Archiwa tagu: zakupy

Lekcja kultury

Ostatnio miałam zaszczyt odbyć bezpłatną lekcję kultury. Jestem wprost wniebowzięta, bo taka okazja nie zdarza się często, ani nie powtarza dwa razy. Toteż po jej odbyciu czuję się osobą lepszą, bardziej obytą i światową. Rzecz miała miejsce w sklepie osiedlowym. Muszę od razu wyjaśnić, że to taki sklep, który wystrojem utknął w połowie lat 90-tych i idziesz tylko wtedy gdy musisz. Niby miejska sieciówka, niby supermarket. Tak głosi napis nad wejściem. Czytaj dalej

Koza poprawiła mi humor. Panieński też.

Tak, właśnie tak. Poprawił mi się humor. No zupełnie przypadkiem. Naprawdę. I wszystko w jedną sobotę. Najpierw zadzwoniła moja Mama. Cały tydzień nie odzywałam się do niej (w sumie to dłużej), a od Taty dowiedziała się, że kompletnie nie miała racji z samochodem. Było jej głupio, ale nie powiedziała ani słowa. Nic w  stylu „wiesz nie miałam racji, to jak tam było z tym samochodem? Zgłosiłaś sprawę do ubezpieczyciela?” Zamiast tego zapytała się mnie, czy idę na zakupy. Powiedziałam, że nie. A ona na to „To ja Ci mogę coś kupić.” Najpierw chciałam unieść się honorkiem i powiedzieć, żeby sobie sama poszła. Później jednak pomyślałam, że jak dają to tylko głupi nie bierze. W efekcie stałam się posiadaczką sukienki, nowych szpilek (niebieskich zamszowych), dwóch par leginsów. Swoje dalej myślę i swoje wiem, ale gifty trzeba przyjmować. No cóż, zrobiłam się podła.

Jak wróciłam do domu, wzięłam się z koleżanką za organizację wieczoru panieńskiego. Całe popołudnie jeździłyśmy po sklepach w poszukiwaniu ginu, wódki i przepoju. W zasadzie kupiłyśmy wszystko. Nawet zamówiłyśmy prezent i wybrałyśmy klub, żeby zrobić rezerwację. Poszło szybko i sprawnie. Nie ukrywam, że byłam w swoim żywiole. Uwielbiam takie sprawy organizacyjne. Wtedy czuję, że żyję. Poczułam się potrzebna i ogarnięta. I jakoś mi się polepszyło. Z mega czarnej dziury przetransportowałam się do dziury czarnej. Oczywiście o nastrój chodzi.

Jednak wczoraj poprawiło mi się najbardziej. Kupiłam sobie rower. Nie jakiś tam mega zajebisty albo lansiarski. Takiego zwykłego makrokesza. Dobra, sama tej nazwy nie wymyśliłam – wyczytałam na forum. Była to ostatnia sztuka przeceniona o połowę. Taka tam koza, holenderka. Wcześniej chciałam kupić Gazelle Basic, ale odstraszyła mnie cena (2499 pln) i świadomość, że mogłaby zdematerializować się w mojej piwnicy. A tu za mniej niż jedną trzecią tej ceny kupiłam podróbkę ze Świebodzina (chamsko zerżniętą z G.). Na moją częstotliwość jazdy będzie OK. Jak kiedyś zamieszkamy gdzieś, gdzie tak nie kradną, to sobie kupię Gazellę.

Wczoraj nawet jeździłam na swoim rumaku. Trochę za duży, ale i tak fajny. Jeździliśmy dość długo i bardzo mi się podobało. Mam tylko jeden mały problem… Nie umiem ruszać. Powaga. W moim starym góralu (zwanym Złomkiem), mogłam sobie ustawić pedał w odpowiedniej pozycji, gdy stałam. A tu jak rower stoi to pedały ani drgną… Do tyłu nie można ich przekręcić, bo jak kręci się do tyłu, to się hamuje. Także jeśli macie jakieś porady, jak sprawnie ruszać na kozie, to chętnie je przyjmę. Bo teraz to trochę siara, jak nie umiem na skrzyżowaniu ruszyć na światłach. A tak poza tym rower jest super. Ma zabudowany łańcuch i błotniki, dzięki czemu będę mogła jeździć w kiecce. Siedzi się prosto, kierownica jest duuuuża i wygodna. Ma nawet fajną blokadę na tylne koło – wyjmiesz kluczyk, nie pojedziesz, dobre oświetlenie z dynamo. Naprawdę, super zakup. Cieszę się bardzo, bardzo!

