Archiwa tagu: smutek

Tak daleko jeszcze nie byłam

Kiedyś, gdy napisałam tak zupełnie szczerze, jak się czuję i że mam ochotę zwyczajnie zniknąć, wiele osób pisało mi, że to depresja. Pomyślałam sobie, że no jak, niby skąd i u mnie jeszcze na dodatek? Wzięłam się i pozbierałam do przysłowiowej kupy. Nie ukrywam, że pomogła mi w tym zmiana pracy. Siłą rzeczy odciełam się od tego miejsca i pewnych ludzi. Ich garnitur zachowań był raczej kiepskiej jakości i do tego upaprany niskich lotów zagrywkami. Czytaj dalej

Nie rozumiem dlaczego

W sobotę dostałam wiadomość, że pewien chłopak popełnił samobójstwo. Nie znałam go dobrze. To był młodszy brat moich znajomych. Pamiętam go jako małego siedmioletniego może trochę starszego dzieciaka, który nie był w stanie usiedzieć na miejscu i nie dało się nad nim zapanować. Przyznam szczerze, ze później był dla mnie kimś, kogo znałam raczej ze słyszenia. Czytaj dalej

Niespodzianki ranią najbardziej

Ostatnio pisałam, że biegam nabuzowana, jak bomba zegarowa. Koleżanka mi mówiła, że robię się jakaś agresywna. Miała rację. Czułam, że chodzę z jakimś mega ciśnieniem, nie spowodowanym bynajmniej nadchodzącą comiesięczną męczarnią. Jakoś wewnętrznie się nakręciłam i nie zatrzymałam tego w porę. Dopiero pewna osoba, powiedziała mi bez ogródek, ale i bez złośliwości, że przeginam i zachowuję się zwyczajnie chamsko. Poczułam się tak, jakbym w nowych, drogich szpilkach wlazła prosto w wielką, śmierdzącą, psią srakę. I mi przeszło. Jak ręką odjął. Po sprawie. Czytaj dalej

Światełka w tunelu raczej nie widać

Nie lubię pisać takich rzeczy. Ale miałam plany. Nawet co do postów. Chciałam napisać o swoich wakacjach w Amsterdamie. Już miałam wybrane fotki. Ale tego nie będzie.

Bo znowu to mnie napadło. Najpierw myślałam, że to tak jak co miesiąc, czyli przed okresem – ogólny kryzys, dół i marazm. Myślałam, że przejdzie. Nie przeszło. Jest coraz gorzej. Już nie nastąpiła radość i względne zadowolenie…  Ja się zwyczajnie boję. Boję się, że pewnego dnia zrobię to, o czym coraz częściej myślę. Nawet myślałam, jak to zrobię. Kiedyś zdarzało się to rzadko. Z cztery pięć razy w roku. Teraz myślę, o tym co dzień. Po kilka razy.

Co dzień płaczę. Z jakiejś takiej bezsilności. Wszystko mnie przygnębia. Nawet muzyka, którą lubię. Nic nie ma sensu i nic nie poprawia humoru. Nic mi się nie podoba. Tak jakby ktoś podmienił mi mózg. Sama siebie nie poznaję. Wszystko mnie denerwuje i dołuje. Każdemu źle życzę. Nigdy tak nie miałam. Cieszę się jak jest brzydka pogoda. Joga nie pomaga. Doprowadza mnie do płaczu. Pilates to samo.

Czuję się tak jakby z każdym dniem i każdym oddechem umierała mała cząstka mnie. Komórka po komórce. Z każdą chwilą znikam. Stara ja, wesoła optymistka. Pojawia się pozbawione jakiejkolwiek chęci życia pudełko, w którym już nic nie ma. I naprawdę nie wiem, co mam zrobić. Nie potrafię sobie pomóc. Wszystkie moje sposoby zawiodły.

