Archiwa tagu: piwo

Letnia nostalgia w październiku, czyli summertime sedness

Dziś było wyjątkowo ciepło. Jak na październik. O godzinie siódmej, gdy wyjeżdżałam do pracy było czternaście stopni. Jadąc na rowerze, poczułam lato i zapach frytury z McD. Popatrzyłam na opadające resztki mgły i nieśmiało wyglądające słońce zza horyzontu. Pomyślałam sobie, że odkąd skończyłam studia, moje życie stało się nudniejsze i jakieś takie mdłe. I pomyśleć, że kiedyś irytowało mnie gadanie Rodziców, że jeszcze się napracuję w życiu i lepiej, żebym korzystała z tego, że nie muszę tyrać na etacie… Teraz rozumiem już, co mieli na myśli.

Czasy studiowania faktycznie były najlepszymi w moim życiu. Zaczynając od roku akademickiego w październiku, poprzez sesję, którą zwykle przechodziłam bez większych problemów, a kończąc na wakacjach. Właśnie wakacje były najlepsze w tym wszystkim. Od maja szukałam pracy. Później w sesji kursowałam pomiędzy egzaminami, a „dniami próbnymi”. Narzekałam na brak czasu, ale cieszyłam się na hajs, za który mogłam później melanżować z kumplami, kupować ciuchy, mp3-kę i mnóstwo innych rzeczy. Bez tłumaczenia się policji skarbowej w postaci Rodziców.

Teraz w każde lato żal dupę ściska, że mam to za już bezpowrotnie za sobą. Do pracy chodziłam na totalnej wyjebce. W końcu podawanie hamburgerów i frytek do tego przez 10-11 godzin dziennie to nic wymagającego skupienia. Przyznam, że dość frustrujące, kiedy gość nieumiejący poprawnie sklecić prostego zdania mówił do swojej dziuni, bądź równie inteligentnych koleżków, „Jaka głupia dupa. Mądra być nie może, skoro tu pracuje.” Początkowo wściekałam się. Potem kolega zdradził mi sekret, co robi się z takimi burakami albo innymi niemiłymi klientami. Po pierwsze jest się miłym do obrzydzenia. Po drugie, zagląda się na kuchnię, mówi tajne hasło i objaśnia, o które kanapki chodzi. Reszta robi się sama. Po trzecie, obserwuje się jak delikwent zajada się. Czym? Najróżniejszymi rzeczami. Tą słodką tajemnicę zostawię dla siebie. Dlatego pamiętajcie, żeby nie pomiatać tym, kto podaje Wam jedzenie. Zemsta bywa sroga i okrutna.

Wracając do tematu, pracą zbytnio się nie przejmowałam. Bywało, że wpadałam prosto z imprezy. Albo totalnie zrobiona albo totalnie skacowana. Z reguły w okolicy połowy sierpnia albo września rzucałam robotę w wielkim stylu. „Jak wam się nie podoba, to pocałujcie mnie w sam środek. Nie przychodzę do pracy, ani jutro, ani po jutrze. Nie mogę dostać wolnego, to rzucam tę robotę. Hmmm… A w zasadzie, to chyba dziś też w pracy nie zostanę. Astalavistabejbi!” I rzucałam wypowiedzenie temu kierownikowi, którego nie lubiłam. Oczywiście w dzień, kiedy był największy tłok. Uwielbiałam tę niezależność. Świadomość tego, że w każdej chwili mogę trzasnąć drzwiami i mieć to gdzieś. I wiecie co Wam powiem? Jeśli możecie sobie pozwolić na taki luksus, róbcie to. Później może być za późno. Teraz nie mogę powiedzieć szefowi „Panie, jak się Panu nie podoba, że się spóźniam, a nie widzi Pan darmowych nadgodzin, które tu odbębniam charytatywnie, to pocałuj mnie w sam środek i sam sobie tu siądź. Astalavistabejbi!”

