Archiwa tagu: przemyślenia

O tym jak w trzy lata zmieniłam się w paranoika

Pisząc paranoika mam na myśli osobę, która co chwilę zerka w okno i żyje w przekonaniu, że 3/4 społeczeństwa to sadyści. Poczynając od osobników bardzo nieletnich do starszych ludzi. Zaczęło się od tego, że adoptowaliśmy z klatki schodowej pierwszą kotkę. To był jeden z pierwszych dni listopada i przymrozków zarazem. Kulka była mała, puchata, głodna i płakała.

Czytaj dalej

Ubezwłasnowolnienie na własne życzenie

Mamy dwudziesty pierwszy wiek. Emancypacja kobiet podobno postępuje. Niektóre świecą cyckami, inne kiełbasą. Możemy studiować, pracować w zawodach, które jeszcze czterdzieści lat temu były przewidziane tylko dla facetów. Możemy żyć w związkach nieformalnych, rozwijać się, realizować swoje pasje. Możemy sobie nawet zagłosować na Korwina-Mikkego. Czytaj dalej

Tak daleko jeszcze nie byłam

Kiedyś, gdy napisałam tak zupełnie szczerze, jak się czuję i że mam ochotę zwyczajnie zniknąć, wiele osób pisało mi, że to depresja. Pomyślałam sobie, że no jak, niby skąd i u mnie jeszcze na dodatek? Wzięłam się i pozbierałam do przysłowiowej kupy. Nie ukrywam, że pomogła mi w tym zmiana pracy. Siłą rzeczy odciełam się od tego miejsca i pewnych ludzi. Ich garnitur zachowań był raczej kiepskiej jakości i do tego upaprany niskich lotów zagrywkami. Czytaj dalej

Nie rozumiem dlaczego

W sobotę dostałam wiadomość, że pewien chłopak popełnił samobójstwo. Nie znałam go dobrze. To był młodszy brat moich znajomych. Pamiętam go jako małego siedmioletniego może trochę starszego dzieciaka, który nie był w stanie usiedzieć na miejscu i nie dało się nad nim zapanować. Przyznam szczerze, ze później był dla mnie kimś, kogo znałam raczej ze słyszenia. Czytaj dalej

I am so freakin’ pist

Nie wiem, co się ostatnio ze mną dzieje. Jestem wiecznie nabuzowana. Poddenerwowana. Chodzę jak bomba zegarowa. Tylko czekać, kto mnie odpali. Łażę poddenerwowana i zaczepna jak ratlerek albo york. Wszystko mnie mierzi i wkurwia.

Domyślam się powodu. Od dwóch tygodni odżywiam się gorzej. Przestałam pilnować swoich wskaźników spożycia węglowodanów, białka i tłuszczu. No i do czego to doprowadziło? Do pryszczy, uczulenia (za dużo białka i przetworów mlecznych, na które jestem uczulona) i złego nastroju. Tak słyszałam ostatnio, że jak się ma za dużo cukru we krwi albo jego poziom skacze gwałtownie, to się człowiek taki robi beznadziejny jak ja teraz.

Mówię dziś do koleżanki „Ja to chyba taka jakaś agresywna jestem ostatnio.” „Oj jesteś jesteś…” No i co tu począć? Nie chcę przypadkiem kogoś zabić, ale jestem blisko :(

Małe podsumowanie

Pierwszy raz od dawna jestem zadowolona. Końcówka roku nastroiła mnie bardzo pozytywnie. Podsumowałam sobie 2013 (podobno rok węża, a więc i powściągliwości) i wreszcie wyszło na plus. Przede wszystkim zmieniłam pracę. Obawiałam się tego i zastanawiałam, czy robię dobrze. A teraz wiem, że to było bardzo dobre posunięcie. W nowej pracy podoba mi się i nie żałuję. Zapisałam się też na naukę języka skandynawskiego. Myślałam, że nic z tego nie wyjdzie, a póki co idzie mi dobrze. Tak mi się spodobało, że zastanawiam się nad jakimś licencjatem z filologii skandynawskiej. Ale zobaczymy, co nam z tego wyjdzie. Czytaj dalej

