Archiwa tagu: święta

Zwierzę to nie prezent

Kiedyś zdarzyło mi się być z kotem u weterynarza w sylwestra rano. Byłam wtedy w szoku, bo przede mną było bardzo dużo ludzi ze zwierzętami. W większości były to szczeniaki i kociaki. Jedna pani znalazła na swojej posesji małego szczeniaka, który wyjadał jej bigos z garnka. Było to 29-go grudnia. Wzięła go do domu. Na drugi dzień zaczął puchnąć mu brzuch. Okazało się po prześwietleniu, że z głodu najadł się jakichś dziwnych rzeczy znalezionych przy śmietnikach. Na szyi miał jeszcze czerwoną kokardkę, gdy do niej trafił. Czytaj dalej

Wielkanocna kołomyja

O tak! Kiedy u mnie największe nerwy? Przed świętami. Zacznijmy od tego, że ostatnie dwa miesiące to jakaś pieprzona apokalipsa. Przychodzę z roboty zmęczona jak koń po westernie. Jedyne co robię to patrzę bezmyślnie w tv. Nawet nie mam sił na robienie obiadu, czy włączanie lapka, co zresztą widać po częstotliwości moich wpisów. Swoją powieść kompletnie zaniedbałam i nawet nie pamiętam, co w pewnych miejscach było. Tak, czy siak jestem ostatnio tak zmęczona, że funkcjonuję na tzw. zerwanym filmie. Przeraża mnie to. Przykładowo w pracy na naradzie ostatnio coś powiedziałam i za cholerę tego nie pamiętam. Często nie kojarzę faktów. Wiem, że coś widziałam, ale sama już nie jestem tego pewna. No dobra, uskuteczniłam swoje gorzkie żale więc teraz do rzeczy.

Od poniedziałku czułam, że to już totalna kupa przedświąteczna czai się za rogiem. Że zerka i zaraz na mnie skoczy. Czułam nawet jej woń, mimo że dobrze się maskowała za winklem. W pracy od poniedziałku zaczęły się różnorakie awantury i intrygi, których lepiej nie opisywać, bo szkoda wirtualnej przestrzeni na taki syf. Więc, czym bliżej piątku tym było gorzej. Wczoraj pokłóciłam się ze swoim przełożonym na hali przy ludziach. Leciały kurwy jak skowronki. Staram się być spokojna, ale gdy ktoś zaczyna mnie obwiniać o śnieżną pogodę i opóźnioną przez to dostawę oraz przy okazji bluzgać, mówię basta. Co to kurde ja jestem, żeby sobie dupę mną wycierać i swoje frustracje na mnie wylewać? Pokrzyczeliśmy na siebie, pomachaliśmy rękami wzbudzając radość wszystkich pracowników na hali. Potem jeden do mnie podszedł i mówi „Kierowniczko ja to nie widziałem, żeby z nim ktoś tak się kłócił. I żeby go zbluzgał. No no…” „A wie pan co? Ja nie udaję, że deszcz pada, jak mi ktoś w twarz pluje.”

Potem obraziła się na mnie połowa biura naszego produkcyjnego. Dlaczego? Bo nie chciałam brać udziału w przed-wielkanocnej szopce. Kurwa, ja po prostu tego nie trawię. Chcemy to poświętować? Umówmy się po pracy. A nie w czasie pracy i w miejscu pracy będziemy dzielić się jajem i pieprzyć jakieś głodne kawałki. Po co to komu? Nie lubię tego i tyle. I nie muszę brać w tym udziału. „Wiesz co?” „Co?” „Ty jesteś jak Grinch świąt nie będzie.” „Może być w tym prawda. Nie czuję tego klimatu najwyraźniej.” „My się tak staramy, żeby było fajnie, a Ty psujesz.” „Co psuję? Jak chcecie brać w tym udział to proszę. Ja po prostu odmawiam, ale na przeszkodzie nie staję.” „Eeee… No ale to są ŚWIĘTA.” „A czy nie przyszło Ci do głowy, że mogę być innego wyznania? Przymuszacie mnie do tego co trochę, a nikt mnie nie spytał o wyznanie.” „No taaak. eeeee…. no nie, to jak nie chcesz, to nie musisz.” „Dziękuję za tolerancję.” Po naszej publicznej debacie na temat świętowania w zakładzie pracy, wyłamali się inni i do szopki wielkanocnej nie doszło. Przed końcem dnia odebrałam telefon „Ale ty jesteś! Przez ciebie nasza tradycja padła.” „Słaba była tradycja, skoro gdy ja jedna się wyłamałam, potem padła sama.”

