Archiwa tagu: studia

Za 2000 PLN po studiach nie warto pracować?

Pewien mój kolega wygłosił pogląd, że człowiek jak skończył studia, to powinien od razu ze trzy kanty na rękę zarabiać. „A czemu akurat aż trzy kanty?” „Bo dwa to mało przecież, a nawet tego na wejściu nie dają.” „Może to nie jest jakaś zawrotna suma, ale czemu miałoby być więcej?” „Przecież po tylu latach trudnych studiów coś się należy.”

No właśnie. Niby się należy, a jednak się nie należy. Gdy szłam na studia, to myślałam, że po ich ukończeniu z palcem w dupce otrzymam pracę w jakiejś korpo i będę liczyć wpływający na konto hajs. Niestety, a raczej stety, szybko wyleczyłam się z tego złudzenia. Po pierwsze, jeśli rok rocznie na mojej uczelni, ten kierunek kończyło ponad 100 osób, to łatwo wydedukować, że na rynku pracy jest nas nadmiar.

Pomogły mi w tym też prace sezonowe. Myślałam, że skoro jestem studentką, to dostanę fajny wakacyjny staż (czyt. w banku na stanowisku analityka) albo równie fajną pracę. Szybko się okazało, że wymarzone staże są pozajmowane przez absolwentów, bądź studentów ostatnich lat, czyli takich, którzy umieją coś więcej niż policzyć wymyślne całki. O stołkach obsadzonych po znajomości nie wspominam. Tak naprawdę pozostały tylko opcje przedstawiciela handlowego dla dziwnych firm, które swoje siedziby miały zwykle w opuszczonych budynkach/magazynach/domkach jednorodzinnych. Na takie ryzyko nie poszłam. Pozostała ambitna praca w fastfoodzie. Wtedy dojrzałam do myśli, że fakt bycia studentką nie czyni mnie nikim wartościowym na rynku pracy.

Po sprowadzeniu na ziemię, doszłam do wniosku, że w trakcie studiów raczej trzeba pracować tam, gdzie będą mnie chcieli i za ile będą chcieli, abym pracowała. Nie wyniosłam z takich prac za wiele, ale zrozumiałam, że nie chcę do końca życia podawać frytek i hamburgerów, bo jest to zwyczajnie monotonne. Zrozumiałam też, że obecnie rynek pracy jest tak skonstruowany, że bez fachu w rękach nie ma za wielkiego pola manewru.

Kolejny zimny prysznic dostałam, gdy uzyskałam tytuł magistra ekonomii, a drugie studia były na końcówce. Wiedziałam, że jest kiepsko (dlatego szukałam pracy wcześniej), ale nie wiedziałam, że jest aż tak źle. Na około 250 wysłanych cv i listów motywacyjnych było tylko kilka odpowiedzi, z czego większość to jakieś absurdy polegające na naciąganiu pracownika. Nie będę ukrywać, że wpędziło mnie to w stan na pograniczu depresji. Zastanawiałam się, co ze sobą pocznę i czy w ogóle był sens iść na te studia. Większość ogłoszeń wymagało doświadczenia w branży, którego nie miałam.

W końcu po ponad dziewięciu miesiącach szukania, dostałam pierwszą pracę. Z 1500 zł na rękę, 50 km od domu. Z perspektywy czasu wspominam to z lekkim śmiechem. Byłam spięta jak gumka w przymałych majtkach. Denerwowałam się totalnie wszystkim, przejmowałam każdą byle pierdołą. Dawałam każdemu sobą pomiatać, bo bałam się, że wylecę i znowu będę w domu siedzieć i dosłownie błagać o przyjęcie do pracy. Niestety, ale z punktu widzenia pracodawcy spora większość absolwentów jest niewiele warta. Trzeba ich przyjąć i uczyć wszystkiego. Oznacza to średnio trzy miesiące szkolenia i niskiej produktywności pracownika, oczywiście w zależności od stanowiska i indywidualnych predyspozycji. Za to przyjmując na to samo stanowisko pana Stanisława w wieku 40+ i z doświadczeniem w branży, jest gwarancja szybkiego wdrożenia. No i spójrzmy na to obiektywnym okiem – czy takiemu absolwentowi, należy się więcej niż 1500-2000 zł w pierwszej pracy? Biorąc pod uwagę przeciętne zarobki w tym kraju…