Sunday blues – trochę stresu, trochę strachu, trochę niepewności

Właśnie mnie złapał sunday blues – boję się jutrzejszego poniedziałku. W sumie to już o szesnastej. Z tego wszystkiego zrobiłam porządek w szafie. Ułożyłam kupkę spodni i spódnic, które jeśli nie schudnę do lata, sprzedam na tablicy. Wygrzebałam kolejne rzeczy do sprzedania już dziś. I niestety nie uspokoiłam się ani trochę. Prysznic nie pomógł. Herbata też. Jestem zdenerwowana. Bo nie wiem, co zrobić. Nie wiem, czy zmienić tę pracę, czy nie.

Bo z jednej strony dobrze byłoby pozostać w tzw. „ciepłym kurwidołku”, bo pod pewnymi względami nim jest. Chorować można, zajść w ciążę można. Jest gdzie wrócić. Firma upadkiem raczej niezagrożona. Ale z drugiej strony praca nie jest ciekawa. Nie jest też dobrze płatna. W dodatku miałabym się zajmować papierami już w niedługiej przyszłości. Póki co jestem w logistyce, a papiery… Proszę, wszystko tylko nie to. Nie nadaję się do tego kompletnie. Nie umiem, nie potrafię, i nie chcę. Bo sprawy papierkowe są alogiczne. Czytam jakieś ustawy i nie wiem, co czytam. Jestem inżynierem, a nie urzędniczką albo papierologiem. No i tak sobie myślę co dzień, że nie jest to miejsce, w którym chciałabym zapuścić korzenie, bo nic ciekawego na mnie nie czeka.

W nowym miejscu czeka na mnie sama nie wiem co. Bo skąd mam wiedzieć? Na pewno dojazdy. Większa pensja o 25%. Podobno lepsza atmosfera pracy. Podwyżka coroczna… Praca w tzw. międzynarodowym zespole.

Do jutra muszę podjąć decyzję. Jestem w domu sama, bo mojego faceta nie ma. Nie mam więc z kim pogadać. Koty nie odpowiadają, jak do nich mówię. Pewnie mają to gdzieś, byle by tylko jedzonko w michach było. Z jednej strony czuję, że ta zmiana to dla mnie szansa. Z drugiej strony, wygodniej siedzieć na tzw. pewnym stołku. I tak się miotam w sobie. I kto by pomyślał, że będę nad tym rozmyślać, biorąc pod uwagę, że o zmianie usilnie rozmyślałam od dłuższego czasu. Rozum mówi – bierz nową pracę. Tchórz mówi – zostań tam, gdzie jesteś. No i co mam zrobić?

Światełka w tunelu raczej nie widać

Nie lubię pisać takich rzeczy. Ale miałam plany. Nawet co do postów. Chciałam napisać o swoich wakacjach w Amsterdamie. Już miałam wybrane fotki. Ale tego nie będzie.

Bo znowu to mnie napadło. Najpierw myślałam, że to tak jak co miesiąc, czyli przed okresem – ogólny kryzys, dół i marazm. Myślałam, że przejdzie. Nie przeszło. Jest coraz gorzej. Już nie nastąpiła radość i względne zadowolenie…  Ja się zwyczajnie boję. Boję się, że pewnego dnia zrobię to, o czym coraz częściej myślę. Nawet myślałam, jak to zrobię. Kiedyś zdarzało się to rzadko. Z cztery pięć razy w roku. Teraz myślę, o tym co dzień. Po kilka razy.

Co dzień płaczę. Z jakiejś takiej bezsilności. Wszystko mnie przygnębia. Nawet muzyka, którą lubię. Nic nie ma sensu i nic nie poprawia humoru. Nic mi się nie podoba. Tak jakby ktoś podmienił mi mózg. Sama siebie nie poznaję. Wszystko mnie denerwuje i dołuje. Każdemu źle życzę. Nigdy tak nie miałam. Cieszę się jak jest brzydka pogoda. Joga nie pomaga. Doprowadza mnie do płaczu. Pilates to samo.

