Archiwa tagu: rower

Proste sposoby na poprawienie nastroju

Nagle odkryłam, że mam coraz lepszy humor. Pomijając pewne dołki, jest ok. Wiadomo, że spadkowa forma się zdarza, ale to już nie to co kiedyś. Wszystko zmieniło się po pozbyciu się jednego złego nawyku, a reszta stała się sama. Nie, spoko, nie będzie o Amway’u, ani żadnym innym syfie. Tak sobie o tym myślałam, dlaczego ostatnio jestem innym człowiekiem. Postanowiłam to zebrać i sobie zapisać, żeby nie zapomnieć. A jakby co, to mieć ściągawkę, żeby sobie przypomnieć. No to jadę z tematem.

1. Picie ograniczone w stopniu bardziej niż znacznym. Było tak, że piłam prawie co dzień i to czasem dwa piwa. Wydaje się, że niby to nic takiego. A jednak jakoś chodzi się na drugi dzień zmulonym i spuchniętym. Teraz piję piwo znacznie rzadziej, w weekendy – piątek/ sobota. Łatwiej się wstaje, lepiej wysypia, bo organizm w nocy się regeneruje, a nie trawi i rozkłada na części pierwsze alkohol. Humor także staje się mniej wisielczy. Generalnie, człowiek wyspany to człowiek zadowolony.

2. Ruch przynajmniej trzy razy w tygodniu. Nie będę ukrywać, że czasy szczytowej formy i jędrnego tyłeczka to raczej mam za sobą. Nie jest ze mną źle, ale nie jest tak dobrze, jakby mogło być. Dlatego warto ruszać się przy każdej okazji. Najlepiej na świeżym powietrzu. Tak się składa, że jak już jest się w tygodniu wyspanym i nieskacowanym, łatwiej wstać 20 minut wcześniej, żeby pojechać na rowerze. Poranek jest zupełnie inny, gdy jedzie się te 15-20 min. Nie uskuteczniam jakichś porannych treningów, tylko rozkoszuję się świeżym zapachem spalin i obcowaniem z pieszymi na ścieżce rowerowej. Wraca się fajnie po południu. Dotlenienie też dobrze wpływa na trzeźwość umysłu i ogólną witalność.

3. Koniec z kawą. Nie taki „koniec-koniec”, ale zostawiam sobie ten trunek na weekend albo na jakieś popołudnie. Doszło do tego, że piję raz, góra dwa w tygodniu. Zawsze dla smaku i towarzystwa, nigdy w pracy. Smakuje lepiej. O wiele lepiej. Jakby porównać pomidorówkę z paczki (kawa w pracy) i taką ugotowaną przez babcię z robionym w domu makaronem (w kawiarni/domu). Wszystko jest dla ludzi, nie ma co się tak napinać i nie pić wcale, a potem dorwać się jak głupi i pić dzień w dzień. Gdy rzadko pije się kawę i alkohol poprawia się cera, jest mniej pryszczy i cienie pod oczami znikają.

4. Dieta MŻ. Czyli Mniej Żreć. A w zasadzie żreć tylko jak jest się głodnym. Po co żałować sobie bułki słodkiej? Lepiej zamiast kanapki ją zjeść i tyle. To samo ze słodyczami. Kilka kostek czekolady raz kiedyś nie szkodzi tak jak dwie tabliczki po trzech miesiącach nietykania niczego słodkiego. Cukier nie jest dobry, ale bywa potrzebny. Po małym obiedzie łatwiej zabrać się do czegoś konstruktywnego, niż po dwu-dokładkowej torturze. Nie mogę pominąć swojego ulubionego wywodu – unikanie mięsa. A w szczególności wieprza. No to jest niefajne i niezdrowe. Staram się jeść jak najmniej. I też jest mi lepiej.

5. Fitness albo coś innego. Ćwiczyć trzeba i basta. Żeby mieć ładniejszą postawę, czuć się lepiej i być zdrowszym. Jedna godzina ćwiczeń poprawia humor niesamowicie. Wychodzi się spoconym, ale szczęśliwym. Gdy człowiek szczęśliwy, a do tego po aktywności fizycznej, wysypia się znacznie lepiej.

6. Zielona herbata i złote myśli Buddy. W tym miejscu nie chcę siać żadnej ideologii. Ani nikogo do żadnej wiary przekonywać. Sama nie jestem Buddystką. Po prostu czytam sobie losowe myśli. Traktuję to jak filozofię taką samą jak każda inna. Gdyby podobał mi się przekaz Platona, to bym sobie jego wywody czytała. A Budda to mega pozytywny gość i wyluzowany. Tak wywnioskowałam po jego maksymach. I stwierdziłam, że też chcę taka być. Wprowadzam spokój do swojej głowy. I każdemu polecam. Otwiera oczy na bardzo prozaiczne sprawy, o których łatwo zapomnieć w pędzie dnia codziennego. Zielona herbata jest spoko.

