Archiwa tagu: społeczeństwo

PrzeTRWAM walkę z radyjkiem babci

Ostatnio udało mi się wygrać walkę z radiową obsesją pani starszej z mojej klatki. Słyszałam wyraźnie, że oto nadaje u niej nadobna rozgłośnia z Torunia. Jak ktoś się modli to ok, ale godziny tej audycji delikatnie mówiąc denerwowały mnie – co dzień od 00.00 do 04.00 w nocy. Jak w zegarku. I w akompaniamencie głos staruszki wyjącej trzęsącym się głosem. Świetnie. Wstań sobie o 6.00 rano i idź do pracy. Gwarantuję, że po pewnym czasie zaczyna się chodzić bokiem. Co ciekawe, gdy miałam zwolnienia zauważyłam, że w dzień pani starsza nie słucha. Tylko w nocy. Wtedy, kiedy ludzie w wieku produkcyjnym chcieliby się wyspać.

Jednego razu nie pomogła nawet poduszka na głowie. Wkurzona, ubrałam się i pomaszerowałam do słuchaczki. Waliłam w drzwi tak długo, aż otworzyła. To była któraś z rzędu nieprzespana noc. Miałam zwyczajnie dość. Wystawiła nosa i wtedy przemówiłam „Dzień dobry. Proszę ściszyć radio, bo nie da się spać.” „Ale ja teraz chcę słuchać audycji.” „Można słuchać ciszej…” Syknęłam, bo już zaczynałam się gotować. „To takie piękne, że lepiej głośniej słuchać.” „Proszę ściszyć.” Otworzyła usta, żeby coś powiedzieć, a wtedy wycedziłam lodowato „To ja pracuję na pani emeryturę i to z moich składek wypłacają pani, więc proszę to dziadostwo ściszyć, bo jutro idę do pracy!” Obróciłam się na pięcie i poszłam do domu. Ściszyła. Byłam z siebie zadowolona.

Tylko, że kolejnej nocy znów było głośno… Punktualnie o północy włączyła radio i zaczęła te swoje godzinki. Więc ja znowu do niej. Tym razem mi nie otworzyła, tylko zrobiła jeszcze głośniej. Pomyślałam sobie, że jak chce wojny to proszę bardzo. Po nocach słucha, a w dzień, gdy w bloku cisza i wszyscy śpią, sama się wysypia. Zamieniła dzień z nocą, to zaserwuję jej pigułkę na niespanie. Rano włączyłam muzykę na cały regulator, ustawiłam czasowy wyłącznik i poszłam do pracy.

Nie ukrywam, że byłam zadowolona ze swojej złośliwości. Pomyślałam sobie – chcesz się wyspać wredna babo? To zobacz jak się śpi, jak ktoś ci hałasuje. I tej nocy było faktycznie cicho. Na drugi dzień odebrałam telefon ze spółdzielni. Od razu wiedziałam o co chodzi – prukwa się poskarżyła. „Bo chodzi o to, że pani zakłóca ciszę.” „Jaką ciszę?” „Bardzo głośno pani puszcza muzykę.” „Niby kiedy?” „W godzinach takich siódma rano i do jedenastej. Mniej więcej tak.” „Wie pani co? Po pierwsze, to w tych godzinach nie obowiązuje cisza nocna, więc niczego nie zakłócam. A po drugie, to raczej nie możliwe, bo ja jestem wtedy w pracy. Głupio by było, żebym puszczała muzykę do pustego mieszkania. Zwyczajnie szkoda by mi było pieniędzy. Przecież za ten prąd musiałabym zapłacić.” Cisza. Konsternacja. „Yyyy… A pani **** wczoraj dzwoniła i mówiła, że to u pani.” „Ja pani jeszcze raz mówię, że to nie ja. Czy pani włącza muzykę wychodząc z domu?” „No nie…” „No właśnie! Może to tamtą panią warto by się zainteresować, skoro jej się wydaje, że słyszy muzykę w pustym mieszkaniu… Poza tym to myślę, że to zemsta.” „Zemsta? Za co?” „Za to, że niejednokrotnie ją upominałam za zakłócanie ciszy nocnej. Bardzo głośno słucha radia w nocy. Zagroziłam jej ostatnio, że jeszcze raz i zgłoszę sprawę na policję. A ona zadzwoniła do was. Ale to podłe…” Pani przeprosiła i powiedziała, że sprawą się zajmie.

