Archiwa tagu: związki

Ubezwłasnowolnienie na własne życzenie

Mamy dwudziesty pierwszy wiek. Emancypacja kobiet podobno postępuje. Niektóre świecą cyckami, inne kiełbasą. Możemy studiować, pracować w zawodach, które jeszcze czterdzieści lat temu były przewidziane tylko dla facetów. Możemy żyć w związkach nieformalnych, rozwijać się, realizować swoje pasje. Możemy sobie nawet zagłosować na Korwina-Mikkego. Czytaj dalej

I tak mi się serce ściska, gdy Wujka widzę

Co jedna pomyłka może uczynić w życiu człowieka? Myślę sobie często o różnych osobach i o tym, jak potoczyło się ich życie. O swoim też. Zwykle nie oceniam i nie mówię nikomu o swoich przemyśleniach. Przecież to tylko moje refleksje. Ale gdy patrzę na swojego Wujka, to mi się przykro robi. I myślę sobie, że gdyby nie spotkał mojej Ciotki, to może by się to wszystko inaczej skończyło.

Nie będę się wgłębiać w historię ich małżeństwa, bo to nie jest serwis o związkach damsko-męskich. Stwierdzam tylko, że muszę odwołać swoje słowa krytyki pod adresem Wujka z wpisu pt. „Gala boksu”, w którym to objechałam go, że się za laską oglądał. A co mu w sumie w tym życiu zostało? Jakbym miała taką żonę, to też bym na inne kobitki zerkała. Dobrze, że chociaż na tzw. łajzy nie chadza, ale to chyba tylko dlatego, że nie ma odwagi.

Jak to się stało, że po roku tak mi się pogląd zmienił? Bo trochę z Mamą rozmawiałam o różnych rzeczach i o Wujku też. Nigdy nie wnikałam w jego życie, bo i po co? Wszystko zaczęło się od tego, że powiedziałam „Wiesz co? Spotkałam Wujka w sklepie i wyglądał jak jakiś no… dziad. Taki zapuszczony, wymiętoszony, w brudnych spodniach. Co się z nim dzieje w ogóle?” No i usłyszałam. Całą opowieść. Totalne zaskoczenie dla mnie, bo był zawsze facetem przebojowym, duszą towarzystwa z mnóstwem znajomych i biegających za nim babek. Generalnie kiedyś dobrze się ubierał, wyglądał i był zadbany. Grał w nogę, w pewnej drużynie w ekstraklasie, cały świat zwiedził… Nie, że się przechwalam. Chodzi o to, że świat stał przed nim otworem. Mógł mieć wszystko, co chciał.

A teraz? Ciotka, która sama za nim chodziła i prawie, że na kolanach błagała, aby się z nią ożenił, robi z niego dziada. Po pierwsze, wsiadła na kasę. Skąpi na wszystko. Na jedzenie nawet. Kiedyś zamiast gotować normalne zupy, robiła tylko chińskie i inne instant cuda. Dzień w dzień. „Przecież to taniej niż kupić kość i warzywa, i jeszcze doprawić.” W końcu się dorobił Wujas jakiejś alergii, której efektów pozbywał się prawie rok. Oczywiście wypominki były, że takie drogie te leki. Że jakby takim pieskiem francuskim nie był, to by mu nie zaszkodziło…

Na wczasach także mieli interesujące akcje. Ciotka po dwie, trzy kreacje na każdy dzień. A Wujek? Cztery koszulki na cały wyjazd? Dlaczego? Bo więcej podobno mu nie potrzeba. I tak sobie chodził po dwa dni w jednej i przepierał… A milejdi co rusz zmieniała kreacje. Jeszcze gorzej było, gdy miał ochotę na piwo. W barze hotelowym piwo kosztowało 1,2 euro. W sklepie obok 1 euro. Ciotka wymuszała kupowanie piwa w sklepie. No więc on kitrał te puszki i po tajniacku do pokoju wnosił. Pojechał facet na urlop i nawet piwka nie mógł na spokojnie wypić. Kawa? To samo! Musiał sobie w pokoju parzyć w czajniku przywiezionym prosto z polskiej ziemi. I nie dziwota, że wkurwiony chodził…

