Archiwa tagu: praca

Próby wymuszeń

Dziś tak na szybko. O próbach wymuszeń. W pracy starej takowe mnie spotkały. Najpierw, gdy położyłam na stół swojego bezpośredniego przełożonego wypowiedzenie. Pomijam, że mi groził niepodpisaniem dokumentu i rozstaniem w niesmaku, a także powiadomieniem nowego pracodawcy o tym, jak odchodzę. Po kilku dniach zapytał się mnie, czy może zostanę na dłużej z nimi. A czy ja dostałam jakąś inną ofertę niż zastraszanie? Czytaj dalej

Sunday blues – trochę stresu, trochę strachu, trochę niepewności

Właśnie mnie złapał sunday blues – boję się jutrzejszego poniedziałku. W sumie to już o szesnastej. Z tego wszystkiego zrobiłam porządek w szafie. Ułożyłam kupkę spodni i spódnic, które jeśli nie schudnę do lata, sprzedam na tablicy. Wygrzebałam kolejne rzeczy do sprzedania już dziś. I niestety nie uspokoiłam się ani trochę. Prysznic nie pomógł. Herbata też. Jestem zdenerwowana. Bo nie wiem, co zrobić. Nie wiem, czy zmienić tę pracę, czy nie.

Bo z jednej strony dobrze byłoby pozostać w tzw. „ciepłym kurwidołku”, bo pod pewnymi względami nim jest. Chorować można, zajść w ciążę można. Jest gdzie wrócić. Firma upadkiem raczej niezagrożona. Ale z drugiej strony praca nie jest ciekawa. Nie jest też dobrze płatna. W dodatku miałabym się zajmować papierami już w niedługiej przyszłości. Póki co jestem w logistyce, a papiery… Proszę, wszystko tylko nie to. Nie nadaję się do tego kompletnie. Nie umiem, nie potrafię, i nie chcę. Bo sprawy papierkowe są alogiczne. Czytam jakieś ustawy i nie wiem, co czytam. Jestem inżynierem, a nie urzędniczką albo papierologiem. No i tak sobie myślę co dzień, że nie jest to miejsce, w którym chciałabym zapuścić korzenie, bo nic ciekawego na mnie nie czeka.

W nowym miejscu czeka na mnie sama nie wiem co. Bo skąd mam wiedzieć? Na pewno dojazdy. Większa pensja o 25%. Podobno lepsza atmosfera pracy. Podwyżka coroczna… Praca w tzw. międzynarodowym zespole.

Do jutra muszę podjąć decyzję. Jestem w domu sama, bo mojego faceta nie ma. Nie mam więc z kim pogadać. Koty nie odpowiadają, jak do nich mówię. Pewnie mają to gdzieś, byle by tylko jedzonko w michach było. Z jednej strony czuję, że ta zmiana to dla mnie szansa. Z drugiej strony, wygodniej siedzieć na tzw. pewnym stołku. I tak się miotam w sobie. I kto by pomyślał, że będę nad tym rozmyślać, biorąc pod uwagę, że o zmianie usilnie rozmyślałam od dłuższego czasu. Rozum mówi – bierz nową pracę. Tchórz mówi – zostań tam, gdzie jesteś. No i co mam zrobić?

Za 2000 PLN po studiach nie warto pracować?

Pewien mój kolega wygłosił pogląd, że człowiek jak skończył studia, to powinien od razu ze trzy kanty na rękę zarabiać. „A czemu akurat aż trzy kanty?” „Bo dwa to mało przecież, a nawet tego na wejściu nie dają.” „Może to nie jest jakaś zawrotna suma, ale czemu miałoby być więcej?” „Przecież po tylu latach trudnych studiów coś się należy.”

No właśnie. Niby się należy, a jednak się nie należy. Gdy szłam na studia, to myślałam, że po ich ukończeniu z palcem w dupce otrzymam pracę w jakiejś korpo i będę liczyć wpływający na konto hajs. Niestety, a raczej stety, szybko wyleczyłam się z tego złudzenia. Po pierwsze, jeśli rok rocznie na mojej uczelni, ten kierunek kończyło ponad 100 osób, to łatwo wydedukować, że na rynku pracy jest nas nadmiar.

Pomogły mi w tym też prace sezonowe. Myślałam, że skoro jestem studentką, to dostanę fajny wakacyjny staż (czyt. w banku na stanowisku analityka) albo równie fajną pracę. Szybko się okazało, że wymarzone staże są pozajmowane przez absolwentów, bądź studentów ostatnich lat, czyli takich, którzy umieją coś więcej niż policzyć wymyślne całki. O stołkach obsadzonych po znajomości nie wspominam. Tak naprawdę pozostały tylko opcje przedstawiciela handlowego dla dziwnych firm, które swoje siedziby miały zwykle w opuszczonych budynkach/magazynach/domkach jednorodzinnych. Na takie ryzyko nie poszłam. Pozostała ambitna praca w fastfoodzie. Wtedy dojrzałam do myśli, że fakt bycia studentką nie czyni mnie nikim wartościowym na rynku pracy.

Po sprowadzeniu na ziemię, doszłam do wniosku, że w trakcie studiów raczej trzeba pracować tam, gdzie będą mnie chcieli i za ile będą chcieli, abym pracowała. Nie wyniosłam z takich prac za wiele, ale zrozumiałam, że nie chcę do końca życia podawać frytek i hamburgerów, bo jest to zwyczajnie monotonne. Zrozumiałam też, że obecnie rynek pracy jest tak skonstruowany, że bez fachu w rękach nie ma za wielkiego pola manewru.

Kolejny zimny prysznic dostałam, gdy uzyskałam tytuł magistra ekonomii, a drugie studia były na końcówce. Wiedziałam, że jest kiepsko (dlatego szukałam pracy wcześniej), ale nie wiedziałam, że jest aż tak źle. Na około 250 wysłanych cv i listów motywacyjnych było tylko kilka odpowiedzi, z czego większość to jakieś absurdy polegające na naciąganiu pracownika. Nie będę ukrywać, że wpędziło mnie to w stan na pograniczu depresji. Zastanawiałam się, co ze sobą pocznę i czy w ogóle był sens iść na te studia. Większość ogłoszeń wymagało doświadczenia w branży, którego nie miałam.

W końcu po ponad dziewięciu miesiącach szukania, dostałam pierwszą pracę. Z 1500 zł na rękę, 50 km od domu. Z perspektywy czasu wspominam to z lekkim śmiechem. Byłam spięta jak gumka w przymałych majtkach. Denerwowałam się totalnie wszystkim, przejmowałam każdą byle pierdołą. Dawałam każdemu sobą pomiatać, bo bałam się, że wylecę i znowu będę w domu siedzieć i dosłownie błagać o przyjęcie do pracy. Niestety, ale z punktu widzenia pracodawcy spora większość absolwentów jest niewiele warta. Trzeba ich przyjąć i uczyć wszystkiego. Oznacza to średnio trzy miesiące szkolenia i niskiej produktywności pracownika, oczywiście w zależności od stanowiska i indywidualnych predyspozycji. Za to przyjmując na to samo stanowisko pana Stanisława w wieku 40+ i z doświadczeniem w branży, jest gwarancja szybkiego wdrożenia. No i spójrzmy na to obiektywnym okiem – czy takiemu absolwentowi, należy się więcej niż 1500-2000 zł w pierwszej pracy? Biorąc pod uwagę przeciętne zarobki w tym kraju…

Nie twierdzę, że powinno się pracować wiecznie za małe wynagrodzenie, ale kiedyś doświadczenia trzeba nabyć. Pierwsza praca to w dużej mierze nauka poruszania się na realnym rynku pracy oraz nabywanie podstawowych kompetencji. Nie ma co się zrażać ciężkimi początkami, tak chyba musi być. Sama byłam przerażona perspektywą tego, że tak „może być do końca życia”.

Poszłam teraz na rozmowę kwalifikacyjną i było znacznie łatwiej mając już jakieś konkretne umiejętności w cv. W końcu pracowałam już więcej niż w jednym miejscu. Przyjemniej się rozmawia, gdy opisujesz to, co umiesz, czym się zajmowało/zajmuje. Jakie zna się programy i jakie obowiązki pełniło. Człowiek jest wtedy znacznie mniej zestresowany i nie musi głupkowato powtarzać „Nie umiem, ale łatwo mogę się nauczyć.” Sama mówiłam to często, i wiem teraz, że jeśli nie jest to poparte niczym konkretnym, brzmi jak bujda na resorach. Ze swojej obecnej perspektywy mogę stwierdzić, że na chwilę obecną obawiam się konkurencji, ale nie tak bardzo jak kiedyś. Mogę także liczyć na to, że moja aplikacja nie wyląduje od razu w koszu. Dopiero teraz wiem, na ile mogę realnie wycenić swoją pracę. Myślę też, że potrzeba mi jeszcze 3-4 lat, aby mieć satysfakcjonujące zarobki. Może to i smutne, ale tak niestety jest, że po studiach 2000 zł na rękę to duża kwota. Ten, który ją dostaje, powinien być zadowolony.

