Archiwa tagu: radość

Po pierwsze, po co ćwiczysz?

Przygód z różnymi formami aktywności fizycznej miałam już mnóstwo. Ale dopiero teraz odkryłam pewne oczywiste fakty. Może dla niektórych to jest jasne jak słońce, jednak dla mnie nie było- osoby szczupłej, której dobre wyniki przychodziły bez bólu. Dopiero przekroczenie bariery wieku 25+ i rozmiaru 36, pomogły mi przejrzeć na oczy. Po pierwsze, po co ćwiczę? Już nie dla efektów, tylko dla zdrowia i dlatego, że to lubię. Jeśli myśli się, że trzy-cztery godziny aerobiku/jogi w tygodniu to czas zmarnowany, to jak można czerpać z tego przyjemność mając jednocześnie świadomość straty czasu? Jak w ogóle aktywność fizyczna może być marnowaniem czasu?

Odkąd przestałam traktować zajęcia jako obowiązek, zaczęły sprawiać większą przyjemność. Fajnie jest mieć jakiś cel. Na przykład – chciałabym zmieścić się w swoje stare spodnie. OK. Tylko co, gdy już się zmieszczę? Przestanę ćwiczyć? Miałam już tak nie raz. Tylko, że po każdej przerwie przychodził moment, że się nie mieściłam. Szczerze, to w pewnym momencie powiedziałam sobie, że i tak w rozmiar 32 już nie wejdę nigdy, więc nie ma co się napinać. Zaczęłam ćwiczyć dla samego ćwiczenia. Paradoksalnie cała spina puściła i mam o wiele więcej przyjemności.

Technika i systematyczność są najważniejsze. Tej jesieni byłam po kolejnej przerwie i załamałam się na zajęciach. Co prawda, jazda na rowerze sprawiła, że wreszcie przestałam sapać jakby mnie ktoś dusił po trzech minutach zajęć, ale poza tym była totalna lipa. Na prawdę, ćwiczyłam najgorzej ze wszystkich. Zwykle, gdy coś mi nie wychodziło, to rezygnowałam z tego. Pomyślałam sobie, że koniec tego. Wymyśliłam sobie plan, że trzy razy w tygodniu to absolutne minimum. I co by się nie działo, zajęć nie omijam. Po trzech tygodniach wpadłam w rytm i teraz nie wyobrażam sobie, żeby nie chodzić.

Przeniosłam się też na przód sali. Dosłownie do pierwszego rzędu, gdzie zawsze ćwiczyły najlepsze dziewczyny. To był chyba najlepszy pomysł. Chyba w końcu przestałam się przejmować tym, że wszystko wychodzi mi raczej średnio. Skoro ćwiczę dla siebie, to nic mnie nie interesuje, co sobie inni o mnie myślą. Będąc z przodu w końcu nauczyłam się kroków. Nie mam już problemów z choreografią, która kiedyś była dla mnie koszmarem. Przy robieniu wszystkich ćwiczeń w tzw. parterze podpatrzyłam u instruktorek różne myki i przyjrzałam się technice. Teraz mogę nieskromnie stwierdzić, że jestem jedną z lepiej ćwiczących osób. Ale przyłożyłam się do tego. Postawiłam sobie cel, że do czerwca będę w stanie iść na sześciogodzinny maraton fitness i nie wyjechać nogami do przodu. No i zostałam pochwalona przez instruktorkę. I to nie jedną. „Bierzcie przykład z IB, jeszcze dwa miesiące temu największy mięczak, a teraz jedna z najlepszych w grupie.” Po takim komplemencie jeszcze bardziej chce się ćwiczyć.

Nie można osiągnąć efektów, gdy ćwiczy się pojedyncze partie mięśniowe – takie moje najnowsze odkrycie. Ciało człowieka nie składa się z np. tylko mięśni brzucha albo pośladków, dlatego trzeba trenować wszystko. Zawsze unikałam i oszukiwałam na pompkach. Nie mogłam też wejść w pozycję deski. Pomyślałam sobie, że to bez sensu i zaczęłam próbować. Z bólem i frustracją. W końcu zaczęło wychodzić. Paradoksalnie, gdy wzmocniłam mięśnie brzucha, po wcześniejszym polepszeniu techniki.

Postanowiłam sobie, że za około trzy tygodnie, ćwiczenia w parterze będę wykonywać z ciężarkami na kostkach u nóg. W pracy koleżanki śmieją się ze mnie, że chyba trenuję do olimpiady i mam jakiś sezon życia. Ale ja wiem, po co ćwiczę. Na pewno, nie do olimpiady i nie dla odchudzenia. Ćwiczę dla siebie. Odkąd tak do tego podeszłam, w głowie ułożył się sam sensowny plan treningów i małe cele w drodze do celu głównego – nie przestać nigdy ćwiczyć.

Tak późno odkryłam sport, zawsze wolałam gnić z tyłkiem przed kompem. W sporcie jest jedna najważniejsza rzecz – uczy systematyczności i zdyscyplinowania, bez potu nie ma efektów. To nie jest tak, że nie ma się predyspozycji. To jest tak, że jedni potrzebują dużo treningu, a inni mniej.