A poza tym wszystkim, jak to wygląda na co dzień? Chodzi w jakichś znoszonych ubraniach, natomiast ona wystrojona. On dostaje ubranka z głębokiej wyprzedaży. Najlepiej, żeby nie kosztowały więcej niż 50 zł. Ona biega w najnowszych kolekcjach. Poniżej 200 zł zwykle nie schodzi. Najgorsze jest to, że nawet na okulary korekcyjne mu żałuje. Powiedziała, że ma sobie odłożyć „jakoś”, bo ona takich rzeczy sponsorować nie będzie. Dlatego niesamowicie się ucieszył, gdy moi rodzice powiedzieli mu, że w ramach prezentu świątecznego dołożą mu do tych okularów. Czekam tylko, aż sama zacznie źle widzieć. Ciekawe, czy wtedy będzie taka mądra…

Nie wiem, jak to się stało z nim, że dał się tak wmanewrować i wysterować. Nie chcę się zastanawiać, czy sam jest sobie winien, czy nie. Nie o to tu chodzi. Jak osoba niby najbliższa może tak z drugiej zrobić swoje popychadło… Pomijać potrzeby i zdrowie? Jak dla mnie niepojęte. I dlatego mi smutno, kiedy patrzę na niego, takiego sponiewieranego.

O dziecioróbstwie, ślubach i kredytach

No szlaken trafiren. Tyle było ciekawych wydarzeń w tym tygodniu! Prawie straciłam pracę. Byłam u fryzjera i ścięłam ponad 20 cm moich blond kudłów. Teraz mam takie ledwo do ramion. Było też kilka iście bulwersujących sytuacji w naszym zakładzie pracy. Niestety o tym nie napiszę, bo… weszłam na fejsbuka przed napisaniem posta. Już nigdy tego nie uczynię. Teraz będę najpierw pisać post, potem przeglądać twarzo-książkę.

Straciłam swoje natchnienie, bo poraził mnie „wyczyn” jednego znajomego. I teraz nie wytrzymam, jak tego nie skomentuję. Jest taki koleś, który od dwóch lat ponad rozkłada mnie swoją życiową logiką na łopatki. Zaczęło się od tego, że znalazł sobie laskę, z którą wzięli ślub. Nic w tym dziwnego, że się pobrali. Nie jedna para ma za sobą taki początek. Ona nie miała pracy, a on miał dorywczą. Zadłużyli się na ślub i wesele. W tak zwanym międzyczasie dorobili się dziecka. Potem zadłużyli się na coś tam jeszcze w postaci mieszkania i samochodu. Żyli tak sobie około roku spłacając kredyty.

Wtedy on poszedł do nowej pracy. W tej nowej pracy poznał kolejną dupencję. Zaczęli flirtować, spotykać się i romansować. Aż wreszcie romans przerodził się w związek. Tak więc zostawił swoją pierwszą żonę z dzieckiem – wzięli rozwód. On wziął kolejny ślub z koleżanką z pracy. Kupili sobie pieska. A teraz zrobili sobie dziecko. Wrzucają na fb kolejne zdjęcia testu ciążowego, widok płodu z usg. Nie do końca rozumiem z czego on się tak cieszy. Nie ma nawet ćwiartki na karku, a już ma kredyty do spłacania, byłą żonę z dzieckiem, nową żonę z dzieckiem w drodze. Dobrze nie wszedł w życie, a już ma więcej zobowiązań niż włosów na głowie.

Nie twierdzę, że ja jestem taka znowu zajebista i pozjadałam wszystkie rozumy jednocześnie wchodząc w posiadanie patentu na życie. Sama nie wiem, co ze sobą począć. Zastanawiam się, czy stać byłoby mnie na dziecko i stwierdzam, że raczej nie. Niektórzy się nie zastanawiają albo nie wiedzą, jak się zakłada gumkę najwidoczniej. Może ja po prostu za dużo myślę? Mogłabym np. się nie zastanawiać i pewnego pięknego dnia stwierdzić, że „chyba będę miała dziecko.” Póki co nie odczuwam takiej potrzeby. Wręcz przeraża mnie myśl o koszmarze porodu i chodzenia z brzuchem wielkim jak słonica. W ogóle przeraża mnie perspektywa tego, że po urlopie macierzyńskim moje stanowisko pracy mogłoby zostać „zlikwidowane”.