Proste sposoby na poprawienie nastroju

Nagle odkryłam, że mam coraz lepszy humor. Pomijając pewne dołki, jest ok. Wiadomo, że spadkowa forma się zdarza, ale to już nie to co kiedyś. Wszystko zmieniło się po pozbyciu się jednego złego nawyku, a reszta stała się sama. Nie, spoko, nie będzie o Amway’u, ani żadnym innym syfie. Tak sobie o tym myślałam, dlaczego ostatnio jestem innym człowiekiem. Postanowiłam to zebrać i sobie zapisać, żeby nie zapomnieć. A jakby co, to mieć ściągawkę, żeby sobie przypomnieć. No to jadę z tematem.

1. Picie ograniczone w stopniu bardziej niż znacznym. Było tak, że piłam prawie co dzień i to czasem dwa piwa. Wydaje się, że niby to nic takiego. A jednak jakoś chodzi się na drugi dzień zmulonym i spuchniętym. Teraz piję piwo znacznie rzadziej, w weekendy – piątek/ sobota. Łatwiej się wstaje, lepiej wysypia, bo organizm w nocy się regeneruje, a nie trawi i rozkłada na części pierwsze alkohol. Humor także staje się mniej wisielczy. Generalnie, człowiek wyspany to człowiek zadowolony.

2. Ruch przynajmniej trzy razy w tygodniu. Nie będę ukrywać, że czasy szczytowej formy i jędrnego tyłeczka to raczej mam za sobą. Nie jest ze mną źle, ale nie jest tak dobrze, jakby mogło być. Dlatego warto ruszać się przy każdej okazji. Najlepiej na świeżym powietrzu. Tak się składa, że jak już jest się w tygodniu wyspanym i nieskacowanym, łatwiej wstać 20 minut wcześniej, żeby pojechać na rowerze. Poranek jest zupełnie inny, gdy jedzie się te 15-20 min. Nie uskuteczniam jakichś porannych treningów, tylko rozkoszuję się świeżym zapachem spalin i obcowaniem z pieszymi na ścieżce rowerowej. Wraca się fajnie po południu. Dotlenienie też dobrze wpływa na trzeźwość umysłu i ogólną witalność.

3. Koniec z kawą. Nie taki „koniec-koniec”, ale zostawiam sobie ten trunek na weekend albo na jakieś popołudnie. Doszło do tego, że piję raz, góra dwa w tygodniu. Zawsze dla smaku i towarzystwa, nigdy w pracy. Smakuje lepiej. O wiele lepiej. Jakby porównać pomidorówkę z paczki (kawa w pracy) i taką ugotowaną przez babcię z robionym w domu makaronem (w kawiarni/domu). Wszystko jest dla ludzi, nie ma co się tak napinać i nie pić wcale, a potem dorwać się jak głupi i pić dzień w dzień. Gdy rzadko pije się kawę i alkohol poprawia się cera, jest mniej pryszczy i cienie pod oczami znikają.

4. Dieta MŻ. Czyli Mniej Żreć. A w zasadzie żreć tylko jak jest się głodnym. Po co żałować sobie bułki słodkiej? Lepiej zamiast kanapki ją zjeść i tyle. To samo ze słodyczami. Kilka kostek czekolady raz kiedyś nie szkodzi tak jak dwie tabliczki po trzech miesiącach nietykania niczego słodkiego. Cukier nie jest dobry, ale bywa potrzebny. Po małym obiedzie łatwiej zabrać się do czegoś konstruktywnego, niż po dwu-dokładkowej torturze. Nie mogę pominąć swojego ulubionego wywodu – unikanie mięsa. A w szczególności wieprza. No to jest niefajne i niezdrowe. Staram się jeść jak najmniej. I też jest mi lepiej.

5. Fitness albo coś innego. Ćwiczyć trzeba i basta. Żeby mieć ładniejszą postawę, czuć się lepiej i być zdrowszym. Jedna godzina ćwiczeń poprawia humor niesamowicie. Wychodzi się spoconym, ale szczęśliwym. Gdy człowiek szczęśliwy, a do tego po aktywności fizycznej, wysypia się znacznie lepiej.

6. Zielona herbata i złote myśli Buddy. W tym miejscu nie chcę siać żadnej ideologii. Ani nikogo do żadnej wiary przekonywać. Sama nie jestem Buddystką. Po prostu czytam sobie losowe myśli. Traktuję to jak filozofię taką samą jak każda inna. Gdyby podobał mi się przekaz Platona, to bym sobie jego wywody czytała. A Budda to mega pozytywny gość i wyluzowany. Tak wywnioskowałam po jego maksymach. I stwierdziłam, że też chcę taka być. Wprowadzam spokój do swojej głowy. I każdemu polecam. Otwiera oczy na bardzo prozaiczne sprawy, o których łatwo zapomnieć w pędzie dnia codziennego. Zielona herbata jest spoko.

7. Wyjebka na pracę. Praca to tylko praca. Trzeba się przykładać, wiadomo. Pracę trzeba szanować. Też wiadomo. Ale nie ma co żyć w strachu i trząść portami za każdym razem, gdy powinie nam się noga. Albo beczeć, jak jest zjebka. Trzeba się ogarnąć i poprawiać swoje błędy. I nie przejmować się zbytnio. Zamykam drzwi biura, zamykam szufladkę w głowie. I zajmuję się sobą. Uczyłam się tego dwa lata. I wreszcie wychodzi. Po co tyrać sobie głowę robotą, gdy można porobić coś fajnego po południu…

8. Zrozumienie własnej wartości. To chyba przychodzi jakoś ze wszystkim, co wcześniej. I chyba nie wymaga wyjaśnień. Odpowiednia postawa i pewność siebie pomaga. Bardzo.

No i gra gitara :)

Letnia nostalgia w październiku, czyli summertime sedness

Dziś było wyjątkowo ciepło. Jak na październik. O godzinie siódmej, gdy wyjeżdżałam do pracy było czternaście stopni. Jadąc na rowerze, poczułam lato i zapach frytury z McD. Popatrzyłam na opadające resztki mgły i nieśmiało wyglądające słońce zza horyzontu. Pomyślałam sobie, że odkąd skończyłam studia, moje życie stało się nudniejsze i jakieś takie mdłe. I pomyśleć, że kiedyś irytowało mnie gadanie Rodziców, że jeszcze się napracuję w życiu i lepiej, żebym korzystała z tego, że nie muszę tyrać na etacie… Teraz rozumiem już, co mieli na myśli.

Czasy studiowania faktycznie były najlepszymi w moim życiu. Zaczynając od roku akademickiego w październiku, poprzez sesję, którą zwykle przechodziłam bez większych problemów, a kończąc na wakacjach. Właśnie wakacje były najlepsze w tym wszystkim. Od maja szukałam pracy. Później w sesji kursowałam pomiędzy egzaminami, a „dniami próbnymi”. Narzekałam na brak czasu, ale cieszyłam się na hajs, za który mogłam później melanżować z kumplami, kupować ciuchy, mp3-kę i mnóstwo innych rzeczy. Bez tłumaczenia się policji skarbowej w postaci Rodziców.

Teraz w każde lato żal dupę ściska, że mam to za już bezpowrotnie za sobą. Do pracy chodziłam na totalnej wyjebce. W końcu podawanie hamburgerów i frytek do tego przez 10-11 godzin dziennie to nic wymagającego skupienia. Przyznam, że dość frustrujące, kiedy gość nieumiejący poprawnie sklecić prostego zdania mówił do swojej dziuni, bądź równie inteligentnych koleżków, „Jaka głupia dupa. Mądra być nie może, skoro tu pracuje.” Początkowo wściekałam się. Potem kolega zdradził mi sekret, co robi się z takimi burakami albo innymi niemiłymi klientami. Po pierwsze jest się miłym do obrzydzenia. Po drugie, zagląda się na kuchnię, mówi tajne hasło i objaśnia, o które kanapki chodzi. Reszta robi się sama. Po trzecie, obserwuje się jak delikwent zajada się. Czym? Najróżniejszymi rzeczami. Tą słodką tajemnicę zostawię dla siebie. Dlatego pamiętajcie, żeby nie pomiatać tym, kto podaje Wam jedzenie. Zemsta bywa sroga i okrutna.

Wracając do tematu, pracą zbytnio się nie przejmowałam. Bywało, że wpadałam prosto z imprezy. Albo totalnie zrobiona albo totalnie skacowana. Z reguły w okolicy połowy sierpnia albo września rzucałam robotę w wielkim stylu. „Jak wam się nie podoba, to pocałujcie mnie w sam środek. Nie przychodzę do pracy, ani jutro, ani po jutrze. Nie mogę dostać wolnego, to rzucam tę robotę. Hmmm… A w zasadzie, to chyba dziś też w pracy nie zostanę. Astalavistabejbi!” I rzucałam wypowiedzenie temu kierownikowi, którego nie lubiłam. Oczywiście w dzień, kiedy był największy tłok. Uwielbiałam tę niezależność. Świadomość tego, że w każdej chwili mogę trzasnąć drzwiami i mieć to gdzieś. I wiecie co Wam powiem? Jeśli możecie sobie pozwolić na taki luksus, róbcie to. Później może być za późno. Teraz nie mogę powiedzieć szefowi „Panie, jak się Panu nie podoba, że się spóźniam, a nie widzi Pan darmowych nadgodzin, które tu odbębniam charytatywnie, to pocałuj mnie w sam środek i sam sobie tu siądź. Astalavistabejbi!”