Nie twierdzę, że powinno się pracować wiecznie za małe wynagrodzenie, ale kiedyś doświadczenia trzeba nabyć. Pierwsza praca to w dużej mierze nauka poruszania się na realnym rynku pracy oraz nabywanie podstawowych kompetencji. Nie ma co się zrażać ciężkimi początkami, tak chyba musi być. Sama byłam przerażona perspektywą tego, że tak „może być do końca życia”.

Poszłam teraz na rozmowę kwalifikacyjną i było znacznie łatwiej mając już jakieś konkretne umiejętności w cv. W końcu pracowałam już więcej niż w jednym miejscu. Przyjemniej się rozmawia, gdy opisujesz to, co umiesz, czym się zajmowało/zajmuje. Jakie zna się programy i jakie obowiązki pełniło. Człowiek jest wtedy znacznie mniej zestresowany i nie musi głupkowato powtarzać „Nie umiem, ale łatwo mogę się nauczyć.” Sama mówiłam to często, i wiem teraz, że jeśli nie jest to poparte niczym konkretnym, brzmi jak bujda na resorach. Ze swojej obecnej perspektywy mogę stwierdzić, że na chwilę obecną obawiam się konkurencji, ale nie tak bardzo jak kiedyś. Mogę także liczyć na to, że moja aplikacja nie wyląduje od razu w koszu. Dopiero teraz wiem, na ile mogę realnie wycenić swoją pracę. Myślę też, że potrzeba mi jeszcze 3-4 lat, aby mieć satysfakcjonujące zarobki. Może to i smutne, ale tak niestety jest, że po studiach 2000 zł na rękę to duża kwota. Ten, który ją dostaje, powinien być zadowolony.

Ciężkie jest życie stażystki

Zaczęły się wakacje, a razem z nimi sezon staży i praktyk. Do naszej firmy przychodzi naprawdę wielu stażystów. Co prawda, gdy byłam na produkcji, nie widywałam tych tabunów żądnych wiedzy studenciaków. No ale, któż pokalałby swe inżynierskie/magisterskie ręce praktyką w Pionie Produkcji? Tam jakoś chętnych nie było. Za to w marketingu, IT i serwisie jest ich naprawdę sporo.

Moją uwagę przykuła jedna dziewczyna. Zaczęła jakoś niedawno. W pierwszy dzień, gdy przyszła, zagadała nieśmiało do naszej koleżanki, bo od godziny chodziła po korytarzu i nikt na nią nie spojrzał. Sama widziałam, że ktoś się szwenda, ale stwierdziłam, że skoro nie wie, po co przyszła, to niech się namyśla dalej. I dłubałam swoje. Później wyszło, że dziewczyna ma odbywać praktyki m.in. w naszym dziale. Ponieważ nikt nas nie poinformował, że zacznie, nic dla niej nie przygotowaliśmy.

Każdy siedział cichutko, żeby tylko nie dostać zgniłego jajka w postaci stażystki. W tym i ja. Tak serio, to nikt nic do niej nie miał. Po prostu każdy chce robić swoje, a nie tracić czas na naukę, kogoś kto i tak nie zostanie w firmie. Po jakimś czasie padło na mnie, żebym ją oprowadziła po produkcji, bo tam p r z e c i e ż  p r a c o w a ł a m. No więc poszłyśmy. Opowiadałam jej to i owo. Przy okazji wypytałam, co chciałaby robić. Okazało się, że umie (podobno) spawać i mogłaby nawet iść na spawalnię. Szacun. Ja spawać nie potrafię. Ze dwa razy zdarzyło mi się stać koło wyłączonego migomatu. Generalnie wydawała mi się dość ogarnięta.