7. Wyjebka na pracę. Praca to tylko praca. Trzeba się przykładać, wiadomo. Pracę trzeba szanować. Też wiadomo. Ale nie ma co żyć w strachu i trząść portami za każdym razem, gdy powinie nam się noga. Albo beczeć, jak jest zjebka. Trzeba się ogarnąć i poprawiać swoje błędy. I nie przejmować się zbytnio. Zamykam drzwi biura, zamykam szufladkę w głowie. I zajmuję się sobą. Uczyłam się tego dwa lata. I wreszcie wychodzi. Po co tyrać sobie głowę robotą, gdy można porobić coś fajnego po południu…

8. Zrozumienie własnej wartości. To chyba przychodzi jakoś ze wszystkim, co wcześniej. I chyba nie wymaga wyjaśnień. Odpowiednia postawa i pewność siebie pomaga. Bardzo.

No i gra gitara :)

HWDP – Chwała Wam Dobrzy Policjanci

No cóż… Kto dawno nie narzekał?? No kto? Ja. Tak się nawet zastanawiam nad zmianą nicku na Grumpy Girl :) Tak czy inaczej mam nowy powód do pomstowań i narzekań. Wszystko działo się prawie tydzień temu. Siedziałam wieczorem w domu sama, strasznie się nudziłam. Kogo nie chciałam wyciągnąć na rower, spacer, piwo, kino. Akurat każdy był zajęty. W końcu ostatni kolega odezwał się, że może wyjść na rower po pracy. Podjechałam do niego, żeby było szybciej.

Przed wyjściem miałam jakieś przebłyski przeczuć albo kobiecej intuicji. Zwał jak zwał. Było zimno, więc założyłam grube skarpety za kolana na leginsy, skórzane rękawiczki i kurtkę z kożuchem. Zastanawiałam się, czy aby za grubo się nie ubrałam, ale było niecałe 7 stopni. I bardzo dobrze, że się tak pozawijałam jak mumia, bo to uratowało moje nędzne cztery litery przed grubszą kontuzją. Stało się to w zasadzie na samym początku tripu.

Jechaliśmy osiedlową uliczką i w zasadzie jeszcze dobrze nie opuściliśmy rewiru, gdy popisałam się zwinnością na skalę światową. Pokonał mnie krawężnik o zawrotnej wysokości niecałych pięciu centymetrów. Zlekceważyłam go i nie skręciłam kierownicy wystarczająco mocno. Przednie koło ześlizgnęło się ze wspomnianego przeciwnika, a prędkość z jaką jechałam, zrobiła swoje. Z impetem wywaliłam się jak kłoda na chodnik. Do tego kawałek jeszcze przejechałam polerując płytki betonowe. Było to przy samym przejściu dla pieszych. Nie dość, że łupnęłam na ziemię jak worek ziemniaków, to jeszcze koza postanowiła mnie przygnieść i dźgnąć pedałami oraz kierownicą. Gleba była tak mocna, że nie mogłam się nawet przewrócić przez chwilę nawet na plecy.

Byłam pewna, że złamałam nogę, bo jeszcze nigdy tak nie zabolało mnie kolano. Gdy tak sobie leżałam na zimniutkim chodniczku o godzinie wieczornej i trochę podziwiając gwiazdy na niebie i te w mojej głowie, a także spanikowaną minę kolegi, przejechała koło nas tzw. suka. Panowie policjanci zwolnili i patrzyli. Popatrzyli, popatrzyli i… pojechali. Fascynujące, zaiste. Leży sobie bezwładnie dziewczyna na chodniku. Obok rower, przy samej ulicy. Ale nie jest to wystarczające, żeby się zatrzymać i sprawdzić, czy żyje, czy nie. Przecież mógł mnie wcześniej potrącić samochód albo zwyczajnie mogłam potrzebować pomocy.