Co jeszcze było takiego wspaniałego w tamtych wszystkich wakacjach? Sraczka. Tak, stara poczciwa sraczunia. W gastronomii dyskwalifikuje Cię w pracy. Niepodważalna przez lekarza i pracodawcę. Szczególnie cudowna, gdy pracujesz na umowę o pracę i świeci słońce, a słupek rtęci dawno przekroczył 30 stopni. Na miejscu był zawsze mój najlepszy kumpel. Sms rano „Siema parówo, jedziemy na plażę?” sprawiał, że automatycznie czułam się „chora”. No i odpowiedź zwrotna w tempie natychmiastowym „Siema parówo. No raczej.” Szybka wizyta u lekarza, a potem dostarczenie zwolnienia do miejsca pracy. Oczywiście kumpel stawał się moim kuzynem na tę okazję. Zapewniam, że zimne piwko na plaży smakuje najlepiej, właśnie wtedy, gdy 80% pensji i tak wpada Ci na konto. Leżysz na kocyku, grzejesz odwłok, pełen relaks, a tu pensja i tak wchodzi na konto. Lepiej pachnieć morzem i plażą, niż frytkami. Małe sprostowanie. Nigdy nie robiłam takich numerów w weekend. Po pierwsze, za duży ruch i nie byłam aż taka podła dla swoich przełożonych, żeby narażać ich na utratę najlepszej kasjerki. Po drugie, na plaży w weekend też jest zbyt tłoczno. Najlepiej jest w tygodniu…

Uwielbiałam sierpień i wrzesień. Wtedy nad morzem jest najlepsza pogoda. Woda jest ciepła, a powietrze specyficznie pachnie. Ludzi też jest nieco mniej… Zwykle wtedy też zrzucałam balast roboty, której nie lubiłam. Mogłam pozwolić sobie na jeżdżenie w nocy nad jezioro ze znajomymi. Na grille i spotkania. Robiłam co chciałam i kiedy chciałam. Właściwie mój kumpel był osobą, z którą głównie spędzałam czas. Jeździliśmy razem na wszystkie imprezy i pizzę z bigosem. Spędzaliśmy godziny na szwędaniu się po mieście i komisach samochodowych. Na kolędowaniu po znajomych… Nie było bunkrów, ale i tak było zajebiście.

Teraz pracuję i nie mam wakacji. Co najwyżej tydzień, dwa lub trzy. Nie mogę robić tego, co mi się żywnie podoba. Kumpel wyjechał i praktycznie się nie widujemy. Do tego ma laskę, więc i tak nie dałoby rady spędzać tyle czasu razem. Spotkania wspólnie, to nie to samo. Każdy o tym, wie. Co tu ściemniać. Tęsknię za przyjacielem, którego przez dorosłość straciłam. Tęsknię za słońcem, plażą. Generalnie za wolnością. Takiej, której już nie doświadczę. Co najśmieszniejsze, ta wolność pachnie frytkami.

Jakby trochę lepsze życie dzięki rewelacyjnej diecie

Ostatnio mi się polepszyło. Dlaczego? Bo jeżdżę więcej na kozie :) Swoją drogą, taka mała anegdotka. Stoję sobie na przejściu, czekam na zielone. Obok stoi skin ze swoją skin-dupą. „Eeee… patrz jaki ma fajny rower!” Przyznam, że nieco mnie zmroziło. Ciemno jak w dupie, nikogo oprócz mnie i nich, więc moja paranoja się aktywowała. A pan skin mówi „A co w nim fajnego? Jaka blondi taki rower.” Dalej stoję cicho, bo lubię swoje zęby. Na to pani dupa skina „Ale jest biało czerwony! Idealne polskie barwy. Też bym taki chciała. Napisałabym sobie Polska dla Polaków.” No i moja gęba się odezwała. Sama, chociaż prosiłam ją, żeby siedziała cicho. „Chyba go przemaluję. Stop rasizmowi.” I pojechałam. No musiałam to powiedzieć. Musiałam. Jakoś to było silniejsze ode mnie.

A wracając do polepszenia, to już wiem skąd się wzięło pogorszenie. Od radykalnego zmniejszenia ruchu, kawy, alkoholu, frustrującego życia zawodowego. Ostatnio tak sobie myślę, że chcę się przebranżowić i wrócić do swojej poprzedniej drogi zawodowej. Ja to lubiłam i byłam w tym dobra. W swojej obecnej tyrce się nie odnajduję. Umowy, papiery, faktury, przetargi… To nie mój świat. Żadnej mechaniki, żadnych zagwostek konstrukcyjnych, żadnych wykluczających się parametrów… Moje serce inżyniera krwawi w tym kieracie. Owszem praca jest miliony razy mniej odpowiedzialna i w sumie luźna, ale dupa mnie już boli od przyspawania do krzesła przez osiem godzin. Ja tak nie umiem. Czuję taką tęsknotę. Jak dziki zwierz w klatce. Niby mu lepiej, bo ma pełną michę i ciepłe posłanie, a gdzieś coś ciągnie… Nie potrafię żyć bez produkcji. Niby chujowy pieniądz, niby zjebka goni zjebkę, ale są emocje. Coś z czegoś powstaje. A nie kolejne segregatory.

Naprawdę jest ze mną lepiej. Wiem już czego chcę. To chyba większa część sukcesu. I czuję się z tym wspaniale. Tak jakby ktoś zapalił mi światło w ciemnym korytarzu. Tak jak bohater metro2033 czuł zawsze ulgę widząc, że tunel się kończy i dociera do stacji. :) Do mojej radości przyczyniły się też efekty mojej diety. Dieta ta jest cudowna i wprawia wszystkich dietetyków w osłupienie, że sami na to nie wpadli. W ciągu miesiąca schudłam z 59-60 do ca. 55 kg. Zdradzę nazwę tej diety – MŻ, czyli Mniej Żreć. Proste i szybko przynosi efekty. Jem tylko wtedy, gdy jestem głodna. Cztery posiłki dziennie. I schudłam. Proste. Można? Można. Nawet wyciągnęłam z dna szafy część ciuchów.

Co tam jeszcze dobrego? Wznowiłam chodzenie do kosmetyczki – trzeba trochę o siebie zadbać. I nabyłam… srajfona. Tak. Ja zdecydowany przeciwnik obgryzionych owoców. I stwierdzam, że jest spoko. Jestem wręcz zachwycona. Miałam kilkanaście telefonów. Żaden nie spełniał moich oczekiwań w takim stopniu jak ten. Dobra koniec tych przechwałek.

Pozdrawiam i dobrej nocy życzę!

Ciężkie jest życie stażystki

Zaczęły się wakacje, a razem z nimi sezon staży i praktyk. Do naszej firmy przychodzi naprawdę wielu stażystów. Co prawda, gdy byłam na produkcji, nie widywałam tych tabunów żądnych wiedzy studenciaków. No ale, któż pokalałby swe inżynierskie/magisterskie ręce praktyką w Pionie Produkcji? Tam jakoś chętnych nie było. Za to w marketingu, IT i serwisie jest ich naprawdę sporo.

Moją uwagę przykuła jedna dziewczyna. Zaczęła jakoś niedawno. W pierwszy dzień, gdy przyszła, zagadała nieśmiało do naszej koleżanki, bo od godziny chodziła po korytarzu i nikt na nią nie spojrzał. Sama widziałam, że ktoś się szwenda, ale stwierdziłam, że skoro nie wie, po co przyszła, to niech się namyśla dalej. I dłubałam swoje. Później wyszło, że dziewczyna ma odbywać praktyki m.in. w naszym dziale. Ponieważ nikt nas nie poinformował, że zacznie, nic dla niej nie przygotowaliśmy.

Każdy siedział cichutko, żeby tylko nie dostać zgniłego jajka w postaci stażystki. W tym i ja. Tak serio, to nikt nic do niej nie miał. Po prostu każdy chce robić swoje, a nie tracić czas na naukę, kogoś kto i tak nie zostanie w firmie. Po jakimś czasie padło na mnie, żebym ją oprowadziła po produkcji, bo tam p r z e c i e ż  p r a c o w a ł a m. No więc poszłyśmy. Opowiadałam jej to i owo. Przy okazji wypytałam, co chciałaby robić. Okazało się, że umie (podobno) spawać i mogłaby nawet iść na spawalnię. Szacun. Ja spawać nie potrafię. Ze dwa razy zdarzyło mi się stać koło wyłączonego migomatu. Generalnie wydawała mi się dość ogarnięta.

Zrobiło mi się jej szkoda. Przecież wiadomo, że nikt do niczego jej nie dopuści. A tym bardziej do spawania. Pomyślałam o swoim byłym przełożonym. Jakie miał podejście do kobiet. Gdyby mu powiedzieć, że ona może spawać, chyba udławiłby się ze śmiechu. Dlaczego? Bo jego światopogląd nie dopuszcza takich perwersji. A nawet gdyby, to szkoda mi nawet pomyśleć, jak bardzo pracujący na brygadzie faceci by z niej szydzili. Przynajmniej na początku.

