Archiwa tagu: wychowanie

O tym jak w trzy lata zmieniłam się w paranoika

Pisząc paranoika mam na myśli osobę, która co chwilę zerka w okno i żyje w przekonaniu, że 3/4 społeczeństwa to sadyści. Poczynając od osobników bardzo nieletnich do starszych ludzi. Zaczęło się od tego, że adoptowaliśmy z klatki schodowej pierwszą kotkę. To był jeden z pierwszych dni listopada i przymrozków zarazem. Kulka była mała, puchata, głodna i płakała.

Czytaj dalej

Bachorszczyzna

Dzieci mnie wkurzają i kompletnie nie kręcą. Nie potrafię się rozczulić na widok gulgającego w wózku bezzębnego dzieciaka. Choćbym chciała nie wiem jak bardzo! Dla mnie to po prostu mały berbeć, który się ślini, bo nie ma zębów i gulgocze, bo nie umie inaczej się komunikować. Dlatego pewnie nie umiem w pracy znaleźć języka z matkami. Bo mnie nie kręcą ich opowieści. Że niunia już umie kupkę zrobić bez pieluchy. Że dziubuś to nie chce jeść bananka, ale lubi buraczki. Nie silę się już nawet na sztuczne udawanie zainteresowania, bo nie ma nic gorszego i paskudnego niż wymuszony uśmiech.

Oczywiście toleruję dzieci w moim otoczeniu. Dopóki nie włażą z butami w moją osobistą przestrzeń. Albo jeśli są grzeczne i dobrze ułożone. Co rozumiem przez grzeczne? A np. to, że jak już taka wesoła mama przyprowadza do mnie swoją latorośl, to latorośl ta nie maże rąk w ketchupie i nie stawia łapek na ścianie. Albo nie otwiera wszystkich szafek i nie wybebesza ich plugawej zawartości na światło dzienne. Albo nie traktuje mojego kota jako zwierza do upolowania.

Raz była taka jedna sytuacja. Dziecko-potworek najpierw wylało z premedytacją herbatę na podłogę. Potem wzięło się za kota. Próbowałam mamusi mówić, żeby wpłynęła na potworka, bo ja mogę to zrobić niezbyt profesjonalnie, gdyż sama dzieci nie posiadam. „Oj przestań! Przecież herbatę można zetrzeć z podłogi.” „No nie o to mi chodzi, czy można, czy nie. Chodzi mi o takie bałaganienie komuś z premedytacją.” „No są dzieci, jest bałagan.” „A u kogoś też?” „No w gościach przecież jesteśmy.” Już się gotowałam wewnętrznie. Przecież w gościach to tym bardziej trzeba zachowywać się w ramach jakiejś ogólnie przyjętej przyzwoitości. „Nie myślisz, że to właśnie w gościach trzeba być grzecznym?” „Ale to jeszcze dziecko, może mieć taryfę ulgową.” „Ja myślałam, że czego Jaś się nie nauczy, tego Jan nie będzie umiał.” „Ojoj, jak poważnie.”

Doszłam do wniosku, że nie będę się przejmować. Potworek pójdzie, to się najwyżej posprząta. A potworek wyrośnie na potwora i będzie mamuśce krew psuł, nie mi. Potem jednak sytuacja się zaogniła. Zauważyłam, jak potworek próbował dosiąść mojego rudzielca Garfa. „Powiedz coś, bo ja powiem.” „Z kotkiem się bawi.” „Na kocie się nie jeździ.” „A niech pojeździ, koty mają mocne kości.” Wzięłam dwa głębsze oddechy. Wstałam z krzesła i podeszłam do potworka. „Zostaw rudego.” „Nie! Ja chcę ujeżdżać koty!” „Zostaw mówię, bo ja cię zaraz ujadę. To mój kot!” Potworek spuścił oczka, zamrugał i zakwilił „A ja kcem!” „A ja nie kcem! Nie waż się kota tykać. Bo ci palce obgryzie i zje.” Potworek rozbeczał się strasznie. „Czemu straszysz? Nie wolno tak do dzieci!” „Mówiłam, żebyś sama coś powiedziała. Teraz nie miej pretensji.”

