Archiwa tagu: postanowienia

Małe podsumowanie

Pierwszy raz od dawna jestem zadowolona. Końcówka roku nastroiła mnie bardzo pozytywnie. Podsumowałam sobie 2013 (podobno rok węża, a więc i powściągliwości) i wreszcie wyszło na plus. Przede wszystkim zmieniłam pracę. Obawiałam się tego i zastanawiałam, czy robię dobrze. A teraz wiem, że to było bardzo dobre posunięcie. W nowej pracy podoba mi się i nie żałuję. Zapisałam się też na naukę języka skandynawskiego. Myślałam, że nic z tego nie wyjdzie, a póki co idzie mi dobrze. Tak mi się spodobało, że zastanawiam się nad jakimś licencjatem z filologii skandynawskiej. Ale zobaczymy, co nam z tego wyjdzie. Czytaj dalej

Majówkowe przemyślenia

Zauważyłam, że dużo bardziej od gospodarki w majówkę cierpią portfele i konta bankowe. Może nie wszystkich, ale mój i moich znajomych na pewno. Wyjazdy, grille, wycieczki i inne atrakcje kosztują. Ostatnio ze zgrozą spojrzałam na rachunek z supermarketu opiewający na 84 pln. Woda, piwo, warzywa, węgiel, chleb, musztarda i kilka innych drobiazgów. Do tego jeszcze osobny rachunek za mięso. Wszystko zjedzone i wypite w jedno w zasadzie popołudnie. Nie twierdzę, że spotkania ze znajomymi nie są tego warte, ale jakoś tak drogo wychodzi…

Najtrudniejsza majówka jest dla wątroby. W tych dniach wolnych wzrasta spożycie alkoholu. I jakbym się nie starała, nie da się nie pić. Brzmi to co najmniej głupio, ale niestety tak jest. Spotyka się dawno niewidzianych znajomych albo pojawiają się inne okazje. Ja miałam tak przykładowo wczoraj. Z mojego planu nie picia już więcej alkoholu pozostało nic.

Dwa dni wcześniej postanowiłam sobie, że koniec z popijaniem piwka, winka, bo się po prostu marszczę i starzeję. Nie od wczoraj wiadomo, że alkohol bardziej szkodzi kobietom niż mężczyznom. Niestety mam niezbite dowody, gdy patrzę w lustro. Prowadzę tryb życia bliższy statystycznemu mężczyźnie niż statystycznej kobiecie i definitywnie nie wychodzę na tym dobrze. Poza tym, gdzieś w głowie dzwoni mi ostrzegawczy dzwonek, że po prostu piję za dużo. Piwko tu, piwko tam i tak wychodzi, że czuję się jak jakaś alkoholiczka.

Właśnie przy okazji majówki dotarło do mnie, że w naszym kraju jest bardzo duże społeczne przyzwolenie na picie alkoholu i w zasadzie to ciężko go nie pić. Staliśmy w sklepie w kolejce do kasy i zaczęłam zerkać, co ludzie mają w koszykach. Praktycznie każdy miał jakieś browary, a co niektórzy wódę. Jedna para miała cały koszyk Hainekenów. Gdy kasjerka zaczęła liczyć, wyszło 120 butelek! Może to na jakieś większe spotkanie, bo wątpię, że wypiliby to sami. Tak, czy inaczej wszędzie jest ten alkohol, a w majówkę widać to najdobitniej. I najtrudniej odmówić. Każdy ciągle namawia, a to na piwko, a to na coś innego i na dobrą sprawę człowiek mógłby chodzić pijany jak bąk cały czas.

Właśnie dlatego, że nie chcę pić już tak dużo, postanowiłam sobie zrobić 100 dni bez alkoholu. I po drugim dniu poniosłam klęskę. Odczuwam w związku z tym niesmak i pogardę w stosunku do własnej osoby. Co by się stało, gdybym odmówiła? Na pewno nie miałabym dziś kaca i potwornego bólu żołądka. Miałabym też mniejszą pewność, że jestem bardzo podatna na różnego rodzaju „-holizmy” i „-manie”. Chyba czas w końcu wydorośleć i pod względem melanżu. To już nie gimnazjum, liceum ani studia, że można sobie chodzić na bombie tak ni z gruchy ni z pietruchy.