Dzień świra, cz. 2.

Są takie dni, kiedy od samego rana zastanawiam się, czy ten świat już zszedł na psy, czy może ludzie są tak beznadziejnie durni, czy może ja jestem tak zajebista, że całą resztę odbieram jako bagno. Potem wraz z rozwojem sytuacji często zaczynam podejrzewać, że to jakaś farsa na wzór Truman Show. Bo durnych sytuacji można w ciągu dnia mieć dwie, trzy. A ja dziś miałam ich mnóstwo. Wystarczyło wystawić łeb z klatki. Oczywiście poranek uraczył mnie dalszym wyglądem dziecka najbardziej hardcore’owej menelki i dupy pawiana. Do tego przez noc wyszły dodatkowe czerwone plamy. Postanowiłam to chociaż stylizacją (ach jak ładnie) nieco przyćmić. Ubrałam się naprawdę fajnie, bo moja Mama powiedziała „Nono, dobrze ci robi oglądanie tego Top Model, w końcu się zaczynasz ubierać jak człowiek.”

Tak czy inaczej to nie mój ubiór robił wrażenie. Tylko czerwony, spuchnięty ryj i różowe łaty na całym ciele. Naprawdę żałowałam, że nie jestem Muzułmanką, to bym się przynajmniej ukryła w jakimś hidżabie, czy co one tam noszą. A wracając do sytuacji, to proszę, pojadę po kolei.

Wychodzę za drzwi swojego ekskluzywnego mieszkania. Patrzę do skrzynki, żeby ulotki wywalić. Na to te małe szympansy i orangutany, notorycznie psujące wszystko co się da na klatce, krzyczą „tyyy, paaa na jej nogi! Łaciate! Samo mleko!” Spojrzałam nienawistnie. „A wy w szkole nie powinniście być?!” „Mamy dzisiaj wolne! A pani chyba wczoraj była na plaży, bo wygląda pani jak czerwony burak!” Machnęłam ręką i poszłam. Wyszłam z klatki, a tam nie lepiej. Dwie gorące nastolatki na widok mojego dupo-gębia, które jeszcze przedwczoraj było twarzą, ryknęły śmiechem. „Ale się zjarała!” Doszłam do wniosku, że z gówniarami nie ma co dyskutować, bo się skończy na wyzwiskach i awanturze. Wiem, jaka sama byłam w ich wieku. Lepiej nie tykać gówna, bo śmierdzi.

Szłam dalej twardo przez parking. Dwóch na oko siedemnastolatków jarało szlugi pod drzewem. „Ej, Jaro patrz!” „Na co?” „Na tamtą dupeczkę.” „Fajna nawet…” „Nooo… tylko kurewsko blada! Mogłaby się opalić trochę i było by ekstra.” „Ciszej! Słyszy chyba, bo buraka skleiła.” Nawet na nich nie spojrzałam. Rozdarłam się tylko, że odbiorę to jako komplement i żeby tyle szlug nie jarali, bo potem będą mieli problemy z potencją.

Później spostrzegłam, że wreszcie łatają dziury w naszym parkingu. W końcu, bo myślałam, że mieszkam na księżycu, a jadąc samochodem wyobrażałam sobie, że jestem w kosmicznej ekspedycji i sobie jadę eksplorerem jakimś albo czymś. Z nutką nostalgii patrzyłam na kratery, których już do następnej zimy nie zobaczę. Z zamyślenia wyrwały mnie gwizdy i okrzyki „Maniek! Rąbałbyś?” „Aż by wióry leciały!” „Ale kurwa dobra!” I inne takie. Nie pozostałam dłużna i odkrzyknęłam „Nie dla psa kiełbasa! Kultury trochę! Rąbać to by każdy chciał, a dziur drogowych to łatać nie ma komu! Znam żonę waszego szefa! Zaraz zadzwonię i powiem, jak to się pracuje!” Nikogo nie znam, ale udało się chyba podnieść ciśnienie :) Na chwilę zamilkli. Potem jeden do drugiego. „Wygadana, nie ma co zaczepiać. Nową ofiarę sobie zaraz znajdziemy!”

