Archiwa tagu: pomoc

O tym jak w trzy lata zmieniłam się w paranoika

Pisząc paranoika mam na myśli osobę, która co chwilę zerka w okno i żyje w przekonaniu, że 3/4 społeczeństwa to sadyści. Poczynając od osobników bardzo nieletnich do starszych ludzi. Zaczęło się od tego, że adoptowaliśmy z klatki schodowej pierwszą kotkę. To był jeden z pierwszych dni listopada i przymrozków zarazem. Kulka była mała, puchata, głodna i płakała.

Czytaj dalej

I to by było na tyle w kwestii społecznego udzielania się

Chciałam dziś napisać o czymś innym, ale muszę sobie dać upust złości. Tak sobie myślę, że jakoś tak ciężko w tym kraju pomagać. Naprawdę. Szczególnie jeśli chce się pomóc jakiemuś bezdomnemu zwierzakowi. Nie chodzi mi już o sam stosunek niektórych ludzi do tego tematu, tylko o podejście służb do tego powołanych. Dziś wkurzyłam się szczególnie, bo wyszłam na wariatkę. Czytaj dalej

SuperW_logotyp

Miło czasem zrobić coś dobrego. Szlachetna Paczka :)

Dzisiaj chciałabym poświęcić te kilka (i więcej) bajtów danych na coś dobrego. I tutaj nie wiem, jak to wszystko napisać, żeby nie brzmiało patetycznie. No i jak nie przemycić moich głupawych żarcików… Zacznę więc może od sytuacji, która kiedyś mi się przydarzyła. Szłam sobie dumnym krokiem do swej niezmiernie ważnej pracy kelnerki w nadmorskiej smażalni. Nagle podbiła do mnie kobieta około trzydziestki z dziećmi. I zaczyna nawijać, żebym jej dała 20 pln. Z grubej rury zaczęła, nie tam od zetki, czy dwóch. Tak więc pytam „A dlaczego miałabym dać?” „Bo ja jestem samotną matką, nie mam pracy.” I standardowa nawijka, jak jej źle i jak to ciężko takie dzieci samej wychować (z tym akurat nie polemizuję). „A czemu pani nie pójdzie do pracy?” Zaczęła się krzywo wymigiwać. Już wiedziałam, czym to pachnie. „U nas w barze szukają pomocy kuchennej. Stawka jest dobra, to może pani odstawi dzieci i pójdzie, to zagadam z szefową?” Wykrzywiła się jak środa na piątek. „Żebym tak rybą śmierdziała, jak…” „No jak kto? Jak ja? Akurat co dzień chodzę do pracy. A nie stoję z wyciągniętą ręką na deptaku i czekam aż mi ktoś da.”

No i tu jest clue. Jak pomagać mądrze? Bo jak powiedział Ferdynand K. „kasę to by każdy chciał, a robić to ni ma komu!”. Skąd wiemy, że oddane przez nas rzeczy będą służyły komuś faktycznie potrzebującemu? Że trafią do takich osób, które są w kłopotach i mimo wszelkich starań nie dają rady z tego wybrnąć? Że nie mają recepty na życie „Jestem biedny, więc ktoś mi pomoże. W końcu to obowiązek pomagać biednym. A za 1500 to mi się robić nie opłaca. Wolę posiedzieć w domu.”?

Na takie akcje to ja nie idę. Dlatego naprawdę spodobała mi się idea SZLACHETNEJ PACZKI. To jest inteligentna pomoc. Chodzi o to, żeby dać wędkę, a nie rybę. Wiadomo, że nie każdy takiej wędki chce (jak ta kobieta, która nie chciała śmierdzieć rybą jak ja). Dlatego cały pic polega na tym, żeby znaleźć takich, którzy tej wędki będą chcieli. Takich, którzy znaleźli się w dołku tzw. niezawinionej biedy i pragną się z niej wyrwać. Jak to się robi? No właśnie, do tego potrzebni są Wolontariusze, którzy spotykają się z różnymi ludźmi. Rozmawiają, obczajają temat i w ten sposób wyłania się tych, którzy mądrej pomocy chcą. Oczywiście nie idzie się tak prosto z ulicy, tylko przechodzi szkolenia, które pozwalają nabyć obycia i względnej odporności na różne sytuacje.

