Archiwa tagu: spacer

Niedziela

Ten weekend można zaliczyć do pozytywnych. Dostałam swoją pierwszą reklamę na blogu – „sex kamerki na żywo”. Ponieważ pani jest dość ładna, a ja uważam, że każdy może robić, co lubi, to reklama jest.

Pogoda także dopisała. Zapowiadany deszcz się nie zjawił, więc wyciągnęliśmy z pichci mojego demona prędkości. Czyli mój wspaniały rower, który dostałam w trzeciej klasie podstawówki. Większość swego żywota spędził w piwnicy, a dwa lata na balkonie. Generalnie jest tak zajebisty, że nie muszę się martwić, że zostanie zajumany. Zostawiam go nieprzypiętego pod sklepem i zawsze stoi! Bo jakby ktoś chciał go ukraść, szybko się rozmyśli.

Zastanawiam się cały czas, jak to możliwe, że jeszcze jeździ. W sumie, to niezła tortura. Z przodu amortyzatora brak, więc na polskie nawierzchnie jak znalazł. Żeby sobie łokcie powybijać ze stawów. Nie wszystkie biegi wskakują, że tak się nieprofesjonalnie wyrażę. Z przodu hamulec trze o koło. Ale to dobrze, większe opory ruchu, większy wysiłek dla mięśni. Można by jeszcze długo wyliczać. Nieważne! Ważne, że w końcu sobie pośmigaliśmy. Wczoraj 17 km, dziś 21 :) Jak dla takiej rowerowej kaleki jak ja, to idealny dystans.

Oczywiście, gdyby nie było kwasu, to by nie było wpisu. Cały piękny weekend (tak znowu połączyłam piwo, wódkę i chipsy w tzw. międzyczasie i spędziłam noc z głową opartą o zlewozmywak.) zepsuły prozaiczne sprawy. Po rowerze poszliśmy na spacer. Szukaliśmy gofrów. I nie znaleźliśmy w tej cudownej metropolii. Znaleźliśmy za to Świat Lodów. Nie polecam. Zdenerwowałam się tam, ale nie robiłam kasjerce jazdy, bo za dużo ludzi było.

Była tam jakaś dziewczyna, która chyba dopiero zaczęła karierę w lodach. Najpierw wzięła wafelek do ręki bez papierka. A papierek trzeba wziąć, żeby ręką nie dotykać. Takie są przepisy i wiem to, bo nie raz dostawałam op od kierownika, że znowu papierka zapomniałam. I wzięła niewłaściwy wafelek. Potem polała loda polewą tak koślawo, że nie dało się go złapać. No więc wsadziła w drugi wafelek. Ale dalej się lepiło. Już zaczęłam pod nosem burczeć z niezadowolenia. „Niech sobie pani serwetkę weźmie.” Zajebista porada. Super, że powiedziała, bo bym nigdy na to nie wpadła! Tylko bym tak trzymała tego wafla, aż by mi się ręka przylepiła.

Potem zrobiła loda nr 2. Chyba dlatego, że był drugi to był dwa razy mniejszy od mojego. Pytamy kasjerki, czemu tak. A ona „Bo pani to dostała od serca!” Jakoś tak coś mi się wydaje, że jak się robi jedno zamówienie, to wszystko powinno być takie same, a nie jak popadnie. Najbardziej rozwaliło mnie to, co zobaczyłam, gdy wyjęłam wafla z lodem z wafla ochronnego nr 2. Dostałam tam gratis serwetkę, która się rozciapała od polewy i obkleiła wafel. Szkoda, że byłam już od lodziarni daleko, bo inaczej bym wróciła zapytać, czy to ich standard. A jakbym nie wyjęła tego wafla z wafla, to niechybnie bym się papieru nażarła! Staram się ludziom źle nie życzyć, ale mam nadzieję, że tamta laska szybko zakończy karierę w lodach.

Potem byliśmy w sklepie. Sprzedawczynie w dziale mięsnym obijały się o siebie, jakby były pijane. Gadały i śmiały się. Myliły klientów, których obsługiwały. Staliśmy w kolejce jak dwa głąby. W końcu doszła do nas. A już tak mi się spodobała obserwacja, tego co te kobiety wyczyniały. Poprosiłam 10 deko wędliny. W międzyczasie wmieszała się do tego wymyślnego zamówienia druga ekspedientka. W efekcie dostałam dwa razy tyle, ile chciałam, „bo jej się wszystko skroiło.” A co mnie obchodzi to, że jej się wszystko skroiło? Mam jeść potem cały tydzień tę wędlinę i patrzeć, jak się marszczy, bo jej się wszystko skroiło? Nie. Spojrzałam na nią wzrokiem skrytobójcy. Z zaskoczeniem powiedziała „To za dużo? Nie chce pani?” „Za dużo. Chcę połowę.” „A w ogóle to panią obsługuje jeszcze ta druga? Bo ja już nie wiem, o co tu chodzi.” I zaczęła chichotać. Tego to już było za dużo. Byłam tam w charakterze klienta, a nie koordynatora sprzedaży wędlin i kiełbas. Spojrzałam się swoim najbardziej suczym wzrokiem i wycedziłam lodowato „Ja nie wiem, kogo i jak panie tutaj obsługują. Nie interesuje mnie to.” Od razu nastrój do żartów jej przeszedł. „Czy coś jeszcze?” „Tak. Podobno jest tu taka smaczna zapiekanka z ziemniakami, warzywami i mięsem.” „Oj niestety tylko tak z rana, bo szybko schodzi. Rano musi pani przyjść.” „Dziękuję.” Na wszelki wypadek sprawdziłam. Faktycznie nie było. A chciałam ją zjeść jutro na obiad… Nie dobrze.