Archiwa tagu: prezenty

Święta, święta i po świętach

To jest dopiero historyczne wydarzenie. Pierwsze Święta Bożego Narodzenia, w które nic nie musiałam robić. Autentycznie. Cała moja aktywność przedświąteczna ograniczyła się do kupienia i spakowania prezentów (nawet nie wszystkich, bo część zapakowano w galerii na stoisku przeznaczonym do tego celu), obrania ziemniaków i poustawiania talerzy i sztućców na stole. Będę przeżywać to chyba jeszcze sto lat albo i dłużej. Zwykle Święta były dla mnie czasem: stania w kolejkach po zakupy, jeżdżenia do sklepu x razy w ciągu dnia, sprzątania od świtu do zmierzchu i stania w garach przez trzy dni. W końcu człowiek siadał taki urobiony po łokcie przy stole, że nie chciało się ani jeść, ani pić. Jedyne na co miało się ochotę, to iść spać. A teraz proszę – nic nie robiąc poczułam magię Świąt. I co ciekawe – wypoczęłam. Pięć dni nieróbstwa rzadko się zdarza.

Jedyne, co dało mi się we znaki, to obżarstwo. Temat świątecznych bólów brzucha, niestrawności i innych problemów zawsze był mi obcy – jedyne co jadłam to litewskie uszka z grzybami. A teraz trzeba było u „teściów” jeść wszystko, żeby nie wyszło, że nie smakuje. A więc jadłam, żarłam jak dzika świnia. Jedyne czego odmówiłam to karp, który przez pięć dni był głodzony w piwnicy, a na koniec zabity tłuczkiem do mięsa i podany w galarecie. Prawie jak teksańska masakra piłą mechaniczną ;) Niestety trauma z dzieciństwa związana z karpiem nie pozwoliła mi na skosztowanie tej rybki. A tak poza tym było naprawdę fajnie. Dużo ludzi i dużo prezentów pod choinką.

Oprócz tego jedzenia, nasze obowiązki ograniczały się do wychodzenia na melanż wieczorem. Żyć nie umierać. Po pięciu dniach, czuję się jak po pięciu miesiącach wypoczynku :D Płytkie, no ale czego tu się spodziewać po świątecznym obżarstwie. W Wigilię poszliśmy na pasterkę, ale taką na której nawet nie widzi się kościoła. Chyba każdy na takiej był, przynajmniej raz w swoim życiu. I na tejże pasterce obwieściłam chłopakom, jakie cudowne leniwe mam święta. Skwitowali mnie śmiechem i tym, że oni mają takie co roku. No tak, to kolejny dowód na to, że faceci mają lepiej. Coś w tym jest, że nie przemęczają się przed świętami. Rozumiem już, czemu często mnie pytali „A czym ty się tak zmęczyłaś w święta?”

W trakcie naszej pasterki skończyły się trunki. W celu uzupełnienia przetransportowaliśmy się na stację paliw. Wszystko pięknie, ładnie, a tam gbur przy kasie. Mówimy dobry wieczór, a on nic. Stoi jak kamienny posąg. Żebyśmy jeszcze byli pijani, to rozumiem. Ale byliśmy trzeźwi. Postawiłam na ladzie pepsi i dwa piwa. Łaskawie skasował. „Wszystko?!” „Jeszcze poproszę wodę gazowaną.” Podaje wodę i „Może coś kurwa jeszcze?” Zamurowało mnie. Byłam tak upojona świąteczną atmosferą, że niestety nie wykrztusiłam z siebie żadnej szpetnej bluzgi. „Jednorazówkę jeszcze.” „Siedemnaście złotych.” Podałam dwie dyszki. Resztę rzucił mi na podłogę. „Niech pan to podniesie, co to ma być?” Podniósł, położył na tacce do wydawania reszty i orzekł tonem pani z okienka w zusie „Następny!”. Cudem udało mi się spakować zakupy. Bałam się, że mi zrzuci na ziemię.

Kurde co za łoch. Jakiś burak. Rozumiem, że niezadowolony z pracy w Wigilię, ale nie trzeba być aż takim chamem. Miałam się mścić i wzięłam paragon. Chciałam typa zgłosić bezpośrednio do centrali sieci. Ale stwierdziłam, że mam go w d***e i niech sobie będzie takim burakiem niemytym. Sama nie mogę wyjść z podziwu – nie zbluzgałam go, nie zadzwoniłam na skargę. Cóż, w Wigilię każdy przemawia ludzkim głosem.

Dziś byliśmy u moich rodziców. I festiwal obżarstwa trwał nadal. To chyba naprawdę może być niebezpieczne :)

Miłych powrotów do pracy i szkoły życzę.

Idą święta

No jakoś nie biorą mnie święta w tym roku. W zasadzie od wielu lat mnie nie biorą, ale teraz to kompletnie wiszą mi koło miejsca, w które słońce nie zagląda. Nawet nie mamy w domu choinki. Ja bym chciała sztuczną, mój facet chciałby prawdziwą. No i nie ma consensusu, więc jołki niet. Trudno. I tak wyjeżdżamy i nas tu nie będzie. Chyba jestem bardzo zgorzkniała, że nie cieszy mnie ta cała szopka. Jedyne z czego można się cieszyć to to, że jest okazja do spotkania z rodziną i tymi, których dawno się nie widziało. Ale z drugiej strony, czy potrzeba nam w obecnych czasach aż świąt, żeby pójść do babci/dziadka albo rodziców? Czy zadzwonić do rodzeństwa? Nie można tego zrobić bez świąt?