Co robi taki Wolontariusz oprócz szukania potrzebującej osoby? Pośredniczy między nią, a Darczyńcą. Bo przecież nie każdy jest stworzony do tego, czym zajmuje się Wolontariusz. Można dać coś od siebie – czyli zmontować tę właśnie paczkę i  zostać Darczyńcą :) Zachęcam gorąco do jednego i drugiego! Ja zastanawiam się nad zostaniem Wolontariuszką. Nie chcę tu ściemniać, że na bank nią zostanę, ale sobie przemyślę sprawę. Nie bardzo mam co dać i mój budżet nie udźwignie zrobienia paczki dla kogoś, ale myślę, że znalazłabym w sobie tyle siły i chęci, żeby poświęcić drugiemu człowiekowi trochę swojego czasu w miejsce przeglądania demotów ;)

Przeczytałam prawie całą stronę SuperW oraz Szlachetna Paczka i mogę z czystym sumieniem stwierdzić, że mi się to podoba. Bardzo, bardzo. Przy tej okazji napomknę, że czytając te wszystkie materiały, spociło mi się oko (tak tak, nawet taki twardziel jak ja, się wzrusza). Są już realne wyniki działań z poprzednich lat – w 2012 roku udało się dotrzeć do 13 235 rodzin! Pan Karol otrzymał wózek, dzięki któremu pierwszy raz od wielu lat zobaczył krakowski rynek. Pani Jadwiga znalazła pracę. Pan Zbyszek ma z kim porozmawiać. Ciężko mojemu rozumkowi ogarnąć, jak trudno musi być człowiekowi zamkniętemu w czterech ścianach, samotnie…

Chyba można śmiało powiedzieć, że poziom naszej empatii jest całkiem dobrym wykładnikiem naszego człowieczeństwa… No i z samego dna często lepiej widać Twoją twarz :) Mam nadzieję, że także będziecie chcieli pomóc :)

Linki do Szlachetnej paczki zamieściłam już w tekście, ale jakby co to: www.superw.pl i www.szlachetnapaczka.pl ;)

Pozdro i pamiętać, że na Was liczę!!

Nowa członkini rodziny

Zaczął się sezon wakacyjny, a wraz z nim każdy szanujący się Polaczek, pozbywa się zbędnych zabawek. Poczynając od niemodnych już klapek plażowych z zeszłego sezonu, poprzez nowe fele i warstwę szpachli do swojej bumy pamiętającej prezydenturę Wałęsy, a kończąc na prezentach gwiazdkowych i urodzinowych. Takich małych puchatych prezencikach, które były idealne do słit foci z dziubkiem. Takich słitaśnych puszków, które potem porosły i zrobiły się kłopotliwe. Szczególnie uciążliwe stały się, gdy trzeba było wyruszyć na letni lans w Mielnie. Tak więc co się robi z zabawkami, które się znudziły? No wiezie się do lasu, wyrzuca przez okno albo wywozi gdziekolwiek np. pod sklep monopolowy.

Tak właśnie było z Młodą. Około trzech tygodni temu dołączyła do naszej Starej. Szliśmy sobie naszym ekskluzywnie obsranym przez psy blokowiskiem na piwo. Koło osiedlowego monopolu zauważyliśmy jakieś poruszenie. Sprzedawczyni razem z jakimś klientem i grupką widzów zaglądali pod wszystkie samochody i wołali „kici kici”. Gdy podeszliśmy bliżej usłyszeliśmy głośne miauczenie. Okazało się, że kot, którego szukali był na pobliskim drzewie. Głośno płakał, bo bał się zejść. Po wielu próbach udało nam się go zdjąć z drzewa.

Myśleliśmy, że to sprzedawczyni zwierzak, bo miała wystawione dla niego miski z wodą i jedzeniem. Powiedziała nam, że tego dnia pod sklep podjechał szybko jakiś samochód. Zahamował z piskiem, trzasnęły drzwi i szybko odjechał. Po chwili do sklepu wbiegł miauczący sierściuch. Nie wiedziała co ma z nim zrobić, bo sama ma już cztery. „Zostawię mu miski w krzakach na noc i może jakoś dożyje jutra.” Tak to się właśnie robi ze swoimi zwierzakami w lato. Wyrzuca się pod sklepem, jak śmieci.

Przy okazji napatoczył się jakiś menel, który wrzeszczał, że może kotu łeb ukręcić chętnie, jak nikt nie wie co z nim zrobić. Zrobiło nam się go szkoda (kota nie menela, jakby ktoś nie skumał) i postanowiliśmy go wziąć do naszej Starej, która nudzi się po całych dniach jak jesteśmy w pracy. Część drogi udało się nieść na rękach, potem szła przy nodze. Swoją drogą zaskakujące, gdy kot idzie ci koło nogi jak pies. Jeszcze tylko brakowało merdania ogonem :)

Niestety Stara nie przyjęła jej zbyt miło. Warczenie i syczenie. A potem szybkie czmychnięcie pod łóżko. Za to Młoda (wtedy myśleliśmy, że to ok. 5-cio miesięczny kocurek) najpierw wyczyściła michy z jedzenia, a potem ułożyła się na kanapie. Stwierdziliśmy, że oddamy ją do schroniska. Zadzwoniliśmy i po jakichś czterdziestu minutach przyjechali. Przywieźli transporter bez zamknięcia i byli zdziwieni, że kot wychodzi. „Bo pani mówiła, że jest w złym stanie.” „Mówiłam, że wychudzony strasznie!” „Aaa…” Rozdziawił paszczę i jakoś zabrał kota. Umówiliśmy się tak, że jeśli przez pięć dni, nikt nie przygarnie kota, przyjedziemy i weźmiemy ją na dom tymczasowy.

