coś robiłam. Chociaż widząc ludzi i atmosferę, to mi się odechciało wszystkiego. I jeszcze komuś zostają złudzenia, że w przyszłym roku będzie się chciało komukolwiek szybciej pracować?

Piękny prezent dla załogi od Zarządu Spółki. W imieniu załogi serdecznie dziękuję i życzę wesołych świąt – wam na stołach jedzenia na pewno nie zabraknie.

Ćmy drogowe

Zmierzchnica trupia główka

UWAGA!! Proszę ten wpis potraktować poważnie. To są serious badania, a nie jakieś tam pitu pitu!

Ciocia wikipedia mówi, że podział na ćmy i motyle jest dość sztuczny i nie wyjaśnia ewolucyjnej drogi, jaką „podążyły” te obydwa gatunki. Clue jest takie, że jedno swoją aktywność ma w nocy, a drugie w dzień. To nocne z tytułu ciemności jest bure, ciemne i bez światła trudne do zauważenia. A po co do wspomnianego światła leci? Tego naukowcy nie mogą z całą pewnością wyjaśnić. Nuda, że aż zęby bolą.  Tylko, że właśnie wpadłam na to, że istnieje trzeci niesklasyfikowany gatunek. Jakaś forma przejściowa pomiędzy człowiekiem, a ćmą. Nawet nie zamierzam dociekać, jak przebiegało krzyżowanie. Szukałam po sieci, ale znalazłam tylko wzmiankę o Mothmanie. Podobno widziano go ostatnio w Wirginii Zachodniej w okolicach Point Pleasant w latach 1966-1967. Potem zniknął.

Myślę, że zawędrował do Polski, naskładał jajec, a potem rozpleniło się to wszędzie. Pewnie teraz myślicie, że mam ostro zryty beret. Że sobie coś tam wymyślam, bo mi mózg zlasowało od nadmiaru wrażeń na hali produkcyjnej. Otóż nie. Od około roku obserwuję w drodze do i z pracy owe zjawisko (człowieka ćmę). Jak łatwo się domyślić, ćma ta zmierza w kierunku światła. Ponieważ siedliska tego gatunku znajdują się w pobliżu dróg, ów stwór tam bytuje i swoją aktywność przejawia po zmroku i przed świtem.

Na podstawie obserwacji wyróżniłam już kilka podstawowych gatunków Człowieka Ćmy. Pierwszy to Ćma Zwrotnikowa. Porusza się wzdłuż jezdni zdecydowanym krokiem. Uszy ma zatkane słuchawkami swojego smartfona. Tak więc, gdy nagle przypomni jej się, że chyba mija swój cel podróży, wyskakuje na jezdnie i biegnie na oślep. Najprawdopodobniej wychodzi z założenia, że wszyscy kierujący pojazdem domyślają się tego, że właśnie zmieni trajektorię. Potraktowana ostrzegawczym sygnałem dźwiękowym najczęściej pokazuje „faka” albo puka się w głowę.

Drugi gatunek to Ćma Dostojna. Najczęściej jest to wypindrzona lala, która swoje najnowsze kozaczki z galerii postanawia przetestować na asfalcie. I do osiedlowego sklepu przemieszcza się wybiegowym krokiem. Czasem jest to dostojny emeryt, który musi zrobić zakupy właśnie w czasie, kiedy pracująca część populacji spieszy się zarabiać na ZUSowskie świadczenia. Nic sobie nie robi z wysiłków kierowców, którzy próbują ją ominąć i nie przyliczyć stłuczki z autem z naprzeciwka. Oczywiście modna ćma ma całe odzienie czarne/bure/szare tak, abyśmy zobaczyli ją w ostatniej chwili.

Ćma Mobilna. Porusza się na jednośladzie. To jakiś wyższy szczebel ewolucji. Najczęściej można ją spotkać na drogach wiejskich i osiedlowych. Gardzi odblaskiem, tudzież kamizelką. W końcu jak się potrąci ją, to i tak będzie wina tego w samochodzie. Ćmy takie poruszają się czasem parami. Aby było weselej i bardziej zaskakująco, jadą obok siebie. Jak zauważysz jedną, a drugą miniesz na tzw. lusterko, to jedyne co przychodzi do głowy, to jakaś soczysta wiązanka. I już ciśnienie podniesione. Można dzięki nim zaoszczędzić na kawie.