Koniec końców trafiła do serwisu. I tam… Siedzi. I chyba nic nie robi. Ostatnio widziałam, jak siedziała i przeglądała jakieś foldery i dokumentację. Innym razem robiła coś w swoim telefonie. Dziś kazali czyścić jej jakiś sprzęt po targach, czy tam wypożyczeniu. I tu rozbijamy się o kluczowe pytanie – na chuj jej ten kaktus?! Po co jej taki staż? Co ona się na nim nauczy? Korzystać ze szmaty i środka czyszczącego zapewne umiała wcześniej. Przeglądać foldery też. Będzie tak pętać się cztery tygodnie w te i wewte. A do tego tracić ładną pogodę.

Jakby to powiedzieć? Stażyści robią nic. Bo z jednej strony, kto ma czas tracić na nich cenne godziny w pracy? A z drugiej, nie wiadomo, czy ktoś ci nie spieprzy roboty, nawet mając dobre chęci. I tak toczy się błędne koło, kiepskiej edukacji. Nawet tej podobno praktycznej. Nikt stażysty nie chce uczyć, stażysta wychodzi z praktyk głupi, jak był wcześniej. Dodatkowo bardziej rozczarowany i z poczuciem zmarnowanych wakacji.

Żeby chronić się przed takim absurdem, zawsze w lato pracowałam. Miałam mało ambitne zajęcia, ale przynajmniej nie za darmo. O frytkach, hamburgerach i rybach wiem wszystko, hehe. Nie zmęczyłam się zbytnio, a do tego był hajs na imprezy i inne potrzeby. Nie udawałam też, że wykonuję niezwykle istotne dla świata i potomnych zajęcia na stażu. Był czas, że żałowałam swojej „fast-foodowej” kariery. Myślałam, że może jednak warto było iść na jakiś staż i się czegoś nauczyć. Teraz widzę, że jednak lepiej było smażyć fryty i podawać hamburgery, bo i tak bym niczego się nie dowiedziała. Co do stażystki, jutro powiem jej, żeby policzyła mi ulotki w szafie, bo mi się nie chce.

Kto jest kto – rozwiązanie zagadki

Ostatni miesiąc to dla mnie istna burza. Jedna mała zmiana sprawiła, że zmieniło się dla mnie prawie wszystko. A przy okazji dowiedziałam się co nieco o swoich współpracownikach. Po tym, jak powoli rozniosło się o mojej zmianie działu, wszystko trochę przycichło i nastał względny spokój. Czułam się dość dziwnie. Żeby nie skłamać – jak intruz na własnym podwórku. Z chłopakami gadałam już tylko o niesłużbowych sprawach. Przestałam też wydawać im polecenia. Niby z jakiej racji, skoro zaraz mnie tam miało i tak nie być?

Parę dni przed moim odejściem wezwał mnie na rozmowę Przełożony nr 1 i oznajmił mi, że coś mi opowie. Taka bajka o spawaczu. Ciekawa z niej nauka popłynęła i jednocześnie rozjaśniło mi się w głowie. Generalnie chodziło o to, że jak sam był młodym kierownikiem, to miał spawacza, który był cholernie dobry, a jednocześnie był okrutnym pijakiem. Łapał ciągi, nie przychodził do pracy albo był po wpływem. Potem zawsze błagał na kolanach, żeby go nie zwalniać, bo on już nie będzie, bo kto rodzinę utrzyma, bo on bardzo przywiązany do tego zakładu, srututut pęczek drutu i dwie krzywe elektrody. Jednak klasyczne branie na litość przynosiło pożądane efekty. Po każdej wtopie i tak zostawał w robocie. W końcu nadeszły czasy solidarności i strajki. Ten właśnie spawacz, który tylko dzięki miękkiemu sercu kierownika, nie został wyrzucony na zbity pysk, jako pierwszy wstał i krzyknął „Na taczki z kierownikiem!”. Na koniec Przełożony nr 1 powiedział do mnie „Rozumie pani? Jeżeli ktoś nie spełnia swoich obowiązków i bierze panią na litość, będzie pierwszym, który rzuci w panią kamieniem.”

Wtedy mnie olśniło! Chodziło o naszą wiecznie zapłakaną, nieszczęśliwą „koleżankę” z zaopatrzenia. Nieraz pomagałam jej w obowiązkach, bo się nie wyrabiała. Zawsze pozwalałam jej się zwolnić na totalne gówna typu „pół godzinki wcześniej, bo idę z córcią do kina”. Nadmienię, że sama rzadko kiedy zostawała po godzinach. Dostawała ode mnie nie tylko plan miesięczny, ale także co dzień objaśniałam jej, co ma zrobić. A jak się później dowiedziałam, chodziła po firmie i gadała, że ma beznadziejną kierowniczkę i nie wie, co ma robić.

Potrafiła się popłakać, bo niby za dużo ma roboty. Wyszło też szydło z worka, zę to ona powiedziała, że nie może ze mną już dłużej pracować. Rozpowiedziała wszystkim, że znęcam się nad nią psychicznie. Dla niej znęcaniem było wydanie jej polecenia służbowego i jego egzekwowanie. Z perspektywy czasu, gdy o tym myślę, żałuję, że nie jechałam z nią jak ze szmatą. Czyli tak, jak na to zasługiwała. Wkurwiła mnie. Do tej pory żółć mnie zalewa. To ja się nad nią litowałam, a ona wykręcała mi takie numery?! Żałuję wszystkich tych chwili, kiedy gryzłam się w język. Pomyślałam sobie, że jeśli kiedykolwiek znów ześlą mnie do tego działu dam jej szkołę życia. I albo się dostosuje, albo niech się zwolni.

Aż strach powiedzieć, ale te wydarzenia sprawiły, że znowu zrobiłam się bardziej bezwzględna. Nie popuszczę jej. Nie zasłużyłam sobie, aby okazała się dla mnie taką szują. Teraz ja z chęcią pokażę jej na co mnie stać. Przykro mi, ale life is brutal. O tym, że robiła mi koło dupy, utwierdziła mnie nasza ostatnia rozmowa. „No wiesz, życzę ci, aby było ci tam lepiej niż tu. W ogóle jacy tutaj wszyscy to świnie! Nie powiedzieli mi, że jest pożegnalna składka dla ciebie i dlatego się nie złożyłam…” Stwierdziłam, że przy tej okazji chętnie sprawdzę, czy odezwą się przysłowiowe nożyce. Uderzyłam w stół. „Wiesz, ja jestem przekonana, że tam będzie mi lepiej. Poza tym na rozmowie z P. nr 1 dowiedziałam się kto i co na mnie mówił. Może jest jeszcze taka ewentualność, że tu wrócę, wtedy będzie można zagrać w otwarte karty.” Widziałam jak krew odpływała jej z twarzy, a ja z satysfakcją głosem ociekającym lukrem ciągnęłam dalej. „Nie należę do mściwych osób, także do nikogo nie chowam urazy. Jednak z tej lekcji wyciągnęłam naukę, jak należy postępować z podwładnymi, którzy nie pracują w satysfakcjonujący dla mnie sposób.” Po tym zdaniu broda zaczęła jej chodzić (zawsze tak miała na minutę przed puszczeniem beksy), więc z rozkoszą dobiłam ją „Och wiesz, do składki nie dorzucaj się. I tak poczęstuję cię ciastem, jeśli coś jeszcze zostało.” Skleiła buraka i sobie poszła. Wiem, bywam suką. Ale tylko, gdy ktoś sobie na to zasłuży.

Poza tym incydentem, pożegnanie przebiegało bardzo miło. Nawet się popłakałam ze wzruszenia. Dostałam piękne róże i fajny komplet do kawy. Idealnie trafili w mój pokręcony gust :) Nie spodziewałam się. Naprawdę. Tyle co wrzeszczałam na chłopaków albo bluzgałam szpetnie, że znowu źle i nie na czas… A tu proszę, taka miła niespodzianka! Poczułam wtedy, że będę za nimi tęsknić i za tym całym kołchozem także. Dość długo nie mogłam przestać się mazać. Cały weekend o nich rozmyślałam.

Teraz po paru tygodniach stwierdzam, że tęsknię za ludźmi, ale nie za pracą w tamtym miejscu. W nowym dziale jest przede wszystkim spokojniej. Do domu przychodzę wyluzowana, uśmiechnięta, mam siłę na robienie obiadu i inne tematy. Zaczęłam nawet zauważać takie rzeczy jak śpiew ptaków, zapach powietrza rano i wieczorem, smak świeżych bułek… Generalnie, jestem bardzo zadowolona ze zmiany. Tylko mnie tyłek boli od siedzenia na krześle cały dzień. Jednak suma sumarum transfer uważam za niezwykle udany. A wszyscy, którzy chcieli zrobić mi gorzej, zrobili mi dobrze :D

Jestem wredną suką?