Później były kolejne hity. Zapowiedziano mi, żebym przyszła jutro, czyli w Wielką Sobotę do pracy. Nie zdenerwowało mnie to szczególnie. Święta to dla mnie kolejne wolne, w którym mogę po prostu sobie spokojnie odpocząć i spędzić czas z rodziną. Duchowo, czy religijnie – pustka. Tak więc, nikt nie podeptał moich uczuć, wartości i świętości. Myślę sobie „jest akcja, to przyjdę, spoko. musimy przygotować się do wysyłki towaru.” Po chwili jednak ciśnienie musiało mi skoczyć do góry. „No bo jak pani przyjdzie to będzie najmniejsza szkoda.” „Czemu?” „A bo pani jest samotna…” „Nie jestem samotna. Żyję w nieformalnym związku.” „A no tak. Ale to pani i tak nie ma męża, dzieci, więc nie ma pani co robić przed świętami.” Gadaj z dupą, to cię osra. To chyba jest dyskryminacja. To, że nie mam dzieci, znaczy że się nudzę? I tylko czekam, by przyjść w wolne do pracy? W jednej chwili całe moje zrozumienie specyfiki produkcji ulotniło się jak woń wczorajszej pizzy. I nastąpił wkurw. Do tego była jeszcze po mniej więcej godzinie rozmowa o mojej podwyżce, która miała być 8 miesięcy temu. „No ale pani to nie jest potrzebna podwyżka, bo pani to rodzice pomagają.” „Słucham?” „Pani taka młoda, to rodzice na pewno pomagają.” „Nie. Odkąd zaczęłam pracować nie biorę pieniędzy od rodziców.” „Nie wierzę. Hahaha.” „Wie pan co? Pan mnie demotywuje. Czy moja praca jest mniej warta, dlatego, że mam kogoś, kto hipotetycznie mógłby mi pomóc finansowo?” „Yyy… Ale wie pani, że tu się mało płaci w tej firmie.” „Wiem. Dlatego zastanawiam się, czy nie dostosować swojej wydajności do płacy.” „Oj niech pani nie przesadza. Pani nie ma dziecka na utrzymaniu.” „Powiem panu tylko, że to nie jest argument. I powiem panu jeszcze, że z ciekawości dzwoniłam do supermarketu i pytałam, ile wynosi wynagrodzenie kasjerki na starcie. Wie pan ile? Prawie tyle, co moje. A jaka jest różnica w odpowiedzialności i zakresie obowiązków?” „O kurcze, przypomniało mi się, że muszę pilnie wysłać jednego maila… Do widzenia!” I wyszedł.

Jak tu się nie wściekać? Trzeba szukać innej pracy. Jestem już tak wypruta, zmęczona i zniszczona, że poważnie zastanawiam się nad pracą w jakimś fastfoodzie albo supermarkecie. Co mi po moim kierowniczym stanowisku? Widzę, że nie daje mi ono perspektyw na podwyżkę, awans. Mam dużo stresu, niepłatnych nadgodzin i jedną myśl w głowie „dobrze, że w ogóle mam jakąś pracę.” Tak się nie da żyć. Są dni, kiedy strasznie boli mnie głowa. Są dni, kiedy kuje mnie sercu. Są noce, kiedy śni mi się praca. Budzę się przerażona, bo uświadamiam sobie, że coś jeszcze nie zostało zrobione. Są chwile, kiedy jem frytki w McD i zazdroszczę ludziom, którzy tam pracują. Są końcówki tygodnia, w które kładę się spać chwilę po 20, budzę się na drugi dzień tak samo zmęczona. Są soboty, w które jestem totalnie nieprzytomna i do niczego się nie nadaję.