Nakłamałam. Mój długi nos urósł jeszcze bardziej. Strasznie mi nieprzykro. Chciałam się dogadać po względnej dobroci. Nie zadzwoniłam od razu na policję. To postanowiła walczyć z taką oazą pokoju i empatii jak ja. No to dostała za swoje. A jeszcze raz włączy w nocy toruńskie radyjko, to zadzwonię do niebieskich stróżów prawa. Nie ma lekko.

SuperW_logotyp

Miło czasem zrobić coś dobrego. Szlachetna Paczka :)

Dzisiaj chciałabym poświęcić te kilka (i więcej) bajtów danych na coś dobrego. I tutaj nie wiem, jak to wszystko napisać, żeby nie brzmiało patetycznie. No i jak nie przemycić moich głupawych żarcików… Zacznę więc może od sytuacji, która kiedyś mi się przydarzyła. Szłam sobie dumnym krokiem do swej niezmiernie ważnej pracy kelnerki w nadmorskiej smażalni. Nagle podbiła do mnie kobieta około trzydziestki z dziećmi. I zaczyna nawijać, żebym jej dała 20 pln. Z grubej rury zaczęła, nie tam od zetki, czy dwóch. Tak więc pytam „A dlaczego miałabym dać?” „Bo ja jestem samotną matką, nie mam pracy.” I standardowa nawijka, jak jej źle i jak to ciężko takie dzieci samej wychować (z tym akurat nie polemizuję). „A czemu pani nie pójdzie do pracy?” Zaczęła się krzywo wymigiwać. Już wiedziałam, czym to pachnie. „U nas w barze szukają pomocy kuchennej. Stawka jest dobra, to może pani odstawi dzieci i pójdzie, to zagadam z szefową?” Wykrzywiła się jak środa na piątek. „Żebym tak rybą śmierdziała, jak…” „No jak kto? Jak ja? Akurat co dzień chodzę do pracy. A nie stoję z wyciągniętą ręką na deptaku i czekam aż mi ktoś da.”

No i tu jest clue. Jak pomagać mądrze? Bo jak powiedział Ferdynand K. „kasę to by każdy chciał, a robić to ni ma komu!”. Skąd wiemy, że oddane przez nas rzeczy będą służyły komuś faktycznie potrzebującemu? Że trafią do takich osób, które są w kłopotach i mimo wszelkich starań nie dają rady z tego wybrnąć? Że nie mają recepty na życie „Jestem biedny, więc ktoś mi pomoże. W końcu to obowiązek pomagać biednym. A za 1500 to mi się robić nie opłaca. Wolę posiedzieć w domu.”?

Na takie akcje to ja nie idę. Dlatego naprawdę spodobała mi się idea SZLACHETNEJ PACZKI. To jest inteligentna pomoc. Chodzi o to, żeby dać wędkę, a nie rybę. Wiadomo, że nie każdy takiej wędki chce (jak ta kobieta, która nie chciała śmierdzieć rybą jak ja). Dlatego cały pic polega na tym, żeby znaleźć takich, którzy tej wędki będą chcieli. Takich, którzy znaleźli się w dołku tzw. niezawinionej biedy i pragną się z niej wyrwać. Jak to się robi? No właśnie, do tego potrzebni są Wolontariusze, którzy spotykają się z różnymi ludźmi. Rozmawiają, obczajają temat i w ten sposób wyłania się tych, którzy mądrej pomocy chcą. Oczywiście nie idzie się tak prosto z ulicy, tylko przechodzi szkolenia, które pozwalają nabyć obycia i względnej odporności na różne sytuacje.