Generalnie zaczynam czuć się dziwnie. Większość moich znajomych jest już po zawarciu związku małżeńskiego i ma dzieci albo te dzieci są w drodze. A ja nie mam ani jednego, ani drugiego. Nie odczuwam jakiejś specjalnej rozpaczy z tego powodu. Jestem w związku, a na dziecko nie czuję się jeszcze gotowa. Zaczynam mieć wrażenie, że nie postępuję zgodnie z jakimś schematem. Powinno być studia, praca, ślub, dziecko. U mnie studia, praca, związek partnerski, czyli nielegalny i gorszy według naszego zaściankowego państwa.

Kilka lat temu większość wśród znajomych patrzyła się dziwnie, nieco podejrzliwie, ale i z zaciekawieniem na dziewczyny, które wpadły. Potem był czas, że zaczynało się to robić normalne, że koleżanki się rozmnażały, bo związki, bo coś tam. Teraz to na mnie zaczynają patrzeć podejrzliwie i jak na zjawisko. Najbardziej rozpierdalają mnie pytania „a wy co? kiedy jakiś ślub, dziecko?” Jakbym to od rodziny słyszała, która o dziwo nie dręczy mnie takimi tematami, to bym się nie dziwiła. Ale jak zadają mi takie pytania znajomi, to zaczyna mnie to po prostu wkurwiać. Mam ochotę odpowiedzieć, żeby nie wpieprzali się z buciorami w moje życie. Jakby mogli to by mi do kibla wleźli, czy co? Wiadomo, że gdybym zaciążyła albo byśmy się zaręczyli, to bym sama się pochwaliła. A tak wyskakuje mi ktoś z takim pytaniem i chuj znajet, czego w odpowiedzi oczekuje.

Najgorzej to jest jak zaczynają się dochodzenia „dlaczego?”. Litości. Co to kogo w ogóle? Co mam odpowiedzieć na takie pytanie? O związkach partnerskich nie chce mi się rozwodzić wtedy, bo zaskakująco duża część moich znajomych ma na ten temat takie zdanie jakby była z PiS. Tacy młodzi, a stereotypami myślą. Wtedy nie chce mi się komuś udowadniać, że moja racja jest najmojsza. To tak jakbym chciała komuś wykazać wyższość fanów pomidorówki nad zwolennikami ogórkowej…

To samo tyczy się tego, że moim życiowym marzeniem nie jest biała suknia z welonem, gromadka rozwrzeszczanych, usmarowanych i wiecznie czegoś chcących dzieci. Nie śnię o tym po nocach i nigdy nie zastanawiałam się, jak będzie wyglądało moje wesele. Myślę, że nie jestem w stanie zrealizować się poprzez gotowanie, sprzątanie, usługiwanie mężowi i niańczenie dzieci. Cóż, nie jestem na pewno i raczej nigdy nie zostanę typową Matką Polką. Jestem Inżynier Blondyną ;)

Co można zaobserwować na L-4

No to dzisiaj jadę z grubej rury. Na początek cytuję klasyka „Jak żyć?!” Takie mam ostatnio przemyślenia. Dlaczego? Bo jestem na L-4. A wtedy mam nadmiar czasu. Wszystko co mam do zrobienia, zdążę zrobić. Obiadek ugotuję. Nawet coś posprzątam. Piszę swoją powieść. No żyć, nie umierać. Przychodzi mój facet jemy sobie razem obiadek… Człowiek wypoczęty, zrelaksowany, wyspany. Tak bym mogła co dzień. Jeszcze byłoby mnóstwo czasu, żeby o siebie zadbać. Zrobić sobie pazurki, iść do fryzjera, strzelić mejkap dokładnie, a nie na szybko jak co rano.