Co jeszcze było takiego wspaniałego w tamtych wszystkich wakacjach? Sraczka. Tak, stara poczciwa sraczunia. W gastronomii dyskwalifikuje Cię w pracy. Niepodważalna przez lekarza i pracodawcę. Szczególnie cudowna, gdy pracujesz na umowę o pracę i świeci słońce, a słupek rtęci dawno przekroczył 30 stopni. Na miejscu był zawsze mój najlepszy kumpel. Sms rano „Siema parówo, jedziemy na plażę?” sprawiał, że automatycznie czułam się „chora”. No i odpowiedź zwrotna w tempie natychmiastowym „Siema parówo. No raczej.” Szybka wizyta u lekarza, a potem dostarczenie zwolnienia do miejsca pracy. Oczywiście kumpel stawał się moim kuzynem na tę okazję. Zapewniam, że zimne piwko na plaży smakuje najlepiej, właśnie wtedy, gdy 80% pensji i tak wpada Ci na konto. Leżysz na kocyku, grzejesz odwłok, pełen relaks, a tu pensja i tak wchodzi na konto. Lepiej pachnieć morzem i plażą, niż frytkami. Małe sprostowanie. Nigdy nie robiłam takich numerów w weekend. Po pierwsze, za duży ruch i nie byłam aż taka podła dla swoich przełożonych, żeby narażać ich na utratę najlepszej kasjerki. Po drugie, na plaży w weekend też jest zbyt tłoczno. Najlepiej jest w tygodniu…

Uwielbiałam sierpień i wrzesień. Wtedy nad morzem jest najlepsza pogoda. Woda jest ciepła, a powietrze specyficznie pachnie. Ludzi też jest nieco mniej… Zwykle wtedy też zrzucałam balast roboty, której nie lubiłam. Mogłam pozwolić sobie na jeżdżenie w nocy nad jezioro ze znajomymi. Na grille i spotkania. Robiłam co chciałam i kiedy chciałam. Właściwie mój kumpel był osobą, z którą głównie spędzałam czas. Jeździliśmy razem na wszystkie imprezy i pizzę z bigosem. Spędzaliśmy godziny na szwędaniu się po mieście i komisach samochodowych. Na kolędowaniu po znajomych… Nie było bunkrów, ale i tak było zajebiście.

Teraz pracuję i nie mam wakacji. Co najwyżej tydzień, dwa lub trzy. Nie mogę robić tego, co mi się żywnie podoba. Kumpel wyjechał i praktycznie się nie widujemy. Do tego ma laskę, więc i tak nie dałoby rady spędzać tyle czasu razem. Spotkania wspólnie, to nie to samo. Każdy o tym, wie. Co tu ściemniać. Tęsknię za przyjacielem, którego przez dorosłość straciłam. Tęsknię za słońcem, plażą. Generalnie za wolnością. Takiej, której już nie doświadczę. Co najśmieszniejsze, ta wolność pachnie frytkami.

Kilka słów o kawie i alkoholu

Jestem właśnie w trakcie trzeciego tygodnia detoksu. Od kawy i alkoholu. Jakoś tak samo wyszło. Pewnego poranka otworzyłam oczy. Bolała mnie głowa w okolicach zatok. Gardło paliło. Język miałam żółty, wory pod oczami. Całe szczęście to była sobota. Bo odbijało mi się piwem i chipsami. Nie wiem, jakbym poszła do pracy. Mam już za sobą kilkanaście epizodów, kiedy ledwo siedziałam w pracy, bo piekło mnie w żołądku, chciało mi się spać, pić, jeść i bolało mnie gdzieś za oczami. Do tego zaczęłam notorycznie zapominać. I przekładać na jutro. Zrobiłam się powolna, jak na swoje możliwości.

Zjadłam śniadanie i popiłam kawą. Liczyłam, że się obudzę, bo chciałam coś załatwić. Skończyło się na tym, że zważyłam się już kompletnie do reszty. Dochodziłam do siebie do godziny siedemnastej. Krótko mówiąc cały dzień z dupy. Jakby tego było mało, standardowo rozbolała mnie wątroba. Jak zawsze (ostatnimi czasy) po kawie. Takie uczucie jakby ktoś na wysokości przepony wciskał mi tępe narzędzie pomiędzy żebra i mieszał flaczki. To nie był kac morderca. Miałam różne zejścia nie raz i wiem, czym to pachnie. To był głos mojego organizmu mówiący „weź dobry rozbieg i pierdolnij głową w ścianę, bo się wykończysz.”

