Archiwa tagu: zdrowie

Po pierwsze, po co ćwiczysz?

Przygód z różnymi formami aktywności fizycznej miałam już mnóstwo. Ale dopiero teraz odkryłam pewne oczywiste fakty. Może dla niektórych to jest jasne jak słońce, jednak dla mnie nie było- osoby szczupłej, której dobre wyniki przychodziły bez bólu. Dopiero przekroczenie bariery wieku 25+ i rozmiaru 36, pomogły mi przejrzeć na oczy. Po pierwsze, po co ćwiczę? Już nie dla efektów, tylko dla zdrowia i dlatego, że to lubię. Jeśli myśli się, że trzy-cztery godziny aerobiku/jogi w tygodniu to czas zmarnowany, to jak można czerpać z tego przyjemność mając jednocześnie świadomość straty czasu? Jak w ogóle aktywność fizyczna może być marnowaniem czasu?

Odkąd przestałam traktować zajęcia jako obowiązek, zaczęły sprawiać większą przyjemność. Fajnie jest mieć jakiś cel. Na przykład – chciałabym zmieścić się w swoje stare spodnie. OK. Tylko co, gdy już się zmieszczę? Przestanę ćwiczyć? Miałam już tak nie raz. Tylko, że po każdej przerwie przychodził moment, że się nie mieściłam. Szczerze, to w pewnym momencie powiedziałam sobie, że i tak w rozmiar 32 już nie wejdę nigdy, więc nie ma co się napinać. Zaczęłam ćwiczyć dla samego ćwiczenia. Paradoksalnie cała spina puściła i mam o wiele więcej przyjemności.

Technika i systematyczność są najważniejsze. Tej jesieni byłam po kolejnej przerwie i załamałam się na zajęciach. Co prawda, jazda na rowerze sprawiła, że wreszcie przestałam sapać jakby mnie ktoś dusił po trzech minutach zajęć, ale poza tym była totalna lipa. Na prawdę, ćwiczyłam najgorzej ze wszystkich. Zwykle, gdy coś mi nie wychodziło, to rezygnowałam z tego. Pomyślałam sobie, że koniec tego. Wymyśliłam sobie plan, że trzy razy w tygodniu to absolutne minimum. I co by się nie działo, zajęć nie omijam. Po trzech tygodniach wpadłam w rytm i teraz nie wyobrażam sobie, żeby nie chodzić.

Przeniosłam się też na przód sali. Dosłownie do pierwszego rzędu, gdzie zawsze ćwiczyły najlepsze dziewczyny. To był chyba najlepszy pomysł. Chyba w końcu przestałam się przejmować tym, że wszystko wychodzi mi raczej średnio. Skoro ćwiczę dla siebie, to nic mnie nie interesuje, co sobie inni o mnie myślą. Będąc z przodu w końcu nauczyłam się kroków. Nie mam już problemów z choreografią, która kiedyś była dla mnie koszmarem. Przy robieniu wszystkich ćwiczeń w tzw. parterze podpatrzyłam u instruktorek różne myki i przyjrzałam się technice. Teraz mogę nieskromnie stwierdzić, że jestem jedną z lepiej ćwiczących osób. Ale przyłożyłam się do tego. Postawiłam sobie cel, że do czerwca będę w stanie iść na sześciogodzinny maraton fitness i nie wyjechać nogami do przodu. No i zostałam pochwalona przez instruktorkę. I to nie jedną. „Bierzcie przykład z IB, jeszcze dwa miesiące temu największy mięczak, a teraz jedna z najlepszych w grupie.” Po takim komplemencie jeszcze bardziej chce się ćwiczyć.

Nie można osiągnąć efektów, gdy ćwiczy się pojedyncze partie mięśniowe – takie moje najnowsze odkrycie. Ciało człowieka nie składa się z np. tylko mięśni brzucha albo pośladków, dlatego trzeba trenować wszystko. Zawsze unikałam i oszukiwałam na pompkach. Nie mogłam też wejść w pozycję deski. Pomyślałam sobie, że to bez sensu i zaczęłam próbować. Z bólem i frustracją. W końcu zaczęło wychodzić. Paradoksalnie, gdy wzmocniłam mięśnie brzucha, po wcześniejszym polepszeniu techniki.

Postanowiłam sobie, że za około trzy tygodnie, ćwiczenia w parterze będę wykonywać z ciężarkami na kostkach u nóg. W pracy koleżanki śmieją się ze mnie, że chyba trenuję do olimpiady i mam jakiś sezon życia. Ale ja wiem, po co ćwiczę. Na pewno, nie do olimpiady i nie dla odchudzenia. Ćwiczę dla siebie. Odkąd tak do tego podeszłam, w głowie ułożył się sam sensowny plan treningów i małe cele w drodze do celu głównego – nie przestać nigdy ćwiczyć.