Żeby nie było – nie chcę udawać Chodakowskiej, bo tak naprawdę nie interesuje mnie ona w ogóle. Od niej dużo bardziej cenię sobie swoje instruktorki fitnessu, które mają długoletni staż i dają dobry wycisk. Kilka razy robiłam sobie jej ćwiczenia z YT i zmęczyły mnie mniej niż treningi w klubie, do którego chodzę. Po prostu chciałam podzielić się swoimi, pewnie niezbyt odkrywczymi, przemyśleniami z innymi. Może ktoś ma tak samo, jak ja kiedyś, że myśli sobie „jaka ja jestem beznadziejna, nogi mi się plączą, brzuch wyłazi ze spodni, po 5 minutach jestem czerwona i zasapana – nie nadaję się do tego, pewnie cała sala ma ze mnie zwałę”. Ze mnie miały dziewczyny polewkę. Jedna nawet mi powiedziała „co robisz tam z przodu, jak tak koślawo ćwiczysz?”. Powiedziałam jej, że „Zobaczysz za jakiś czas.” Teraz to ona ćwiczy koślawo w porównaniu do mnie. Teraz już się nie śmieją. Bo gdy ja twardo cisnę wszystko bez przerwy, one leżą na matach i opuszczają kolejki. Fajnie by było, gdyby ktoś tak samo zakompleksiony jak ja, przeczytał to i się przełamał, a potem zaparł w sobie i zaczął ćwiczyć. I powoli małymi kroczkami ruszył do przodu. Takie małe sukcesy, pozwalają uwierzyć w siebie i dodają pewności. „Trzeba sporo pracy, by z grona partaczy zasilić wymiataczy.”

Pompujcie, pompujcie :)

Letnia nostalgia w październiku, czyli summertime sedness

Dziś było wyjątkowo ciepło. Jak na październik. O godzinie siódmej, gdy wyjeżdżałam do pracy było czternaście stopni. Jadąc na rowerze, poczułam lato i zapach frytury z McD. Popatrzyłam na opadające resztki mgły i nieśmiało wyglądające słońce zza horyzontu. Pomyślałam sobie, że odkąd skończyłam studia, moje życie stało się nudniejsze i jakieś takie mdłe. I pomyśleć, że kiedyś irytowało mnie gadanie Rodziców, że jeszcze się napracuję w życiu i lepiej, żebym korzystała z tego, że nie muszę tyrać na etacie… Teraz rozumiem już, co mieli na myśli.

Czasy studiowania faktycznie były najlepszymi w moim życiu. Zaczynając od roku akademickiego w październiku, poprzez sesję, którą zwykle przechodziłam bez większych problemów, a kończąc na wakacjach. Właśnie wakacje były najlepsze w tym wszystkim. Od maja szukałam pracy. Później w sesji kursowałam pomiędzy egzaminami, a „dniami próbnymi”. Narzekałam na brak czasu, ale cieszyłam się na hajs, za który mogłam później melanżować z kumplami, kupować ciuchy, mp3-kę i mnóstwo innych rzeczy. Bez tłumaczenia się policji skarbowej w postaci Rodziców.

Teraz w każde lato żal dupę ściska, że mam to za już bezpowrotnie za sobą. Do pracy chodziłam na totalnej wyjebce. W końcu podawanie hamburgerów i frytek do tego przez 10-11 godzin dziennie to nic wymagającego skupienia. Przyznam, że dość frustrujące, kiedy gość nieumiejący poprawnie sklecić prostego zdania mówił do swojej dziuni, bądź równie inteligentnych koleżków, „Jaka głupia dupa. Mądra być nie może, skoro tu pracuje.” Początkowo wściekałam się. Potem kolega zdradził mi sekret, co robi się z takimi burakami albo innymi niemiłymi klientami. Po pierwsze jest się miłym do obrzydzenia. Po drugie, zagląda się na kuchnię, mówi tajne hasło i objaśnia, o które kanapki chodzi. Reszta robi się sama. Po trzecie, obserwuje się jak delikwent zajada się. Czym? Najróżniejszymi rzeczami. Tą słodką tajemnicę zostawię dla siebie. Dlatego pamiętajcie, żeby nie pomiatać tym, kto podaje Wam jedzenie. Zemsta bywa sroga i okrutna.

Wracając do tematu, pracą zbytnio się nie przejmowałam. Bywało, że wpadałam prosto z imprezy. Albo totalnie zrobiona albo totalnie skacowana. Z reguły w okolicy połowy sierpnia albo września rzucałam robotę w wielkim stylu. „Jak wam się nie podoba, to pocałujcie mnie w sam środek. Nie przychodzę do pracy, ani jutro, ani po jutrze. Nie mogę dostać wolnego, to rzucam tę robotę. Hmmm… A w zasadzie, to chyba dziś też w pracy nie zostanę. Astalavistabejbi!” I rzucałam wypowiedzenie temu kierownikowi, którego nie lubiłam. Oczywiście w dzień, kiedy był największy tłok. Uwielbiałam tę niezależność. Świadomość tego, że w każdej chwili mogę trzasnąć drzwiami i mieć to gdzieś. I wiecie co Wam powiem? Jeśli możecie sobie pozwolić na taki luksus, róbcie to. Później może być za późno. Teraz nie mogę powiedzieć szefowi „Panie, jak się Panu nie podoba, że się spóźniam, a nie widzi Pan darmowych nadgodzin, które tu odbębniam charytatywnie, to pocałuj mnie w sam środek i sam sobie tu siądź. Astalavistabejbi!”