No i wzięliśmy. Dziwiłam się tylko, dlaczego co dzień wydzwaniają za mną, żebym kota zabrała. „Wie pani, na pewno coś złapie.” „Jak ma złapać, jak podobno jest w izolatce?” Potem zobaczyłam tę izolatkę. Ręce mi opadły. W sumie to, jak mówi mój znajomy – chuj opada. Zdrowego kota wsadzili do małej klatki w części kociarni przeznaczonej dla chorych kotów. Takich z kaliciwirozą, hesperwirusem, grzybicą, pod kroplówkami… No to nie dziwota, że mógł tam coś podłapać.

Zaintrygowało mnie też to, że nagle zagubiły się papiery Młodej, na których miały być jej wyniki badania weterynaryjnego. Po dwóch dniach od przywiezienia do domu zaczęły jej bardzo łzawić oczy, pojawił się katar i zrobiła się bardzo ospała. Pojechaliśmy do weta – koci katar. Do takiego stadium musiał rozwijać się już kilka dni, czyli w momencie kiedy dawali mi kotkę (nie musiałam płacić, a zawsze trzeba przy adopcji) była chora. Nie będę komentować takiej postawy pracowników schroniska. Tak czy siak, choroba okazała się na tyle zjadliwa, że po tygodniu leczenia, wiozłam kota prawie nieżywego na kolejną wizytę. Mina weterynarza mówiła wszystko – jest źle. Zdecydowaliśmy się na jej „uśpienie jej”, rentgen, badanie krwi i kroplówki. Po czterech dniach zabrałam ją do domu. Trochę jeszcze posmarkała i wyzdrowiała. Stara także zaraziła się od niej, ale na szczęście zaszczepiliśmy ją jak była mała i skończyło się tylko na lekkim katarku i kichaniu.

Musieliśmy jeszcze wykastrować Młodą. Wyszło, że była kotna, co wyjaśniało jej ogromny apetyt. Co do jej wieku też się pomyliłam. Ma około roku, a nie pięć miesięcy, ale to wina tego, że bardzo chuda jest. Pod palcami czuć każdą kosteczkę kręgosłupa i żeber. Taki mały, chudy, czarny złodziejaszek. I pijak, bo każdy pijak to złodziej ;P

W efekcie mamy w domu dwa czarne koty, dwa komplety kuwet i misek. No i syf nastajszczy, który wytwarzają z wielką pasją. Młodą rozpiera ciągła energia i sieje zniszczenie. Kopie w kwiatkach, rwie chusteczki higieniczne, obgryza moje zasuszone róże, które dostałam na pożegnaniu z produkcją… Goni Starą, dokucza jej i ciągle zaczepia wprawiając ją w nieustanną dezaprobatę. Ale nie żałuję, że ją wzięliśmy. Bardzo lgnie do ludzi i w końcu pewnie ktoś by jej zrobił krzywdę. Zapytał mnie spec od junkersa „I co będziesz pani brała tak wszystkie koty?”. Nie, nie będę brała, bo wszystkich na świecie nie uratuję, ale tym, którym pomogę uratuję cały świat. Czy jakoś tak to szło. Pozdrawiam!!

bubu

Bubu bez oczka szuka domu – pomóżcie go znaleźć

Dzisiaj tak szybciutko. Przypadkiem trafiłam wczoraj na to na FB i bardzo mnie to wzruszyło. Nie będę ściemniać, pobeczałam się po przeczytaniu tego. Smutne i tragiczne. Nie rozumiem niektórych ludzi. Może jakiś kociarz na to trafi. Śliczny koteczek. Do takich biało czarnych mam szczególny sentyment. Opis poniżej, zdjęcie kocurka i do tego link.