Normalnie byłabym wtedy jak te wszystkie zadbane laseczki, które mają bogatych mężów i nie muszą pracować. Tak jak jedna moja znajoma z podstawówki. Chodziłyśmy razem do klasy, ale nie kumplowałyśmy się zbytnio. Potem poszłyśmy do innych gimnazjów i nasze drogi się rozeszły. Spotkałam ją dopiero na studiach, gdy pracowałam w popularnej sieci fast food. „Ooo! Cześć! Co tam u ciebie?” „Hej. Spoko. Studiuję i pracuję przez wakacje tutaj.” „A co studiujesz? Bo ja studiowałam trochę kosmetologię, ale przestałam, bo mi się nie chciało.” Powiedziałam, co studiowałam. Musiałam wyjaśnić, na czym to polega. „Ojej! To strasznie trudne. Że też chce ci się. I jeszcze tutaj pracujesz. Przecież to trochę wstyd podawać hamburgery.” „Czy ja wiem? Wstyd to chyba stać przy drodze i czekać, aż jakiś napalony kierowca się zatrzyma.” „Hahaha! No, ale wiesz? Współczuję Ci bardzo. Ciężkie masz życie. Jesteś na jakichś dziwnych studiach, pracujesz w hamburgerach…” „Nie patrzyłam na to w ten sposób.” „A widzisz, ja się ustawiłam. Mam bogatego męża. Co dzień mam, ile kasy chcę na swoje wydatki i nie muszę się męczyć jak Ty.” Wtedy pomyślałam sobie, że ciekawe ma koleżanka podejście do życia. Nic nie robić, tylko doić bogatego faceta z kasy. W pewnym sensie frajera, bo biedak nie widzi, że jest tylko i wyłącznie bankomatem do zaspokajania potrzeb swojej kobiety. Jeszcze wyszła za niego za mąż, aby przypadkiem źródełko sponsoringu nie uschło.

Stwierdziłam, że ja nie chciałabym być taki pasożytem liczącym na łaskę i niełaskę męża. Lepiej mieć mniej, ale swoich pieniędzy, uczciwie zarobionych. Teraz widzę, że suma sumarum koleżanka wychodzi na swojej legalnej formie prostytucji dużo lepiej niż ja. Nie wstaje na komendę, nie stresuje się w pracy, nie użera się z nikim i pewnie nigdy nie jest zmęczona. Za to zawsze zadbana i pachnąca… Tak myślałam w pierwszym dniu zwolnienia lekarskiego. W drugim zaczęłam się już nieco nudzić. Na trzeci dzień odechciało mi się siedzieć w domu i czekać nie wiadomo na co. Zupełnie bez sensu. W ciągu dnia zrobi się tyle samo, co jakby się było w pracy. A wolny czas się dłuży i dłuży. Ileż to można te paznokcie malować?

Co więcej, nie mając po południu już kompletnie nic swojego do roboty, zaobserwowałam coś, czego wcześniej nie miałam czasu zauważyć. Po pracy przychodziłam do domu, ucinałam sobie drzemkę, a potem brałam się za obiad. Przed siedemnastą wracał mój facet i jedliśmy razem. Potem robiłam różne rzeczy. A to pranie, prasowanie, blogowanie, joga, fitness, spotkanie z koleżankami… A teraz zjadaliśmy obiad razem. Po zjedzeniu mój mężczyzna siada do komputera i sprawdza. Demotywatory, Facebook, Wykop, WP, Onet, Joemonster… Długo by jeszcze wymieniać. Albo zajmuje się swoimi tematami. Naiwnie myślałam, że zjemy obiad i porobimy coś razem. Tylko dlatego, że ja mam nadmiar wolnego czasu. A on zajęty swoimi sprawami. No tak. Wcześniej tego nie zauważałam, bo też byłam zajęta.

Naszła mnie z tej okazji taka oto konkluzja – lepiej pracować i mieć swoje życie. Opieranie swojej egzystencji w zupełności na drugiej osobie musi być strasznie nudne. Nie ważne, czy to w kwestiach finansowych, czy wspólnego spędzania czasu. Kiedyś ta druga osoba może się zniechęcić. Jeżeli związek był z miłości, to prawdopodobnie obie strony będą próbowały o niego walczyć. A jak tylko dla pieniędzy, to „bankomat” może się ocknąć i olać temat. Także po raz kolejny stwierdzam, że moje życie nie jest takie złe i że koleżanka nie miała racji. To raczej ja jej współczuję. W zasadzie współczujemy sobie nawzajem. Ja jej tego, że musi liczyć na łaskę pana, a ona mi że mam dużo mniej czasu dla siebie. Każdy kij ma dwa końce.