Toksyczna relacja

Każdy wie, że po wyfrunięciu od rodziców, stosunki dziecko-rodzic jakoś regulują się i jest znacznie lepiej niż wcześniej. Kończą się awantury o głupoty, a znacznie rzadszy kontakt owocuje poprawą relacji. Łatwo wtedy zapomnieć o tym, co złe i pamiętać to, co dobre. Tak też było w moim przypadku. Całkiem wyleciało mi z głowy, jak źle mi było z własną matką. Co najdziwniejsze, dopiero teraz w wieku lat prawie trzydziestu poczułam, że moja matka nie może tak wiecznie mną dyrygować i pomiatać. Nie musi tak być, że wiecznie będę robiła, czego ona chce.

Nawet nie wiem, jak do tego doszło. Ponad dwa lata nie miałam z nią takiej karczemnej awantury, więc się rozchwiałam emocjonalnie na ponad dwa dni. Odzwyczaiłam się po prostu. Kiedyś też miałam takie jazdy w domu, ale szybko dochodziłam do siebie. Po godzinie, góra dwóch było OK. Łatwo się jednak od tego odzwyczaić. Co najgorsze terror psychiczny to coś, co zawsze w człowieku pozostaje. Zmienia psychikę tak, że do końca pozostaje się zwichrowanym. Tak sobie myślę, że moje depresyjne nastroje i skłonność do obwiniania siebie za wszystko, nie wzięły się znikąd.

Siadłam do tego wpisu po to, żeby po kolejny sobie coś przeanalizować i w jakiś sposób oczyścić siebie. Uporządkowanie myśli zawsze pomaga. Chociaż trochę. Przez ostatnie dni życie przelatuje mi przed oczami. Generalnie zawsze źle układało mi się z moją matką. Powiem szczerze, że nawet nie czułam się kochana. Miałam wrażenie, że ona mnie nienawidzi. Nie wiem, czy to były wytwory mojej wyobraźni, czy trafna podpowiedź intuicji. Powiem tylko, że moja matka nie jest z gruntu złą osobą. Jest… sama nie wiem jaka. W każdym razie ja taka nie chciałabym być.

Razem z moimi znajomymi nazywaliśmy ją Despotyczną Wróżką. Dlaczego? Bo nie dopuszczała myśli, że zrobię cokolwiek innego niż ona przewiduje. Jeśli zrobiłam, spotykała mnie sroga kara. Niewspółmierna do czynu i niespotykana u moich znajomych. Dlaczego wróżka? Bo Ona i tak zawsze wiedziała lepiej. Co zrobiłam, co powiedziałam, co myślałam i co chciałam zrobić.

Od małego słuchałam, jaka jestem egoistyczna, podła, samolubna. Nawet będąc czteroletnim dzieckiem. Nie wiem nawet czym mogłam sobie wtedy zasłużyć na takie teksty. Wiecznie musiałam też odbębniać pokutę, że jestem jedynaczką. A czy to tak naprawdę ode mnie zależało? To, że nie miałam rodzeństwa? Czy ona w ogóle kiedykolwiek pomyślała, jak ja się czułam jako dziecko słysząc takie słowa? Albo teksty o tym, że ona zaharowuje się dla mnie, a ja jestem taka beznadziejna i niewdzięczna…

Zawsze było pod górkę. To znaczy mi z nią. Wpierdol pasem za obgryzanie paznokci. W wieku pięciu lat. Zero tłumaczenia. Tylko nakaz, a za niestosowanie się do niego bęcki. Potem powtórka. Pamiętam tą sytuację jak dziś. Tyłek bolał mnie chyba przez całą noc. A paznokcie przestałam obgryzać dopiero jako nastolatka. To było silniejsze ode mnie. Za czwórkę w szkole – baty. Za co dostawałam czwórki? Za charakter pisma. Zawsze pisałam okropnie. A więc, żeby dostać piątkę, siedziałam długie godziny przy biurku i ćwiczyłam literki. W tym czasie dzieci bawiły się w piaskownicy. Ja smarowałam kolejne zeszyciki z literkami. Aż zaczęłam pisać na piątkę. W trzeciej klasie miałam problem z ortografią. Recepta? Kara na całe wakacje. Siedziałam do południa w domu i robiłam zadania z listy od rodziców. Zawsze było tyle, że miałam szczelnie zapełniony grafik do ich powrotu. O wyjściach na dwór też nie było mowy. Jak to wpłynęło na moje stosunki z dzieciakami na podwórku? Wiadomo. Zostałam osiedlowym wyrzutkiem. W końcu to dziwne jak dzieciak wiecznie siedzi w domu i nigdy nie wychodzi.