W. Gombrowicz, Ferdydurke: Daj mi teraz marzyć, daj – i już nikt nie wie, co jest realne, a czego w ogóle nie ma, gdzie prawda, gdzie złuda, co się czuje, czego się nie czuje, gdzie naturalność, a gdzie sztuczność, zgrywa i to, co powinno być, miesza się z tym, co nieubłagane jest, i jedno i drugie dyskwalifikuje, jedno drugiemu odbiera wszelką rację bytu, o, wielka szkoło nierzeczywistości.

Wszystko zaczęło się prozaicznie od tego, że dowiedziałam się, że Szef przenosi mnie od nowego miesiąca do innego działu. Przy okazji rozmowy powiedział mi, że mam nic nikomu nie mówić, bo on poinformuje ludzi, których to dotyczy. Było mi z tym naprawdę źle, że nie mogę powiedzieć współpracownikom, co się zaraz będzie działo. Że ja odejdę, a moje miejsce zajmie mój obecny przełożony.

Gdy dowiedziałam się, że zmieniam dział, ucieszyłam się niemiłosiernie. Bo po pierwsze mnie nie wyrzucili, po drugie przesunięto mnie do działu, który podobno jest najlepszy w firmie. Fajnie. Miałam tylko nadzieję, że Szef obwieści wszystko tak szybko, jak powiedział. Niestety w pracy wieści roznoszą się lotem błyskawicy. Już na drugi dzień wszyscy wiedzieli. Nikt mi tego nie powiedział prosto w twarz. Ale głucha i ślepa nie jestem, więc szybko się połapałam co pięć. No i wyszło, że jestem wredną suką, która ważne informacje trzyma dla siebie i udaje, że nic nie wie. Jestem fałszywa z tego wynika.

Ale, kurwa, to nie tak! Skoro Szef prosił mnie, abym nie mówiła nikomu, to nie powiedziałam. Nie milczałam, dlatego że mam wszystkich w dupie. Naprawdę daleko mi od tego, żeby być takim małym, firmowym spiskowcem, który ciągle knuje. Nie robiłam nigdy niczego z myślą, żeby pogorszyć komuś. Chciałam tylko polepszyć sobie! No mam przecież prawo do tego, żeby korzystać z dobrej okazji bez względu na to, co myślą o tym inni. Podejrzewam, że większość osób skorzystałaby z propozycji, którą mi dano.

Zrozumiałam jednocześnie, że zrobiłam błąd. Mogłam powiedzieć, chociaż tyle, że niedługo nie będzie mnie w tym dziale. Nie musiałam tak milczeć. I chyba to, że nie powiedziałam tego, sprawiło, że niektórzy poczuli się nieciekawie. Na ich miejscu też bym była wściekła. Najgorsze jest to, że teraz to już nie mogę na to poradzić. Stało się i się nie odstanie. Doskwiera mi fakt, że wyszłam na taką zimną, wyrachowaną sukę. Zawsze myślałam, że nią nie jestem. Ale może jestem, skoro tak postąpiłam? Strasznie ciężko mi z tym.

I teraz siedzę i zastanawiam się nad chujowością swojego postępowania. Najgorzej mi z tego powodu, że przy tej okazji milcząc zraniłam osobę, która jest mi bliska. Wytworzyła się między nami fajna relacja, a ja swoją bezmyślnością wszystko popsułam. Gdybym tylko powiedziała „Słuchaj, nie mogę ci zdradzić szczegółów, ale mnie tu nie będzie już za półtora tygodnia.”, byłoby teraz inaczej. A ja milczałam jak grób, bo się bałam, że zestresuję tę osobę niepotrzebnie. Myślałam, że lepiej będzie jak się dowie później niż wcześniej. Ja bym wolała taką niefajną wieść dostać jak najpóźniej. Bo: a) krócej bym się denerwowała, b) miała bym mniej czasu snucie różnych domysłów, c) i tak nie mogłabym nic zrobić, więc lepiej wiedzieć później niż wcześniej.

Szkoda, że nie przewidziałam, że nie wszyscy są tacy jak ja, czyli „na ostatnią chwilę”, „spoko na luzie w bluzie, samo się zrobi” i „jakoś to będzie, a jak nie, to poleci spontan”. Nie pomyślałam, że pewni ludzie wolą oswajać się z informacjami i zwyczajnie je trawić. I teraz mam konsekwencje swojego chcenia dobrze. Najgorzej boli mnie to, że nie mogę już tego zmienić. Już nawarzyłam tego piwa. Zrobiłam kupę i muszę ją teraz wąchać, bo wsiąkła w wykładzinę. Taka puenta mi przychodzi do głowy. Zachowałam się jak typowa korporacyjna żmija, a nie tak miało być.

Naprawdę nie jestem taka podła i wredna. Staram się być szczera, nie wchodzę w układy i układziki, nie spiskuję, w pracy zajmuję się pracą. Nawet staram się nie przenosić znajomości z pracy na grunt towarzyski, żeby nie namieszać przypadkiem. No i co z tego, jak jednym małym przemilczeniem, niedopowiedzeniem doprowadziłam do takiego kwasu rodem z brazylijskiej telenoweli. Co ja kurwa narobiłam? Choćbym stanęła na głowie, to nie zmienię już nic.

I niestety, dla współpracowników już wredną suczą pozostanę. Takim czarnym bohaterem firmy. Taka mała blond suka, która chodzi i knuje. Z nikim się nie liczy! Pewnie wiele odcinków Mody na sukces upłynie zanim pozbędę się metki, którą sama sobie przykleiłam.

„człowiek jest najgłębiej uzależniony od swego odbicia w duszy drugiego człowieka, choćby ta dusza była kretyniczna. Zaprawdę, w świecie ducha odbywa się gwałt permanentny, nie jesteśmy samoistni, jesteśmy tylko funkcją innych ludzi, musimy być takimi, jakimi nas widzą”.

Nie warto studiować, ani starać się w pracy

Wczoraj wyszłam z siebie, stanęłam obok, potem poszłam na długi spacer i chyba do siebie wróciłam. Ale nie jestem pewna, bo łeb mnie boli, jakby ktoś mnie w nie zdzielił łopatą. Ale to nie była żadna łopata, tudzież szpadel, tylko bolesna prawda. Kurewsko bolesna. Spłynęło na mnie objawienie.

Kiedy zaczęłam pracować w swojej obecnej pracy niewiele ponad rok temu, byłam pełna zapału i chęci. Pomyślałam sobie, że mam już za sobą mały koszmarek i gorzej być nie może, więc na bank będzie lepiej. Zaczęłam na stanowisku specjalisty ds. organizacji produkcji. Dostałam niezbyt wysoką stawkę. Nie weszłam na wyższe wynagrodzenie niż w poprzedniej firmie, ale odpadły mi dojazdy. No i użeranie się z niektórymi pojebami.

Pracowałam sobie niespełna miesiąc. Nie poznałam dobrze asortymentu naszego działu, specyfiki pracy, działania systemu, na którym pracujemy, budowy wyrobów, technologii produkcji. Jednym słowem byłam zielona, jak marchewka na wiosnę. Pewnego dnia zostałam wezwana na rozmowę. Zrobiono mnie kierownikiem, przy okazji zreorganizowano brygady. Łatwo sobie wyobrazić, jaki sprzeciw wzbudziło to na brygadach. Przyszła sobie jakaś gówniara i będzie teraz wydawać polecenia? Przecież ja wiem wszystko najlepiej.

No i jedna brygada zastrajkowała kompletnie. Przez około 4 miesięcy produkowali 25% tego, co mogli. Inni notorycznie nie wywiązywali się ze swojej pracy. Wynikało to też z tego, że nie do końca wiedziałam co jest grane. Pomyślałam sobie, że to dla mnie szansa i nie można się poddać. Brałam do domu dokumentację, żeby ogarnąć te wyroby. Przez praktycznie rok rzadko wychodziłam z pracy punktualnie. Oczywiście nigdy nie zobaczyłam pieniędzy za nadgodziny, bo podobno muszę wywiązać się ze swoich obowiązków. Szkoda, ze to samo nie tyczy się ludzi na brygadach. Jak nie zrobi to i tak idzie do domu i gówno można mu zrobić. Nigdy też nie zobaczyłam żadnej premii, bo mi jako kierowniczce premia nie przysługuje. No kurwa sorry, ale głupszych argumentów nie słyszałam.

Kiedy zgłaszałam jakiś pomysł albo problem miałam wrażenie, że odbijam się od ściany. Zawsze słyszałam jakieś dyrdymały typu „no tak, ale wie pani to taka specyfika pracy na produkcji” „No tak, ale w tym zakładzie to tak właśnie funkcjonuje.” A po niecałym tygodniu musiałam się tłumaczyć z tego, czemu próbowałam zapobiec, ale każdy wyżej miał to w dupie. Jednak byłam na tyle głupia, że dalej się starałam dać z siebie jak najwięcej.

W międzyczasie dali mi obecnego przełożonego. Sytuacja jest na tyle chora, że miał być moim przełożonym nieformalnie. Bo niedługo idzie na emeryturę i miał nas nauczyć pewnych rzeczy. Na rozmowie z Szefem usłyszałam „On będzie z wami kilka miesięcy. Pomoże wam uporządkować pewne sprawy, popchnąć tematy do przodu. On ma wam pomagać, wspierać i doradzać. Nie przejmuje w żadnym wypadku kontroli nad waszym zespołem.”