Zrobiło mi się jej szkoda. Przecież wiadomo, że nikt do niczego jej nie dopuści. A tym bardziej do spawania. Pomyślałam o swoim byłym przełożonym. Jakie miał podejście do kobiet. Gdyby mu powiedzieć, że ona może spawać, chyba udławiłby się ze śmiechu. Dlaczego? Bo jego światopogląd nie dopuszcza takich perwersji. A nawet gdyby, to szkoda mi nawet pomyśleć, jak bardzo pracujący na brygadzie faceci by z niej szydzili. Przynajmniej na początku.

Koniec końców trafiła do serwisu. I tam… Siedzi. I chyba nic nie robi. Ostatnio widziałam, jak siedziała i przeglądała jakieś foldery i dokumentację. Innym razem robiła coś w swoim telefonie. Dziś kazali czyścić jej jakiś sprzęt po targach, czy tam wypożyczeniu. I tu rozbijamy się o kluczowe pytanie – na chuj jej ten kaktus?! Po co jej taki staż? Co ona się na nim nauczy? Korzystać ze szmaty i środka czyszczącego zapewne umiała wcześniej. Przeglądać foldery też. Będzie tak pętać się cztery tygodnie w te i wewte. A do tego tracić ładną pogodę.

Jakby to powiedzieć? Stażyści robią nic. Bo z jednej strony, kto ma czas tracić na nich cenne godziny w pracy? A z drugiej, nie wiadomo, czy ktoś ci nie spieprzy roboty, nawet mając dobre chęci. I tak toczy się błędne koło, kiepskiej edukacji. Nawet tej podobno praktycznej. Nikt stażysty nie chce uczyć, stażysta wychodzi z praktyk głupi, jak był wcześniej. Dodatkowo bardziej rozczarowany i z poczuciem zmarnowanych wakacji.

Żeby chronić się przed takim absurdem, zawsze w lato pracowałam. Miałam mało ambitne zajęcia, ale przynajmniej nie za darmo. O frytkach, hamburgerach i rybach wiem wszystko, hehe. Nie zmęczyłam się zbytnio, a do tego był hajs na imprezy i inne potrzeby. Nie udawałam też, że wykonuję niezwykle istotne dla świata i potomnych zajęcia na stażu. Był czas, że żałowałam swojej „fast-foodowej” kariery. Myślałam, że może jednak warto było iść na jakiś staż i się czegoś nauczyć. Teraz widzę, że jednak lepiej było smażyć fryty i podawać hamburgery, bo i tak bym niczego się nie dowiedziała. Co do stażystki, jutro powiem jej, żeby policzyła mi ulotki w szafie, bo mi się nie chce.

Juwe Juwenalia! Kto nie pije ten kanalia!

Dziś stara baba, czyli ja będzie wspominać. Oczywiście Juwenalia, które odcisnęły piętno na mojej psychice, a jeszcze większe na wątrobie. Czym są TKSy, dowiedziałam się dopiero na pierwszym roku studiów, gdy się zaczynały. Bo zawsze miałam spóźniony refleks i czasem kiepski ogar. Poszłam na imprezę w poniedziałek i… się schlałam. Poszłam na imprezę we wtorek i… też się znietrzeźwiłam. Piwo lało się strumieniami wszędzie, a w szczególności w tzw. miasteczku akademickim.

Jeśli chodzi o alkohol, to zawsze byłam dość ekonomiczna w temacie. Dwa piwa wystarczały mi do szczęścia. Generalnie w liceum często chodziłam na imprezy, ale mało piłam. Magiczną granicę ubzdryngolenia się przekroczyłam razem z koleżankami z grupy właśnie w Juwenalia. Nigdy nie porobiłam się do takiego stanu, żeby leżeć pod akademikiem w krzakach we własnych wymiocinach, jednak tamte dni i tak zapamiętałam do dziś. Głównie dlatego, że nigdy wcześniej nie byłam tyle razy na imprezach w ciągu niecałego tygodnia. W zasadzie to była jedna wielka impreza.

