Archiwa tagu: plotki

Niespodzianki ranią najbardziej

Ostatnio pisałam, że biegam nabuzowana, jak bomba zegarowa. Koleżanka mi mówiła, że robię się jakaś agresywna. Miała rację. Czułam, że chodzę z jakimś mega ciśnieniem, nie spowodowanym bynajmniej nadchodzącą comiesięczną męczarnią. Jakoś wewnętrznie się nakręciłam i nie zatrzymałam tego w porę. Dopiero pewna osoba, powiedziała mi bez ogródek, ale i bez złośliwości, że przeginam i zachowuję się zwyczajnie chamsko. Poczułam się tak, jakbym w nowych, drogich szpilkach wlazła prosto w wielką, śmierdzącą, psią srakę. I mi przeszło. Jak ręką odjął. Po sprawie. Czytaj dalej

Placebo

Gadałam w pracy cały czas o pierogach. Jakie są smaczne i super (ruskie). No i jaki znam kozacki przepis, a do niego patenty, żeby wyszły niepowtarzalne. Oczywiście, znam ten przepis i patenty, ale tylko w teorii, bo sama nigdy nie robiłam pierogów. Mam za małą kuchnię i nawet nie mam stolnicy ani wałka. Sama jestem jak ten wałek hahaha. Tak po prawdzie, to ja nie mam chęci, żeby uprawiać się z tymi pierogami sto lat. Najpierw ciasto, potem farsz… i cała niedziela zmarnowana. A potem jedzenie tych pierogów dwa tygodnie i wciskanie wszystkim na siłę, odsmażanie… eeee… szkoda lasu i atłasu.

Tak czy siak, moje wywody o ruskich pierogach, jakie powinny być, jak muszą smakować, wyglądać, pachnieć, stały się tak sławne, że wszyscy doszli do wniosku, że na bank te pierogi robiłam i to nie raz. Taaaa robiłam, ale z Babcią na zasadzie „podaj to”, „pomieszaj tamto”, „weź jeszcze pieprzu dosyp”. I stąd wiem, jak to powinno być. Ale żebym sama zrobiła, to raczej niemożliwe. Jednak wszyscy ogłosili mnie ekspertem od pierogów. Babki przychodziły pytać, jakie ziemniaki kupić, jakie jajka, jak cebulkę zesmażyć, itp. itd. I to żeby przychodziły takie lalki w moim wieku! Nie! Przychodziły kobiety, które mogły by być moimi matkami.

Porady okazały się podobno skuteczne. Zaczęły się regularne pytania, podziękowania i polecenia. Wszystkim wychodziło to na zdrowie, więc nie wyprowadzałam z błędu nikogo. Po co? Zresztą głupio by było powiedzieć „Wiecie co? Fajnie, że sobie wszystkie pichciłyście te pierogi, ale ja tak naprawdę nigdy żadnych samodzielnie nie zrobiłam!” Po co ludziom psuć nastrój. Nikt mnie nie spytał konkretnie, ile razy sama zrobiłam te pierogi, więc w zasadzie nikogo nie okłamałam. Sami sobie dopowiedzieli resztę. Ja tylko powiedziałam, że znam zajebisty przepis i parę patentów, a resztę doklecili sobie sami.

To były tylko niedomówienia. Dzika akcja wyszła, gdy przyniosłam do pracy pierogi. Ruskie. Tyle, że zakupione w tesco albo innej takiej padlinie. Wyglądały dość dobrze, skład też nie przypominał tablicy mendelejewa, widać było, że ręcznie robione. Byłam głodna jak kupowałam, więc przegięłam z ilością. I potem musiałam to dziadostwo żreć na siłę przez prawie tydzień. Z keczupem. Z musztardą. Z chrzanem. Z ćwikłą. Z sosem chilli. Ze wszystkim. Nawet podgrzane z serem żółtym. No wymiotować się chciało na sam widok!

Wzięłam je do pracy. Wszystkie. Pomyślałam, że może kogoś poczęstuję, jak będzie chciał. Nawet nie miałam zamiaru kłamać, że sama zrobiłam. Przyszła pora przerwy. Wyciągnęłam na talerzyk porcyjkę i bach do mikrofali! Zaraz rozszedł się zapach. Zlecieli się wszyscy. „Mmmm! Jak pięknie pachnie!” „Oooo! Chyba pierożki ruskie.” „Blondyna, a masz jeszcze na zbyciu?” Ku radości wielu osób miałam. Żeby to dla jednej osoby! Najadło się chyba z pięcioro delikwentów. Dałam pojemnik i powiedziałam, żeby sobie nakładali już do końca.

No i nakładali. A potem się zajadali. Znowu nikt nie zapytał, skąd mam. Faktycznie, dawały nawet radę te ruski, więc chyba stwierdzili, że to domowe. Przychodzili do mnie i mówili, że smaczne. Jeden kolega stwierdził, że on by trochę więcej pieprzu dosypał. Drugi powiedział, że może bym mu dała wskazówki robienia pierogów, a on mi zapłaci nawet, bo jego żona to nie umie takich robić. Wszyscy się zachwycali. Oczywiście nikt nie zapytał, czy kupne. W końcu zaczęło mnie to bawić i nic nie mówiłam.

Do teraz chce mi się śmiać, jak to sobie przypominam. Minęło kilka miesięcy i często słyszę pytania „kiedy znowu robisz pierogi?”. Wzruszam tylko ramionami i nic nie mówię. Swoją drogą ciekawe, że każdy taki znawca, a jak przychodzi co do czego, to nie odróżnią przysłowiowego gówna od twarogu. To jest właśnie efekt placebo ;)