Czuję się tak jakby z każdym dniem i każdym oddechem umierała mała cząstka mnie. Komórka po komórce. Z każdą chwilą znikam. Stara ja, wesoła optymistka. Pojawia się pozbawione jakiejkolwiek chęci życia pudełko, w którym już nic nie ma. I naprawdę nie wiem, co mam zrobić. Nie potrafię sobie pomóc. Wszystkie moje sposoby zawiodły.

Majówkowe przemyślenia

Zauważyłam, że dużo bardziej od gospodarki w majówkę cierpią portfele i konta bankowe. Może nie wszystkich, ale mój i moich znajomych na pewno. Wyjazdy, grille, wycieczki i inne atrakcje kosztują. Ostatnio ze zgrozą spojrzałam na rachunek z supermarketu opiewający na 84 pln. Woda, piwo, warzywa, węgiel, chleb, musztarda i kilka innych drobiazgów. Do tego jeszcze osobny rachunek za mięso. Wszystko zjedzone i wypite w jedno w zasadzie popołudnie. Nie twierdzę, że spotkania ze znajomymi nie są tego warte, ale jakoś tak drogo wychodzi…

Najtrudniejsza majówka jest dla wątroby. W tych dniach wolnych wzrasta spożycie alkoholu. I jakbym się nie starała, nie da się nie pić. Brzmi to co najmniej głupio, ale niestety tak jest. Spotyka się dawno niewidzianych znajomych albo pojawiają się inne okazje. Ja miałam tak przykładowo wczoraj. Z mojego planu nie picia już więcej alkoholu pozostało nic.

Dwa dni wcześniej postanowiłam sobie, że koniec z popijaniem piwka, winka, bo się po prostu marszczę i starzeję. Nie od wczoraj wiadomo, że alkohol bardziej szkodzi kobietom niż mężczyznom. Niestety mam niezbite dowody, gdy patrzę w lustro. Prowadzę tryb życia bliższy statystycznemu mężczyźnie niż statystycznej kobiecie i definitywnie nie wychodzę na tym dobrze. Poza tym, gdzieś w głowie dzwoni mi ostrzegawczy dzwonek, że po prostu piję za dużo. Piwko tu, piwko tam i tak wychodzi, że czuję się jak jakaś alkoholiczka.

Właśnie przy okazji majówki dotarło do mnie, że w naszym kraju jest bardzo duże społeczne przyzwolenie na picie alkoholu i w zasadzie to ciężko go nie pić. Staliśmy w sklepie w kolejce do kasy i zaczęłam zerkać, co ludzie mają w koszykach. Praktycznie każdy miał jakieś browary, a co niektórzy wódę. Jedna para miała cały koszyk Hainekenów. Gdy kasjerka zaczęła liczyć, wyszło 120 butelek! Może to na jakieś większe spotkanie, bo wątpię, że wypiliby to sami. Tak, czy inaczej wszędzie jest ten alkohol, a w majówkę widać to najdobitniej. I najtrudniej odmówić. Każdy ciągle namawia, a to na piwko, a to na coś innego i na dobrą sprawę człowiek mógłby chodzić pijany jak bąk cały czas.

Właśnie dlatego, że nie chcę pić już tak dużo, postanowiłam sobie zrobić 100 dni bez alkoholu. I po drugim dniu poniosłam klęskę. Odczuwam w związku z tym niesmak i pogardę w stosunku do własnej osoby. Co by się stało, gdybym odmówiła? Na pewno nie miałabym dziś kaca i potwornego bólu żołądka. Miałabym też mniejszą pewność, że jestem bardzo podatna na różnego rodzaju „-holizmy” i „-manie”. Chyba czas w końcu wydorośleć i pod względem melanżu. To już nie gimnazjum, liceum ani studia, że można sobie chodzić na bombie tak ni z gruchy ni z pietruchy.