A tak poza tym Wesołych Świąt :) Mokrego bałwana ;)

Święta, święta i po świętach

To jest dopiero historyczne wydarzenie. Pierwsze Święta Bożego Narodzenia, w które nic nie musiałam robić. Autentycznie. Cała moja aktywność przedświąteczna ograniczyła się do kupienia i spakowania prezentów (nawet nie wszystkich, bo część zapakowano w galerii na stoisku przeznaczonym do tego celu), obrania ziemniaków i poustawiania talerzy i sztućców na stole. Będę przeżywać to chyba jeszcze sto lat albo i dłużej. Zwykle Święta były dla mnie czasem: stania w kolejkach po zakupy, jeżdżenia do sklepu x razy w ciągu dnia, sprzątania od świtu do zmierzchu i stania w garach przez trzy dni. W końcu człowiek siadał taki urobiony po łokcie przy stole, że nie chciało się ani jeść, ani pić. Jedyne na co miało się ochotę, to iść spać. A teraz proszę – nic nie robiąc poczułam magię Świąt. I co ciekawe – wypoczęłam. Pięć dni nieróbstwa rzadko się zdarza.

Jedyne, co dało mi się we znaki, to obżarstwo. Temat świątecznych bólów brzucha, niestrawności i innych problemów zawsze był mi obcy – jedyne co jadłam to litewskie uszka z grzybami. A teraz trzeba było u „teściów” jeść wszystko, żeby nie wyszło, że nie smakuje. A więc jadłam, żarłam jak dzika świnia. Jedyne czego odmówiłam to karp, który przez pięć dni był głodzony w piwnicy, a na koniec zabity tłuczkiem do mięsa i podany w galarecie. Prawie jak teksańska masakra piłą mechaniczną ;) Niestety trauma z dzieciństwa związana z karpiem nie pozwoliła mi na skosztowanie tej rybki. A tak poza tym było naprawdę fajnie. Dużo ludzi i dużo prezentów pod choinką.

Oprócz tego jedzenia, nasze obowiązki ograniczały się do wychodzenia na melanż wieczorem. Żyć nie umierać. Po pięciu dniach, czuję się jak po pięciu miesiącach wypoczynku :D Płytkie, no ale czego tu się spodziewać po świątecznym obżarstwie. W Wigilię poszliśmy na pasterkę, ale taką na której nawet nie widzi się kościoła. Chyba każdy na takiej był, przynajmniej raz w swoim życiu. I na tejże pasterce obwieściłam chłopakom, jakie cudowne leniwe mam święta. Skwitowali mnie śmiechem i tym, że oni mają takie co roku. No tak, to kolejny dowód na to, że faceci mają lepiej. Coś w tym jest, że nie przemęczają się przed świętami. Rozumiem już, czemu często mnie pytali „A czym ty się tak zmęczyłaś w święta?”