Co jeszcze było takiego wspaniałego w tamtych wszystkich wakacjach? Sraczka. Tak, stara poczciwa sraczunia. W gastronomii dyskwalifikuje Cię w pracy. Niepodważalna przez lekarza i pracodawcę. Szczególnie cudowna, gdy pracujesz na umowę o pracę i świeci słońce, a słupek rtęci dawno przekroczył 30 stopni. Na miejscu był zawsze mój najlepszy kumpel. Sms rano „Siema parówo, jedziemy na plażę?” sprawiał, że automatycznie czułam się „chora”. No i odpowiedź zwrotna w tempie natychmiastowym „Siema parówo. No raczej.” Szybka wizyta u lekarza, a potem dostarczenie zwolnienia do miejsca pracy. Oczywiście kumpel stawał się moim kuzynem na tę okazję. Zapewniam, że zimne piwko na plaży smakuje najlepiej, właśnie wtedy, gdy 80% pensji i tak wpada Ci na konto. Leżysz na kocyku, grzejesz odwłok, pełen relaks, a tu pensja i tak wchodzi na konto. Lepiej pachnieć morzem i plażą, niż frytkami. Małe sprostowanie. Nigdy nie robiłam takich numerów w weekend. Po pierwsze, za duży ruch i nie byłam aż taka podła dla swoich przełożonych, żeby narażać ich na utratę najlepszej kasjerki. Po drugie, na plaży w weekend też jest zbyt tłoczno. Najlepiej jest w tygodniu…

Uwielbiałam sierpień i wrzesień. Wtedy nad morzem jest najlepsza pogoda. Woda jest ciepła, a powietrze specyficznie pachnie. Ludzi też jest nieco mniej… Zwykle wtedy też zrzucałam balast roboty, której nie lubiłam. Mogłam pozwolić sobie na jeżdżenie w nocy nad jezioro ze znajomymi. Na grille i spotkania. Robiłam co chciałam i kiedy chciałam. Właściwie mój kumpel był osobą, z którą głównie spędzałam czas. Jeździliśmy razem na wszystkie imprezy i pizzę z bigosem. Spędzaliśmy godziny na szwędaniu się po mieście i komisach samochodowych. Na kolędowaniu po znajomych… Nie było bunkrów, ale i tak było zajebiście.

Teraz pracuję i nie mam wakacji. Co najwyżej tydzień, dwa lub trzy. Nie mogę robić tego, co mi się żywnie podoba. Kumpel wyjechał i praktycznie się nie widujemy. Do tego ma laskę, więc i tak nie dałoby rady spędzać tyle czasu razem. Spotkania wspólnie, to nie to samo. Każdy o tym, wie. Co tu ściemniać. Tęsknię za przyjacielem, którego przez dorosłość straciłam. Tęsknię za słońcem, plażą. Generalnie za wolnością. Takiej, której już nie doświadczę. Co najśmieszniejsze, ta wolność pachnie frytkami.

Jakby trochę lepsze życie dzięki rewelacyjnej diecie

Ostatnio mi się polepszyło. Dlaczego? Bo jeżdżę więcej na kozie :) Swoją drogą, taka mała anegdotka. Stoję sobie na przejściu, czekam na zielone. Obok stoi skin ze swoją skin-dupą. „Eeee… patrz jaki ma fajny rower!” Przyznam, że nieco mnie zmroziło. Ciemno jak w dupie, nikogo oprócz mnie i nich, więc moja paranoja się aktywowała. A pan skin mówi „A co w nim fajnego? Jaka blondi taki rower.” Dalej stoję cicho, bo lubię swoje zęby. Na to pani dupa skina „Ale jest biało czerwony! Idealne polskie barwy. Też bym taki chciała. Napisałabym sobie Polska dla Polaków.” No i moja gęba się odezwała. Sama, chociaż prosiłam ją, żeby siedziała cicho. „Chyba go przemaluję. Stop rasizmowi.” I pojechałam. No musiałam to powiedzieć. Musiałam. Jakoś to było silniejsze ode mnie.

A wracając do polepszenia, to już wiem skąd się wzięło pogorszenie. Od radykalnego zmniejszenia ruchu, kawy, alkoholu, frustrującego życia zawodowego. Ostatnio tak sobie myślę, że chcę się przebranżowić i wrócić do swojej poprzedniej drogi zawodowej. Ja to lubiłam i byłam w tym dobra. W swojej obecnej tyrce się nie odnajduję. Umowy, papiery, faktury, przetargi… To nie mój świat. Żadnej mechaniki, żadnych zagwostek konstrukcyjnych, żadnych wykluczających się parametrów… Moje serce inżyniera krwawi w tym kieracie. Owszem praca jest miliony razy mniej odpowiedzialna i w sumie luźna, ale dupa mnie już boli od przyspawania do krzesła przez osiem godzin. Ja tak nie umiem. Czuję taką tęsknotę. Jak dziki zwierz w klatce. Niby mu lepiej, bo ma pełną michę i ciepłe posłanie, a gdzieś coś ciągnie… Nie potrafię żyć bez produkcji. Niby chujowy pieniądz, niby zjebka goni zjebkę, ale są emocje. Coś z czegoś powstaje. A nie kolejne segregatory.