Ćma zaskakująca. Dziwny twór. W przeciwieństwie do Ćmy Zwrotnikowej, czai się zawsze za krzakami, dużymi pojazdami (dostawczak, bus, itp.), murkami, blokami, winklami. Na odgłos nadjeżdżającego pojazdu wyskakuje na jezdnię z ukrycia. Robi wielkie oczy i się gapi z głupim zaskoczeniem. Zaiste niezwykła obecność samochodu na szosie…

Ćma Zawiana. Jest szczególnym gatunkiem. A raczej mutacją, która objawia się wśród wszystkich gatunków. Porusza się w sposób niemożliwy do przewidzenia. Widząc ją, należy czym prędzej wyminąć obiekt na bezpieczną odległość. Bo jak potrącisz, to będzie zaklinać się na wszystkie świętości, aby nie wzywać policji. A jak wytrzeźwieje, to Cię pozwie i oskarży o ucieczkę z miejsca przestępstwa.

Drogie Ćmy!! Kupcie sobie kur*a odblaski! Jak już musicie dreptać jezdnią, to chociaż bądźcie widoczni z odległości większej niż pięć metrów. Jak jesteście szaro-burzy, to najprędzej wystraszycie kierowcę. Życie Wam nie miłe? A najlepiej to idźcie sobie na chodniki, ścieżki rowerowe i inne wyznaczone dla Was miejsca. Nie chcę kiedyś dostać zawału w drodze do pracy.

Czy się stoi, czy się leży dwa tysiące się należy!

Normalnie idzie się załamać. Stajesz na głowie i na rzęsach, żeby wszystko śmigało. Układasz plany produkcyjne, robisz prognozy i wydajesz dyspozycje. Załatwiasz, żeby odciążyć zaopatrzeniowca od pewnych spraw. A on dalej jęczy, że nie jest w stanie wszystkiego zamówić. I dalej jest nie na czas materiał. Mówi, że robi zamówienia. A jak dzwonisz do dostawcy, okazuje się, że owszem zrobił, ale nie wysłał do dostawcy. Czyli nie zrobił.

Idziesz do księgowości i żebrzesz na kolanach (prawie) o pieniądze. Idą przelewy. Sprowadza się materiał. W ostatniej chwili rzucasz na halę. Wręcz niesiesz w zębach materiał, aby jeszcze coś podgonić. Uratować sytuację. Aby mogli realizować plan, który dostali na początku miesiąca i własnoręcznie podpisali. Potem taki skurwiel wyrzuca ten plan do kosza i człapie się do szefa strzelić z dupy. „Panie prezesie, bo ja nie mam materiału na czas. Bo ja muszę po niego chodzić. Bo ja to nie wiem, co mam robić. Nie dają mi planów.” Wchodzi do Ciebie szef i Cię opieprza. Nie wiesz o co chodzi. No jak nie dajesz, jak dajesz. I nagle Ci się przypomina, że pracownik ten dostał reprymendę, bo został kilka razy wcześniej przyłapany na chodzeniu na papierosa w czasie pracy. To się zemścił. I masz po głowie.

Wchodzisz na halę. Materiał wala się po ziemi. A kilka minut wcześniej piszczeli, że „zgubił się” tłok. O! Podkładek i uszczelek też nie było. A dwa siłowniki tajemniczo się zdematerializowały. Materiał wymieszany, jak groch z kapustą. Puste kartony i folia walają się po ziemi. Wołasz ludzi, żeby ogarnęli śmietnisko. Ociągają się i wreszcie sprzątają. W końcu okazuje się, że trzeba było prawie godziny, żeby to uprzątnąć. Znalazło się przy okazji kilka części, na wyroby, które już pojechały. No dobra, myślisz sobie, zabiorę to z powrotem na magazyn.

Wracasz do swojego pokoju i próbujesz ustawić produkcję chociaż na kolejne dwa dni. Nagle wpada handlowiec. Nie rozumie, że to naprawdę nie Twoja wina, że dostawca przysłał wadliwe materiały. Nie rozumie też, że facet na cnc źle ustawił maszynę i fi otworu jest za duże. „Bo u was ciągle coś cieknie”. I koniec tematu. „Idę do szefa! Jesteście beznadziejni. A w ogóle to ja chcę, żeby wyrób X zszedł przed wyrobem Y.” Wzdychasz. Ale wiesz, że musisz rozpieprzyć cały cykl, bo z handlem nie wygrasz. Człapiesz się z rezygnacją znowu na halę. Martwisz się, że oderwiesz ludzi od pracy. Wchodzisz i nie wierzysz oczom. Stoją i herbatkę piją. Śmieją się z radością. „Słuchajcie, herbatkę popijacie, a produkcja stoi jak stała. Byłam godzinę temu i widzę, że nic nie poszło do przodu.” „Bo kierowniczko za taki pieniądz, to nam się nie chce.” „To ja wam przyniosę papier i piszcie wypowiedzenia. Jest na wasze miejsca mnóstwo chętnych.” „Ale kierowniczko, my nie chcemy do innej firmy, bo tu jest dobrze.” Zaczynasz bluzgać tak szpetnie, że uszy im więdną. Kiwają głowami i biorą się do roboty. Idzie do końca dnia. Na drugi dzień znowu siesta. I od nowa.