W trakcie naszej pasterki skończyły się trunki. W celu uzupełnienia przetransportowaliśmy się na stację paliw. Wszystko pięknie, ładnie, a tam gbur przy kasie. Mówimy dobry wieczór, a on nic. Stoi jak kamienny posąg. Żebyśmy jeszcze byli pijani, to rozumiem. Ale byliśmy trzeźwi. Postawiłam na ladzie pepsi i dwa piwa. Łaskawie skasował. „Wszystko?!” „Jeszcze poproszę wodę gazowaną.” Podaje wodę i „Może coś kurwa jeszcze?” Zamurowało mnie. Byłam tak upojona świąteczną atmosferą, że niestety nie wykrztusiłam z siebie żadnej szpetnej bluzgi. „Jednorazówkę jeszcze.” „Siedemnaście złotych.” Podałam dwie dyszki. Resztę rzucił mi na podłogę. „Niech pan to podniesie, co to ma być?” Podniósł, położył na tacce do wydawania reszty i orzekł tonem pani z okienka w zusie „Następny!”. Cudem udało mi się spakować zakupy. Bałam się, że mi zrzuci na ziemię.

Kurde co za łoch. Jakiś burak. Rozumiem, że niezadowolony z pracy w Wigilię, ale nie trzeba być aż takim chamem. Miałam się mścić i wzięłam paragon. Chciałam typa zgłosić bezpośrednio do centrali sieci. Ale stwierdziłam, że mam go w d***e i niech sobie będzie takim burakiem niemytym. Sama nie mogę wyjść z podziwu – nie zbluzgałam go, nie zadzwoniłam na skargę. Cóż, w Wigilię każdy przemawia ludzkim głosem.

Dziś byliśmy u moich rodziców. I festiwal obżarstwa trwał nadal. To chyba naprawdę może być niebezpieczne :)

Miłych powrotów do pracy i szkoły życzę.

Jestem zdegustowana

Dobrze, że na święta pojechaliśmy do Torunia. Bo w tym swoim mieście bym nie wytrzymała. Tu jakoś łatwiej mi nie myśleć o pracy. A mam o czym myśleć. Miała miejsce obrzydliwa sytuacja. Najpierw kazali nam wypełniać wnioski o dodatek świąteczny (de facto z naszego funduszu socjalnego). Było mówione, że go dostaniemy. Nie myślałam specjalnie o tym dodatku, bo nie pracuję nawet całego roku. Poza tym, gdzieś pod skórą czułam, że będzie chujnia z tym dodatkiem. I czułam bardzo dobrze.

Jeszcze cały zeszły tydzień byliśmy chwaleni, że produkcja ma 2 razy większy wynik niż w zeszłym roku, że nie jest najgorzej. Cały czas było mówione, że dodatek dostaniemy. Nie zaplanowałam wydatków, bo nauczyłam się na studiach, że nie planuje się (ani nie wydaje) pieniędzy, których się nie ma. Zresztą nie wiedzie mi się najgorzej. Jak coś mogę w ostateczności poprosić rodziców o pomoc. Ale są u mnie ludzie, którzy zarabiają 1300 zł na rękę i są jedynymi żywicielami rodziny. Generalnie większość produkcji nie zarabia wiele. I ładnie to dzień przed świętami mówić, że dodatku nie będzie wcale? Można było od razu powiedzieć, że dodatku z funduszu nie będzie. Ciekawe na co został przeksięgowany? Ciekawe, czy handlowcy nie dostali swoich premii rocznych?

No tak się nie robi. To jest obrzydliwe. Dać ludziom nadzieję na dodatkowy pieniądz. Szczególnie tym, którzy żyją od pierwszego do pierwszego. Bo nie mają innego wyjścia. A co jak z tych pieniędzy zaplanowane były prezenty dla dzieci? Co im się powie „jednak zarząd stwierdził, że nie da nam kasy”? Zaraz po tej wiadomości był strajk. Stanęły prawie wszystkie brygady. O dziwo u mnie coś robili. Ale nawet nie miałam śmiałości marudzić, żeby robili szybciej. Powiedziałam tylko, że proszę, żeby dziś robili cokolwiek. Mieli zostać dłużej. Nie zostali. Mieli przyjść do pracy dziś. Nie przyjdą. A ja nie mam wstydu w takich okolicznościach prosić ludzi o nadgodziny. Tak więc jestem zdegustowana. To jest chamstwo. Tak się nie robi. Gdybym była na ich miejscu bym strajkowała. Ale mi nie wypadało. Dlatego coś robiłam. Chociaż widząc ludzi i atmosferę, to mi się odechciało wszystkiego. I jeszcze komuś zostają złudzenia, że w przyszłym roku będzie się chciało komukolwiek szybciej pracować?