Dopiero teraz, gdy bliżej mi do 30 niż do 20 zrozumiałam, że na pogadankach profilaktycznych nie kłamali. Do opowieści o problemach zdrowotnych i szybszym starzeniu podchodziłam na zasadzie „jeszcze jestem młoda, wyglądam dużo młodziej niż na swój wiek, mi to nie zaszkodzi”. Teraz widzę, że zaszkodziło. Najgorsze jest to, że nie wyobrażam sobie swojego życia bez melanży. Chociaż do końca sama już nie wiem, co rozumiem przez to słowo. Od długiego czasu mam wrażenie, że jedyne co robię to umieram. Powoli co dnia i po kawałku. Żyję tak, jakby jutra miało nie być.

Sama wpędzam siebie do grobu. Chujowym żarciem, piciem, używkami różnej maści od kawy począwszy, a na chipsach skończywszy, robotą której serdecznie nienawidzę, mieszkaniem w mieście, o którym mówi się, że „tutaj ludzie umierają”. Jeszcze trochę w ten sposób i skoczę z wieżowca. Chociaż póki co, jestem na to zbyt wielkim tchórzem. Boję się tego, co jest po drugiej stronie, a jeszcze bardziej boję się tego, że np. spadłabym jakoś koślawo i poskładaliby mnie do kupy i do końca życia byłabym podłączona do jakiejś aparatury i robiła za obrzydliwy ciężar dla bliskich. Także póki co nie skaczę, tylko staram się ograniczyć spożycie.

O dziecioróbstwie, ślubach i kredytach

No szlaken trafiren. Tyle było ciekawych wydarzeń w tym tygodniu! Prawie straciłam pracę. Byłam u fryzjera i ścięłam ponad 20 cm moich blond kudłów. Teraz mam takie ledwo do ramion. Było też kilka iście bulwersujących sytuacji w naszym zakładzie pracy. Niestety o tym nie napiszę, bo… weszłam na fejsbuka przed napisaniem posta. Już nigdy tego nie uczynię. Teraz będę najpierw pisać post, potem przeglądać twarzo-książkę.

Straciłam swoje natchnienie, bo poraził mnie „wyczyn” jednego znajomego. I teraz nie wytrzymam, jak tego nie skomentuję. Jest taki koleś, który od dwóch lat ponad rozkłada mnie swoją życiową logiką na łopatki. Zaczęło się od tego, że znalazł sobie laskę, z którą wzięli ślub. Nic w tym dziwnego, że się pobrali. Nie jedna para ma za sobą taki początek. Ona nie miała pracy, a on miał dorywczą. Zadłużyli się na ślub i wesele. W tak zwanym międzyczasie dorobili się dziecka. Potem zadłużyli się na coś tam jeszcze w postaci mieszkania i samochodu. Żyli tak sobie około roku spłacając kredyty.

Wtedy on poszedł do nowej pracy. W tej nowej pracy poznał kolejną dupencję. Zaczęli flirtować, spotykać się i romansować. Aż wreszcie romans przerodził się w związek. Tak więc zostawił swoją pierwszą żonę z dzieckiem – wzięli rozwód. On wziął kolejny ślub z koleżanką z pracy. Kupili sobie pieska. A teraz zrobili sobie dziecko. Wrzucają na fb kolejne zdjęcia testu ciążowego, widok płodu z usg. Nie do końca rozumiem z czego on się tak cieszy. Nie ma nawet ćwiartki na karku, a już ma kredyty do spłacania, byłą żonę z dzieckiem, nową żonę z dzieckiem w drodze. Dobrze nie wszedł w życie, a już ma więcej zobowiązań niż włosów na głowie.