Dostałam kiedyś tróję z geografii, bo nie wiedziałam, że Madagaskar należy do Afryki. Dwa dni matka powtarzała mi jaka jestem tępa, głupia, niewydarzona, jakim jestem  nieukiem i leniwcem…  I standardowa śpiewka, że wszyscy dla mnie się poświęcają, a ja nie potrafię nawet podstawowych obowiązków ogarnąć. Potem zaczęły się zakazy zadawania się. Najpierw z moją jedną przyjaciółką. Dlaczego? Bo podobno przez zadawanie się z nią miałam gorsze oceny. Musiały być tragiczne, skoro miałam świadectwo z paskiem.

Później były zakazy spotykania się z wieloma znajomymi. Szczególnie w gimnazjum. Żeby to jeszcze był jakiś element. Ale to były zwykłe dzieciaki, takie jak ja. Gdy tylko wychodziło na jaw, że oni mogą robić to, czego ona nie chciała, abym ja robiła, wprowadzała zakaz spotykania się. Zakazy umiała wyegzekwować. Łącznie takich osób na czarnej liście było około siedmiu. Nie pamiętam dokładnie. Z wiekiem bicie przestało robić na mnie wrażenie. Toteż ustało. Zaczął się czas wjeżdżania na psychikę.

Chciałam iść do gimnazjum plastycznego. Zmusiła mnie do zwykłego. Krzyczała, że do plastyka chcę iść, żeby ćpać i pić. Zamurowało mnie. Chciałam tam iść, żeby nauczyć się malować na płótnie i poznać inne techniki komunikacji wizualnej. Ona jednak wiedziała lepiej. Z wyborem liceum było tak samo. Chciałam iść do technikum fryzjerskiego albo mechanicznego. Darła się, że tam skończę jako menel i zero. Że zawsze robię głupie wybory. I że ona już mi wybrała szkołę – liceum najlepsze w mieście. Zmusiła mnie, żeby tam iść. Nie czułam się tam dobrze. Wagarowałam, jak często mogłam. Gdybym wiedziała, że tak to się potoczy zawaliłabym testy kompetencji. W efekcie po trzech latach nauki nie wyniosłam ze szkoły prawie nic. Podejrzewam, że gdybym poszła do szkoły, do której chciałam, przyłożyłabym się do nauki, bo zwyczajnie, by mnie to interesowało. Ze studiami było tak samo. Chciałam iść na informatykę. Były wrzaski, że jestem za głupia, że sobie nie poradzę, że jestem za leniwa. Codzienne szantaże i awantury. I w końcu mi nie wyszło z tą informatyką. Nic dziwnego, przy takim wsparciu.

Były też inne akcje. Takie na maksa głupie i dziecinne. Potrafiła sobie ogolić nogi maszynką ojca i nic nie powiedzieć. Gdy ten rano próbował się golić i nie mógł, bo maszynka była tępa, mówiła, że to ja, bo widziała wczoraj jak goliłam nogi! Czułam się strasznie bezsilna, bo nie mogłam udowodnić swojej racji. Oprócz tego było mi bardzo przykro. Nawet nie umiem dobrze stwierdzić, co wtedy czułam i myślałam. Raz nie udało jej się, bo miałam akurat nieogolone nogi. Powiedziałam do niej „Czy na pewno wczoraj mnie widziałaś, jak to robiłam?” „No tak. Czego łżesz kłamczucho?” „Bo tak się składa, że mam nieogolone nogi!” Wtedy ojciec się wściekł. Na nią. Przyszła do mnie do pokoju i powiedziała „Co ty kurwa narobiłaś głupia gówniaro!” Od tego czasu przestała robić mi kanapki do szkoły. Bez sensu, ale ok. Nie wnikam co jej w głowie siedziało.