Tak późno odkryłam sport, zawsze wolałam gnić z tyłkiem przed kompem. W sporcie jest jedna najważniejsza rzecz – uczy systematyczności i zdyscyplinowania, bez potu nie ma efektów. To nie jest tak, że nie ma się predyspozycji. To jest tak, że jedni potrzebują dużo treningu, a inni mniej.

Żeby nie było – nie chcę udawać Chodakowskiej, bo tak naprawdę nie interesuje mnie ona w ogóle. Od niej dużo bardziej cenię sobie swoje instruktorki fitnessu, które mają długoletni staż i dają dobry wycisk. Kilka razy robiłam sobie jej ćwiczenia z YT i zmęczyły mnie mniej niż treningi w klubie, do którego chodzę. Po prostu chciałam podzielić się swoimi, pewnie niezbyt odkrywczymi, przemyśleniami z innymi. Może ktoś ma tak samo, jak ja kiedyś, że myśli sobie „jaka ja jestem beznadziejna, nogi mi się plączą, brzuch wyłazi ze spodni, po 5 minutach jestem czerwona i zasapana – nie nadaję się do tego, pewnie cała sala ma ze mnie zwałę”. Ze mnie miały dziewczyny polewkę. Jedna nawet mi powiedziała „co robisz tam z przodu, jak tak koślawo ćwiczysz?”. Powiedziałam jej, że „Zobaczysz za jakiś czas.” Teraz to ona ćwiczy koślawo w porównaniu do mnie. Teraz już się nie śmieją. Bo gdy ja twardo cisnę wszystko bez przerwy, one leżą na matach i opuszczają kolejki. Fajnie by było, gdyby ktoś tak samo zakompleksiony jak ja, przeczytał to i się przełamał, a potem zaparł w sobie i zaczął ćwiczyć. I powoli małymi kroczkami ruszył do przodu. Takie małe sukcesy, pozwalają uwierzyć w siebie i dodają pewności. „Trzeba sporo pracy, by z grona partaczy zasilić wymiataczy.”

Pompujcie, pompujcie :)

Kilka słów o kawie i alkoholu

Jestem właśnie w trakcie trzeciego tygodnia detoksu. Od kawy i alkoholu. Jakoś tak samo wyszło. Pewnego poranka otworzyłam oczy. Bolała mnie głowa w okolicach zatok. Gardło paliło. Język miałam żółty, wory pod oczami. Całe szczęście to była sobota. Bo odbijało mi się piwem i chipsami. Nie wiem, jakbym poszła do pracy. Mam już za sobą kilkanaście epizodów, kiedy ledwo siedziałam w pracy, bo piekło mnie w żołądku, chciało mi się spać, pić, jeść i bolało mnie gdzieś za oczami. Do tego zaczęłam notorycznie zapominać. I przekładać na jutro. Zrobiłam się powolna, jak na swoje możliwości.

Zjadłam śniadanie i popiłam kawą. Liczyłam, że się obudzę, bo chciałam coś załatwić. Skończyło się na tym, że zważyłam się już kompletnie do reszty. Dochodziłam do siebie do godziny siedemnastej. Krótko mówiąc cały dzień z dupy. Jakby tego było mało, standardowo rozbolała mnie wątroba. Jak zawsze (ostatnimi czasy) po kawie. Takie uczucie jakby ktoś na wysokości przepony wciskał mi tępe narzędzie pomiędzy żebra i mieszał flaczki. To nie był kac morderca. Miałam różne zejścia nie raz i wiem, czym to pachnie. To był głos mojego organizmu mówiący „weź dobry rozbieg i pierdolnij głową w ścianę, bo się wykończysz.”

Tamtego dnia nie czułam się najgorzej w swoim życiu. Nie umiem tego opisać. Poczułam się jak wykręcona gąbka do podłogi. Taka szara, brudna i śmierdząca. Miałam autentycznie dość. Nie robiłam żadnych dziwnych postanowień poprawy. Wieczorem chciałam wypić piwo – w końcu sobota. Odpuściłam sobie po połowie. Nie smakowało mi. Tak po prostu. Na drugi dzień z rana czułam się w miarę ok. Po śniadaniu napiłam się kawy. Znowu rozbolała mnie wątroba i żołądek…

I przyszedł dzień, kiedy w pracy rano nie zrobiłam sobie kawy. Tylko zieloną herbatę z miętą. Co ciekawe, nie miałam kryzysu o godzinie 13. Cały dzień przepracowałam jak człowiek. Jeszcze po południu było nie najgorzej. Przyznam, że ten tydzień (pierwszy) był chyba najgorszym w ostatnim czasie. Byłam jakaś taka naciśnieniowana. Chodziłam jak bomba. Wszystko mnie wkurwiało. Niewiele jest osób, którym nie wbiłam jakiejś szpili w postaci wyrafinowanej złośliwości. Chyba zdążyłam wszystkim zajść za skórę. No trudno się mówi. Nikt nie powiedział, że zerwanie z wieczornym piwkiem to łatwa sprawa.