W praktyce wyszło jednak zupełnie inaczej. Na każdym kroku próbował wprowadzać swoje porządki. Zastopował wszystkie moje działania. Nie pozwolił na przyjęcie nowych pracowników. Nie pozwalał zwalniać ludzi, którzy notorycznie nie przychodzą albo nie wywiązują się z zadań. „To na pewno ty im źle pracę zorganizowałaś. Ty nie potrafisz robić swojej roboty.” Gdy teraz przekonał się, że na niego mają kompletnie wyłożone, zaczął chodzić po firmie i pierdolić, jakie to on reformy przeprowadzi. Wymyślił jakiś swój program na zmianę ludzi, który jest toczka w toczkę moim pomysłem. Tym, który zastopował jakiś czas temu.

Facet ciągle się pastwi. Niedawno przeczytałam artykuł na temat mobbingu. To co on robi, to jest właśnie klasyczny mobbing. A ja myślałam, że on po prostu jest pojebany! Skłócił mnie z zaopatrzeniowcem. Próbował skłócić z podwładnymi. Nawet przez jakiś czas mu wychodziło. Dzień w dzień po pracy płakałam. Były dni, że jadąc myślałam sobie „Chciałabym mieć jakiś wypadek, żeby leżeć w szpitalu z miesiąc i nie chodzić do pracy.” Gdy uświadomiłam sobie, co ja sobie myślę, byłam przerażona. Do czego on potrafił mnie doprowadzić w kilka tygodni? Miałam ciągłe bóle brzucha i zaczęły się znane mi problemy żołądkowe. Jednak dalej nie poddawałam się, bo chciałam swoją pracę dobrze wykonywać. Myślałam, że żaden wredny typ mi w tym nie przeszkodzi.

W końcu miałam już serdecznie dość tego, że ten facet na każdym kroku próbuje mnie spacyfikować i pomiata. Nie takie przecież były ustalenia. Poszłam do Szefa. Powiedziałam mu, że nie jest tak jak było ustalone. Opowiedziałam o paru incydentach. Stwierdził, że faktycznie sytuacja jest chora i musi coś pomyśleć.

Wczoraj zawołał mnie Prezes całej produkcji. Godzinna gadka szmatka. „Jak pani to dalej widzi?” „Pani to została skrzywdzona tym awansem. Byłem mu przeciwny, bo chciałem, żeby pani sobie z rok spokojnie popracowała. A tak rzucono panią w takie wyzwanie, z którym wiele doświadczonych osób sobie nie poradziło.” „Jakby pani widziała siebie w tym zespole, gdyby to pan XXX został jego szefem?” „A jeśli się pani nie widzi w tym zespole, to co wtedy? Jakie miejsce w firmie by pani dla siebie widziała?” Żygać mi się zachciało. Wkurwiłam się tak strasznie, że do końca dnia byłam kompletnie bezproduktywna. Po pracy położyłam się i odpłynęłam na prawie dwie godziny. Zauważyłam, że w dużym stresie zwyczajnie przesypiam cały swój czas wolny. Potem dostałam napadu płaczu i chyba astmy, bo nie mogłam długo złapać powietrza. Od jakiegoś czasu mam wrażenie, jakby coś mi w sercu bulgotało i czasem nieregularnie bije. Proszę, do tego właśnie doprowadził mnie rok pracy w takich, a nie innych warunkach.

Taki jest kurwa efekt. Najpierw ktoś nieodpowiedzialnie stawia ci zadanie, które cię przerasta. Od początku wiedziałam, że moje szanse są niewielkie. Miałam wrażenie, że przepycham się ze ścianami. Poświęcałam swój prywatny czas, żeby nauczyć się tego, czego nie pozwolono mi się nauczyć. Nie oszukujmy w miesiąc nikt się nie nauczy. Wczoraj Prezes powiedział, że w zasadzie to jest zdziwiony, że poszło mi tak dobrze. To dlaczego chcą mnie zdegradować? Dlatego, że się starałam? Podobno ten grzyb, który po kilka razy dziennie robi mi przytyki i awantury, przyczynił się do polepszenia sytuacji. Na bank się przyczynił. Ale to nie jest tylko i wyłącznie jego zasługa. Pracuje na to cały zespół. Ciągle trzeba mu jakieś zestawienia i dane przygotowywać, bo on nawet nie umie się zalogować do naszego systemu.

Nie podpiszę papierka degradacyjnego. Nie pójdę na żadną ugodę. Mam dość zabawy moją osobą, co wczoraj powiedziałam do Prezesa. Zwyczajnie pobawili się moim życiem. Przez ten rok straciłam mnóstwo nerwów i tym samym na pewno zdrowia. I co z tego mam? Dużo zmian i usprawnień, które wprowadzałyśmy razem z moją koleżanką, przypisał sobie ten stary dziad. Wczoraj przyszedł do mnie i powiedział mi wprost, że źle rozliczam ludzi i wypłacam im za dużo pieniędzy. Zażądał kart rozliczeń brygad za ostatni kwartał. Do tego kazał mi zrobić jakieś dziwaczne zestawienie nadgodzin. Dałam mu te dane, ale wiem, że w poniedziałek będzie próbował mnie tym pogrążyć. To robiłam dobrze i wiem, że to on źle rozlicza ludzi.

Nie wyobrażam sobie tego, że mam być jego podwładnym formalnie. Nie wyobrażam sobie tej degradacji. Jestem wkurwiona. Nie będę pracowała z tym facetem, który non stop będzie próbował mnie poniżać. Teraz będzie miał jeszcze większe pole manewru. Doprowadził jednego faceta do odejścia z firmy. Drugi nabawił się przez niego problemów z sercem. Coś czuję, że mnie to czeka, jeśli będę pod nim pracować.

Moje rozgoryczenie jest wielkie jak nigdy dotąd. Pracuję za śmieciową stawkę. Pani na kasie w Lidlu na dzień dobry dostaje trochę mniej. Ale z dodatkami wychodzi tyle samo. Jestem kierownikiem. Mam skończone studia, a spawacz w naszej firmie dostaje kafla więcej ode mnie w podstawie. Do tego dochodzą pełnopłatne nadgodziny i ryczałt za wyroby. Czasem wychodzi, że zarabiają ponad dwa razy tyle co my – inżynierowie, kierownicy i ludzie organizujący im pracę. Bez nas nie mogliby pracować. Bo sama praca się im nie zorganizuje.

Mówią na nas per krzesełka. Mówią, że siedzimy całymi dniami na kompach i nic nie robimy. Tylko, że to my wiecznie zapierdalamy na niepłatnych nadgodzinach. My nie dostajemy prowizji, gdy oni wyjdą na plus. Oni dostają ryczałt. Przecież to nasza praca składa się na to, że mogą w danym miesiącu zrobić więcej. Ich prawa pracownicze są przestrzegane. Nasze niekoniecznie. Słabo mi się robi jak na to patrzę. Przecież my też musimy zrobić więcej, żeby oni zrobili więcej! Bez nas ich by nie było. To dlaczego nasza praca jest mniej warta? No bo jest mniej warta w oczach Zarządu, skoro nam się gówno płaci.

Żałuję, że studiowałam. Żałuję, że nie poszłam do zawodówki. Miałabym sześć lat nauki mniej. Często bezsensownych i niepotrzebnych rzeczy. Nie musiałabym też użerać się z wykładowcami prezentującymi stanowisko, że kobieta to może być co najwyżej kosmetyczką. Pracowałabym sobie też pewnie na produkcji. Zarabiałabym więcej, miałabym wszystko w dupie, bo przecież jak kooperant zawali i nie ma materiału to nie moja brocha. Pierdolę nie robię byłoby moją dewizą. Siedziałabym sobie i nic nie robiła, gdyby czegoś brakowało. Po wyjściu z pracy miałabym wszystko szeroko i głęboko. Byłabym zawsze wyluzowana i miałabym więcej kasy. Bo teraz to jest tak, jak widziałam na jakimś demotywatorze. „Operator koparki 3800 zł, inżynier budowy 2000 zł”. Naprawdę nie ma sensu studiować w takim wypadku.

Na dzień dzisiejszy mogę o sobie powiedzieć. Jestem inżynierem, pracuję na stanowisku kierownika produkcji, zarabiam ponad połowę mniej od spawacza, mój przełożony stosuje wobec mnie mobbing. Dziękuję, miłego dnia. Dzieci – nie idźcie na studia, bo byle kto będzie potem wami pomiatał!

Do samego końca?

Ostatnio martwię się o swoją koleżankę z pracy. Już myślałam, że ja jestem największym pracoholikiem, ale ona wyprzedza mnie w tym nałogu bez porównania. Jest w ciąży, w sumie to już końcówka. Niedługo ma termin porodu. I twardo chodzi do pracy. Zastanawiam się, skąd się u niej bierze ta determinacja i samozaparcie. Przysługuje jej przecież urlop z tytułu ciąży. Tym bardziej, że jest już mocno zaawansowana.