Pracownik opuszcza stanowisko pracy. Nikomu nie mówi. Wraca. Pytasz go gdzie był. „W toalecie.” „A kebaba z klozetu wyciągnąłeś?” „No dobra, byłem po kebaba.” „Masz naganę. Przegiąłeś.” „Ale kierowniczko!” „Koniec gadki.” Piszesz upomnienie. Po godzinie przychodzi do Ciebie szef. „Pani nie może ich tak terroryzować. Każdy musi zjeść.” „Tak od tego jest przerwa. A on samowolnie opuścił stanowisko pracy, nikomu nie dał znać i kłamał, że był w toalecie.” „Ale pani Inż. Blon. to taki duży facet na pewno był głodny. Poza tym pani na nich krzyczy.” „Krzyczę rzadko kiedy. Ale jak materiał wala się po podłodze to nie mogę tego znieść.” „Ale to pani powinna im stworzyć warunki, żeby się nie walał po podłodze.” „Załatwiłyśmy im regały na materiały drobne, pojemniki na śmieci, oczyściłyśmy i opisałyśmy magazynek podręczny. To co nie jest ciężki same nosimy im na halę. Czy mamy targać rzeczy, które ważą po 15-20 kg?” „Eee… no nie. Ale to trzeba im czasem posprzątać trochę.” „Słucham? A czy nam ktoś stanowiska pracy sprząta? Układa arkusze, karty rozliczeń brygady i zamówienia? Co dzień są rozmowy…” „Nie no, dziewczyny, wy się weźcie w garść, nie możecie tak chłopakom robić pod górkę.” Stwierdzasz, że nie ma sensu dyskutować. Kiwasz głową i wracasz do swojej pracy.

Po chwili człapie do Ciebie jeden z pracowników. Ten od kebaba. Chce się zwolnić na trzy dni. Bo ma badania okresowe. Dzwonisz do kadr. Wcale nie ma badań w tym terminie. Mówisz mu o tym. Klei buraka. Po czym na drugi dzień i tak nie przychodzi. W międzyczasie kłamie jeszcze, że zrobił swoją pracę. Rano patrzysz, zrobił 70%. Udupia wszystkich w tym momencie. Musisz dzwonić do handlu i poinformować, że niestety ale wyrobu nie dostaną. I słuchasz wrzasku w słuchawkę. Potem znowu przychodzi szef. „Co wy robicie? Czemu nie zeszło na czas.” Opowiadasz sytuację. Nie było materiału, bo nie było płatności. Pracownik nawalił, oszukał, a potem nie przyszedł. „Oj, proszę panią! Mnie to nie interesuje. Wyroby mają schodzić na czas.” „A co jak mi nie płacą za materiał? To skąd mam go wziąć?” „No nie wiem dziewczyny, wymyślcie coś. Upomnienia, ani nagany dla niego nie podpiszę, bo uważam, że jest bezzasadne.”

I weź tu sobie produkuj. A pomyśleć, że stając przed wyborem „księgowość”/”produkcja” wybrałam to drugie. Bo lubię, jak się coś dzieje. No to się dzieje. Aż do obrzydzenia się dzieje.

Liebster blog – czyli wynurzenia Blondyny ;)

Oczywiście refleks szachisty. A może inżyniera? Zabieram się za LB.

Liebster Blog

Ryzykantki, które zaprosiły mnie do zabawy, a jednocześnie skazały blogsferę na poniższe dyrdymały, to:


http://krainamarzenisnow.blogspot.com/
&  
http://kokolinkowyswiat.blog.onet.pl/

Zasady: ,,Nominacja do Liebster Award jest otrzymywana od innego blogera w ramach uznania za „dobrze wykonaną robotę” Jest przyznawana dla blogów o mniejszej liczbie obserwatorów więc daje możliwość ich rozpowszechnienia. Po odebraniu nagrody należy odpowiedzieć na 11 pytań otrzymanych od osoby, która Cię nominowała. Następnie Ty nominujesz 11 osób (informujesz ich o tym) oraz zadajesz im 11 pytań. Nie wolno nominować bloga, który Cię nominował.”