To jest fenomen drogowców. Że oni w swoim stadzie zachowują się jak banda napalonych knurów, które na widok jakiejkolwiek kobiety tracą zmysły. Ciekawe, czy taką kulturkę wynieśli z domu, czy na warsztatach w budowlance mieli przedmiot pt. „Jak robić z siebie debila na widok kobiet przy kładzeniu asfaltu.”. Zastanawiam, czy przy swoich dziewczynach/żonach też tak robią? Czy może należą do jakichś gildii i żyją bez seksu, co potem prowadzi do takich zachowań?

Byłam też z Mamą w sklepie, żeby kupić mi jakieś nowe ubrania, bo „mam za wąskie i wyglądam jak po młodszej siostrze.” Naprawdę szło dobrze. Do czasu, gdy prosto do przymierzalni wlazło mi jakieś babsko. Stałam właśnie w samych spodenkach i staniku, próbowałam włożyć bluzkę nie drapiąc poparzeń. I mało co zawału nie dostałam! Odsłoniła kotarę ukazując wszystkim moją groteskową opaleniznę. Rozdarłam się „A co mi tu pani?!” „Bo ja siostrę zgubiłam!” „To niech pani się zgłosi do zaginionych albo Rutkowskiego!” Próbowałam zasłaniać kotarę, żeby ukryć się przed zaciekawionymi spojrzeniami. A ta bezmyślna blondi odsłaniała. „Niech pani to puści! Nie potrafi pani zapytać kto w środku!” „Chciałam zobaczyć!” „Co chyba gołą dupę w czerwone ciapki!” Wszyscy faceci czekający na swoje kobiety gruchnęli śmiechem. Dopiero wtedy się opamiętała i sobie poszła.

Jaki z tego morał? Że dupo-gębie czerwone przysparza przygód. Niekoniecznie pożądanych. Przez to wszystko zrezygnowałam z wycieczki do casto. Węża prysznicowego kupię kiedy indziej.

Niedziela

Ten weekend można zaliczyć do pozytywnych. Dostałam swoją pierwszą reklamę na blogu – „sex kamerki na żywo”. Ponieważ pani jest dość ładna, a ja uważam, że każdy może robić, co lubi, to reklama jest.

Pogoda także dopisała. Zapowiadany deszcz się nie zjawił, więc wyciągnęliśmy z pichci mojego demona prędkości. Czyli mój wspaniały rower, który dostałam w trzeciej klasie podstawówki. Większość swego żywota spędził w piwnicy, a dwa lata na balkonie. Generalnie jest tak zajebisty, że nie muszę się martwić, że zostanie zajumany. Zostawiam go nieprzypiętego pod sklepem i zawsze stoi! Bo jakby ktoś chciał go ukraść, szybko się rozmyśli.

Zastanawiam się cały czas, jak to możliwe, że jeszcze jeździ. W sumie, to niezła tortura. Z przodu amortyzatora brak, więc na polskie nawierzchnie jak znalazł. Żeby sobie łokcie powybijać ze stawów. Nie wszystkie biegi wskakują, że tak się nieprofesjonalnie wyrażę. Z przodu hamulec trze o koło. Ale to dobrze, większe opory ruchu, większy wysiłek dla mięśni. Można by jeszcze długo wyliczać. Nieważne! Ważne, że w końcu sobie pośmigaliśmy. Wczoraj 17 km, dziś 21 :) Jak dla takiej rowerowej kaleki jak ja, to idealny dystans.

Oczywiście, gdyby nie było kwasu, to by nie było wpisu. Cały piękny weekend (tak znowu połączyłam piwo, wódkę i chipsy w tzw. międzyczasie i spędziłam noc z głową opartą o zlewozmywak.) zepsuły prozaiczne sprawy. Po rowerze poszliśmy na spacer. Szukaliśmy gofrów. I nie znaleźliśmy w tej cudownej metropolii. Znaleźliśmy za to Świat Lodów. Nie polecam. Zdenerwowałam się tam, ale nie robiłam kasjerce jazdy, bo za dużo ludzi było.