Dopiero teraz, gdy bliżej mi do 30 niż do 20 zrozumiałam, że na pogadankach profilaktycznych nie kłamali. Do opowieści o problemach zdrowotnych i szybszym starzeniu podchodziłam na zasadzie „jeszcze jestem młoda, wyglądam dużo młodziej niż na swój wiek, mi to nie zaszkodzi”. Teraz widzę, że zaszkodziło. Najgorsze jest to, że nie wyobrażam sobie swojego życia bez melanży. Chociaż do końca sama już nie wiem, co rozumiem przez to słowo. Od długiego czasu mam wrażenie, że jedyne co robię to umieram. Powoli co dnia i po kawałku. Żyję tak, jakby jutra miało nie być.

Sama wpędzam siebie do grobu. Chujowym żarciem, piciem, używkami różnej maści od kawy począwszy, a na chipsach skończywszy, robotą której serdecznie nienawidzę, mieszkaniem w mieście, o którym mówi się, że „tutaj ludzie umierają”. Jeszcze trochę w ten sposób i skoczę z wieżowca. Chociaż póki co, jestem na to zbyt wielkim tchórzem. Boję się tego, co jest po drugiej stronie, a jeszcze bardziej boję się tego, że np. spadłabym jakoś koślawo i poskładaliby mnie do kupy i do końca życia byłabym podłączona do jakiejś aparatury i robiła za obrzydliwy ciężar dla bliskich. Także póki co nie skaczę, tylko staram się ograniczyć spożycie.

Trzeba to zmienić

Kurwa. Muszę schudnąć. Do swojej optymalnej wagi. Czyli 50 kg. Nie dam rady dłużej jako tłuste 58 kilowe babsko. Nie przy moim wzroście. Nie mogę już tak dłużej. Jestem uzależniona od płaskiego brzucha. Od chudych nóg. Źle się czuję w swoje pseudo kobiecej skórze. Każdy może powiedzieć, że tamta waga to absurd. A ja wiem, że nie. Znam siebie. Znam swoje wymiary. Swoją budowę. Jestem MAŁA! Z obecną wagą jestem tłusta. Po prostu.

Muszę też mniej pić. Ćwiczyć 4 razy w tygodniu. Wtedy to zda egzamin. Ogarnąć się. Nie jestem sobą. Wyluzowaną laską ze słuchawkami na uszach, która ma wszystko w dupie. Póki miałam wszystko w dupie, życie się układało. Zaczęłam się przejmować. Posypała mi się psychika. Wszystko się sypie… Olać to. Chcę znowu wszystko mieć gdzieś! Tacy ludzi żyją dłużej. Będę tak się spinać i pierdolnę na zawał w wieku lat 29?

Chcę opuścić to miasto. Muszę to zrobić w ciągu dwóch lat. To maks. Tu ludzie umierają. Kto ma trochę rozumu – ucieka. Też muszę uciec. Póki nie mam dzieci. Strasznym by było pozwalać dzieciom dorastać w mieście, gdzie oprócz ćpania/picia na ławce pod blokiem nie ma innych rozrywek. Taka okrutna nie jestem.

Zapisałam się do lekarza. Takiego od duszy i psychiki. Idę w piątek. Mam nadzieję, że dożyję. Może jakiś prosac, coś?

Miłej nocy!!

Sylwester z kamerką

Dziś ostatni post tego roku :) Jest sylwester i wypadałoby gdzieś pójść. Tak myślę, że wypadałoby, bo w tv i wszędzie mówi się, że trzeba się bawić. Mnie także nie ominęły pytania „a wy co robicie na sylwestra?” „nie wiem jeszcze” I zdziwione spojrzenia „jak to nie wiesz? przecież tylko tydzień został!”. I trochę tak wstyd się przyznać, że się nigdzie nie idziemy. Nie idziemy, bo byliśmy w tym roku wyjątkowo nieogarnięci i do świąt nawet nie myśleliśmy o sylwestrze.