Jednakże dla tych funkcjonariuszy chyba nie było to interesujące. Przecież to jest służba publiczna i powinna także pomagać. A nie tylko dybać na mandaty. Gdy siedzisz na ławce na oparciu w listopadzie, policja wyrasta nie wiadomo skąd. Jeśli pijesz piwo pod chmurką, też się zatrzymają, aby wręczyć bilecik. Włączysz muzę po dwudziestej drugiej, patrol także odwiedzi imprezę. Ale gdy leżysz i kwiczysz na skrzyżowaniu, a do tego nie możesz się ruszyć z bólu, jakoś nie będą chętni do kontaktu… Komentować nie będę, bo swoje zdanie nt. ww. służb już wyrażałam nieraz. Tym razem przyznaję kolejne -50 punktów do użyteczności publicznej. Miłej nocy i piąteczku :)

Jakby trochę lepsze życie dzięki rewelacyjnej diecie

Ostatnio mi się polepszyło. Dlaczego? Bo jeżdżę więcej na kozie :) Swoją drogą, taka mała anegdotka. Stoję sobie na przejściu, czekam na zielone. Obok stoi skin ze swoją skin-dupą. „Eeee… patrz jaki ma fajny rower!” Przyznam, że nieco mnie zmroziło. Ciemno jak w dupie, nikogo oprócz mnie i nich, więc moja paranoja się aktywowała. A pan skin mówi „A co w nim fajnego? Jaka blondi taki rower.” Dalej stoję cicho, bo lubię swoje zęby. Na to pani dupa skina „Ale jest biało czerwony! Idealne polskie barwy. Też bym taki chciała. Napisałabym sobie Polska dla Polaków.” No i moja gęba się odezwała. Sama, chociaż prosiłam ją, żeby siedziała cicho. „Chyba go przemaluję. Stop rasizmowi.” I pojechałam. No musiałam to powiedzieć. Musiałam. Jakoś to było silniejsze ode mnie.

A wracając do polepszenia, to już wiem skąd się wzięło pogorszenie. Od radykalnego zmniejszenia ruchu, kawy, alkoholu, frustrującego życia zawodowego. Ostatnio tak sobie myślę, że chcę się przebranżowić i wrócić do swojej poprzedniej drogi zawodowej. Ja to lubiłam i byłam w tym dobra. W swojej obecnej tyrce się nie odnajduję. Umowy, papiery, faktury, przetargi… To nie mój świat. Żadnej mechaniki, żadnych zagwostek konstrukcyjnych, żadnych wykluczających się parametrów… Moje serce inżyniera krwawi w tym kieracie. Owszem praca jest miliony razy mniej odpowiedzialna i w sumie luźna, ale dupa mnie już boli od przyspawania do krzesła przez osiem godzin. Ja tak nie umiem. Czuję taką tęsknotę. Jak dziki zwierz w klatce. Niby mu lepiej, bo ma pełną michę i ciepłe posłanie, a gdzieś coś ciągnie… Nie potrafię żyć bez produkcji. Niby chujowy pieniądz, niby zjebka goni zjebkę, ale są emocje. Coś z czegoś powstaje. A nie kolejne segregatory.

Naprawdę jest ze mną lepiej. Wiem już czego chcę. To chyba większa część sukcesu. I czuję się z tym wspaniale. Tak jakby ktoś zapalił mi światło w ciemnym korytarzu. Tak jak bohater metro2033 czuł zawsze ulgę widząc, że tunel się kończy i dociera do stacji. :) Do mojej radości przyczyniły się też efekty mojej diety. Dieta ta jest cudowna i wprawia wszystkich dietetyków w osłupienie, że sami na to nie wpadli. W ciągu miesiąca schudłam z 59-60 do ca. 55 kg. Zdradzę nazwę tej diety – MŻ, czyli Mniej Żreć. Proste i szybko przynosi efekty. Jem tylko wtedy, gdy jestem głodna. Cztery posiłki dziennie. I schudłam. Proste. Można? Można. Nawet wyciągnęłam z dna szafy część ciuchów.

Co tam jeszcze dobrego? Wznowiłam chodzenie do kosmetyczki – trzeba trochę o siebie zadbać. I nabyłam… srajfona. Tak. Ja zdecydowany przeciwnik obgryzionych owoców. I stwierdzam, że jest spoko. Jestem wręcz zachwycona. Miałam kilkanaście telefonów. Żaden nie spełniał moich oczekiwań w takim stopniu jak ten. Dobra koniec tych przechwałek.

Pozdrawiam i dobrej nocy życzę!

Koza poprawiła mi humor. Panieński też.