Była tam jakaś dziewczyna, która chyba dopiero zaczęła karierę w lodach. Najpierw wzięła wafelek do ręki bez papierka. A papierek trzeba wziąć, żeby ręką nie dotykać. Takie są przepisy i wiem to, bo nie raz dostawałam op od kierownika, że znowu papierka zapomniałam. I wzięła niewłaściwy wafelek. Potem polała loda polewą tak koślawo, że nie dało się go złapać. No więc wsadziła w drugi wafelek. Ale dalej się lepiło. Już zaczęłam pod nosem burczeć z niezadowolenia. „Niech sobie pani serwetkę weźmie.” Zajebista porada. Super, że powiedziała, bo bym nigdy na to nie wpadła! Tylko bym tak trzymała tego wafla, aż by mi się ręka przylepiła.

Potem zrobiła loda nr 2. Chyba dlatego, że był drugi to był dwa razy mniejszy od mojego. Pytamy kasjerki, czemu tak. A ona „Bo pani to dostała od serca!” Jakoś tak coś mi się wydaje, że jak się robi jedno zamówienie, to wszystko powinno być takie same, a nie jak popadnie. Najbardziej rozwaliło mnie to, co zobaczyłam, gdy wyjęłam wafla z lodem z wafla ochronnego nr 2. Dostałam tam gratis serwetkę, która się rozciapała od polewy i obkleiła wafel. Szkoda, że byłam już od lodziarni daleko, bo inaczej bym wróciła zapytać, czy to ich standard. A jakbym nie wyjęła tego wafla z wafla, to niechybnie bym się papieru nażarła! Staram się ludziom źle nie życzyć, ale mam nadzieję, że tamta laska szybko zakończy karierę w lodach.

Potem byliśmy w sklepie. Sprzedawczynie w dziale mięsnym obijały się o siebie, jakby były pijane. Gadały i śmiały się. Myliły klientów, których obsługiwały. Staliśmy w kolejce jak dwa głąby. W końcu doszła do nas. A już tak mi się spodobała obserwacja, tego co te kobiety wyczyniały. Poprosiłam 10 deko wędliny. W międzyczasie wmieszała się do tego wymyślnego zamówienia druga ekspedientka. W efekcie dostałam dwa razy tyle, ile chciałam, „bo jej się wszystko skroiło.” A co mnie obchodzi to, że jej się wszystko skroiło? Mam jeść potem cały tydzień tę wędlinę i patrzeć, jak się marszczy, bo jej się wszystko skroiło? Nie. Spojrzałam na nią wzrokiem skrytobójcy. Z zaskoczeniem powiedziała „To za dużo? Nie chce pani?” „Za dużo. Chcę połowę.” „A w ogóle to panią obsługuje jeszcze ta druga? Bo ja już nie wiem, o co tu chodzi.” I zaczęła chichotać. Tego to już było za dużo. Byłam tam w charakterze klienta, a nie koordynatora sprzedaży wędlin i kiełbas. Spojrzałam się swoim najbardziej suczym wzrokiem i wycedziłam lodowato „Ja nie wiem, kogo i jak panie tutaj obsługują. Nie interesuje mnie to.” Od razu nastrój do żartów jej przeszedł. „Czy coś jeszcze?” „Tak. Podobno jest tu taka smaczna zapiekanka z ziemniakami, warzywami i mięsem.” „Oj niestety tylko tak z rana, bo szybko schodzi. Rano musi pani przyjść.” „Dziękuję.” Na wszelki wypadek sprawdziłam. Faktycznie nie było. A chciałam ją zjeść jutro na obiad… Nie dobrze.