Nie twierdzę, że ja jestem taka znowu zajebista i pozjadałam wszystkie rozumy jednocześnie wchodząc w posiadanie patentu na życie. Sama nie wiem, co ze sobą począć. Zastanawiam się, czy stać byłoby mnie na dziecko i stwierdzam, że raczej nie. Niektórzy się nie zastanawiają albo nie wiedzą, jak się zakłada gumkę najwidoczniej. Może ja po prostu za dużo myślę? Mogłabym np. się nie zastanawiać i pewnego pięknego dnia stwierdzić, że „chyba będę miała dziecko.” Póki co nie odczuwam takiej potrzeby. Wręcz przeraża mnie myśl o koszmarze porodu i chodzenia z brzuchem wielkim jak słonica. W ogóle przeraża mnie perspektywa tego, że po urlopie macierzyńskim moje stanowisko pracy mogłoby zostać „zlikwidowane”.

Generalnie zaczynam czuć się dziwnie. Większość moich znajomych jest już po zawarciu związku małżeńskiego i ma dzieci albo te dzieci są w drodze. A ja nie mam ani jednego, ani drugiego. Nie odczuwam jakiejś specjalnej rozpaczy z tego powodu. Jestem w związku, a na dziecko nie czuję się jeszcze gotowa. Zaczynam mieć wrażenie, że nie postępuję zgodnie z jakimś schematem. Powinno być studia, praca, ślub, dziecko. U mnie studia, praca, związek partnerski, czyli nielegalny i gorszy według naszego zaściankowego państwa.

Kilka lat temu większość wśród znajomych patrzyła się dziwnie, nieco podejrzliwie, ale i z zaciekawieniem na dziewczyny, które wpadły. Potem był czas, że zaczynało się to robić normalne, że koleżanki się rozmnażały, bo związki, bo coś tam. Teraz to na mnie zaczynają patrzeć podejrzliwie i jak na zjawisko. Najbardziej rozpierdalają mnie pytania „a wy co? kiedy jakiś ślub, dziecko?” Jakbym to od rodziny słyszała, która o dziwo nie dręczy mnie takimi tematami, to bym się nie dziwiła. Ale jak zadają mi takie pytania znajomi, to zaczyna mnie to po prostu wkurwiać. Mam ochotę odpowiedzieć, żeby nie wpieprzali się z buciorami w moje życie. Jakby mogli to by mi do kibla wleźli, czy co? Wiadomo, że gdybym zaciążyła albo byśmy się zaręczyli, to bym sama się pochwaliła. A tak wyskakuje mi ktoś z takim pytaniem i chuj znajet, czego w odpowiedzi oczekuje.

Najgorzej to jest jak zaczynają się dochodzenia „dlaczego?”. Litości. Co to kogo w ogóle? Co mam odpowiedzieć na takie pytanie? O związkach partnerskich nie chce mi się rozwodzić wtedy, bo zaskakująco duża część moich znajomych ma na ten temat takie zdanie jakby była z PiS. Tacy młodzi, a stereotypami myślą. Wtedy nie chce mi się komuś udowadniać, że moja racja jest najmojsza. To tak jakbym chciała komuś wykazać wyższość fanów pomidorówki nad zwolennikami ogórkowej…

To samo tyczy się tego, że moim życiowym marzeniem nie jest biała suknia z welonem, gromadka rozwrzeszczanych, usmarowanych i wiecznie czegoś chcących dzieci. Nie śnię o tym po nocach i nigdy nie zastanawiałam się, jak będzie wyglądało moje wesele. Myślę, że nie jestem w stanie zrealizować się poprzez gotowanie, sprzątanie, usługiwanie mężowi i niańczenie dzieci. Cóż, nie jestem na pewno i raczej nigdy nie zostanę typową Matką Polką. Jestem Inżynier Blondyną ;)

Nie było, a jest

Już myślałam, że ze mną wszystko OK. A jednak nie OK. Wróciłam do stanu sprzed roku. Kompletna depresja. Chciałabym coś napisać na blogu, a nie mogę się w sobie zebrać. Chce mi się tylko siedzieć i płakać. A najchętniej spać. Co rano toczę ze sobą walkę, żeby w ogóle wyleźć z łóżka. Wbijam sobie do głowy, że jednak warto, bo jak nie wyjdę, to będzie jeszcze gorzej. I tylko z obaw przed konsekwencjami wychodzę. Czas przecieka mi przez palce i jestem wiecznie zmęczona. Jeszcze dobrze oczu nie otworzę, a już myślę o tym, żeby iść spać!