Naprawdę jest ze mną lepiej. Wiem już czego chcę. To chyba większa część sukcesu. I czuję się z tym wspaniale. Tak jakby ktoś zapalił mi światło w ciemnym korytarzu. Tak jak bohater metro2033 czuł zawsze ulgę widząc, że tunel się kończy i dociera do stacji. :) Do mojej radości przyczyniły się też efekty mojej diety. Dieta ta jest cudowna i wprawia wszystkich dietetyków w osłupienie, że sami na to nie wpadli. W ciągu miesiąca schudłam z 59-60 do ca. 55 kg. Zdradzę nazwę tej diety – MŻ, czyli Mniej Żreć. Proste i szybko przynosi efekty. Jem tylko wtedy, gdy jestem głodna. Cztery posiłki dziennie. I schudłam. Proste. Można? Można. Nawet wyciągnęłam z dna szafy część ciuchów.

Co tam jeszcze dobrego? Wznowiłam chodzenie do kosmetyczki – trzeba trochę o siebie zadbać. I nabyłam… srajfona. Tak. Ja zdecydowany przeciwnik obgryzionych owoców. I stwierdzam, że jest spoko. Jestem wręcz zachwycona. Miałam kilkanaście telefonów. Żaden nie spełniał moich oczekiwań w takim stopniu jak ten. Dobra koniec tych przechwałek.

Pozdrawiam i dobrej nocy życzę!

Koza poprawiła mi humor. Panieński też.

Tak, właśnie tak. Poprawił mi się humor. No zupełnie przypadkiem. Naprawdę. I wszystko w jedną sobotę. Najpierw zadzwoniła moja Mama. Cały tydzień nie odzywałam się do niej (w sumie to dłużej), a od Taty dowiedziała się, że kompletnie nie miała racji z samochodem. Było jej głupio, ale nie powiedziała ani słowa. Nic w  stylu „wiesz nie miałam racji, to jak tam było z tym samochodem? Zgłosiłaś sprawę do ubezpieczyciela?” Zamiast tego zapytała się mnie, czy idę na zakupy. Powiedziałam, że nie. A ona na to „To ja Ci mogę coś kupić.” Najpierw chciałam unieść się honorkiem i powiedzieć, żeby sobie sama poszła. Później jednak pomyślałam, że jak dają to tylko głupi nie bierze. W efekcie stałam się posiadaczką sukienki, nowych szpilek (niebieskich zamszowych), dwóch par leginsów. Swoje dalej myślę i swoje wiem, ale gifty trzeba przyjmować. No cóż, zrobiłam się podła.

Jak wróciłam do domu, wzięłam się z koleżanką za organizację wieczoru panieńskiego. Całe popołudnie jeździłyśmy po sklepach w poszukiwaniu ginu, wódki i przepoju. W zasadzie kupiłyśmy wszystko. Nawet zamówiłyśmy prezent i wybrałyśmy klub, żeby zrobić rezerwację. Poszło szybko i sprawnie. Nie ukrywam, że byłam w swoim żywiole. Uwielbiam takie sprawy organizacyjne. Wtedy czuję, że żyję. Poczułam się potrzebna i ogarnięta. I jakoś mi się polepszyło. Z mega czarnej dziury przetransportowałam się do dziury czarnej. Oczywiście o nastrój chodzi.

Jednak wczoraj poprawiło mi się najbardziej. Kupiłam sobie rower. Nie jakiś tam mega zajebisty albo lansiarski. Takiego zwykłego makrokesza. Dobra, sama tej nazwy nie wymyśliłam – wyczytałam na forum. Była to ostatnia sztuka przeceniona o połowę. Taka tam koza, holenderka. Wcześniej chciałam kupić Gazelle Basic, ale odstraszyła mnie cena (2499 pln) i świadomość, że mogłaby zdematerializować się w mojej piwnicy. A tu za mniej niż jedną trzecią tej ceny kupiłam podróbkę ze Świebodzina (chamsko zerżniętą z G.). Na moją częstotliwość jazdy będzie OK. Jak kiedyś zamieszkamy gdzieś, gdzie tak nie kradną, to sobie kupię Gazellę.

Wczoraj nawet jeździłam na swoim rumaku. Trochę za duży, ale i tak fajny. Jeździliśmy dość długo i bardzo mi się podobało. Mam tylko jeden mały problem… Nie umiem ruszać. Powaga. W moim starym góralu (zwanym Złomkiem), mogłam sobie ustawić pedał w odpowiedniej pozycji, gdy stałam. A tu jak rower stoi to pedały ani drgną… Do tyłu nie można ich przekręcić, bo jak kręci się do tyłu, to się hamuje. Także jeśli macie jakieś porady, jak sprawnie ruszać na kozie, to chętnie je przyjmę. Bo teraz to trochę siara, jak nie umiem na skrzyżowaniu ruszyć na światłach. A tak poza tym rower jest super. Ma zabudowany łańcuch i błotniki, dzięki czemu będę mogła jeździć w kiecce. Siedzi się prosto, kierownica jest duuuuża i wygodna. Ma nawet fajną blokadę na tylne koło – wyjmiesz kluczyk, nie pojedziesz, dobre oświetlenie z dynamo. Naprawdę, super zakup. Cieszę się bardzo, bardzo!