Delikatna poprawa

A więc mili Państwo stwierdziłam, że jeszcze nie umrę. Znalazłam motywację do dalszej egzystencji. Jest tyle osób, które wkurwię dalszym poruszaniem się po tejże planecie, że sobie jeszcze pożyję. Zrobię im na złość. Doszłam też do wniosku, że należy ogarnąć swoje sprawy, skoro jeszcze się nie wybieram na tamtą stronę. Spisałam to wszystko na kartce. W zasadzie to mój facet spisał, gdy ja zawodziłam nad beznadziejnością swojej sytuacji. I tak np. od listopada mam nieważne badanie techniczne pojazdu. Jest dość nowy, sprawny i wspaniały, więc chyba moja podświadomość uważa, że takie badanie nie jest potrzebne. A czy w zasadzie jest? Skoro nawet, gdybym miała rzępolącego trupa, który dławi się i staje co pięć metrów, to i tak bym mogła mieć podbite badanie. Poszłabym do jakiegoś Gienka tudzież Józka i za flaszkę, bym temat załatwiła. A tak muszę wyłożyć stówę, żeby jakiś facet powiedział, że mój pojazd może jeździć.

No, ale niech im tam będzie. Zasilę lokalną gospodarkę. W końcu każdy wydatek to moja mała cegiełka w walce z kryzysem. Niech żyje konsumpcja! I tym hasłem się ostatnio podparłam. Wybrałam się na zakupy. Stwierdziłam, że skoro nie chce mi się żyć, to chociaż ładnie się ubiorę na te ostatnie dni. I tak w Bershce na wyprzedaży za niecałe 300 pln zakupiłam: kożuszek do pasa, płaszcz (to chyba jest trencz, what ever, w stylu lat 60), dwie pary spodni, dwie koszulki, jedną bluzkę, torebkę, apaszkę. I te zakupy poprawiły mi humor.

Potem doszłam do wniosku, że może czas zadbać o kondycję. Nieco to niespójne z moimi wcześniejszymi wizjami samobójczymi. Tak, czy siak wybrałam się na ten fitness i na inne tortury. I też mi się nastrój polepszył. Może jestem masochistką? Potem poszłam już tylko za ciosem i zrealizowałam receptę na okulary. Teraz wreszcie widzę, jak daleko są nadjeżdżające pojazdy. W ogóle więcej widzę. Co prawda kolory dalej słabo rozróżniam, ale kij tam z kolorami. Podstawowe znam :)

Odmieniona tym wszystkim z chęcią do życia na poziomie pięciu procent odnalazłam papiery od starego lapka (dwuletniego) i oddałam dziada do serwisu. Jak wróci to go puszczę na alledrogo. Potem szło tylko lepiej. Znalazłam umowę z funduszem emerytalnym i wreszcie zaktualizuję dane. Proszą mnie od około czterech lat. Myślę, że skoro są tak wytrwali, mogę im tę łaskę uczynić.

Dodatkowo poszłam w sobotę na piwo do znajomych. I dałam się wyciągnąć na imprezę. Było zajebiście. Co tu dużo mówić. Fajna muza, znajomi, których dawno nie widziałam. Odstresowałam się. Tylko na drugi dzień, śniły mi się jakieś dysze i króćce. Potem miałam bliskie spotkanie z kiblem. Tak się kończą imprezy z dawno niewidzianymi znajomymi. „No ze mną piwka nie wypijesz? No weeeeź. Postawię Ci.” „No dobra. Jak już tak nalegasz.” Słaba ze mnie zawodniczka do pijaństwa, dlatego zawsze umieram na drugi dzień.

Miałam też wizję wielkich mew ze sprężarkami zamiast głów. Nie pytajcie skąd to. Nie wiem! Tylko latają te mendy 12km w głąb lądu od linii brzegowej. Niedobrze, bo nie dość, że niszczą głowę po tym jak człowieka poniesie melanż, to jeszcze rozpiżdżają lokalny ekosystem. W naszym mieście było kiedyś mnóstwo wróbli. A teraz ich nie ma. Są MEWY. Pewnie zeżarły te biedne wróble. Jak mi te małe szaraczki za oknem śpiewały, to było miło. A teraz strach okno otworzyć. Drze się to jak poronione całe poranki. Do tego wyjadają suchą karmę, którą rzucam bezpańskim kotom. To mnie wkurwia najbardziej.

Jak więc widzicie, wracam do formy. Nawet byłam dziś u lekarza pierwszego kontaktu. Dał mi antybiotyk do smarowania na mojego parcha. I skierowanie na usg jamy brzusznej. I zupełnie niepotrzebne tabletki na refluks. Zastanawiam się, czy jest sens się truć. I leczyć na coś, co mi nie dolega. Rozważałam wybranie się do psychologa. Postanowiłam wstrzymać się i oszczędzić jego/jej psychikę. Swój mrok wewnętrzny i obłęd zachowam na razie dla siebie.