Dopiero zdałam sobie sprawę, że dwa piwa wieczorem to nie jest takie nic. Przecież jak byłam na studiach, to nie piłam tak często. Raz w tygodniu. Góra dwa. Jakie miałam problemy, żeby wstać rano! Jaka byłam nieogarnięta! A teraz fundowałam sobie takie coś prawie co dzień przez ostatnie dwa lata. Doszłam do wniosku, że sama sobie komplikowałam życie. Więc winko i piwko zostaje tylko na weekendy. Chociaż szczerze powiem, że specjalnie to nie mam ochoty na alkohol. W ogóle mi już nie smakuje…

I tak sobie trzeci tydzień egzystuję w odmętach zielonej herbaty, miętowej, czerwonej i innych dziwnych naparów. Jest spoko. Chyba zaczynam być sobą. Taką sprzed trzech lat. Skończyły się moje problemy z koncentracją. Może nie jest idealnie, ale nie jest tak jak po kawie. Gdy wypiję za dużo kawy mam dziwne zerwania filmu. Robię jedno, drugie, trzecie, niczego nie chce mi się kończyć. Zaczynam, przerywam, wracam, w końcu sama nie wiem co i po co robię. W moim przypadku kawa sprawdza się tylko na weekendy i to tylko na dni, kiedy nie muszę robić nic konstruktywnego.

Może to dziwne, ale dwie niewinne z pozoru używki jak piwo i kawa, potrafią posiekać mózg. Kiedy nie piję, czuję się autentycznie lepiej. Przez ostatnie trzy tygodnie wypiłam może ze trzy kawy i trzy piwa. I tak jest dobrze. Szczerze polecam. Dobrej nocy :)

Do samego końca?

Ostatnio martwię się o swoją koleżankę z pracy. Już myślałam, że ja jestem największym pracoholikiem, ale ona wyprzedza mnie w tym nałogu bez porównania. Jest w ciąży, w sumie to już końcówka. Niedługo ma termin porodu. I twardo chodzi do pracy. Zastanawiam się, skąd się u niej bierze ta determinacja i samozaparcie. Przysługuje jej przecież urlop z tytułu ciąży. Tym bardziej, że jest już mocno zaawansowana.

Do tego ma stresującą pracę. Bardzo stresującą. Można oszaleć, ciągłe pretensje, awantury i inne atrakcje. Ciężko to znieść normalnie, a w ciąży to pewnie już całkiem popaprana sytuacja. Taka jazda bez trzymanki. Tak myślałam sobie, że ona może jest po prostu bardzo odporna psychicznie i potrafi się wyłączyć.

Ostatnio jednak zaczęła się źle czuć. Jak rozmawiałyśmy na korytarzu, tak sobie dziwnie przysiadła. W ogóle była cała blada jak córka młynarza. W pierwszej chwili nie zwróciłam na to uwagi, bo ona miała kiedyś problemy zdrowotne i często była wręcz przezroczysta. Więc byłam przyzwyczajona do takiego koloru cery.

Potem dowiedziałam się, że ona czuje się tragicznie. W głowie jej się kręci, słabo jej i kilka razy myślała, że zemdleje. Generalnie kiepsko z nią ostatnio. Mówiła też, że opadł jej brzuch. Z tego co słyszałam, to w takiej sytuacji trzeba leżeć. Ja bym już na w takiej sytuacji była w domku i wylegiwała się w łóżku, dbała o siebie i dziecko.

Nie rozumiem tego jej chodzenia do pracy tym bardziej, że u nas jest fajna sytuacja dla kobiet w ciąży. Mogą iść na wszystkie przysługujące im urlopy i mają gdzie wrócić. Co więcej, nikt nie robi im z tego tytułu problemów, ani wymówek. Pod tym względem jest OK.  Albo dotknął ją straszny pracoholizm albo nie wiem co. Dziwię się, że ona się nie boi jakiegoś przedwczesnego porodu albo innych strasznych historii. Wszyscy mówią jej, żeby nie chodziła do pracy, bo w takim stanie już nie warto, a ona dalej chodzi. Bezsensowne poświęcenie, bo takich rzeczy potem nikt nie pamięta i nie docenia.