Kto jest kto – rozwiązanie zagadki

Ostatni miesiąc to dla mnie istna burza. Jedna mała zmiana sprawiła, że zmieniło się dla mnie prawie wszystko. A przy okazji dowiedziałam się co nieco o swoich współpracownikach. Po tym, jak powoli rozniosło się o mojej zmianie działu, wszystko trochę przycichło i nastał względny spokój. Czułam się dość dziwnie. Żeby nie skłamać – jak intruz na własnym podwórku. Z chłopakami gadałam już tylko o niesłużbowych sprawach. Przestałam też wydawać im polecenia. Niby z jakiej racji, skoro zaraz mnie tam miało i tak nie być?

Parę dni przed moim odejściem wezwał mnie na rozmowę Przełożony nr 1 i oznajmił mi, że coś mi opowie. Taka bajka o spawaczu. Ciekawa z niej nauka popłynęła i jednocześnie rozjaśniło mi się w głowie. Generalnie chodziło o to, że jak sam był młodym kierownikiem, to miał spawacza, który był cholernie dobry, a jednocześnie był okrutnym pijakiem. Łapał ciągi, nie przychodził do pracy albo był po wpływem. Potem zawsze błagał na kolanach, żeby go nie zwalniać, bo on już nie będzie, bo kto rodzinę utrzyma, bo on bardzo przywiązany do tego zakładu, srututut pęczek drutu i dwie krzywe elektrody. Jednak klasyczne branie na litość przynosiło pożądane efekty. Po każdej wtopie i tak zostawał w robocie. W końcu nadeszły czasy solidarności i strajki. Ten właśnie spawacz, który tylko dzięki miękkiemu sercu kierownika, nie został wyrzucony na zbity pysk, jako pierwszy wstał i krzyknął „Na taczki z kierownikiem!”. Na koniec Przełożony nr 1 powiedział do mnie „Rozumie pani? Jeżeli ktoś nie spełnia swoich obowiązków i bierze panią na litość, będzie pierwszym, który rzuci w panią kamieniem.”

Wtedy mnie olśniło! Chodziło o naszą wiecznie zapłakaną, nieszczęśliwą „koleżankę” z zaopatrzenia. Nieraz pomagałam jej w obowiązkach, bo się nie wyrabiała. Zawsze pozwalałam jej się zwolnić na totalne gówna typu „pół godzinki wcześniej, bo idę z córcią do kina”. Nadmienię, że sama rzadko kiedy zostawała po godzinach. Dostawała ode mnie nie tylko plan miesięczny, ale także co dzień objaśniałam jej, co ma zrobić. A jak się później dowiedziałam, chodziła po firmie i gadała, że ma beznadziejną kierowniczkę i nie wie, co ma robić.

Potrafiła się popłakać, bo niby za dużo ma roboty. Wyszło też szydło z worka, zę to ona powiedziała, że nie może ze mną już dłużej pracować. Rozpowiedziała wszystkim, że znęcam się nad nią psychicznie. Dla niej znęcaniem było wydanie jej polecenia służbowego i jego egzekwowanie. Z perspektywy czasu, gdy o tym myślę, żałuję, że nie jechałam z nią jak ze szmatą. Czyli tak, jak na to zasługiwała. Wkurwiła mnie. Do tej pory żółć mnie zalewa. To ja się nad nią litowałam, a ona wykręcała mi takie numery?! Żałuję wszystkich tych chwili, kiedy gryzłam się w język. Pomyślałam sobie, że jeśli kiedykolwiek znów ześlą mnie do tego działu dam jej szkołę życia. I albo się dostosuje, albo niech się zwolni.

Aż strach powiedzieć, ale te wydarzenia sprawiły, że znowu zrobiłam się bardziej bezwzględna. Nie popuszczę jej. Nie zasłużyłam sobie, aby okazała się dla mnie taką szują. Teraz ja z chęcią pokażę jej na co mnie stać. Przykro mi, ale life is brutal. O tym, że robiła mi koło dupy, utwierdziła mnie nasza ostatnia rozmowa. „No wiesz, życzę ci, aby było ci tam lepiej niż tu. W ogóle jacy tutaj wszyscy to świnie! Nie powiedzieli mi, że jest pożegnalna składka dla ciebie i dlatego się nie złożyłam…” Stwierdziłam, że przy tej okazji chętnie sprawdzę, czy odezwą się przysłowiowe nożyce. Uderzyłam w stół. „Wiesz, ja jestem przekonana, że tam będzie mi lepiej. Poza tym na rozmowie z P. nr 1 dowiedziałam się kto i co na mnie mówił. Może jest jeszcze taka ewentualność, że tu wrócę, wtedy będzie można zagrać w otwarte karty.” Widziałam jak krew odpływała jej z twarzy, a ja z satysfakcją głosem ociekającym lukrem ciągnęłam dalej. „Nie należę do mściwych osób, także do nikogo nie chowam urazy. Jednak z tej lekcji wyciągnęłam naukę, jak należy postępować z podwładnymi, którzy nie pracują w satysfakcjonujący dla mnie sposób.” Po tym zdaniu broda zaczęła jej chodzić (zawsze tak miała na minutę przed puszczeniem beksy), więc z rozkoszą dobiłam ją „Och wiesz, do składki nie dorzucaj się. I tak poczęstuję cię ciastem, jeśli coś jeszcze zostało.” Skleiła buraka i sobie poszła. Wiem, bywam suką. Ale tylko, gdy ktoś sobie na to zasłuży.