Pytania od Emilii:

1. Twoje największe marzenie? Zacytuję tu kandydatki na miss „żeby był pokój na świecie”. A z bardziej przyziemnych i egoistycznych to podróżować i pisać. Szczególnie marzą mi się Indie i Turkmenistan.
2. Masz jakieś hobby? Taaa, no raczej – moja praca związana z produkcją. Przy swojej pensji można nazywać ją jedynie „hobby”. Oprócz tego joga, blogowanie, fitness, książki fantasy. No i moje nieco zaniedbane ze względu na permanentne danie dupy przez Blizzarda Diablo!
3. Co o sobie sądzisz? To zależy od fazy cyklu.
4. Jakiej muzyki słuchasz? Usłyszałam ostatnio, że małe blondyny słuchają zajebistej muzyki. W moim przypadku się to sprawdza ;) hip hop, reggae.
5. Bliscy, znajomi wiedzą, że blogujesz? Wiedzą.
6. Lubisz czytać książki? Uwielbiam.
7. Twój ulubiony/a aktor/aktorka? Nie prowadzę takich rankingów. Albo film był dobry i wszystko mi odpowiadało włącznie z grą aktorską albo było do bani. I nie uratuje tego nawet najlepszy aktor.
8. Wakacje w Polsce czy zagranicą? Za granicą. Nasza infrastruktura turystyczna jest słaba w porównaniu do zachodu, a na wschodzie zobaczę coś czego nie widziałam u nas.
9. Uprawiasz jakiś sport? Patrz pkt 2.
10. Jesteś zadowolona ze swojego życia? Jeśli nie, to co byś w nim zmieniła?  Jestem zadowolona. A lista rzeczy, które bym zmieniła jest za długa do tej zabawy. Nie chcemy przecież zamęczyć potencjalnych czytających.
11. Najlepszy okres Twojego życia, to…? Studia. Ale wierzę, że coś zajebistego dopiero nadchodzi. Czuję to pod skórą. I to nie jest świerzb :P

Pytania od Kokolinki:

1. Jak brzmi Twoja definicja słowa przyjaciel? Myślę, że nie da się z sposób jednoznaczny i czytelny zdefiniować pojęcia, które niesie ze sobą tak wiele, a jednocześnie jest tak bardzo abstrakcyjne. Jednego można być pewnym, tych prawdziwych policzy się na palcach jednej ręki i będą z Tobą zawsze.
2. Co w sobie lubisz? Ciekawe pytanie. Najbardziej to, że ciągle stawiam sobie nowe cele. Potem oczywiście narzekam, że jestem urobiona po pachy. Ale przynajmniej zawsze mam co robić.
3. Co byś w sobie zmieniła? Impulsywność i nerwowość. I zmieniam to. Powoli…
4. Bez jakiej rzeczy nie wyobrażasz sobie życia? Bez elektryczności oraz źródeł energii w postaci gazu, ropy, węgla.
5. Jaką książkę byś poleciła innym? S. King „Mroczna Wieża” (cała saga), D. Glukchovsky „Metro 2033″, Ch. Paolini „Eragon”, T. Canavan „Trylogia czarnego maga” i wiele wiele innych.
6. Wierzysz w to, że przyszłość jest nam zapisana? Nie. Przyszłość jest koniunkcją konsekwencji naszych działań i zmiennej losowej. O ile to możliwe ;)
7. Jaki jest twój ulubiony kolor? Uzasadnij swój wybór Nie mam ulubionego koloru.
8. Milczenie jest złotem? Zależy od sytuacji.
9. Kim jest według Ciebie psycholog? Człowiekiem, który zna i potrafi wykorzystać błędy w kodzie systemu zwanego ludzką psychiką.
10. Która z życiowych mądrości przez Ciebie wyznawanych jest według Ciebie najważniejsza i dlaczego? „Żyj tak, abyś mógł bez wstydu spojrzeć w lustro” Tego nie trzeba wyjaśniać.
11. Jakie miejsce zajmuje w Twoim życiu blog który prowadzisz? Daje poczucie wolności. Mogę pisać co chcę, kiedy chcę i o czym chcę. Fajne.

OK. Starałam się odpowiadać na pytania krótko i zwięźle. A teraz moje nominacje:


http://krzyki-w-ciemnosci.blogspot.com/
oraz     
http://kierowniczkazamieszania.blog.onet.pl/
i      
http://loaloa.blog.onet.pl/
a także   
http://melavien.blogspot.com/
nie mogłabym zapomnieć o  
http://vois-la-vie-en-rose.blogspot.com/
ani o    
http://rudydziennik.blogspot.com/
a także o   
http://zawszewbiegu.blog.onet.pl/

A teraz moje pytania :D

1. Co daje Ci energię do życia?

2. Jakie są 4 rzeczy, które zabrałabyś ze sobą z domu, wiedząc, że już tam nigdy nie wrócisz?

3. Dlaczego założyłaś bloga?

4. Jaką pogodę lubisz najbardziej?

5. Co sądzisz o portalach społecznościowych?

6. Czego nigdy byś nie ubrała wychodząc z domu?

7. Czym jest dla Ciebie makijaż?

8. Gdybyś mogła kupić wielką, dochodową korporację, czy zrobiłabyś to?

9. Dlaczego?

10. Jakie filmy poleciłabyś innym?

11. Co sądzisz o takich łańcuszkach?

Dzięki za uwagę! Pozdro!!