Tak, właśnie tak. Poprawił mi się humor. No zupełnie przypadkiem. Naprawdę. I wszystko w jedną sobotę. Najpierw zadzwoniła moja Mama. Cały tydzień nie odzywałam się do niej (w sumie to dłużej), a od Taty dowiedziała się, że kompletnie nie miała racji z samochodem. Było jej głupio, ale nie powiedziała ani słowa. Nic w  stylu „wiesz nie miałam racji, to jak tam było z tym samochodem? Zgłosiłaś sprawę do ubezpieczyciela?” Zamiast tego zapytała się mnie, czy idę na zakupy. Powiedziałam, że nie. A ona na to „To ja Ci mogę coś kupić.” Najpierw chciałam unieść się honorkiem i powiedzieć, żeby sobie sama poszła. Później jednak pomyślałam, że jak dają to tylko głupi nie bierze. W efekcie stałam się posiadaczką sukienki, nowych szpilek (niebieskich zamszowych), dwóch par leginsów. Swoje dalej myślę i swoje wiem, ale gifty trzeba przyjmować. No cóż, zrobiłam się podła.

Jak wróciłam do domu, wzięłam się z koleżanką za organizację wieczoru panieńskiego. Całe popołudnie jeździłyśmy po sklepach w poszukiwaniu ginu, wódki i przepoju. W zasadzie kupiłyśmy wszystko. Nawet zamówiłyśmy prezent i wybrałyśmy klub, żeby zrobić rezerwację. Poszło szybko i sprawnie. Nie ukrywam, że byłam w swoim żywiole. Uwielbiam takie sprawy organizacyjne. Wtedy czuję, że żyję. Poczułam się potrzebna i ogarnięta. I jakoś mi się polepszyło. Z mega czarnej dziury przetransportowałam się do dziury czarnej. Oczywiście o nastrój chodzi.

Jednak wczoraj poprawiło mi się najbardziej. Kupiłam sobie rower. Nie jakiś tam mega zajebisty albo lansiarski. Takiego zwykłego makrokesza. Dobra, sama tej nazwy nie wymyśliłam – wyczytałam na forum. Była to ostatnia sztuka przeceniona o połowę. Taka tam koza, holenderka. Wcześniej chciałam kupić Gazelle Basic, ale odstraszyła mnie cena (2499 pln) i świadomość, że mogłaby zdematerializować się w mojej piwnicy. A tu za mniej niż jedną trzecią tej ceny kupiłam podróbkę ze Świebodzina (chamsko zerżniętą z G.). Na moją częstotliwość jazdy będzie OK. Jak kiedyś zamieszkamy gdzieś, gdzie tak nie kradną, to sobie kupię Gazellę.

Wczoraj nawet jeździłam na swoim rumaku. Trochę za duży, ale i tak fajny. Jeździliśmy dość długo i bardzo mi się podobało. Mam tylko jeden mały problem… Nie umiem ruszać. Powaga. W moim starym góralu (zwanym Złomkiem), mogłam sobie ustawić pedał w odpowiedniej pozycji, gdy stałam. A tu jak rower stoi to pedały ani drgną… Do tyłu nie można ich przekręcić, bo jak kręci się do tyłu, to się hamuje. Także jeśli macie jakieś porady, jak sprawnie ruszać na kozie, to chętnie je przyjmę. Bo teraz to trochę siara, jak nie umiem na skrzyżowaniu ruszyć na światłach. A tak poza tym rower jest super. Ma zabudowany łańcuch i błotniki, dzięki czemu będę mogła jeździć w kiecce. Siedzi się prosto, kierownica jest duuuuża i wygodna. Ma nawet fajną blokadę na tylne koło – wyjmiesz kluczyk, nie pojedziesz, dobre oświetlenie z dynamo. Naprawdę, super zakup. Cieszę się bardzo, bardzo!

Niedziela

Ten weekend można zaliczyć do pozytywnych. Dostałam swoją pierwszą reklamę na blogu – „sex kamerki na żywo”. Ponieważ pani jest dość ładna, a ja uważam, że każdy może robić, co lubi, to reklama jest.

Pogoda także dopisała. Zapowiadany deszcz się nie zjawił, więc wyciągnęliśmy z pichci mojego demona prędkości. Czyli mój wspaniały rower, który dostałam w trzeciej klasie podstawówki. Większość swego żywota spędził w piwnicy, a dwa lata na balkonie. Generalnie jest tak zajebisty, że nie muszę się martwić, że zostanie zajumany. Zostawiam go nieprzypiętego pod sklepem i zawsze stoi! Bo jakby ktoś chciał go ukraść, szybko się rozmyśli.