W zasadzie nie wiedziałam, czy będę miała dzisiejszy dzień wolny. Ostatecznie mam i nic nie zaplanowaliśmy. To będzie chyba pierwszy taki wieczór dla mnie od dobrych kilkunastu lat. Co dziwne, jakoś wcale nie czuję z tego powodu smutku, żalu, czy rozczarowania. Posiedzimy sobie we dwójkę, a około dwunastej pójdziemy do miasta i też będzie spoko. Może to i dziwne, że nie idziemy do żadnych znajomych, ale w tym roku mieliśmy bardzo mało chwil, żeby spędzić je zupełnie sam na sam. Nie licząc kupowania mebli do pokoju albo malowania ścian :P

W sumie to lepiej spędzić sylwestra samemu niż tak, jak w zeszłym roku. Mieliśmy do wyboru parę opcji – mogliśmy jechać do Torunia albo do Kołobrzegu, iść do mojego kolegi na domówkę albo jechać do koleżanki. Wybraliśmy tę ostatnią opcję. Niestety. Jechaliśmy prawie dwieście kilometrów. Miało być około dziesięciu osób, ale okazało się, że faceci nie przyjdą i mój był rodzynkiem w cieście pijanych, rozwrzeszczanych babiszonów. Było dość standardowo. Picie, jedzenie, a o dwunastej wyjście na molo w Sopocie. Impreza mijała całkiem sympatycznie. Po powrocie sobie potańczyliśmy, pośpiewaliśmy i zjedliśmy coś ciepłego. Około czwartej poszliśmy spać.

Rano wszyscy obudzili się bez tupotu białych mew w głowie. Jedliśmy sobie śniadanie, aż nasza gospodyni oznajmiła „Mam dla was zajebistą niespodziankę!” Podeszła do laptopa i zaczęła szukać czegoś. „O mam! Jak wróciliśmy włączyłam kamerkę w laptopie, hahahaha” Wszystkim miny zrzedły. „Nie zrobiłaś tego naprawdę?” „Zrobiłam! Nagrywało się, aż do rana. Mam was wszystkich na widelcu!” Mi się automatycznie jeść odechciało, jedna koleżanka udławiła się sokiem, a druga powiedziała wymowne „o kurwa”. Potem gospodyni katowała nas tym filmikiem. Można było zobaczyć różne dziwne rzeczy, które większość z nas robiła patrząc w monitor. Przykładowo dłubanie w nosie albo poprawianie pewnych części garderoby… Tak czy inaczej atmosfera zabawy i miłego minionego wieczoru uleciała w jednej sekundzie, jak powietrze z przekłutego balonu. Czuć było, że wszystkim oprócz gospodyni się to nie podobało.

Mogła przecież powiedzieć, że włącza kamerkę. I tak pewnie byśmy o tym zapomnieli, ale na moje wypada poinformować, że robi się coś takiego. Nawet wydaje mi się, że takie nagrywanie jest bezprawne. Po tym incydencie stwierdziłam, że więcej imprez z nią nie chcę spędzać. I cały rok się nie widziałyśmy. Teraz mi w zasadzie szkoda, bo znamy się od bardzo dawna i zawsze raczej się lubiłyśmy. Jednak poczułam się w pewien sposób zraniona tą sytuacją. Dlatego wolę tego sylwestra spędzić spokojnie ze swoim facetem i nie bawić się na siłę mimo wszechobecnej presji hucznej zabawy.

Tak całkiem na koniec zaserwuję sobie kilka postanowień noworocznych, których zwykle nie robiłam. Po pierwsze będę chodzić na fitness/jogę przynajmniej 3 razy w tygodniu. Na wiosnę zapiszę się na jazdę konną (już trzy lata się do tego zbieram). Nie będę się spinać i denerwować w pracy – nerwy i emocje nie są dobrymi doradcami. Zadbam wreszcie o siebie i odnowię znajomości. Zapiszę się na doktorat z ekonomii.

W Nowym Roku życzę Wam:
12 miesięcy zdrowia, 53 tygodni szczęścia, 8760 godzin miłości, 526600 minut pogody ducha i 31536000 sekund wspaniałej zabawy!