Piękny prezent dla załogi od Zarządu Spółki. W imieniu załogi serdecznie dziękuję i życzę wesołych świąt – wam na stołach jedzenia na pewno nie zabraknie.

Idą święta

No jakoś nie biorą mnie święta w tym roku. W zasadzie od wielu lat mnie nie biorą, ale teraz to kompletnie wiszą mi koło miejsca, w które słońce nie zagląda. Nawet nie mamy w domu choinki. Ja bym chciała sztuczną, mój facet chciałby prawdziwą. No i nie ma consensusu, więc jołki niet. Trudno. I tak wyjeżdżamy i nas tu nie będzie. Chyba jestem bardzo zgorzkniała, że nie cieszy mnie ta cała szopka. Jedyne z czego można się cieszyć to to, że jest okazja do spotkania z rodziną i tymi, których dawno się nie widziało. Ale z drugiej strony, czy potrzeba nam w obecnych czasach aż świąt, żeby pójść do babci/dziadka albo rodziców? Czy zadzwonić do rodzeństwa? Nie można tego zrobić bez świąt?

Lubiłam święta, jak żyły obydwie babcie, a dziadek był jeszcze w formie. Wszyscy zbierali się przy stole, było wesoło. Nie jestem wybitnie starą prukwą, ale śmiało mogę powiedzieć, że kiedyś święta wyglądały inaczej. Pachniały piernikiem, mandarynkami i litewskimi pierogami z samymi grzybami. Do tego barszczem. Takim prawdziwym, a nie z torebki. Prezenty w 70% były nietrafione. Ale nie o to chodziło. Nawet reklamy w tv podkręcały atmosferę rodzinnego przyjęcia, spotkania. A teraz co? Patrzy na mnie dziewczynka o demonicznie perfekcyjnym spojrzeniu i fryzurce. A potem tłumaczy mi czym jest harmonia i pokazuje, dlaczego tak zajebisty jest laptop i tablet z windą osiem. W kolejnym spocie Chuck Norris namawia do kredytu świątecznego. I już jakby jakąś mamę nie było stać na najnowszego tableta, to może sobie cyknąć kredycik. A jakby jeszcze miała za mało kabony, żeby przyszpanować wykwintnymi daniami, to jest kolejna chwilówka na podorędziu.

I tak można spotkać się w rodzinnym gronie i uskuteczniać politykę „zastaw się, a postaw się”. Potem ludzie przez pół miesiąca, w najlepszym wypadku do Trzech Króli, wpieprzają pieczony schab z kanapkami i n razy odgrzewane kurczaki. Wszystkim się ulewa, ale ważne, że na święta stół uginał się pod żarciem. Jeszcze gorzej jak wyrzucają jedzenie do śmietnika i lecą do McD albo KFC 28-go. Nie twierdzę, że wszyscy tak robią, ale o co chodzi z tą wścieklizną w sklepie? Przepychanki do wieprzowiny, kolejka za mandarynkami i wścibskie spojrzenia w koszyki innych kupujących. Dziś w stonce kupowałam bułki, makaron oraz inne pierdoły potrzebne do codziennej egzystencji. Podeszła do mnie jakaś starsza kobiecina i powiedziała „Dziewczynko, zrób sobie większe zakupy na święta. Niedługo wszystkie lepsze kąski wykupią.” W mięsnym nie było lepiej. Kupowałam ścinki dla kota i pierogi, a pani sprzedawczyni „A może jeszcze taką łopatkę?” „Po co?” „No tak na święta.” „Ale to jeszcze tydzień…” „No to pani sobie pomrozi.” „Nie mam zamrażalnika. Przyjdę w Wigilię.” Ucięłam rozmowę. No po co kupować mięso i mrozić, jak sklepy pełne? Przecież świeże lepsze.