Zastanawiam się cały czas, jak to możliwe, że jeszcze jeździ. W sumie, to niezła tortura. Z przodu amortyzatora brak, więc na polskie nawierzchnie jak znalazł. Żeby sobie łokcie powybijać ze stawów. Nie wszystkie biegi wskakują, że tak się nieprofesjonalnie wyrażę. Z przodu hamulec trze o koło. Ale to dobrze, większe opory ruchu, większy wysiłek dla mięśni. Można by jeszcze długo wyliczać. Nieważne! Ważne, że w końcu sobie pośmigaliśmy. Wczoraj 17 km, dziś 21 :) Jak dla takiej rowerowej kaleki jak ja, to idealny dystans.

Oczywiście, gdyby nie było kwasu, to by nie było wpisu. Cały piękny weekend (tak znowu połączyłam piwo, wódkę i chipsy w tzw. międzyczasie i spędziłam noc z głową opartą o zlewozmywak.) zepsuły prozaiczne sprawy. Po rowerze poszliśmy na spacer. Szukaliśmy gofrów. I nie znaleźliśmy w tej cudownej metropolii. Znaleźliśmy za to Świat Lodów. Nie polecam. Zdenerwowałam się tam, ale nie robiłam kasjerce jazdy, bo za dużo ludzi było.

Była tam jakaś dziewczyna, która chyba dopiero zaczęła karierę w lodach. Najpierw wzięła wafelek do ręki bez papierka. A papierek trzeba wziąć, żeby ręką nie dotykać. Takie są przepisy i wiem to, bo nie raz dostawałam op od kierownika, że znowu papierka zapomniałam. I wzięła niewłaściwy wafelek. Potem polała loda polewą tak koślawo, że nie dało się go złapać. No więc wsadziła w drugi wafelek. Ale dalej się lepiło. Już zaczęłam pod nosem burczeć z niezadowolenia. „Niech sobie pani serwetkę weźmie.” Zajebista porada. Super, że powiedziała, bo bym nigdy na to nie wpadła! Tylko bym tak trzymała tego wafla, aż by mi się ręka przylepiła.

Potem zrobiła loda nr 2. Chyba dlatego, że był drugi to był dwa razy mniejszy od mojego. Pytamy kasjerki, czemu tak. A ona „Bo pani to dostała od serca!” Jakoś tak coś mi się wydaje, że jak się robi jedno zamówienie, to wszystko powinno być takie same, a nie jak popadnie. Najbardziej rozwaliło mnie to, co zobaczyłam, gdy wyjęłam wafla z lodem z wafla ochronnego nr 2. Dostałam tam gratis serwetkę, która się rozciapała od polewy i obkleiła wafel. Szkoda, że byłam już od lodziarni daleko, bo inaczej bym wróciła zapytać, czy to ich standard. A jakbym nie wyjęła tego wafla z wafla, to niechybnie bym się papieru nażarła! Staram się ludziom źle nie życzyć, ale mam nadzieję, że tamta laska szybko zakończy karierę w lodach.

Potem byliśmy w sklepie. Sprzedawczynie w dziale mięsnym obijały się o siebie, jakby były pijane. Gadały i śmiały się. Myliły klientów, których obsługiwały. Staliśmy w kolejce jak dwa głąby. W końcu doszła do nas. A już tak mi się spodobała obserwacja, tego co te kobiety wyczyniały. Poprosiłam 10 deko wędliny. W międzyczasie wmieszała się do tego wymyślnego zamówienia druga ekspedientka. W efekcie dostałam dwa razy tyle, ile chciałam, „bo jej się wszystko skroiło.” A co mnie obchodzi to, że jej się wszystko skroiło? Mam jeść potem cały tydzień tę wędlinę i patrzeć, jak się marszczy, bo jej się wszystko skroiło? Nie. Spojrzałam na nią wzrokiem skrytobójcy. Z zaskoczeniem powiedziała „To za dużo? Nie chce pani?” „Za dużo. Chcę połowę.” „A w ogóle to panią obsługuje jeszcze ta druga? Bo ja już nie wiem, o co tu chodzi.” I zaczęła chichotać. Tego to już było za dużo. Byłam tam w charakterze klienta, a nie koordynatora sprzedaży wędlin i kiełbas. Spojrzałam się swoim najbardziej suczym wzrokiem i wycedziłam lodowato „Ja nie wiem, kogo i jak panie tutaj obsługują. Nie interesuje mnie to.” Od razu nastrój do żartów jej przeszedł. „Czy coś jeszcze?” „Tak. Podobno jest tu taka smaczna zapiekanka z ziemniakami, warzywami i mięsem.” „Oj niestety tylko tak z rana, bo szybko schodzi. Rano musi pani przyjść.” „Dziękuję.” Na wszelki wypadek sprawdziłam. Faktycznie nie było. A chciałam ją zjeść jutro na obiad… Nie dobrze.