Co robi taki Wolontariusz oprócz szukania potrzebującej osoby? Pośredniczy między nią, a Darczyńcą. Bo przecież nie każdy jest stworzony do tego, czym zajmuje się Wolontariusz. Można dać coś od siebie – czyli zmontować tę właśnie paczkę i  zostać Darczyńcą :) Zachęcam gorąco do jednego i drugiego! Ja zastanawiam się nad zostaniem Wolontariuszką. Nie chcę tu ściemniać, że na bank nią zostanę, ale sobie przemyślę sprawę. Nie bardzo mam co dać i mój budżet nie udźwignie zrobienia paczki dla kogoś, ale myślę, że znalazłabym w sobie tyle siły i chęci, żeby poświęcić drugiemu człowiekowi trochę swojego czasu w miejsce przeglądania demotów ;)

Przeczytałam prawie całą stronę SuperW oraz Szlachetna Paczka i mogę z czystym sumieniem stwierdzić, że mi się to podoba. Bardzo, bardzo. Przy tej okazji napomknę, że czytając te wszystkie materiały, spociło mi się oko (tak tak, nawet taki twardziel jak ja, się wzrusza). Są już realne wyniki działań z poprzednich lat – w 2012 roku udało się dotrzeć do 13 235 rodzin! Pan Karol otrzymał wózek, dzięki któremu pierwszy raz od wielu lat zobaczył krakowski rynek. Pani Jadwiga znalazła pracę. Pan Zbyszek ma z kim porozmawiać. Ciężko mojemu rozumkowi ogarnąć, jak trudno musi być człowiekowi zamkniętemu w czterech ścianach, samotnie…

Chyba można śmiało powiedzieć, że poziom naszej empatii jest całkiem dobrym wykładnikiem naszego człowieczeństwa… No i z samego dna często lepiej widać Twoją twarz :) Mam nadzieję, że także będziecie chcieli pomóc :)

Linki do Szlachetnej paczki zamieściłam już w tekście, ale jakby co to: www.superw.pl i www.szlachetnapaczka.pl ;)

Pozdro i pamiętać, że na Was liczę!!

Kim jest niepełnosprawny?

Zastanawialiście się kiedykolwiek nad swoim pierwszym skojarzeniem, obrazkiem jaki widzicie w głowie, myśląc „niepełnosprawny”? Czy nie jest to tak, że większość z nas widzi osobę na wózku inwalidzkim? Przyznam, że sama też tak mam. Dlaczego zaczynam ten temat? Ponieważ wokół nas jest wiele osób niepełnosprawnych. I wbrew powszechnej świadomości nie wszyscy nie mogą (z różnych przyczyn) chodzić. Problem niepełnosprawności i jej postrzegania przez społeczeństwo najprościej pokazać przytaczając rzeczywiste sytuacje z miejsc parkingowych.

Jak wiadomo, na każdym parkingu jest jedno lub dwa miejsca, na których mogą stanąć tylko osoby niepełnosprawne. Dodatkowo niepełnosprawność musi być udokumentowana i trzeba posiadać specjalną plakietkę wydawaną przez urząd miasta uprawniającą do postoju w takich miejscach. Proste? Proste. Kto może otrzymać taką plakietkę? Każdy niepełnosprawny nie wchodząc w szczegóły. A więc np. osoba po wielokrotnych zawałach, osoba bez którejś z kończyn, z brakiem narządów wewnętrznych, osoba niepełnosprawna umysłowo. Co więcej, na takim miejscu może zaparkować jej opiekun, aby ją podwieźć gdzieś lub odebrać skądś. Do czego zmierzam? Już wyjaśniam.