Wracam do świata żywych :)

Jak nie robić zakupów

Postanowiłam dzisiaj pójść na całość i ogarnąć misję niemal samobójczą. W przeddzień święta Trzech Króli (czyli niedzieli z zamkniętymi sklepami) wybrałam się do galerii na zakupy. I to w dodatku o godzinie szesnastej. Dla osoby, która zdecydowanie nie przepada za przepychaniem się z ludźmi między wieszakami i stolikami ze stertą ubrań, to nie lada wyzwanie. Powinnam o tej porze robić coś innego niż mozolnie przeciskać się przez tłum kobiet w gorączce wyprzedaży. Każdy sklep kusi szyldem „wyprzedaż” i wielkimi oznaczeniami zniżki -50%, -70%. Pomyślałam, że może choć raz nie będę na tyle aspołeczna i pójdę wtedy, kiedy wszyscy ludzie, a nie z samego rana. I że nie będę bluzgać pod nosem, jak ktoś nadepnie mi na stopę bucikiem z niezwykle cieniutkim obcasikiem i ofuknie „gdzie leziesz? pierwsza tu szłam!” Albo, że jak ktoś mi wyrwie prawie, że z ręki bluzkę, to nie będę się o nią kłóciła…

Postanowienia, postanowieniami. Po pięciu minutach byłam już tak zagotowana, że chciałam wyjść. Ale stwierdziłam, że mam swój cel i muszę go osiągnąć, czyt. kupić kurtkę zimową. Moja obecna wygląda podobno już jak szmata z podłogi, zamek się zacina w takim miejscu, że czasem mam obawy, czy uda mi się z niej uwolnić. Raz tak mi się właśnie zacięła w pracy z samego rana i cały dzień chodziłam w kurtce. Mimo, że w pokoju mamy ze 24 stopnie na plusie, wkręcałam wszystkim, że mi zimno. Do domu przyszłam spocona jak szczur i śmierdząca jak stary cap. Tak więc twardo chodziłam od sklepu do sklepu. Niestety żadna kurtka nie spełniała moich kryteriów. A jak spełniała, to akurat nie było rozmiaru… W jednym sklepie pan desperacko próbował mi pomóc. „O to chyba taka jak pani opisuje.” „Tak. Ale w granatowym wyglądam strasznie blado.” (zacznijmy od tego, że jestem strasznie blada, więc granat nie jest ze mną kompatybilny) „Mhm… Jaki kolor panią interesuje?” „Jasny brąz albo beż.” „To niestety nie mamy takiego fasony w brązie… To może o taka?” „Nie, chciałabym żeby miała takie jakby wcięcie w talii…” Coś tam koślawo usiłowałam tłumaczyć. Na szczęście pan znał się na rzeczy i pokazał mi odpowiednie modele. „Ta tkanina mi nie odpowiada. Będzie zostawała sierść kota. Nie chce mi się przed każdym wyjściem z domu czyścić.” „No niestety nie mamy takiej kurtki, jak pani chce. Nie mogę pani pomóc.” No pewnie, że nie może. Chyba tylko psychiatra może. Gdy mam kupić konkretną rzecz, to nigdy nie ma takiej jakbym chciała.

Na domiar złego, że umęczyłam wszystkich sprzedawców, którzy w porę nie dostrzegli mojego obłędu, to jeszcze popełniłam kolejny błąd. Zabrałam na zakupy ze sobą swojego chłopaka. Mimo, że moje zakupy są szybkie (maks. 3 minuty w jednym sklepie), to i tak szedł za mną krok w krok jak ochroniarz – na wypadek, gdybym chciała zawrócić i obejrzeć coś jeszcze raz. Po czwartym sklepie stał na zewnątrz, więc nie mogłam się poradzić, czy ładnie, czy nie. A jak już wchodził i pokazywałam w miarę fajną kurtkę serwował mi komplementy „To jest chyba dla starego straganiarza!” albo „o jaaa! ale paskudne! jakie wieśniackie!” Zawsze nosiłam rozmiar xs. Ostatnio utyłam i mam rozmiar s/m. Nie do końca czuję swoje nowe gabaryty, więc biorę różne rozmiary. Raz łapię s, a on „No co ty bierzesz? Nie ma się co oszukiwać, że się w to zmieścisz. Weź najlepiej L” Ot co. Porada faceta. Zawsze subtelna. W końcu zeźlona wyszłam z galerii. Idź pan w cholerę z takimi zakupami. Weszłam na stronę sprzedaży wysyłkowej pewnej firmy i znalazłam tam odpowiednią kurtkę. Zajęło mi to niecałe dwie minuty.