Każde moje wyjście ze znajomymi było okupione awanturą w domu. Leciały teksty, że na pewno się puszczam z tymi wszystkimi swoimi kolegami. Że się szlajam po ulicach, ćpam i piję! Było zamykanie mnie w domu. Raz jak wróciłam, czekała na mnie w drzwiach, powitała mnie słowami „Znowu się gdzieś łajdaczyłaś!”, a potem natrzaskała po twarzy i najspokojniej w świecie poszła spać. Lubiłam swoich znajomych i wychodziłam z nimi, zawsze bojąc się powrotu. Bo za każdym razem czekała na mnie awantura i wyzwiska.

Kiedyś dostałam od babci koszulę nocną. Nie lubiłam w czymś takim spać, więc włożyłam ją do szafy. Nie powiedziałam nikomu w domu, że dostałam taki prezent. Zwyczajnie zapomniałam. Gorzko tego pożałowałam. Po powrocie od znajomych zastałam pokój z wywalonymi wszystkimi rzeczami z szafek na środek pokoju. Wszystkie plakaty (łącznie z tymi z autografami Molesty) miałam pozrywane ze ściany i podarte w drobny mak. Potem stek wyzwisk, szarpanina. I trzy dni ciszy. Byłam zdruzgotana i nie wiedziałam, o co chodzi. W końcu wpadłam do rodziców do pokoju zaryczana i zaczęłam się pytać, o co chodzi. „O to, że się kurwisz!” Wrzeszczała. Zupełnie nic nie rozumiałam. Wtedy wyciągnęła tę nieszczęsną koszulę. „A to ci niby po co?! Gadaj skąd to masz!” „Od babci dostałam.” „Tak jasne! Jeszcze łżesz!” I kolejny lep w twarz. „To zadzwoń do babci i zapytaj!” Szczena jej opadła. Zadzwoniła. Skleiła buraka i nic nie powiedziała. Nigdy nie usłyszałam za to żadnych przeprosin. Stwierdziła tylko, że jestem sama sobie winna, bo nie powiedziałam, że mam tę koszulę…

Nigdy też nie pozwoliła mi przekłuć sobie uszu, bo „to jest obleśne”. Zero rozmowy na ten temat. Nie i koniec. Nie chciała pozwolić mi iść do kosmetyczki. W końcu zrobiłam sobie dziurki sama. Urządziła mi za to piekło. Stwierdziłam, że w takim razie skoro za dwie dziurki mam taką jazdę, zrobię sobie więcej, bo gorzej być nie może. Zrobiłam sześć w lewym uchu i cztery w prawym. I tak miałam przesrane. W wieku dziewiętnastu lat zrobiłam kolczyk w pępku. Miałam standardową awanturę i wyzwiska. „Zobaczysz, zgnije ci ta dziura.” Nie zgniła do tej pory. Odkąd w wieku dwudziestu trzech lat zrobiłam sobie tatuaż, nie byłyśmy razem na plaży ani nad jeziorem. Zwyczajnie powiedziała, że się mnie wstydzi. Że wyglądam jak tania dziwka i nie pokaże się ze mną publicznie. Nie musi jej się to podobać. Ale nie musi się do mnie w taki sposób odzywać.

Z ciuchami też był problem. Jak się coś jej nie podobało to nie mogłam tego dostać. Nie i koniec. Dlatego od najmłodszych lat brałam jakieś prace, chociażby zbieranie truskawek, żeby sobie kupić to, co mi się podobało. Gdy byłam na studiach przestałam brać pieniądze od niej w ogóle. Już w ostateczności, gdy nie miałam, to prosiłam. Wtedy musiałam zrobić różne rzeczy w zamian. Musiałam też słuchać wypominania nawet do pół roku wstecz. Dlatego wolałam chodzić z przecierającymi się na dupie spodniami, niż wysłuchiwać monologów.