Wszystko odbywało się dość normalnie, nie było wielkich ekscesów, burd pijackich i innych przebojów. Widziałam tylko akcje typu kilku kolesi zwracających zupki chińskie z Radomia pod drzewami, ławkami i gdzie się dało. No i niesamowite ilości poniewierających się butelek i puszek. Piątek rano był końcem moich nierównych zmagań z TKSami. Obudziłam się nad ranem i trzepało mnie jakbym tydzień jadła tabletki z efedryną na katar. Koszmar. Myśli typu „Oj jak boli głowa, oj jak pić się chce.” Cały dzień dochodziłam do siebie. W sobotę też byłam przetrącona. Przechodząc koło sklepu musiałam odwracać głowę w drugą stronę, żeby przypadkiem nie ujrzeć gdzieś piwa. Na bank by mi się ulało. Cofało mnie na samą myśl o złotym trunku i jakimkolwiek innym.

Największe zdziwienie i szok przeżyłam, gdy dowiedziałam się jak brzmi rozwinięcie tajemnego skrótu TKS. Tydzień Kultury Studenckiej. Hmm… Z kulturą to ja się raczej nie zetknęłam. Owszem pamiętam jak przez mgłę koncert Jamala (współczuję mu, bo musiał chyba ze 20 razy bisować kawałek „policeman”, pewnie wzdryga go na wspomnienie tego do teraz), konkurs grillowania, domówkę u jakichś znajomych i konkurs karaoke. Współczuję wszystkim, którzy musieli wysłuchać dźwięków, jakie z siebie emitowałam pod wpływem. O! Pamiętam jeszcze, że zobaczyłam, jak pije się piwo w 20 sekund – odwrócić puszkę do góry nogami, trzeba zrobić niewielki otwór przy dnie puszki (w ściance), przyłożyć to do ust i obkręcić tak, aby była znów w „pozycji normalnej”, otworzyć ją i pić. Sama nie próbowałam, to nie wiem, jak żołądek to znosi.

Najśmieszniejsze jest to, że największy gnój robili nie studenci, tylko przypadkowi ludzie. Powywracane toi’toie i inne ciekawostki. Jedną studentkę zgwałcono pod budynkiem byłej stołówki. Oczywiście okazało się, że to nie był student. Porażka. Przez takie akcje Juwenalia były potem znacznie krótsze.

Zawsze uczestniczyłam w TKSach, może nie tak alko-aktywnie jak na pierwszym roku, ale jednak nie żałowałam sobie. Teraz, dwa lata po zakończeniu studiów ze zdziwieniem stwierdzam, że wcale mnie tam nie ciągnie. Wspominam to wszystko fajnie i z taką nawet łezką w oku, ale nie czuję, żeby chciało mi się tam iść. Dziwne. Może dlatego, że większości swoich znajomych tam nie spotkam już. Bo my już pracujemy i jesteśmy teraz tacy poważni. Prowadzimy dorosłe życie, pełne odpowiedzialności, w którym nie ma miejsca na głupoty. Taaa… jasne. Poważni. Hahaha.

Dopisane 25-05-2013. Browar! Wóda! Polibuda!           Seks! Muzyka! Politechnika!

Nie warto studiować, ani starać się w pracy

Wczoraj wyszłam z siebie, stanęłam obok, potem poszłam na długi spacer i chyba do siebie wróciłam. Ale nie jestem pewna, bo łeb mnie boli, jakby ktoś mnie w nie zdzielił łopatą. Ale to nie była żadna łopata, tudzież szpadel, tylko bolesna prawda. Kurewsko bolesna. Spłynęło na mnie objawienie.