Po dzisiejszym dniu stwierdzam, że nie jestem na tyle przystosowana społecznie, by robić zakupy w tzw. szczycie. Najlepiej chodzić rano zaraz po otwarciu albo zamawiać w sieci. Nie brać ze sobą faceta swego, lepiej już iść z mamą. I chyba wyleczyłam się z zakupoholizmu. Było mnóstwo fajnych rzeczy i nie kupiłam niczego! Sukces.

O właśnie mi się przypomniało, że równo rok temu założyłam tego bloga. Zdecydowanie ta pisanina ma dobry wpływ na moją psychikę. Miłego wieczoru i udanej niedzieli!

Idą święta

No jakoś nie biorą mnie święta w tym roku. W zasadzie od wielu lat mnie nie biorą, ale teraz to kompletnie wiszą mi koło miejsca, w które słońce nie zagląda. Nawet nie mamy w domu choinki. Ja bym chciała sztuczną, mój facet chciałby prawdziwą. No i nie ma consensusu, więc jołki niet. Trudno. I tak wyjeżdżamy i nas tu nie będzie. Chyba jestem bardzo zgorzkniała, że nie cieszy mnie ta cała szopka. Jedyne z czego można się cieszyć to to, że jest okazja do spotkania z rodziną i tymi, których dawno się nie widziało. Ale z drugiej strony, czy potrzeba nam w obecnych czasach aż świąt, żeby pójść do babci/dziadka albo rodziców? Czy zadzwonić do rodzeństwa? Nie można tego zrobić bez świąt?

Lubiłam święta, jak żyły obydwie babcie, a dziadek był jeszcze w formie. Wszyscy zbierali się przy stole, było wesoło. Nie jestem wybitnie starą prukwą, ale śmiało mogę powiedzieć, że kiedyś święta wyglądały inaczej. Pachniały piernikiem, mandarynkami i litewskimi pierogami z samymi grzybami. Do tego barszczem. Takim prawdziwym, a nie z torebki. Prezenty w 70% były nietrafione. Ale nie o to chodziło. Nawet reklamy w tv podkręcały atmosferę rodzinnego przyjęcia, spotkania. A teraz co? Patrzy na mnie dziewczynka o demonicznie perfekcyjnym spojrzeniu i fryzurce. A potem tłumaczy mi czym jest harmonia i pokazuje, dlaczego tak zajebisty jest laptop i tablet z windą osiem. W kolejnym spocie Chuck Norris namawia do kredytu świątecznego. I już jakby jakąś mamę nie było stać na najnowszego tableta, to może sobie cyknąć kredycik. A jakby jeszcze miała za mało kabony, żeby przyszpanować wykwintnymi daniami, to jest kolejna chwilówka na podorędziu.

I tak można spotkać się w rodzinnym gronie i uskuteczniać politykę „zastaw się, a postaw się”. Potem ludzie przez pół miesiąca, w najlepszym wypadku do Trzech Króli, wpieprzają pieczony schab z kanapkami i n razy odgrzewane kurczaki. Wszystkim się ulewa, ale ważne, że na święta stół uginał się pod żarciem. Jeszcze gorzej jak wyrzucają jedzenie do śmietnika i lecą do McD albo KFC 28-go. Nie twierdzę, że wszyscy tak robią, ale o co chodzi z tą wścieklizną w sklepie? Przepychanki do wieprzowiny, kolejka za mandarynkami i wścibskie spojrzenia w koszyki innych kupujących. Dziś w stonce kupowałam bułki, makaron oraz inne pierdoły potrzebne do codziennej egzystencji. Podeszła do mnie jakaś starsza kobiecina i powiedziała „Dziewczynko, zrób sobie większe zakupy na święta. Niedługo wszystkie lepsze kąski wykupią.” W mięsnym nie było lepiej. Kupowałam ścinki dla kota i pierogi, a pani sprzedawczyni „A może jeszcze taką łopatkę?” „Po co?” „No tak na święta.” „Ale to jeszcze tydzień…” „No to pani sobie pomrozi.” „Nie mam zamrażalnika. Przyjdę w Wigilię.” Ucięłam rozmowę. No po co kupować mięso i mrozić, jak sklepy pełne? Przecież świeże lepsze.