Bubu to około półroczny wykastrowany kocurek, którego zabraliśmy z jednego z zakładów pracy. Bubu był tam atrakcja, nie ma nic bardziej zabawnego niż kot, który chcąc wyjść wali głową w ścianę. Bubu początkowo bardzo się bał, teraz jednak okazał się ogromnym pieszczochem, który uwielbia głaskanie po brzuszku. Bubu bez problemu trafia do kuwety i do miseczki z jedzonkiem. Kot poznaje mieszkanie, uczy się jak skakać z tapczanu na podłogę. Wychodzi mu to coraz lepiej, jednak czasem trzeba go asekurować. Nie widzi na oba oczka. Na pewno potrzebuje przynajmniej na początku więcej uwagi niż kot, który widzi. Czy znajdzie się ktoś kto pokocha kota, który widzi sercem?
Kot znajduje się w domu tymczasowym w Tarnowskich Górach, jest pod opieką Fundacji Pomocy Zwierzętom Bezdomnym „Szara Przystań”.
Bubu jest zaszczepiony i wykastrowany. Jest przyjacielski w stosunku do innych kotów.
Kontakt w sprawie adopcji: tel. 514-413-521 lub e-mail: kotkibaziowe@gmail.com

Bubu

Więcej informacji na stronie -  https://www.facebook.com/JaPaczeSercem

 

Pozdrawiam i życzę miłego wieczoru. Oraz żebyście w te mrozy okazali serce bezdomnym zwierzakom!!

Warto pomagać?

Tyle się mówi o pomocy ludziom. Szczególnie tym z najbliższego otoczenia – sąsiadom, pani w sklepie, przypadkowemu przechodniowi. Mówi się i apeluje w radio, tv, necie, żeby nie być obojętnym. Że jak się coś dzieje, przykładowo słyszymy wrzaski i awantury z danego mieszkania co dzień. I z reguły, gdy stanie się coś złego, telewizja nachodzi sąsiadów i wszystkich wokół z namolnymi pytaniami „czemu państwo nie reagowaliście? Gdzie byliście, gdy za ścianą rozgrywała się tragedia?” Fakt, że zwykle większość normalnych ludzi nie interesuje się nadmiernie życiem sąsiadów. Ale są sytuacje, kiedy ewidentnie trzeba interweniować. Nawet, jeśli pod skórą czuje się, że jest to trochę donosicielstwo.

Ostatnio właśnie tak miałam. Mamy w wieżowcu wentylację grawitacyjną, więc słyszę wszystko, co u sąsiadów z góry. Mieszkają tam trzy kobiety (babcia, matka, córka) i mały chłopczyk. Czasem przychodzi do nich jakiś facet. I zawsze jak przychodzi, to jest awantura. Około dwóch – trzech tygodni temu robiłam sałatkę w kuchni i wszystko słyszałam. Najpierw się kłócili, potem wrzeszczeli, a na sam koniec było słychać jak je bije i wrzeszczy słówka typu „zabiję się ty stara suko!” Wszystko było tak głośno, że nie miałam wątpliwości i mimo wewnętrznego oporu zadzwoniłam na policję ;/ zawiodłam się na całej linii. Po pierwsze nie mogłam zgłosić anonimowego doniesienia – musiałam się z imienia i nazwiska przedstawić oraz podać adres. Po drugie było znacznie gorsze niż po pierwsze. Przyjechali i pierwsze co oznajmili sąsiadom, kto i skąd zgłosił skargę. Potem, żeby pokazać pełen „profesjonalizm” pytali te kobiety przy mężczyźnie, czy to prawda, że on je bił. Jakoś dla mnie było oczywiste, że wszystkie roztrzęsione jak galarety i zapłakane nie powiedzą przy oprawcy, że cokolwiek się działo. Ręce mi opadły. Już nawet nie na te babki, tylko na tych krawężników. Porażka. Mogli wziąć go osobno, to może wtedy by powiedziały prawdę. A tak on powiedział, że oglądali horror. A one przytaknęły. Funkcjonariusze podziękowali i tyle. Byle się nie przemęczyć. Pewnie poszli szukać bardziej wymagających celów na osiedlu w postaci małolatów z piwem w krzakach.

Stwierdziłam, że nic tam po mnie i zawinęłam się do sklepu. Po drodze słyszę, że ktoś biegnie w moją stronę. „Ty głupia suko!! Jeszcze raz się wtrąć, to cię zajebię!” Zbluzgałam gościa i powiedziałam, żeby sobie nie myślał, że wszystkie kobiety się go boją i będzie wszystkim rozkazywał. Potem postraszyłam go swoim chłopakiem i powiedziałam, że i tak będę dzwonić, jak coś usłyszę. Trochę się zdezorientował i spuścił z tonu. Zakończył tylko uwagą, żebym sobie zapamiętała. Tak, czy siak po tamtej sytuacji jakoś odechciało mi się dzwonić po pomoc w takich sytuacjach. Raz, że policja koślawo do tego podeszła. Dwa, że teraz nie chciałabym po zmroku spotkać sąsiada. Chciałam pomóc, a zrobiłam sobie wroga. I tyle. Z taką policją nie dziwię się, że ludzie nie dzwonią, a potem udają, że nic nie słyszeli.