Poza tym incydentem, pożegnanie przebiegało bardzo miło. Nawet się popłakałam ze wzruszenia. Dostałam piękne róże i fajny komplet do kawy. Idealnie trafili w mój pokręcony gust :) Nie spodziewałam się. Naprawdę. Tyle co wrzeszczałam na chłopaków albo bluzgałam szpetnie, że znowu źle i nie na czas… A tu proszę, taka miła niespodzianka! Poczułam wtedy, że będę za nimi tęsknić i za tym całym kołchozem także. Dość długo nie mogłam przestać się mazać. Cały weekend o nich rozmyślałam.

Teraz po paru tygodniach stwierdzam, że tęsknię za ludźmi, ale nie za pracą w tamtym miejscu. W nowym dziale jest przede wszystkim spokojniej. Do domu przychodzę wyluzowana, uśmiechnięta, mam siłę na robienie obiadu i inne tematy. Zaczęłam nawet zauważać takie rzeczy jak śpiew ptaków, zapach powietrza rano i wieczorem, smak świeżych bułek… Generalnie, jestem bardzo zadowolona ze zmiany. Tylko mnie tyłek boli od siedzenia na krześle cały dzień. Jednak suma sumarum transfer uważam za niezwykle udany. A wszyscy, którzy chcieli zrobić mi gorzej, zrobili mi dobrze :D

Delikatna poprawa

A więc mili Państwo stwierdziłam, że jeszcze nie umrę. Znalazłam motywację do dalszej egzystencji. Jest tyle osób, które wkurwię dalszym poruszaniem się po tejże planecie, że sobie jeszcze pożyję. Zrobię im na złość. Doszłam też do wniosku, że należy ogarnąć swoje sprawy, skoro jeszcze się nie wybieram na tamtą stronę. Spisałam to wszystko na kartce. W zasadzie to mój facet spisał, gdy ja zawodziłam nad beznadziejnością swojej sytuacji. I tak np. od listopada mam nieważne badanie techniczne pojazdu. Jest dość nowy, sprawny i wspaniały, więc chyba moja podświadomość uważa, że takie badanie nie jest potrzebne. A czy w zasadzie jest? Skoro nawet, gdybym miała rzępolącego trupa, który dławi się i staje co pięć metrów, to i tak bym mogła mieć podbite badanie. Poszłabym do jakiegoś Gienka tudzież Józka i za flaszkę, bym temat załatwiła. A tak muszę wyłożyć stówę, żeby jakiś facet powiedział, że mój pojazd może jeździć.

No, ale niech im tam będzie. Zasilę lokalną gospodarkę. W końcu każdy wydatek to moja mała cegiełka w walce z kryzysem. Niech żyje konsumpcja! I tym hasłem się ostatnio podparłam. Wybrałam się na zakupy. Stwierdziłam, że skoro nie chce mi się żyć, to chociaż ładnie się ubiorę na te ostatnie dni. I tak w Bershce na wyprzedaży za niecałe 300 pln zakupiłam: kożuszek do pasa, płaszcz (to chyba jest trencz, what ever, w stylu lat 60), dwie pary spodni, dwie koszulki, jedną bluzkę, torebkę, apaszkę. I te zakupy poprawiły mi humor.

Potem doszłam do wniosku, że może czas zadbać o kondycję. Nieco to niespójne z moimi wcześniejszymi wizjami samobójczymi. Tak, czy siak wybrałam się na ten fitness i na inne tortury. I też mi się nastrój polepszył. Może jestem masochistką? Potem poszłam już tylko za ciosem i zrealizowałam receptę na okulary. Teraz wreszcie widzę, jak daleko są nadjeżdżające pojazdy. W ogóle więcej widzę. Co prawda kolory dalej słabo rozróżniam, ale kij tam z kolorami. Podstawowe znam :)

Odmieniona tym wszystkim z chęcią do życia na poziomie pięciu procent odnalazłam papiery od starego lapka (dwuletniego) i oddałam dziada do serwisu. Jak wróci to go puszczę na alledrogo. Potem szło tylko lepiej. Znalazłam umowę z funduszem emerytalnym i wreszcie zaktualizuję dane. Proszą mnie od około czterech lat. Myślę, że skoro są tak wytrwali, mogę im tę łaskę uczynić.

Dodatkowo poszłam w sobotę na piwo do znajomych. I dałam się wyciągnąć na imprezę. Było zajebiście. Co tu dużo mówić. Fajna muza, znajomi, których dawno nie widziałam. Odstresowałam się. Tylko na drugi dzień, śniły mi się jakieś dysze i króćce. Potem miałam bliskie spotkanie z kiblem. Tak się kończą imprezy z dawno niewidzianymi znajomymi. „No ze mną piwka nie wypijesz? No weeeeź. Postawię Ci.” „No dobra. Jak już tak nalegasz.” Słaba ze mnie zawodniczka do pijaństwa, dlatego zawsze umieram na drugi dzień.