Kiedy zaczęłam pracować w swojej obecnej pracy niewiele ponad rok temu, byłam pełna zapału i chęci. Pomyślałam sobie, że mam już za sobą mały koszmarek i gorzej być nie może, więc na bank będzie lepiej. Zaczęłam na stanowisku specjalisty ds. organizacji produkcji. Dostałam niezbyt wysoką stawkę. Nie weszłam na wyższe wynagrodzenie niż w poprzedniej firmie, ale odpadły mi dojazdy. No i użeranie się z niektórymi pojebami.

Pracowałam sobie niespełna miesiąc. Nie poznałam dobrze asortymentu naszego działu, specyfiki pracy, działania systemu, na którym pracujemy, budowy wyrobów, technologii produkcji. Jednym słowem byłam zielona, jak marchewka na wiosnę. Pewnego dnia zostałam wezwana na rozmowę. Zrobiono mnie kierownikiem, przy okazji zreorganizowano brygady. Łatwo sobie wyobrazić, jaki sprzeciw wzbudziło to na brygadach. Przyszła sobie jakaś gówniara i będzie teraz wydawać polecenia? Przecież ja wiem wszystko najlepiej.

No i jedna brygada zastrajkowała kompletnie. Przez około 4 miesięcy produkowali 25% tego, co mogli. Inni notorycznie nie wywiązywali się ze swojej pracy. Wynikało to też z tego, że nie do końca wiedziałam co jest grane. Pomyślałam sobie, że to dla mnie szansa i nie można się poddać. Brałam do domu dokumentację, żeby ogarnąć te wyroby. Przez praktycznie rok rzadko wychodziłam z pracy punktualnie. Oczywiście nigdy nie zobaczyłam pieniędzy za nadgodziny, bo podobno muszę wywiązać się ze swoich obowiązków. Szkoda, ze to samo nie tyczy się ludzi na brygadach. Jak nie zrobi to i tak idzie do domu i gówno można mu zrobić. Nigdy też nie zobaczyłam żadnej premii, bo mi jako kierowniczce premia nie przysługuje. No kurwa sorry, ale głupszych argumentów nie słyszałam.

Kiedy zgłaszałam jakiś pomysł albo problem miałam wrażenie, że odbijam się od ściany. Zawsze słyszałam jakieś dyrdymały typu „no tak, ale wie pani to taka specyfika pracy na produkcji” „No tak, ale w tym zakładzie to tak właśnie funkcjonuje.” A po niecałym tygodniu musiałam się tłumaczyć z tego, czemu próbowałam zapobiec, ale każdy wyżej miał to w dupie. Jednak byłam na tyle głupia, że dalej się starałam dać z siebie jak najwięcej.

W międzyczasie dali mi obecnego przełożonego. Sytuacja jest na tyle chora, że miał być moim przełożonym nieformalnie. Bo niedługo idzie na emeryturę i miał nas nauczyć pewnych rzeczy. Na rozmowie z Szefem usłyszałam „On będzie z wami kilka miesięcy. Pomoże wam uporządkować pewne sprawy, popchnąć tematy do przodu. On ma wam pomagać, wspierać i doradzać. Nie przejmuje w żadnym wypadku kontroli nad waszym zespołem.”

W praktyce wyszło jednak zupełnie inaczej. Na każdym kroku próbował wprowadzać swoje porządki. Zastopował wszystkie moje działania. Nie pozwolił na przyjęcie nowych pracowników. Nie pozwalał zwalniać ludzi, którzy notorycznie nie przychodzą albo nie wywiązują się z zadań. „To na pewno ty im źle pracę zorganizowałaś. Ty nie potrafisz robić swojej roboty.” Gdy teraz przekonał się, że na niego mają kompletnie wyłożone, zaczął chodzić po firmie i pierdolić, jakie to on reformy przeprowadzi. Wymyślił jakiś swój program na zmianę ludzi, który jest toczka w toczkę moim pomysłem. Tym, który zastopował jakiś czas temu.