A o co poszło teraz? O to, że miałam stłuczkę. Facet wjechał mi w tył. Ona jednak stwierdziła, że to moja wina. Ona to wie. Mimo, że jej tam nie było. I nie widziała tego! Ale dowiedziałam się, że niczego nie szanuję i że niczego już od niej nie dostanę. Dostałam też kilka smsów. Że jestem chamska. Że nie umiem jeździć i powinnam zacząć jeździć autobusem. Że mam zabrać kota, bo odda go do schroniska (!sic)

Po przemyśleniu wszystkiego stwierdziłam, że nie można tak całe życie wybaczać. Nie chcę się z nią widywać. Nie chcę niczego od niej. Samochód po naprawie odstawię. Niech sobie patrzy na niego, jak stoi pod domem. Ja się przesiądę na rower. Nie chcę niczego już od tej kobiety. Mam już po prostu zwyczajnie dość. Ja chcę tylko spokoju.

Crysis [krajzis]

Och taaak! Jak kurwa wybornie. Wystarczył JEDEN, powtarzam adin, dzień w pracy, żeby mi się żyć odechciało. Nie wiem, jak to się dzieje. Tzn. podejrzewam, że wiem. Jak muszę wstać o 6, co jest dla mnie jakimś niewyobrażalnym środkiem nocy, i dzień w dzień pracować w takich samych godzinach to czuję się strasznie. Wtłacza mnie to w taki szablon, że czuję się jakbym była kawałkiem szynki wrzuconym do maszynki do mięsa. I tak mnie mieli dzień w dzień. Ta powtarzalność. Długo tego nie zniesę, jak mawiają. Nie przeżyję. Nie mogę i nie potrafię robić dzień w dzień tego samego. Samo wstanie rano jest koszmarem. Potem jest tylko gorzej!

Czuję się strasznie. Chce mi się siedzieć i wyć. Jakbym była psem, to bym zawodziła. Jestem sobą to płaczę. To znaczy ronię łezkę. Jedną tudzież dwie, ponieważ nie potrafię sobie popłakać i odczuć ulgi. Co najwyżej wpadam w jakiś dziwny stan, kiedy to atakuje mnie astma i ryczę, bo mnie brak powietrza zatyka. Co nie zmienia faktu, że przeżywam koszmar.

Bo czuję się stara (nie mam nawet 30-stki), brzydka, gruba i pomarszczona. Tak sobie dziś stałam pod naszym zapyziałym wieżowcem i pomyślałam, że chyba skoczę. Ale kiedyś jakiś koleś skoczył z 11-go (ostatniego) piętra i przeżył. Tylko sobie kręgosłup uszkodził. To mnie nie urządza… Nic mnie nie urządza. Nie wytrzymam tu dłużej.

A mój facet to bardziej kotem się interesuje niż mną. Zainteresowanie się kończy wraz z obiadem. Albo mi się tak wydaje dziś. Dziś mi się wszystko beznadziejne wydaje. No ale jak tu się nie czuć beznadziejnie, gdy widzę, że wyglądam jak siedem do kwadratu nieszczęść? Czemu jak wychodzę z pracy to wyglądam, jak gówno? Włosy matowe i sklapnięte. Oczy podpuchnięte i rozmazane. Cera szara i zapadła. Przecież większość kobiet po pracy wygląda normalnie. A ja tak, że szkoda gadać.

Mezalians

Po pierwsze – poprzedni wpis to PRIMA APRILIS. Oj nie, nie popuszczę wirtualnej przestrzeni i będę dalej smarować swoje wypociny. Po drugie – Dziadek zepsuł mi święta. Czym? A no tym, że był i musiałam go oglądać. I słuchać. Wiem kim jest. Wiem co zrobił. Nienawidzę go. Nie trawię. Nie mogę słuchać. Każde słowo, które wypływa z jego ust to plugawa, śmierdząca rzeka kłamstw. Gdybym mogła, naplułabym mu w twarz. Ale szkoda śliny. Długo nosiłam się z zamiarem uprania tego syfu na blogu. A dziś zobaczyłam wątek o związkach. Zwykle mnie takie tematy nie ruszają! Ale teraz chcę coś przekazać. Że nie warto ratować związku. Jak zawsze stanę okoniem. I dlatego biorę udział w konkursie pt. „Jak uratować związek?” Blog.pl i Wydawnictwa Znak Literanova, adres bloga konkursowego – www.jak-uratowac-zwiazek.blog.pl. Tyle tytułem wstępu. Teraz do rzeczy.