Świadomość naszego społeczeństwa na temat niepełnosprawności jest raczej hmm… niska. Proste przykłady. Moja Mama jest niepełnosprawna. Nie porusza się jednak na wózku. I parkuje na takim miejscu tylko wtedy, gdy zwykłe są zajęte. Ostatnio pojechałyśmy do galerii (galeria-rezerwuar tematów ;) ), a że był duży tłok, zaparkowałyśmy właśnie na miejscu dla niepełnosprawnych. Wysiadamy. Czekam jeszcze na Mamę, a tu staje przede mną wyfiokowana paniusia i się w głowę stuka. „O co chodzi?” pytam. „Popatrz sobie, gdzie stanęłyście.” „Dobrze wiem, gdzie stanęłyśmy.” Na to podchodzi jej mężuś w gajerku, wyglądający jak biznes man z reklamy „No tak, staną takie pipy na kopercie i niepełnosprawny już nie ma miejsca.” Wkurzyłam się. Nie wie, a gada buc jeden. „Wie pan co? Idziesz pan z dzieckiem i takich słów używasz? Poza tym skąd pan wie, że któraś z nas nie może stanąć na tym miejscu.” „Tak. Akurat. Widać, że zdrowe jesteście. Niepełnosprawni jeżdżą na wózkach! A z was żadna nie wygląda na kalekę.” Chyba moja Mama dobrze mnie zna, bo wzięła mnie pod ramię chwytem policyjnym i powiedziała „Wiesz co? Szkoda gadać. Idziemy.” „Ale…” „Chodź. Nie ma sensu z głupim się użerać.” I poszłyśmy. Krzyczeli, że zgłoszą to do ochrony. Jakie musiało być ich zdziwienie, gdy nikt nie wzywał nas przez megafon do opuszczenia tego miejsca. A ja i tak byłam już cały czas zła. Mama mówi, że już się przyzwyczaiła i nie zwraca na to uwagi. Tamci nawet nie spojrzeli, że mamy plakietkę do takiego parkowania… A nie pomyśleli, że ja np. mogę być niepełnosprawna umysłowo? I że mam na to orzeczoną grupę inwalidzką?

Albo inny przykład. Znam pewnego faceta. Nie ma nogi. I też może parkować w miejscu dla niepełnosprawnych. Nosi protezę i utyka. Opowiadał, jak kiedyś jechał i zaparkował sobie. Po chwili biegnie do niego parkingowy. „Panie! Gdzie pan stajesz?” „Jestem niepełnosprawny.” „No jasne! Utykasz pan, bo kolanko boli i już niby niepełnosprawny?” „Proszę pana, mnie kolanko nie boli. Nie mam jednej nogi.” „Hahaha! Jak pan nie masz, jak pan stoisz?” „Czy mam panu okazać legitymację?” „Nie! Pokaż pan ten brak nogi!” Dopiero, jak podwinął nogawkę od spodni, parkingowy uwierzył. Spalił się podobno ze wstydu i przepraszał. Ale co po takich przeprosinach? Przecież skoro ktoś stoi na obydwu nogach, to na pewno jest z nim wszystko ok. ;/

Nieraz przyjmowałam joby na głowę czekając na Mamę. „Gdzie tu stoisz dziewczyno? To dla niepełnosprawnych.” „I dla osób transportujących niepełnosprawnych także.” „Nic mi o tym nie wiadomo.” „To proszę się douczyć, bo chyba pan nie do końca ogarnia swój zakres pracy.” „Bezczelna dziewucho pokaż plakietkę.” Pokazuję. „Zdjęcie!” „Nie pokażę zdjęcia, bo to nie moje. Ja jestem tylko osobą przewożącą.” I tak w kółko ćwiczymy ten dialog do znudzenia, aż przychodzi „osoba”, pokazuje legitymację i parkingowego zatyka.

Ale to jeszcze nic. Szczytem było stwierdzenie naszej byłej sąsiadki. „O ****, ale ty masz fajnie z tym swoim kalectwem.” Wytrzeszczyłam oczy, jakby mi ktoś między pośladki wetknął przewód podłączony pod 230V. Mama zapytała „Po czym wnosisz?” „No bo masz legitymację i możesz sobie parkować za darmo.” Kopara zjeżdżała mi coraz niżej, a ona prowadziła wywód o obsłudze bez kolejki w sklepach i innych przywilejach. „Nic mi nie wiadomo, o tym wszystkim. Zawsze stoję w kolejkach, jak każdy inny. A i wiesz co? Oddaj mi swoje zdrowie, a ja chętnie oddam ci chorobę i przywilej w postaci darmowych miejsc.” To chyba najlepsza puenta na zakończenie.