Do tego ma stresującą pracę. Bardzo stresującą. Można oszaleć, ciągłe pretensje, awantury i inne atrakcje. Ciężko to znieść normalnie, a w ciąży to pewnie już całkiem popaprana sytuacja. Taka jazda bez trzymanki. Tak myślałam sobie, że ona może jest po prostu bardzo odporna psychicznie i potrafi się wyłączyć.

Ostatnio jednak zaczęła się źle czuć. Jak rozmawiałyśmy na korytarzu, tak sobie dziwnie przysiadła. W ogóle była cała blada jak córka młynarza. W pierwszej chwili nie zwróciłam na to uwagi, bo ona miała kiedyś problemy zdrowotne i często była wręcz przezroczysta. Więc byłam przyzwyczajona do takiego koloru cery.

Potem dowiedziałam się, że ona czuje się tragicznie. W głowie jej się kręci, słabo jej i kilka razy myślała, że zemdleje. Generalnie kiepsko z nią ostatnio. Mówiła też, że opadł jej brzuch. Z tego co słyszałam, to w takiej sytuacji trzeba leżeć. Ja bym już na w takiej sytuacji była w domku i wylegiwała się w łóżku, dbała o siebie i dziecko.

Nie rozumiem tego jej chodzenia do pracy tym bardziej, że u nas jest fajna sytuacja dla kobiet w ciąży. Mogą iść na wszystkie przysługujące im urlopy i mają gdzie wrócić. Co więcej, nikt nie robi im z tego tytułu problemów, ani wymówek. Pod tym względem jest OK.  Albo dotknął ją straszny pracoholizm albo nie wiem co. Dziwię się, że ona się nie boi jakiegoś przedwczesnego porodu albo innych strasznych historii. Wszyscy mówią jej, żeby nie chodziła do pracy, bo w takim stanie już nie warto, a ona dalej chodzi. Bezsensowne poświęcenie, bo takich rzeczy potem nikt nie pamięta i nie docenia.

Kto z jakim przystaje, takim się staje?

Pisałam nieraz o moim „wspaniałym” przełożonym. Ten człowiek, nazwijmy go Przełożony nr 1, działa na mnie lepiej niż dwie mocne kawy. Jedną zagrywką potrafi mi tak podnieść ciśnienie, że zaczynam się dosłownie gotować z wściekłości i frustracji. Oprócz niego jest jeszcze jeden przełożony (nasz wspólny – Przełożony nr 2). Obydwoje także się nie trawią. Generalnie w trójkę się nie tolerujemy zbytnio. I ostatnio właśnie z tej przyczyny doszło do kolejnych kwasów.

Zatrudniliśmy nowego pracownika. Jakiś czas było dobrze. Jednak, gdy dostał umowę o pracę na trzy miesiące (sic!), zaczął kozaczyć. Notorycznie opuszcza miejsce pracy bez powiadomienia nikogo. Zdarza mu się zaspać. Raz nawet spóźnił się prawie dwie godziny. Nie miał nic na swoje usprawiedliwienie poza bardzo arogancką postawą, którą można odczytać „odpierdol się ode mnie”. Nie omieszkał też mruknąć tego pod nosem. Stwierdziłam, że za takie coś należy się upomnienie pisemne, tym bardziej że facet krótko pracuje. Jak będzie mu się pozwalać na takie akcje, szybko „rozwinie skrzydełka”. Tego samego dnia kolejny raz wyszedł sobie w czasie pracy nie informując nikogo. Byłam już pewna swojej decyzji. Nie można tolerować takich zachowań. Napisałam podanie o upomnienie.

Zaniosłam je do Przełożonego nr 2. Pokiwał głową. „Czy to pierwsza taka sytuacja?” „Nie.” „To co pani wcześniej zrobiła?” „Rozmawiałam z nim na ten temat.” „I co?” „Jak widać nie pomogło.” „A mówiła mu pani, czym to grozi?” „Tak.” „Na pewno?” „Tak.” „To teraz czas na pisemną karę?” „Tak.” Akurat nie było Przełożonego nr 1, był w delegacji. Moim zdaniem nie było na co czekać. Trzeba karać i nagradzać od razu, żeby człowiek wiedział za co to.

Jak bardzo się zdziwiłam, gdy po powrocie Przełożonego nr 1 temat upomnienia został znów podjęty. Rano chciałam mu powiedzieć, że taka sytuacja miała miejsce. Zbył mnie jednak „Nie zawracaj mi głowy takimi pierdołami. Takie rzeczy załatwiaj bezpośrednio z Przełożonym nr 2.” OK. Nie chciał słuchać, to nie. Około południa na naradzie Przełożony nr 2 wyciągnął mój wniosek o upomnienie. Znowu zaczęli mnie przepytywać z tego, czy rozmawiałam z pracownikiem. Czy aby na pewno to była pierwsza taka sytuacja. Czułam, że mają mnie za kretynkę. Pięć razy powtarzałam to samo. Przypominało to przesłuchanie na policji. Ja swoje, oni swoje i totalne powątpiewanie w moje słowa. Miałam wrażenie, że za chwilę zaczną mi wmawiać, że ja to nie ja.

Do tego P nr 1 wściekł się. „Jak mogłaś dać ten papier bez mojej wiedzy?” „Tak się składa, że pana akurat nie było w firmie.” „Ale dziś jestem.” „Sam pan dziś powiedział, że nie chce o takich sprawach rozmawiać.” Poczerwieniał w jednej sekundzie. Potem patrzył na mnie tak, jakby chciał mnie zabić. Zresztą tak jest zawsze. W końcu padło stwierdzenie „Przecież tutaj każdy wychodzi, kiedy i jak chce.” „Czy to znaczy, że mamy tolerować takie coś? Sam pan mówił, że to choroba tej firmy i trzeba to eliminować.” „No tak, ale jak będziemy dawać im upomnienia, to nic to nie da. Na pewno pani z nim rozmawiała?” „Na pewno. Skoro pan mi nie wierzy, proszę zapytać innych, czy takie rozmowy były.” „Ech… to nie o to chodzi, żebym panią sprawdzał. Niech lepiej Przełożony nr 1 z nim pogada.” Bla bla bla. I tak w kółko. Myślałam, że to jest jakiś kabaret, a nie narada!

Oczywiście P nr 1 nie omieszkał mnie poczęstować porcją niby przerażających tekstów w cztery oczy. Wzruszyłam ramionami i powiedziałam „Panu tak się tylko wydaje.” Po czym poszłam w swoją stronę. Jednak co się zdenerwowałam, to już moje. Potem zadzwonił do mnie na mój prywatny (jak zawsze) telefon i powiedział, że mam wyznaczyć osobę do przyjścia do pracy w sobotę i niedzielę. Był piątek g. 13.00. Oczywiście, jak do jakiejś gównianej misji, to wysyła zawsze mnie.

Podreptałam do ludzi i wyłożyłam im kawę na ławę. Debatowaliśmy trochę na ten temat. Nikt nie chciał przyjść. Wcale się nie dziwię. Też bym nie chciała, gdyby ktoś próbował mnie wmanewrować w takie maliny dwie godziny przed weekendem. „To co jest ktoś chętny do przyjścia? Wiecie, że ja nigdy nikogo nie zmuszam do nadgodzin. Wasza decyzja.” Nikt nie chciał. Poszłam do swojego pokoju. Po minucie wleciał Przełożony nr 1. „I co? Załatwiłaś kogoś na weekend?” W tej chwili nastąpił we mnie jakiś przełom. Zaczęło mi sprawiać przyjemność komplikowanie mu jego planów. Ze stoickim spokojem powiedziałam „Nie.” „Echh… Ty… Niby dlaczego? Pytałaś w ogóle?” Z uśmiechem jak z reklamy Colgate powiedziałam „Tak, pytałam. Nie ma chętnych.” „Nic nie umiesz załatwić. Zawołaj mi ich tu. Sam to załatwię, a ty patrz i ucz się. Może coś zapamiętasz.” „OK.”

Zawołałam. Przyszli. Przełożony nr 1 rozparł się jak basza na krześle. Był pewien, że jemu nikt nie odmówi. „No co? Kto z was przyjdzie w sobotę?” „Nikt.” „Dlaczego?” „Bo mamy już plany.” „To je zmieńcie.” „Nie możemy, bo już opłacone te plany.” Jemu mina zrzedła. A oni wyszli. Widziałam, jak nachmurzył się momentalnie. Wyglądał, jakby go coś ugryzło. Oj bolała porażka. Myślał, że znowu udowodni mi nieudolność i beznadziejność. Był pewien, że tak beznadziejnego polecenia ode mnie nie przyjmą, a jego się wystraszą i przyjmą. Kiedyś zawsze tak było, a teraz już nie. Olali go. A był taki pewien, że mu nie odmówią. Wyszedł na durnia. Szczerze? W środku tańczyłam z radości. Jeden z niewielu razy poniewieranie mnie, nie wyszło.