Moja rodzina znalazła się tutaj, na pomorzu zachodnim, w wyniku powojennych przesiedleń. Podejrzewam, że sami na te ziemie by nie przyjechali. Dziadek to prawdziwy hrabia. Tak! Pełną gębą. Mieszkał na Litwie za dzieciaka. W samej stolicy. Jego Ojciec, a mój Pradziadek miał ogromną fabrykę cukierków. Miał też żonę. Nie taką, jakie się miewa teraz. To było aranżowane małżeństwo. Połączono majątki. Pradziadek robił te krówki i inne łakocie. Prababka siedziała w domu. Nie wiem, czym się zajmowała. Bo do pracy nie chodziła. Dziećmi się nie zajmowała, bo miała niańkę. Mieli też ogrodnika, gosposię, kucharkę i innych wiernych Alfredów do spełniania zachcianek. Kim byli? Arystokracją. Skąd się wziął ich majątek? Wolę nie wiedzieć. W szkole mnie uczyli, że z wyzysku i cierpienia. Tak, czy siak wiodło im się dobrze. Pieniążki płynęły szerokim strumieniem.

A teraz z drugiej mańki. Kim była moja Babcia? Tego dokładnie nie wiem. Mieszkała w Warszawie. Przed wybuchem 2-giej wojny światowej była dzieckiem. Żadnych fabryk cukierków chyba jej rodzice nie mieli. Majątków ziemskich chyba też nie. Tylko krewnych na wsi, którzy okazali się dla niej wybawieniem, gdy do stolicy weszli Niemcy i gestapo. Moja Babcia miała dwie siostry. Najstarszą rozstrzelali. Został po niej tylko portret ślubny, który oglądałam jako dziecko. Druga (też starsza) trafiła do Oświęcimia. Miała średni numer. Przeżyła. W dniu kiedy wszystko się zaczęło Babcia pojechała na wieś do ciotki. I do końca wojny tam została. Jak się z siostrą odnalazła? Nie powiedziała mi nigdy.

Skończyła się wojna. Babcia została sprzedawczynią. Przyszli ludzie w mundurach. Wysłali ją na ziemie odzyskane. W tym czasie na Litwie też była wojna. Bogatych właścicieli majątków ominęła. Ale komuna już nie. Ta ich wywłaszczyła. Jednak czerwoni barbarzyńcy byli stokroć głupsi od arystokracji z garbatymi nosami. Tu zachachmęcili, tam zakombinowali i na ziemiach odzyskanych, gdzie ich wysiedlono, zaczęli kręcić lody. Nowe miejsce, nowa fabryka.

Oczywiście były też jakieś imprezy w stylu potańcówek. I tam się poznali. On, czarujący prawie Lord, który miał się za pana wielkiego jak od Kijowa do Berlina. Cały świat powinien leżeć mu u stóp i spełniać jego zachcianki. Chyba był na tamte standardy przystojny. I korzystał z tego. Wyrywał panienki. Jedną za drugą. Trzecią za drugą. Zmieniał je jak politycy poglądy. I trafił na moją Babcię. Dziewczynę, a może już kobietę, która oprócz siostry nie miała tu nikogo więcej. Miała też serce, które chciało miłości. A ten Belmondo za pięć groszy miał bajerę.