Facet ciągle się pastwi. Niedawno przeczytałam artykuł na temat mobbingu. To co on robi, to jest właśnie klasyczny mobbing. A ja myślałam, że on po prostu jest pojebany! Skłócił mnie z zaopatrzeniowcem. Próbował skłócić z podwładnymi. Nawet przez jakiś czas mu wychodziło. Dzień w dzień po pracy płakałam. Były dni, że jadąc myślałam sobie „Chciałabym mieć jakiś wypadek, żeby leżeć w szpitalu z miesiąc i nie chodzić do pracy.” Gdy uświadomiłam sobie, co ja sobie myślę, byłam przerażona. Do czego on potrafił mnie doprowadzić w kilka tygodni? Miałam ciągłe bóle brzucha i zaczęły się znane mi problemy żołądkowe. Jednak dalej nie poddawałam się, bo chciałam swoją pracę dobrze wykonywać. Myślałam, że żaden wredny typ mi w tym nie przeszkodzi.

W końcu miałam już serdecznie dość tego, że ten facet na każdym kroku próbuje mnie spacyfikować i pomiata. Nie takie przecież były ustalenia. Poszłam do Szefa. Powiedziałam mu, że nie jest tak jak było ustalone. Opowiedziałam o paru incydentach. Stwierdził, że faktycznie sytuacja jest chora i musi coś pomyśleć.

Wczoraj zawołał mnie Prezes całej produkcji. Godzinna gadka szmatka. „Jak pani to dalej widzi?” „Pani to została skrzywdzona tym awansem. Byłem mu przeciwny, bo chciałem, żeby pani sobie z rok spokojnie popracowała. A tak rzucono panią w takie wyzwanie, z którym wiele doświadczonych osób sobie nie poradziło.” „Jakby pani widziała siebie w tym zespole, gdyby to pan XXX został jego szefem?” „A jeśli się pani nie widzi w tym zespole, to co wtedy? Jakie miejsce w firmie by pani dla siebie widziała?” Żygać mi się zachciało. Wkurwiłam się tak strasznie, że do końca dnia byłam kompletnie bezproduktywna. Po pracy położyłam się i odpłynęłam na prawie dwie godziny. Zauważyłam, że w dużym stresie zwyczajnie przesypiam cały swój czas wolny. Potem dostałam napadu płaczu i chyba astmy, bo nie mogłam długo złapać powietrza. Od jakiegoś czasu mam wrażenie, jakby coś mi w sercu bulgotało i czasem nieregularnie bije. Proszę, do tego właśnie doprowadził mnie rok pracy w takich, a nie innych warunkach.

Taki jest kurwa efekt. Najpierw ktoś nieodpowiedzialnie stawia ci zadanie, które cię przerasta. Od początku wiedziałam, że moje szanse są niewielkie. Miałam wrażenie, że przepycham się ze ścianami. Poświęcałam swój prywatny czas, żeby nauczyć się tego, czego nie pozwolono mi się nauczyć. Nie oszukujmy w miesiąc nikt się nie nauczy. Wczoraj Prezes powiedział, że w zasadzie to jest zdziwiony, że poszło mi tak dobrze. To dlaczego chcą mnie zdegradować? Dlatego, że się starałam? Podobno ten grzyb, który po kilka razy dziennie robi mi przytyki i awantury, przyczynił się do polepszenia sytuacji. Na bank się przyczynił. Ale to nie jest tylko i wyłącznie jego zasługa. Pracuje na to cały zespół. Ciągle trzeba mu jakieś zestawienia i dane przygotowywać, bo on nawet nie umie się zalogować do naszego systemu.