Lubiłam święta, jak żyły obydwie babcie, a dziadek był jeszcze w formie. Wszyscy zbierali się przy stole, było wesoło. Nie jestem wybitnie starą prukwą, ale śmiało mogę powiedzieć, że kiedyś święta wyglądały inaczej. Pachniały piernikiem, mandarynkami i litewskimi pierogami z samymi grzybami. Do tego barszczem. Takim prawdziwym, a nie z torebki. Prezenty w 70% były nietrafione. Ale nie o to chodziło. Nawet reklamy w tv podkręcały atmosferę rodzinnego przyjęcia, spotkania. A teraz co? Patrzy na mnie dziewczynka o demonicznie perfekcyjnym spojrzeniu i fryzurce. A potem tłumaczy mi czym jest harmonia i pokazuje, dlaczego tak zajebisty jest laptop i tablet z windą osiem. W kolejnym spocie Chuck Norris namawia do kredytu świątecznego. I już jakby jakąś mamę nie było stać na najnowszego tableta, to może sobie cyknąć kredycik. A jakby jeszcze miała za mało kabony, żeby przyszpanować wykwintnymi daniami, to jest kolejna chwilówka na podorędziu.

I tak można spotkać się w rodzinnym gronie i uskuteczniać politykę „zastaw się, a postaw się”. Potem ludzie przez pół miesiąca, w najlepszym wypadku do Trzech Króli, wpieprzają pieczony schab z kanapkami i n razy odgrzewane kurczaki. Wszystkim się ulewa, ale ważne, że na święta stół uginał się pod żarciem. Jeszcze gorzej jak wyrzucają jedzenie do śmietnika i lecą do McD albo KFC 28-go. Nie twierdzę, że wszyscy tak robią, ale o co chodzi z tą wścieklizną w sklepie? Przepychanki do wieprzowiny, kolejka za mandarynkami i wścibskie spojrzenia w koszyki innych kupujących. Dziś w stonce kupowałam bułki, makaron oraz inne pierdoły potrzebne do codziennej egzystencji. Podeszła do mnie jakaś starsza kobiecina i powiedziała „Dziewczynko, zrób sobie większe zakupy na święta. Niedługo wszystkie lepsze kąski wykupią.” W mięsnym nie było lepiej. Kupowałam ścinki dla kota i pierogi, a pani sprzedawczyni „A może jeszcze taką łopatkę?” „Po co?” „No tak na święta.” „Ale to jeszcze tydzień…” „No to pani sobie pomrozi.” „Nie mam zamrażalnika. Przyjdę w Wigilię.” Ucięłam rozmowę. No po co kupować mięso i mrozić, jak sklepy pełne? Przecież świeże lepsze.

To samo z karpiem. Nie czaję ludzi, którzy kupują takie rybiszcze, żeby przez tydzień pływało w wannie. A potem ukatrupić i zjeść w Wigilię. Wspaniały gest. Taki miłosierny. Katolicki. Jak Bóg przykazał. Można sobie kupić w rybnym karpia „oprawionego” albo nawet pociętego w dzwonki. Po co sadyszczyć tę rybę tyle czasu. Mój Dziadek kiedyś tak właśnie robił. Pamiętam, jak byłam mała i cieszyłam się, że „u Dziadziusia jest rybka i można ją karmić”. Potem Wigilia przychodzę i słyszę jak Babcia drze się jakby na gwoździe siadła „No załatwisz ty tego karpia wreszcie, czy nie? Ile to można czekać?” Idę do łazienki, a tam jakieś kable wrzucone do wanny. „Dziadek, a co robisz?” „A no, bo ja nie mam sumienia tego karpia zabić. No chciałem go w głowę, ale patrzył na mnie. To tu mam takie kable i inne takie, to zrobię małe zwarcie.” Stałam i nie wiedziałam ocb. Niestety karp był odporny i prądem się nie udało. W końcu Babcia zawinęła go w szmatę i wyrzuciła na mróz na balkon. A ja całe święta płakałam za rybką. Od tej pory słabo mi się robi, jak przechodzę w supermarkecie obok tych pojemników z karpiami. Może niedługo zaczniemy sobie tak cały żywy inwentarz kupować? Najpierw szopka przedświąteczna, oczywiście z Małym Jezuskiem, a potem wigilijna rzeź. Świnka, kurka, itp. itd. W sumie nie będzie to niczym się różniło od zabicia karpia. A nawet się zaoszczędzi na podrobach. :/

Do tego wszystkiego dochodzi „świąteczna” atmosferka w pracy. Większość ludzi jedną półkulą mózgową są już w sklepach, domach, a drugą starają się pracować. Do tego podśpiewują kolędy i robią inne proświąteczne zagrywki. Przy czym przedświątecznie podkładają innym świnie i wbijają nóż w plecy. To pewnie trening przed karpiem. I podkładka pod dzielenie się opłatkiem. Pominę aspekt kupowania prezentów. To dopiero katorga, jak ktoś nie chce powiedzieć, co chce, a potem się krzywi, że ktoś nie był wróżką i nie zgadł.