Pogrążyłam się w jakimś dołku rezygnacji. Mimo wszelkich starań – tyję dalej. Już chyba nie ma co się łudzić, że w swoją starą garderobę zmieszczę dupsko. Lepiej wydać te ubrania biednym dzieciom – dorosła kobieta raczej się w ten rozmiar 32/34 nie zmieści. Przez dłuższy czas bałam się, że mam guza wątroby. Kiedyś na badaniu USG lekarz przypadkiem wychwycił torbiele. Ale zapewnił mnie, że 3/4 dorosłej populacji takowe posiada i nie są niczym strasznym. No więc się nie martwiłam. Do swego ostatniego badania u lekarza rodzinnego. Miętolił mi brzuch i nagle w okolicach wątroby się zatrzymał. Orzekł, że niedobrze, bo mocno napuchnięta.

I wtedy zaczęłam się zastanawiać nad sobą. Ciągle czuję gorycz w ustach, której nie sposób niczym zagryźć. Język mam żółty, a nie palę. Myślałam, że to od herbaty. No i boli mnie we wskazanym przez lekarza miejscu. A jak z tych torbieli wyrosło nagle jakieś niewiadomo co? Przecież walą do tego żarcia teraz jakieś chemiczne ulepszacze, spulchniacze, zagęstniki, antyzbrylacze i chuj znajet co jeszcze. Równie dobrze można się nażreć nawozu i wyjdzie na to samo. Jak ta biedna wątroba ma to wszystko przerobić? Nic dziwnego, że w wieku lat niecałych trzydziestu wysiada.

Ostatnio pogorszyło mi się nawet tak, że jak rano wstawałam to już mnie bolała wątroba… Nic miłego. I tak się męczę w nieświadomości, a do lekarza zwyczajnie boję się iść.

Do tego mój dołek psychiczny sięgnął tych rozmiarów, że nawet zaniechałam chodzenia na fitness. Co prawda przez tydzień, ale zawsze. Nawet nie odwiedzam blogów, które lubię, bo nie chce mi się lapka włączać.

Mam nadzieję, że uda mi się z tego wygrzebać i wrócić do świata żywych. Bo teraz autentycznie nie chce mi się żyć i nie widzę sensu w czymkolwiek.

Co można zaobserwować na L-4

No to dzisiaj jadę z grubej rury. Na początek cytuję klasyka „Jak żyć?!” Takie mam ostatnio przemyślenia. Dlaczego? Bo jestem na L-4. A wtedy mam nadmiar czasu. Wszystko co mam do zrobienia, zdążę zrobić. Obiadek ugotuję. Nawet coś posprzątam. Piszę swoją powieść. No żyć, nie umierać. Przychodzi mój facet jemy sobie razem obiadek… Człowiek wypoczęty, zrelaksowany, wyspany. Tak bym mogła co dzień. Jeszcze byłoby mnóstwo czasu, żeby o siebie zadbać. Zrobić sobie pazurki, iść do fryzjera, strzelić mejkap dokładnie, a nie na szybko jak co rano.