Materialistka

Zawsze myślałam, że nie jestem materialistką. I że ogólnie jestem w miarę znośna dla otoczenia w postaci mojego faceta. Ale niestety się pomyliłam. Uświadomiła mi to nasza rocznica. Rozmyślałam o niej już od września. Jednak poza zakupem bielizny nie zrobiłam nic w kierunku organizacji czegokolwiek. A sorry, poszłam do sklepu kupić jedzenie, żeby zrobić coś wykwintnego. Chciałam nawet wzbić się poza swój kanon. Tak czy siak całą sobotę czekałam na jakieś czekoladki, wino, tudzież chabazia.

Doczekałam się za to telefonu w sklepie „Misiu kup coś na obiad.” Na co demonstracyjnie rozłączyłam rozmowę i schowałam telefon na samo dno torebki. Już nieco zagotowana dalej kończyłam zakupy myśląc sobie „Na pewno nie zapomniał. Tylko tak udaje.” Gdy wkroczyłam do domu nie zobaczyłam żadnych oznak tego, że właśnie jest rocznica.

Po wielu perturbacjach, wzajemnych pretensjach i oskarżeniach coś zakiełkowało w głowie mojego mężczyzny. Powiedział, że jedziemy do pewnego pubu, gdzie można coś zjeść. Tylko, że nie zrobił rezerwacji. A w tej dziurze, w której mieszkamy wyjście gdzieś w sobotę bez rezerwacji jest praktycznie niemożliwe. No i zostaliśmy odesłani z kwitkiem. Poszliśmy jeszcze tu i tam. Wszędzie ta sama odpowiedź pt. brak miejsc. Oczywiście jak każde humorzaste babsko zarzuciłam focha. „Kochanie to chodź może pojedziemy na kebaba? Potem kupimy jakieś piwko/winko i miło spędzimy wieczór?” „Sam se żryj kebaba!! W dupie to mam!! Ale mi atrakcje! Dzień jak co dzień!”

Jeśli ktoś spodziewał się erudycji w tym dialogu to się rozczarował. Jeśli ktoś spodziewał się wulgaryzmów i chamstwa, spodziewał się dobrze. Potem byłam już coraz bardziej wrzaskliwa, wredna, jędzowata i opryskliwa. Darłam ryja tak głośno, że było słychać mnie chyba nawet w Watykanie. Zaczęłam nawet demonstracyjne pakowanie majtek i skarpetek. Siarczyste przekleństwa płynęły z moich ust wartkim strumieniem. W pewnej chwili usłyszałam „To Ty taka jesteś?! Nawet się nie spodziewałem. Myślałem, że jesteś inna. Ale dla Ciebie ważne to tylko wyjść gdzieś, wydać pełno hajsu. A nie liczy się dla Ciebie to, że możemy sobie spokojnie spędzić czas razem? Być ze sobą? To nie masz już radości z wspólnego spędzania czasu?”

Podziałało to na mnie jak kubeł zimnej wody. Zdałam sobie sprawę, jak głupio się zachowałam. Jak typowe pustomozgowe blond stworzenie. Czekałam, aż facet wszystko zorganizuje. Stereotypowo. Ja, która zawsze pisze, że to faceci do kobiet podchodzą stereotypowo… No cóż. Jak widać, nie ma ludzi bez wad. A ja nie wiem, co wtedy we mnie wstąpiło. W każdym razie zrobiło mi się strasznie głupio i wstyd. No bo jak nazwać takie sceny w rocznicę, tylko dlatego, że zapomniał? A jakbym ja zapomniała? No i mogłam przecież sama coś zorganizować… Najgorsze jest to, że zapomniałam co jest najważniejsze. Nie to, żeby gdzieś wyjść. Tylko żeby być razem…