Miałam też wizję wielkich mew ze sprężarkami zamiast głów. Nie pytajcie skąd to. Nie wiem! Tylko latają te mendy 12km w głąb lądu od linii brzegowej. Niedobrze, bo nie dość, że niszczą głowę po tym jak człowieka poniesie melanż, to jeszcze rozpiżdżają lokalny ekosystem. W naszym mieście było kiedyś mnóstwo wróbli. A teraz ich nie ma. Są MEWY. Pewnie zeżarły te biedne wróble. Jak mi te małe szaraczki za oknem śpiewały, to było miło. A teraz strach okno otworzyć. Drze się to jak poronione całe poranki. Do tego wyjadają suchą karmę, którą rzucam bezpańskim kotom. To mnie wkurwia najbardziej.

Jak więc widzicie, wracam do formy. Nawet byłam dziś u lekarza pierwszego kontaktu. Dał mi antybiotyk do smarowania na mojego parcha. I skierowanie na usg jamy brzusznej. I zupełnie niepotrzebne tabletki na refluks. Zastanawiam się, czy jest sens się truć. I leczyć na coś, co mi nie dolega. Rozważałam wybranie się do psychologa. Postanowiłam wstrzymać się i oszczędzić jego/jej psychikę. Swój mrok wewnętrzny i obłęd zachowam na razie dla siebie.

Wracam do świata żywych :)

Można się zdziwić

Ehhh… Ostatnio nie mam nawet chwili, żeby usiąść i coś napisać. W zeszłym tygodniu byłam chora i uprawiałam samolecznictwo. Nie pomogło. Dopiero wizyta u laryngologa w tym tygodniu pomogła. A poprzedni tydzień obfitował w mnóstwo przedziwnych wydarzeń. Zdziwiłam się chyba ze dwadzieścia razy. I to w większości pozytywnie. Najbardziej zadziwiły mnie mikołajki. Były chyba najlepsze w moim życiu.

Rano obudziłam się z chora z gorączką i cała ogólnie do d***. Chciałam spod łóżka dyskretnie wyciągnąć prezent i postawić koło poduszki swojemu facetowi. Tłukłam się jak przysłowiowy Żyd po pustym sklepie (nikomu tutaj nie jadę, sama mam gdzieś w rodzinie tę narodowość, więc oskarżenia o rasizm proszę sobie wsadzić). No i go obudziłam. Nie wiedziałam, co powiedzieć to rzuciłam „O! Kochanie patrz, Mikołaj był u Ciebie”. A on na to „U Ciebie też był, chyba widziałem coś pod łóżkiem.” I wyciągnął spod łóżka sporą paczkę. Mimo kolejnego odnowienia kontuzji w postaci naderwanych mięśni przymostkowych podniosłam prezent. Pokazały mi się gwiazdki z bólu, ale warto było. Okazało się, że to drewniana podstawka pod laptopa z jysku. Teraz mogę w łóżku siedzieć z kompem i piwem albo herbatką. :) Super. Naprawdę.

Potem było jeszcze lepiej. Weszłyśmy z koleżanką do pokoju w pracy, a tam u każdej z nas na biurku słodycze. Byłyśmy zaskoczone, o co chodzi, bo tylko w naszym pokoju były. Chłopacy z naszej brygady pytali się nas, czy przyszedł do nas Mikołaj. W toku dalszego śledztwa okazało się, że to prawdopodobnie oni są sprawcami przestępstwa w postaci prezentów. Ani trochę się nie spodziewałyśmy tego. Z reguły chodzimy i marudzimy im, że to za późno, że to źle. Że trzeba zrobić to czy tamto. Czasem nawet wrzeszczymy, ja bluzgam tak, że menelowi by uszy uwiędły. Często też gadamy normalnie i chwalimy ich, ale o prezenty w ogóle ich nie podejrzewałyśmy. Byłyśmy bardzo, bardzo mile zaskoczone. Może oni jednak trochę nas lubią. My odwdzięczyłyśmy się również prezentami, ale musiałyśmy jechać po nie do sklepu. No pełen szok, dostać taki miły podarunek.

Oprócz tego mieliśmy jeszcze miłe mikołajki w naszym dziale. Prawie jak w gimnazjum. Losowaliśmy dwa tygodnie wcześniej osoby, którym mieliśmy robić prezenty. Przynieśliśmy wszystko do jednego pokoju, a każdy dodatkowo jakieś słodycze. Był nawet Mikołaj (mąż koleżanki), który rozdawał paczki. To była szybka akcja, dziesięć minut i po krzyku. Jednak było bardzo miło. Dostałam mega zajebisty kubek. Taki wielki – wejdzie do niego nawet piwo :) Teraz częstotliwość robienia herbat spadła dwukrotnie.

Oby takich miłych dni było jak najwięcej. Wtedy chce się chodzić do pracy, w domu milsza atmosfera i ogólnie jest fajniej.

Udany tydzień

Obecny tydzień można zaliczyć do udanych. W pracy robota idzie naprawdę dobrze. Wszyscy pod fajrant przychodzili do mnie i mówili, że są w szoku, że taki ruch w interesie. Nawet obyło się bez standardowej piątkowej przepychanki, pretensji i podpieprzania prezesowi. W końcu cieszę się jak idę do pracy. Widać efekty naszej szarpaniny. Wszyscy w szoku, że banda papudraków i nieudaczników za jakich nas mają, wreszcie śmiga jak należy.