Nie wiem, jak to się toczyło. Ale się domyślam i robi mi się mdło. Domyślam się, bo wiem jakim kłamliwym skur***nem potrafi być, gdy chce pieniędzy. Już widzę te wizje raju, jakie tam roztaczał. No i babiarz uwiódł ją. Dziewczynę z gatunku tych, które jedyne czego chcą to rodzina. Nie wiadomo, czy najpierw była ciąża, a potem ślub, czy na odwrót. Wiadomo, że dla rodziny takiej arystokracji to była potwarz, dyshonor, mezalians, tragedia, rysa na ich popieprzonej, odrealnionej wizji świata. Szczególnie Prababka miała z tym problem. Nie mogła tego przełknąć. Jednak musiała. Stało się i nie było odwrotu.

W międzyczasie i drugiej fabryki pozbawili Pradziadka. Udupili go tak skutecznie, że już się nie dźwignął. Reszta arystokratycznego towarzystwa została niejako napiętnowana. Nie mogli już kręcić nowych biznesów. Za resztki dobytku dostali niewielkie mieszkanie. Nie umieli i nie mieli gdzie, a przede wszystkim nie chcieli, pracować. Za to prosta sprzedawczyni w postaci mojej Babci nie miała takiego typu problemów. Załapała się w delikatesach na tyrkę. I utrzymywała swego Wspaniałego Męża. Co on robił w tym czasie, kiedy nie pracował? Palił szlugi, pił wino, wódkę, piwo i rwał kolejne dupy. Nawet kiedyś pokazał mi swój tajny album. Skurwiel. Prawie z każdą miał słit focię. A Babcia zapieprzała w sklepie w tym czasie.

No dobra, żeby nie było. Dziadek miewał robotę. Krótką, jak jego wierność małżeńska. Wypłatę zawsze przebalował. Nigdy nie przynosił do domu. Bo on musiał się ZABAWIĆ, WYSZALEĆ i robić INNE RZECZY, KTÓRYCH BABA NIE ZROZUMIE. Tak więc Babcia przymykała oczy na jego wybryki. Bo cała rodzinka mówiła jej, jaka jest nic nie warta. Bo jest sprzedawczynią. A oni arystokracją. Oni mieli błękitną krew. Szlachetne geny. Takie pospólstwo powinno się cieszyć, że może doznawać szczęścia i zaszczytu bycia w tak szacownej familii. I tak na każdym kroku sprowadzali Babcię do parteru.

Kilka razy Dziadek chciał odejść. Wtedy Babcia zaklinała go na wszystkie świętości i wybaczała. Chciała ratować „związek”. To, co wydawało jej się małżeństwem, jakąś więzią, namiastką rodziny. Przyjmowała też gości. Kuzynostwo i rodzeństwo Dziadka. Musiała wtedy brać wolne w pracy. Żeby od rana podawać im jedzenie. Gotować, sprzątać, prać i usługiwać. Trwało to latami. Nawet jako mała dziewczynka miałam okazję poznania manier arystokracji. „No tak, co się dziwić. Taki plebs sklepowy to nie umie nawet porządnie podać do stołu.” To były teksty Ciotki, tzn. siostry Dziadka, gdy przyjeżdżała na wczasy. Dziadkowi też wiele nie brakowało. Potrafił rzucać sztućcami, gdy coś mu nie odpowiadało „No tak! Za mało wysmażona cebula. Specjalność tego domu!” „Nie ma czystej popielniczki. Specjalność tego domu!” „Zupa za rzadka. Specjalność tego domu!”

Gdy Pradziadek żył, potrafił pilnować wierności Babci. Stał pod sklepem. I patrzył. Czy za długo nie rozmawia z klientami. Czy nie znika gdzieś zza lady. Czy po pracy idzie prosto do domu. Moją Mamę notabene także kontrolował. Tymczasem jego synuś potrafił znikać na całe noce, dnie, a nawet tygodnie. Mi utkwiła w pamięci akcja, gdy byłam w gimnazjum. Najpierw znikł na dwa tygodnie. Szukaliśmy go wszyscy. Potem wrócił i obwieścił Babci „Bo mnie denerwujesz. Jesteś taka małostkowa. I beznadziejna. Nie wiem, czy mogę w tym tkwić. Co zrobisz bym został?” „Wszystko.” I dalej robiła wszystko, by został. By ratować strzępki tego, co nazywali związkiem.