To samo z karpiem. Nie czaję ludzi, którzy kupują takie rybiszcze, żeby przez tydzień pływało w wannie. A potem ukatrupić i zjeść w Wigilię. Wspaniały gest. Taki miłosierny. Katolicki. Jak Bóg przykazał. Można sobie kupić w rybnym karpia „oprawionego” albo nawet pociętego w dzwonki. Po co sadyszczyć tę rybę tyle czasu. Mój Dziadek kiedyś tak właśnie robił. Pamiętam, jak byłam mała i cieszyłam się, że „u Dziadziusia jest rybka i można ją karmić”. Potem Wigilia przychodzę i słyszę jak Babcia drze się jakby na gwoździe siadła „No załatwisz ty tego karpia wreszcie, czy nie? Ile to można czekać?” Idę do łazienki, a tam jakieś kable wrzucone do wanny. „Dziadek, a co robisz?” „A no, bo ja nie mam sumienia tego karpia zabić. No chciałem go w głowę, ale patrzył na mnie. To tu mam takie kable i inne takie, to zrobię małe zwarcie.” Stałam i nie wiedziałam ocb. Niestety karp był odporny i prądem się nie udało. W końcu Babcia zawinęła go w szmatę i wyrzuciła na mróz na balkon. A ja całe święta płakałam za rybką. Od tej pory słabo mi się robi, jak przechodzę w supermarkecie obok tych pojemników z karpiami. Może niedługo zaczniemy sobie tak cały żywy inwentarz kupować? Najpierw szopka przedświąteczna, oczywiście z Małym Jezuskiem, a potem wigilijna rzeź. Świnka, kurka, itp. itd. W sumie nie będzie to niczym się różniło od zabicia karpia. A nawet się zaoszczędzi na podrobach. :/

Do tego wszystkiego dochodzi „świąteczna” atmosferka w pracy. Większość ludzi jedną półkulą mózgową są już w sklepach, domach, a drugą starają się pracować. Do tego podśpiewują kolędy i robią inne proświąteczne zagrywki. Przy czym przedświątecznie podkładają innym świnie i wbijają nóż w plecy. To pewnie trening przed karpiem. I podkładka pod dzielenie się opłatkiem. Pominę aspekt kupowania prezentów. To dopiero katorga, jak ktoś nie chce powiedzieć, co chce, a potem się krzywi, że ktoś nie był wróżką i nie zgadł.

Czasem (zwykle w grudniu) dochodzę do wniosku, że święta dawno straciły swój charakter. Teraz są doskonałą maszynką do nakręcania sprzedaży. Wypasione prezenty, suto zastawione stoły. Mnie się to nie podoba. Najpierw człowiek sprząta, jak szalony – bo na święta trzeba – a co w trakcie roku to nie trzeba? Potem kwitnie w kolejkach – bo na święta trzeba kupić – tak jakby w trakcie roku jedzenie było reglamentowane. Później sterczy trzy dni w kuchni – bo trzeba zrobić na święta – już nie ważne, czy się chce, czy nie. Nie lepiej ugotować mniej, posprzątać tylko to, co trzeba, a potem w radosnym nastroju spotkać się z rodziną i mieć siłę na świętowanie?

Poza tą komercyjną, „bo trzeba/bo tak każe tradycja” otoczką lubię święta. Nie lubię tylko tej wścieklizny macicy, która ogarnia 98% narodu i przemienia w wygłodniałe bestie otumanione szałem konsumpcjonizmu.  Ale sobie dziś pozrzędziłam haha. Poza tym – życzę wszystkim, aby nie dali się zwariować przed świętami :)