Normalnie byłabym wtedy jak te wszystkie zadbane laseczki, które mają bogatych mężów i nie muszą pracować. Tak jak jedna moja znajoma z podstawówki. Chodziłyśmy razem do klasy, ale nie kumplowałyśmy się zbytnio. Potem poszłyśmy do innych gimnazjów i nasze drogi się rozeszły. Spotkałam ją dopiero na studiach, gdy pracowałam w popularnej sieci fast food. „Ooo! Cześć! Co tam u ciebie?” „Hej. Spoko. Studiuję i pracuję przez wakacje tutaj.” „A co studiujesz? Bo ja studiowałam trochę kosmetologię, ale przestałam, bo mi się nie chciało.” Powiedziałam, co studiowałam. Musiałam wyjaśnić, na czym to polega. „Ojej! To strasznie trudne. Że też chce ci się. I jeszcze tutaj pracujesz. Przecież to trochę wstyd podawać hamburgery.” „Czy ja wiem? Wstyd to chyba stać przy drodze i czekać, aż jakiś napalony kierowca się zatrzyma.” „Hahaha! No, ale wiesz? Współczuję Ci bardzo. Ciężkie masz życie. Jesteś na jakichś dziwnych studiach, pracujesz w hamburgerach…” „Nie patrzyłam na to w ten sposób.” „A widzisz, ja się ustawiłam. Mam bogatego męża. Co dzień mam, ile kasy chcę na swoje wydatki i nie muszę się męczyć jak Ty.” Wtedy pomyślałam sobie, że ciekawe ma koleżanka podejście do życia. Nic nie robić, tylko doić bogatego faceta z kasy. W pewnym sensie frajera, bo biedak nie widzi, że jest tylko i wyłącznie bankomatem do zaspokajania potrzeb swojej kobiety. Jeszcze wyszła za niego za mąż, aby przypadkiem źródełko sponsoringu nie uschło.

Stwierdziłam, że ja nie chciałabym być taki pasożytem liczącym na łaskę i niełaskę męża. Lepiej mieć mniej, ale swoich pieniędzy, uczciwie zarobionych. Teraz widzę, że suma sumarum koleżanka wychodzi na swojej legalnej formie prostytucji dużo lepiej niż ja. Nie wstaje na komendę, nie stresuje się w pracy, nie użera się z nikim i pewnie nigdy nie jest zmęczona. Za to zawsze zadbana i pachnąca… Tak myślałam w pierwszym dniu zwolnienia lekarskiego. W drugim zaczęłam się już nieco nudzić. Na trzeci dzień odechciało mi się siedzieć w domu i czekać nie wiadomo na co. Zupełnie bez sensu. W ciągu dnia zrobi się tyle samo, co jakby się było w pracy. A wolny czas się dłuży i dłuży. Ileż to można te paznokcie malować?

Co więcej, nie mając po południu już kompletnie nic swojego do roboty, zaobserwowałam coś, czego wcześniej nie miałam czasu zauważyć. Po pracy przychodziłam do domu, ucinałam sobie drzemkę, a potem brałam się za obiad. Przed siedemnastą wracał mój facet i jedliśmy razem. Potem robiłam różne rzeczy. A to pranie, prasowanie, blogowanie, joga, fitness, spotkanie z koleżankami… A teraz zjadaliśmy obiad razem. Po zjedzeniu mój mężczyzna siada do komputera i sprawdza. Demotywatory, Facebook, Wykop, WP, Onet, Joemonster… Długo by jeszcze wymieniać. Albo zajmuje się swoimi tematami. Naiwnie myślałam, że zjemy obiad i porobimy coś razem. Tylko dlatego, że ja mam nadmiar wolnego czasu. A on zajęty swoimi sprawami. No tak. Wcześniej tego nie zauważałam, bo też byłam zajęta.

Naszła mnie z tej okazji taka oto konkluzja – lepiej pracować i mieć swoje życie. Opieranie swojej egzystencji w zupełności na drugiej osobie musi być strasznie nudne. Nie ważne, czy to w kwestiach finansowych, czy wspólnego spędzania czasu. Kiedyś ta druga osoba może się zniechęcić. Jeżeli związek był z miłości, to prawdopodobnie obie strony będą próbowały o niego walczyć. A jak tylko dla pieniędzy, to „bankomat” może się ocknąć i olać temat. Także po raz kolejny stwierdzam, że moje życie nie jest takie złe i że koleżanka nie miała racji. To raczej ja jej współczuję. W zasadzie współczujemy sobie nawzajem. Ja jej tego, że musi liczyć na łaskę pana, a ona mi że mam dużo mniej czasu dla siebie. Każdy kij ma dwa końce.