Nie podpiszę papierka degradacyjnego. Nie pójdę na żadną ugodę. Mam dość zabawy moją osobą, co wczoraj powiedziałam do Prezesa. Zwyczajnie pobawili się moim życiem. Przez ten rok straciłam mnóstwo nerwów i tym samym na pewno zdrowia. I co z tego mam? Dużo zmian i usprawnień, które wprowadzałyśmy razem z moją koleżanką, przypisał sobie ten stary dziad. Wczoraj przyszedł do mnie i powiedział mi wprost, że źle rozliczam ludzi i wypłacam im za dużo pieniędzy. Zażądał kart rozliczeń brygad za ostatni kwartał. Do tego kazał mi zrobić jakieś dziwaczne zestawienie nadgodzin. Dałam mu te dane, ale wiem, że w poniedziałek będzie próbował mnie tym pogrążyć. To robiłam dobrze i wiem, że to on źle rozlicza ludzi.

Nie wyobrażam sobie tego, że mam być jego podwładnym formalnie. Nie wyobrażam sobie tej degradacji. Jestem wkurwiona. Nie będę pracowała z tym facetem, który non stop będzie próbował mnie poniżać. Teraz będzie miał jeszcze większe pole manewru. Doprowadził jednego faceta do odejścia z firmy. Drugi nabawił się przez niego problemów z sercem. Coś czuję, że mnie to czeka, jeśli będę pod nim pracować.

Moje rozgoryczenie jest wielkie jak nigdy dotąd. Pracuję za śmieciową stawkę. Pani na kasie w Lidlu na dzień dobry dostaje trochę mniej. Ale z dodatkami wychodzi tyle samo. Jestem kierownikiem. Mam skończone studia, a spawacz w naszej firmie dostaje kafla więcej ode mnie w podstawie. Do tego dochodzą pełnopłatne nadgodziny i ryczałt za wyroby. Czasem wychodzi, że zarabiają ponad dwa razy tyle co my – inżynierowie, kierownicy i ludzie organizujący im pracę. Bez nas nie mogliby pracować. Bo sama praca się im nie zorganizuje.

Mówią na nas per krzesełka. Mówią, że siedzimy całymi dniami na kompach i nic nie robimy. Tylko, że to my wiecznie zapierdalamy na niepłatnych nadgodzinach. My nie dostajemy prowizji, gdy oni wyjdą na plus. Oni dostają ryczałt. Przecież to nasza praca składa się na to, że mogą w danym miesiącu zrobić więcej. Ich prawa pracownicze są przestrzegane. Nasze niekoniecznie. Słabo mi się robi jak na to patrzę. Przecież my też musimy zrobić więcej, żeby oni zrobili więcej! Bez nas ich by nie było. To dlaczego nasza praca jest mniej warta? No bo jest mniej warta w oczach Zarządu, skoro nam się gówno płaci.

Żałuję, że studiowałam. Żałuję, że nie poszłam do zawodówki. Miałabym sześć lat nauki mniej. Często bezsensownych i niepotrzebnych rzeczy. Nie musiałabym też użerać się z wykładowcami prezentującymi stanowisko, że kobieta to może być co najwyżej kosmetyczką. Pracowałabym sobie też pewnie na produkcji. Zarabiałabym więcej, miałabym wszystko w dupie, bo przecież jak kooperant zawali i nie ma materiału to nie moja brocha. Pierdolę nie robię byłoby moją dewizą. Siedziałabym sobie i nic nie robiła, gdyby czegoś brakowało. Po wyjściu z pracy miałabym wszystko szeroko i głęboko. Byłabym zawsze wyluzowana i miałabym więcej kasy. Bo teraz to jest tak, jak widziałam na jakimś demotywatorze. „Operator koparki 3800 zł, inżynier budowy 2000 zł”. Naprawdę nie ma sensu studiować w takim wypadku.

Na dzień dzisiejszy mogę o sobie powiedzieć. Jestem inżynierem, pracuję na stanowisku kierownika produkcji, zarabiam ponad połowę mniej od spawacza, mój przełożony stosuje wobec mnie mobbing. Dziękuję, miłego dnia. Dzieci – nie idźcie na studia, bo byle kto będzie potem wami pomiatał!