To samo z karpiem. Nie czaję ludzi, którzy kupują takie rybiszcze, żeby przez tydzień pływało w wannie. A potem ukatrupić i zjeść w Wigilię. Wspaniały gest. Taki miłosierny. Katolicki. Jak Bóg przykazał. Można sobie kupić w rybnym karpia „oprawionego” albo nawet pociętego w dzwonki. Po co sadyszczyć tę rybę tyle czasu. Mój Dziadek kiedyś tak właśnie robił. Pamiętam, jak byłam mała i cieszyłam się, że „u Dziadziusia jest rybka i można ją karmić”. Potem Wigilia przychodzę i słyszę jak Babcia drze się jakby na gwoździe siadła „No załatwisz ty tego karpia wreszcie, czy nie? Ile to można czekać?” Idę do łazienki, a tam jakieś kable wrzucone do wanny. „Dziadek, a co robisz?” „A no, bo ja nie mam sumienia tego karpia zabić. No chciałem go w głowę, ale patrzył na mnie. To tu mam takie kable i inne takie, to zrobię małe zwarcie.” Stałam i nie wiedziałam ocb. Niestety karp był odporny i prądem się nie udało. W końcu Babcia zawinęła go w szmatę i wyrzuciła na mróz na balkon. A ja całe święta płakałam za rybką. Od tej pory słabo mi się robi, jak przechodzę w supermarkecie obok tych pojemników z karpiami. Może niedługo zaczniemy sobie tak cały żywy inwentarz kupować? Najpierw szopka przedświąteczna, oczywiście z Małym Jezuskiem, a potem wigilijna rzeź. Świnka, kurka, itp. itd. W sumie nie będzie to niczym się różniło od zabicia karpia. A nawet się zaoszczędzi na podrobach. :/

Do tego wszystkiego dochodzi „świąteczna” atmosferka w pracy. Większość ludzi jedną półkulą mózgową są już w sklepach, domach, a drugą starają się pracować. Do tego podśpiewują kolędy i robią inne proświąteczne zagrywki. Przy czym przedświątecznie podkładają innym świnie i wbijają nóż w plecy. To pewnie trening przed karpiem. I podkładka pod dzielenie się opłatkiem. Pominę aspekt kupowania prezentów. To dopiero katorga, jak ktoś nie chce powiedzieć, co chce, a potem się krzywi, że ktoś nie był wróżką i nie zgadł.

Czasem (zwykle w grudniu) dochodzę do wniosku, że święta dawno straciły swój charakter. Teraz są doskonałą maszynką do nakręcania sprzedaży. Wypasione prezenty, suto zastawione stoły. Mnie się to nie podoba. Najpierw człowiek sprząta, jak szalony – bo na święta trzeba – a co w trakcie roku to nie trzeba? Potem kwitnie w kolejkach – bo na święta trzeba kupić – tak jakby w trakcie roku jedzenie było reglamentowane. Później sterczy trzy dni w kuchni – bo trzeba zrobić na święta – już nie ważne, czy się chce, czy nie. Nie lepiej ugotować mniej, posprzątać tylko to, co trzeba, a potem w radosnym nastroju spotkać się z rodziną i mieć siłę na świętowanie?

Poza tą komercyjną, „bo trzeba/bo tak każe tradycja” otoczką lubię święta. Nie lubię tylko tej wścieklizny macicy, która ogarnia 98% narodu i przemienia w wygłodniałe bestie otumanione szałem konsumpcjonizmu.  Ale sobie dziś pozrzędziłam haha. Poza tym – życzę wszystkim, aby nie dali się zwariować przed świętami :)