Pewnego dnia pojechał na działkę. I już nie wrócił. Mijał miesiąc. Potem pół roku. Po czasie Babcia przyznała się, że przyszedł zaraz po emeryturze i poprosił o pieniądze. Dała mu wszystkie. Zostało jej w portfelu kilka złotych.  Poszedł chuj i już nie wrócił. Zostawił ją z niczym. Po dwóch tygodniach zorientowaliśmy się, że ona po prostu nie ma pieniędzy nawet na jedzenie… Po tym wszystkim posypało się.

Babcia zaczęła się miotać. Była nieswoja i zamyślona. Zaczęłam znajdować w jej rzeczach różne tabletki. Na sen, na uspokojenie. Do tego jadła różne witaminy i leki na nadciśnienie. Potem nadszedł czas, że tylko leżała w łóżku. Pewnego dnia poleciała jej krew z nosa. Poszła do lekarza. Zlecił wyniki krwi. Ostra białaczka. Tak nagle. Zaczęły się szpitale, chemie. Tego nie pamiętam. To wyparłam ze swojej pamięci. Tego nie chcę pamiętać. Po co mieć przed oczami obraz osoby, która umiera? Umiera i gaśnie w środku. Pytaliśmy lekarza, dlaczego tak jet. „Bo w niej nie ma woli życia. To jedna z niewielu pacjentek, po jakich widzę, że chcą umrzeć.”

Przed samą śmiercią leżała u nas w domu. Wybroczyny. Niemożliwość wstania z łóżka. Morfina. Pytałam, dlaczego. „Bo chciałam uratować ten związek i nie udało mi się. Za mało się starałam.” „Starałaś się całe życie. Wybaczałaś wszystko. Godziłaś się na poniżanie.” „Bo nie byłam go warta…” Potem powiedziała, że jedyne, czego jeszcze chce to go zobaczyć ostatni raz. No i trzeba było znaleźć. Bo jak odmówić? Niebo i ziemia poruszona. Dziad się znalazł. Mieszkał z nową babą. Odszedł tak po prostu. I jeszcze wziął pieniądze. Ostatnie. Po prawie czterdziestu latach małżeństwa. Nawet nie powiedział, gdzie idzie.

No, ale cóż. Trzeba była go sprowadzić. Przyszedł po kilku błagalnych rozmowach. Tamta baba stała pod klatką i czekała. On podszedł do Babci i powiedział „O, jeszcze nie kojknęłaś?” Pogadał swoje dyrdymały i poszedł. Zaszedł jeszcze do mnie (wtedy nastolatki) i zapytał mnie, czy nie dam plakatów i kosmetyków dla jego nowej wnuczki. „Wypierdalaj.” Więcej nie powiedziałam.

Niedługo po jego wizycie Babcia zmarła. Dwa, czy trzy dni później. Zawołała mnie, żebym założyła jej skarpetki. Położyła się na łóżku. Po kilku godzinach zaczęła się gorączka. Przyjechała karetka. I tyle. Więcej jej nie widziałam.

Na pogrzebie Dziadek podrywał kelnerki. Myślałam, że zwymiotuję rosołem. I kotletem schabowym. „Śliczna brunetko, nalej mi kaweczki.” Nie pamiętam więcej z tego pogrzebu. Wiem za to, że na grobie nigdy nie był. Pojawiały się znicze i kwiaty. Myśleliśmy, że to on stawia. Dwa lata temu wydało się wszystko. To stawiała Z. jej koleżanka z pracy. A on cały czas pytany o znicze mówił „No no, tak tak.” Nie umiał powiedzieć, że to nie on. Co tu dużo komentować…

Także nie ma chyba co się dziwić, że słabo mi jak jego pysk widzę w święta przy stole. I nie ma co się dziwić, że uważam, że nie warto ratować walących się związków… Co nie było nam pisane, nie powinno być na siłę sklejane.