Z pokoju wyprowadził się kolega. Wreszcie. Brakowało nam prywatności i miejsca. Tylko w pokoju coś daje zwiędłym kapsztylem. Nie ma mebli, okno od czterech dni otwarte. I dalej wali. Nie wiem, co on tam czynił. Przemalowujemy ściany, więc powinno być już ok. Dywan wyniesiemy do schroniska. A w poniedziałek wstawiamy łóżko. Wreszcie się porządnie wyśpię. Bo nasza kanapa nie znosiła dobrze codziennego składania i rozkładania. Moje żebra też cierpiały. Miałam je kiedyś poprzestawiane to muszę mieć w miarę proste spanie.

Nooo, zapomniałabym dziś o incydencie w dyskoncie. Wracałam z pracy i z radości, że ograniczenie zakupoholizmu zaowocowało wyjątkowo wysokim stanem konta, postanowiłam coś kupić do jedzenia. Stoję przy chlebie, a tam jakieś czteroletnie (na oko) dziecko próbuje wyjąć sobie pączka z gabloty. Podchodzi jego babcia i mówi, żeby zostawił. Idą do chleba. On zawraca wsadza łapska w tę gablotę i łapie za pączka. Potem cap go obiema dłońmi i liże lukier. Babka jak spostrzegła ten fakt to mówi „Odłóż go z powrotem! Nie kupię ci go!” No jak oblizanego pączka wsadzać do gabloty? Żeby sobie ktoś kupił taką niespodziankę ze zlizanym lukrem? No to mówię do babki „Pani niech teraz kupi tego pączka, jak oblizany!” „Nie kupię. Jak chcesz to sama se kup gówniaro! Chodź Maciuś, zobacz jaka awanturnica.” Ech… Machnęłam na to ręką. Stwierdziłam, że co ja będę walczyć o dobro korporacyjnego dyskontu. Nie moja sprawa. Przecież i tak jej nie zmuszę do niczego.

Nie pokłóciłam się w sklepie. SZOK!! To pewnie wynik odurzenia farbą po malowaniu pokoju. No i stosowania mojej najnowszej maksymy pt. zero smutku zero złości – wyjebane po całości. Jakoś szczególnie sprawdza się w pracy. Nie denerwuję się i nie stresuję. I robota sama idzie. Ogólnie wszystko jest lepiej, jak człowiek tak się nie napina. I to przestawienie czasu na zimowy też mi służy. Jakoś tak wysypiam się i zdążam ze wszystkim na czas. Ta opcja czasowa mogłaby być przez cały rok :)

MIŁEGO WEEKENDU!!

Wypaczone na cmentarzu

Mam takiego znajomego. Dobry as. Gdzie nie pójdzie to zarwie jakąś laskę. Do baru – barmanka i kilka innych dziewczynek. Do koleżanki – pięć innych koleżanek. Wieczór kawalerski kumpla – kolejne dziewuszki. Jak mu się to w książce telefonicznej mieści? Jakoś :P

Nawet na cmentarzu zapoznał laskę. Spodobała mu się jakaś, podszedł, zagadał i… się umówił. Spotkali się u niego i było podobno fajnie. Patrzcie, no. A potem okazało się, że laska ma faceta. Ale jak on to wykrył. Przyznam, że to było mistrzostwo. Zadzwonił do niej z innego numeru. Odebrała i… myślała, że gada z jakimś panem x. Sprawdził na twarzoksiążce i okazało się, że pan x to jej facet. Dobra laska – nie odróżnia swojego faceta od kolegi…

Talent do podrywu chłopak ma. Nie powiem, że nie. I do wypatrzenia na cmentarzu czegoś w swoim guście. Jedyne co ja wypatrzyłam to koleżanka z gimnazjum. Od niej trzymaliśmy się zawsze z daleka, bo była wredna i się nie myła. Ciuchów też nie prała. Raz nawet nasłała starsze koleżanki na mnie, żeby mi dupsko sprały. Ale pomyślałam sobie, że jestem już dorosła (hahaha!) i dojrzała (buahaha!), więc nie będę chować w skarpecie urazy za to co było połowę życia temu. I chciałam powiedzieć „cześć!”. I powiedziałam do siebie, bo udała że mnie nie widzi. A potem prychnęła… Chyba jest uczulona na znicze :P

Aaaa, widziałam jeszcze mężczyznę, który sobie zabrał z toi toi’a dwie rolki papieru toaletowego. Jakaś babcia krzyczy do niego „Panie, co pan, zostaw pan ten papier innym, jakby im się chciało!” a on do niej „Pani się nie wpierdalaj, jak żem już tu przyszedł, to se wezmę, bo w domu nie mam!”. Żadnych fajnych lasek, ani facetów nie widziałam…

Dzisiejszy poniedziałek nie był tak tragiczny jak myślałam. I nie wyleciałam z pracy wbrew mojej pesymistycznej wizji. Wizja była poparta niczym. Ale wykiełkowała i męczyła. Niepotrzebnie, co cieszy mnie bardzo. Idę spać. Z radości :)