Potem jeszcze dowiedział się ode mnie, że jego ludzie poszli sobie do domu. „Jak to poszli?” „No nie ma ich od 10 rano.” „Dlaczego poszli?” „Nie wiem, to pana ludzie. Myślałam, że pan wie, co się dzieje w pana brygadach.” „Kłamiesz. Ja ich nie zwalniałem.” „Niech pan idzie sprawdzi.” Poszedł. Wrócił z nietęgą miną. „Ty…” „Tak słucham?” „Wiedziałaś, że sobie idą?” „Widziałam jak wychodzili.” „To czemu ich nie pytałaś, gdzie idą?” „Bo to pana ludzie. Nie moi. Byłam pewna, że pan potrafi swoich upilnować na tyle, żeby nie wychodzili bez pytania. Myślałam, że skoro idą, to pan na pewno o tym wie.” Wściekł się. Dosłownie widziałam, jak się gotował.

Tak się kreował na wspaniałego, nieomylnego. Punktuje mi wszystko! Nawet tematy, na które nie mam wpływu. Wysyła mnie na najbardziej gówniane misje. Sam spija śmietankę. Gdy pojawia się problem, wali teksty „Ty jesteś tu kierowniczką, to załatw to!”. A jak wszystko się wali, ucieka jak szczur z tonącego okrętu. Taki przełożony od spraw przyjemnych. I teraz napiszę coś bardzo prymitywnego. Cieszyłam się jak głupia z jego dwóch porażek. Wreszcie karta odwróciła się chociaż trochę. Zauważyłam, że gdy ktoś jest cały czas opieprzany i sponiewierany, a nie może nic zrobić, bo dopuszcza się do tego przełożony, staje się niezwykle szczęśliwy, gdy ten przełożony wreszcie się potyka. To jest żałosne, ale prawdziwe. W końcu ile można znieść poniżania na każdym kroku? W dodatku, gdy nic się nie daje z tym zrobić? Nie wiem, jak jeszcze długo tak pociągnę. Ale wiem, że nie jest taki wspaniały, na jakiego się kreuje.

Wielkanocna kołomyja

O tak! Kiedy u mnie największe nerwy? Przed świętami. Zacznijmy od tego, że ostatnie dwa miesiące to jakaś pieprzona apokalipsa. Przychodzę z roboty zmęczona jak koń po westernie. Jedyne co robię to patrzę bezmyślnie w tv. Nawet nie mam sił na robienie obiadu, czy włączanie lapka, co zresztą widać po częstotliwości moich wpisów. Swoją powieść kompletnie zaniedbałam i nawet nie pamiętam, co w pewnych miejscach było. Tak, czy siak jestem ostatnio tak zmęczona, że funkcjonuję na tzw. zerwanym filmie. Przeraża mnie to. Przykładowo w pracy na naradzie ostatnio coś powiedziałam i za cholerę tego nie pamiętam. Często nie kojarzę faktów. Wiem, że coś widziałam, ale sama już nie jestem tego pewna. No dobra, uskuteczniłam swoje gorzkie żale więc teraz do rzeczy.

Od poniedziałku czułam, że to już totalna kupa przedświąteczna czai się za rogiem. Że zerka i zaraz na mnie skoczy. Czułam nawet jej woń, mimo że dobrze się maskowała za winklem. W pracy od poniedziałku zaczęły się różnorakie awantury i intrygi, których lepiej nie opisywać, bo szkoda wirtualnej przestrzeni na taki syf. Więc, czym bliżej piątku tym było gorzej. Wczoraj pokłóciłam się ze swoim przełożonym na hali przy ludziach. Leciały kurwy jak skowronki. Staram się być spokojna, ale gdy ktoś zaczyna mnie obwiniać o śnieżną pogodę i opóźnioną przez to dostawę oraz przy okazji bluzgać, mówię basta. Co to kurde ja jestem, żeby sobie dupę mną wycierać i swoje frustracje na mnie wylewać? Pokrzyczeliśmy na siebie, pomachaliśmy rękami wzbudzając radość wszystkich pracowników na hali. Potem jeden do mnie podszedł i mówi „Kierowniczko ja to nie widziałem, żeby z nim ktoś tak się kłócił. I żeby go zbluzgał. No no…” „A wie pan co? Ja nie udaję, że deszcz pada, jak mi ktoś w twarz pluje.”

Potem obraziła się na mnie połowa biura naszego produkcyjnego. Dlaczego? Bo nie chciałam brać udziału w przed-wielkanocnej szopce. Kurwa, ja po prostu tego nie trawię. Chcemy to poświętować? Umówmy się po pracy. A nie w czasie pracy i w miejscu pracy będziemy dzielić się jajem i pieprzyć jakieś głodne kawałki. Po co to komu? Nie lubię tego i tyle. I nie muszę brać w tym udziału. „Wiesz co?” „Co?” „Ty jesteś jak Grinch świąt nie będzie.” „Może być w tym prawda. Nie czuję tego klimatu najwyraźniej.” „My się tak staramy, żeby było fajnie, a Ty psujesz.” „Co psuję? Jak chcecie brać w tym udział to proszę. Ja po prostu odmawiam, ale na przeszkodzie nie staję.” „Eeee… No ale to są ŚWIĘTA.” „A czy nie przyszło Ci do głowy, że mogę być innego wyznania? Przymuszacie mnie do tego co trochę, a nikt mnie nie spytał o wyznanie.” „No taaak. eeeee…. no nie, to jak nie chcesz, to nie musisz.” „Dziękuję za tolerancję.” Po naszej publicznej debacie na temat świętowania w zakładzie pracy, wyłamali się inni i do szopki wielkanocnej nie doszło. Przed końcem dnia odebrałam telefon „Ale ty jesteś! Przez ciebie nasza tradycja padła.” „Słaba była tradycja, skoro gdy ja jedna się wyłamałam, potem padła sama.”

Później były kolejne hity. Zapowiedziano mi, żebym przyszła jutro, czyli w Wielką Sobotę do pracy. Nie zdenerwowało mnie to szczególnie. Święta to dla mnie kolejne wolne, w którym mogę po prostu sobie spokojnie odpocząć i spędzić czas z rodziną. Duchowo, czy religijnie – pustka. Tak więc, nikt nie podeptał moich uczuć, wartości i świętości. Myślę sobie „jest akcja, to przyjdę, spoko. musimy przygotować się do wysyłki towaru.” Po chwili jednak ciśnienie musiało mi skoczyć do góry. „No bo jak pani przyjdzie to będzie najmniejsza szkoda.” „Czemu?” „A bo pani jest samotna…” „Nie jestem samotna. Żyję w nieformalnym związku.” „A no tak. Ale to pani i tak nie ma męża, dzieci, więc nie ma pani co robić przed świętami.” Gadaj z dupą, to cię osra. To chyba jest dyskryminacja. To, że nie mam dzieci, znaczy że się nudzę? I tylko czekam, by przyjść w wolne do pracy? W jednej chwili całe moje zrozumienie specyfiki produkcji ulotniło się jak woń wczorajszej pizzy. I nastąpił wkurw. Do tego była jeszcze po mniej więcej godzinie rozmowa o mojej podwyżce, która miała być 8 miesięcy temu. „No ale pani to nie jest potrzebna podwyżka, bo pani to rodzice pomagają.” „Słucham?” „Pani taka młoda, to rodzice na pewno pomagają.” „Nie. Odkąd zaczęłam pracować nie biorę pieniędzy od rodziców.” „Nie wierzę. Hahaha.” „Wie pan co? Pan mnie demotywuje. Czy moja praca jest mniej warta, dlatego, że mam kogoś, kto hipotetycznie mógłby mi pomóc finansowo?” „Yyy… Ale wie pani, że tu się mało płaci w tej firmie.” „Wiem. Dlatego zastanawiam się, czy nie dostosować swojej wydajności do płacy.” „Oj niech pani nie przesadza. Pani nie ma dziecka na utrzymaniu.” „Powiem panu tylko, że to nie jest argument. I powiem panu jeszcze, że z ciekawości dzwoniłam do supermarketu i pytałam, ile wynosi wynagrodzenie kasjerki na starcie. Wie pan ile? Prawie tyle, co moje. A jaka jest różnica w odpowiedzialności i zakresie obowiązków?” „O kurcze, przypomniało mi się, że muszę pilnie wysłać jednego maila… Do widzenia!” I wyszedł.

Jak tu się nie wściekać? Trzeba szukać innej pracy. Jestem już tak wypruta, zmęczona i zniszczona, że poważnie zastanawiam się nad pracą w jakimś fastfoodzie albo supermarkecie. Co mi po moim kierowniczym stanowisku? Widzę, że nie daje mi ono perspektyw na podwyżkę, awans. Mam dużo stresu, niepłatnych nadgodzin i jedną myśl w głowie „dobrze, że w ogóle mam jakąś pracę.” Tak się nie da żyć. Są dni, kiedy strasznie boli mnie głowa. Są dni, kiedy kuje mnie sercu. Są noce, kiedy śni mi się praca. Budzę się przerażona, bo uświadamiam sobie, że coś jeszcze nie zostało zrobione. Są chwile, kiedy jem frytki w McD i zazdroszczę ludziom, którzy tam pracują. Są końcówki tygodnia, w które kładę się spać chwilę po 20, budzę się na drugi dzień tak samo zmęczona. Są soboty, w które jestem totalnie nieprzytomna i do niczego się nie nadaję.

A tak poza tym Wesołych Świąt :) Mokrego bałwana ;)