Zaczęłam się wtedy zastanawiać, dlaczego do tej pory inteligentna dziewczyna zachowuje się, jakby razem z odcięciem pępowiny ktoś jej poprzecinał połączenia pomiędzy poszczególnymi obszarami mózgu. Później potworek próbował ciągać kota za ogon i tłuc łyżką. Wściekłam się. Zabawa zabawą, ale dziecku trzeba tłumaczyć, że zwierzęta też czują. „No powiesz jej coś, czy nie?!” „Nic złego moja Niusia nie robi.” „To ja jej powiem, bo już mam was dość!” Podeszłam do Niusi-potworusi, złapałam ją za ramię i wyrwałam łyżkę. „Co lobisz?” „Mówiłam, że masz kota nie dręczyć!” „Ja się bawię.” „A wiesz, że kota to boli, jak się go za ogon ciągnie i bije łyżką?” „Nie boli!” „Czemu tak uważasz?” „Bo ja jestem mała i lekko biję.” Przewróciłam oczami i zwróciłam się do koleżanki, żeby zabrała swoją pociechę i już mnie z nią nie odwiedzała. Koleżanka się obraziła, bo przecież jej Niusia-potworusia jest bardzo grzeczna! Absurd. Grzecznym dzieckiem to byłam ja. Gdy szliśmy w gości siedziałam jak trusia obok Mamy, Babci, czy tam kogokolwiek. Zanim cokolwiek wzięłam, to się pytałam gospodarza, czy można. Skoro ja potrafiłam, to myślę, że jest to w zasięgu większości dzieci.

Dziś też się wpieniłam. Siedziałam w szpitalu gruźliczym pod gabinetem. Tak długo, że sama już nie pamiętam, po co właściwie przyszłam. Weszła jakaś kobieta z dzieckiem. Na pozór wszystko OK. Ale mój anty-baby radar zaczął pikać. Czułam przez skórę i sweter, że będzie coś nie tak. Siadły sobie na krzesełkach. Po sekundzie dziewczynka (lat ok. 3) przemawia „Mamusiu! Ja tu nie chcę siedzieć.” „Dlaczego?” „Bo ten dziad jest stary i brzydki!” Kopara mi zjechała. Jak ona tak mogła o starszym, siedzącym obok i wszystko słyszącym człowieku? A potem jeszcze niżej, gdy usłyszałam reakcję kobiety. Byłam pewna, że zwróci dziecku uwagę i przeprosi człowieka. Jakże się pomyliłam! Mamuśka otaksowała staruszka spojrzeniem. Wykrzywiła wargę i szepnęła tak, żeby wszyscy usłyszeli „Masz rację! Paskudny. Gdzie się przesiadamy?” Serce zabiło mi mocniej, bo wiedziałam, że jest wolne miejsce obok mnie. „Tam! Tam! Koło tej pani z ładnymi, jasnymi włosami!” Rozglądałam się. Niestety nie było innej pani z jasnymi włosami. No i siadły koło mnie.

Przez minutę było dobrze. Po chwili poczułam, że jakieś małe parzydełka smyrają mnie po ręce. Spojrzałam, cała ufajdolona od lukru i czekolady mała rączka. „Przepraszam, czy może pani powiedzieć dziecku, żeby mnie brudną ręką nie dotykało?” „Ohoho! Patrzcie jaka wrażliwa się znalazła!” Pomyślałam sobie, że to kolejna, której mózg z macicą się miejscami zamienił. „A ma pani ochotę prać mi sweter? Bo jakoś taki brudny się zrobił.” Spojrzała na mnie i zwróciła się do dziecka „Przestań, bo tej kobiecie brudzisz sweter.”

Była chwila spokoju. Po jakimś czasie bachorszczyzna zaczęła mi włosy macać i ciągnąć. „Co robisz?” „Dotykam, bo mi się podobają.” Nie wytrzymałam i wzięłam rękę tego dziecka ze swojej głowy. Ono na to w ryk „Buuuu!! Ałaaaa! Ta baba mi rękę łamie!!” I wtedy mamuśka zaczęła wtórować „Ty bezczelna, ty! Dziecko moje krzywdzisz!” „Nic nie krzywdzę! Dlaczego pani dziecko ma mnie dotykać, kiedy ja nie chcę! Jak pani nie reaguje, to ja sama reaguję! Pani sama je krzywdzi. Wyrośnie na aspołecznego potwora!” O dziwo, ludzie w poczekalni udzielili mi wsparcia. Też powiedzieli kobiecie, co myślą o jej unikatowych metodach wychowawczych. Na to kobieta widząc, że już nie ma opcji zakrzyczeć nikogo, powiedziała do dziecka „Chodź skarbie. Przyjdziemy kiedy indziej. Jak nie będzie tu takich głupich bab i śmierdzących, starych ludzi.”

Tragedia jakaś. Jak można tak swoje dziecko wychowywać? Przecież to jest jakieś bezhołowie. Bydło jakieś wyrośnie albo w ogóle nie wiadomo co. Czemu takie matki nie uczą jakichś elementarnych zasad typu szacunek do starszych, dla zwierząt, zachowanie w gościach? Przecież to są prozaiczne sprawy…