Czasem (zwykle w grudniu) dochodzę do wniosku, że święta dawno straciły swój charakter. Teraz są doskonałą maszynką do nakręcania sprzedaży. Wypasione prezenty, suto zastawione stoły. Mnie się to nie podoba. Najpierw człowiek sprząta, jak szalony – bo na święta trzeba – a co w trakcie roku to nie trzeba? Potem kwitnie w kolejkach – bo na święta trzeba kupić – tak jakby w trakcie roku jedzenie było reglamentowane. Później sterczy trzy dni w kuchni – bo trzeba zrobić na święta – już nie ważne, czy się chce, czy nie. Nie lepiej ugotować mniej, posprzątać tylko to, co trzeba, a potem w radosnym nastroju spotkać się z rodziną i mieć siłę na świętowanie?

Poza tą komercyjną, „bo trzeba/bo tak każe tradycja” otoczką lubię święta. Nie lubię tylko tej wścieklizny macicy, która ogarnia 98% narodu i przemienia w wygłodniałe bestie otumanione szałem konsumpcjonizmu.  Ale sobie dziś pozrzędziłam haha. Poza tym – życzę wszystkim, aby nie dali się zwariować przed świętami :)

Można się zdziwić

Ehhh… Ostatnio nie mam nawet chwili, żeby usiąść i coś napisać. W zeszłym tygodniu byłam chora i uprawiałam samolecznictwo. Nie pomogło. Dopiero wizyta u laryngologa w tym tygodniu pomogła. A poprzedni tydzień obfitował w mnóstwo przedziwnych wydarzeń. Zdziwiłam się chyba ze dwadzieścia razy. I to w większości pozytywnie. Najbardziej zadziwiły mnie mikołajki. Były chyba najlepsze w moim życiu.

Rano obudziłam się z chora z gorączką i cała ogólnie do d***. Chciałam spod łóżka dyskretnie wyciągnąć prezent i postawić koło poduszki swojemu facetowi. Tłukłam się jak przysłowiowy Żyd po pustym sklepie (nikomu tutaj nie jadę, sama mam gdzieś w rodzinie tę narodowość, więc oskarżenia o rasizm proszę sobie wsadzić). No i go obudziłam. Nie wiedziałam, co powiedzieć to rzuciłam „O! Kochanie patrz, Mikołaj był u Ciebie”. A on na to „U Ciebie też był, chyba widziałem coś pod łóżkiem.” I wyciągnął spod łóżka sporą paczkę. Mimo kolejnego odnowienia kontuzji w postaci naderwanych mięśni przymostkowych podniosłam prezent. Pokazały mi się gwiazdki z bólu, ale warto było. Okazało się, że to drewniana podstawka pod laptopa z jysku. Teraz mogę w łóżku siedzieć z kompem i piwem albo herbatką. :) Super. Naprawdę.

Potem było jeszcze lepiej. Weszłyśmy z koleżanką do pokoju w pracy, a tam u każdej z nas na biurku słodycze. Byłyśmy zaskoczone, o co chodzi, bo tylko w naszym pokoju były. Chłopacy z naszej brygady pytali się nas, czy przyszedł do nas Mikołaj. W toku dalszego śledztwa okazało się, że to prawdopodobnie oni są sprawcami przestępstwa w postaci prezentów. Ani trochę się nie spodziewałyśmy tego. Z reguły chodzimy i marudzimy im, że to za późno, że to źle. Że trzeba zrobić to czy tamto. Czasem nawet wrzeszczymy, ja bluzgam tak, że menelowi by uszy uwiędły. Często też gadamy normalnie i chwalimy ich, ale o prezenty w ogóle ich nie podejrzewałyśmy. Byłyśmy bardzo, bardzo mile zaskoczone. Może oni jednak trochę nas lubią. My odwdzięczyłyśmy się również prezentami, ale musiałyśmy jechać po nie do sklepu. No pełen szok, dostać taki miły podarunek.

Oprócz tego mieliśmy jeszcze miłe mikołajki w naszym dziale. Prawie jak w gimnazjum. Losowaliśmy dwa tygodnie wcześniej osoby, którym mieliśmy robić prezenty. Przynieśliśmy wszystko do jednego pokoju, a każdy dodatkowo jakieś słodycze. Był nawet Mikołaj (mąż koleżanki), który rozdawał paczki. To była szybka akcja, dziesięć minut i po krzyku. Jednak było bardzo miło. Dostałam mega zajebisty kubek. Taki wielki – wejdzie do niego nawet piwo :) Teraz częstotliwość robienia herbat spadła dwukrotnie.

Oby takich miłych dni było jak najwięcej. Wtedy chce się chodzić do pracy, w domu milsza atmosfera i ogólnie jest fajniej.