Tamtego dnia nie czułam się najgorzej w swoim życiu. Nie umiem tego opisać. Poczułam się jak wykręcona gąbka do podłogi. Taka szara, brudna i śmierdząca. Miałam autentycznie dość. Nie robiłam żadnych dziwnych postanowień poprawy. Wieczorem chciałam wypić piwo – w końcu sobota. Odpuściłam sobie po połowie. Nie smakowało mi. Tak po prostu. Na drugi dzień z rana czułam się w miarę ok. Po śniadaniu napiłam się kawy. Znowu rozbolała mnie wątroba i żołądek…

I przyszedł dzień, kiedy w pracy rano nie zrobiłam sobie kawy. Tylko zieloną herbatę z miętą. Co ciekawe, nie miałam kryzysu o godzinie 13. Cały dzień przepracowałam jak człowiek. Jeszcze po południu było nie najgorzej. Przyznam, że ten tydzień (pierwszy) był chyba najgorszym w ostatnim czasie. Byłam jakaś taka naciśnieniowana. Chodziłam jak bomba. Wszystko mnie wkurwiało. Niewiele jest osób, którym nie wbiłam jakiejś szpili w postaci wyrafinowanej złośliwości. Chyba zdążyłam wszystkim zajść za skórę. No trudno się mówi. Nikt nie powiedział, że zerwanie z wieczornym piwkiem to łatwa sprawa.

Dopiero zdałam sobie sprawę, że dwa piwa wieczorem to nie jest takie nic. Przecież jak byłam na studiach, to nie piłam tak często. Raz w tygodniu. Góra dwa. Jakie miałam problemy, żeby wstać rano! Jaka byłam nieogarnięta! A teraz fundowałam sobie takie coś prawie co dzień przez ostatnie dwa lata. Doszłam do wniosku, że sama sobie komplikowałam życie. Więc winko i piwko zostaje tylko na weekendy. Chociaż szczerze powiem, że specjalnie to nie mam ochoty na alkohol. W ogóle mi już nie smakuje…

I tak sobie trzeci tydzień egzystuję w odmętach zielonej herbaty, miętowej, czerwonej i innych dziwnych naparów. Jest spoko. Chyba zaczynam być sobą. Taką sprzed trzech lat. Skończyły się moje problemy z koncentracją. Może nie jest idealnie, ale nie jest tak jak po kawie. Gdy wypiję za dużo kawy mam dziwne zerwania filmu. Robię jedno, drugie, trzecie, niczego nie chce mi się kończyć. Zaczynam, przerywam, wracam, w końcu sama nie wiem co i po co robię. W moim przypadku kawa sprawdza się tylko na weekendy i to tylko na dni, kiedy nie muszę robić nic konstruktywnego.

Może to dziwne, ale dwie niewinne z pozoru używki jak piwo i kawa, potrafią posiekać mózg. Kiedy nie piję, czuję się autentycznie lepiej. Przez ostatnie trzy tygodnie wypiłam może ze trzy kawy i trzy piwa. I tak jest dobrze. Szczerze polecam. Dobrej nocy :)

Trzy ćwierci do śmierci

Chciałam dziś miło spędzić przedpołudnie na plaży. I spędziłam. Było zabójczo, bo dziś była ta najgorsza pogoda. Taka podstępna. Stopni 20 na termometrze, słońce w pełni, ani jednej chmurki na niebie i zimny wiatr. Taka pogoda zabija. Rozłożyliśmy sobie parawanik, kocyk i się wyłożyliśmy. Oczywiście byłam najbardziej blada na całej plaży. Gdybym była 15 kg grubsza, mogłabym uchodzić za turystkę z Anglii.

Posmarowałam się olejkiem z filtrem do opalania i modliłam się, aby słońce nie zaszło na widok mojej bladości i sadła. Nie zaszło. Naprawdę było miło. Szum fal, który relaksuje mój psychopatyczny umysł. Zaczęłam podsypiać i przestałam snuć wizje o powolnym uśmiercaniu „koleżanki” z zaopatrzenia. Wyciszyłam się. Pomyślałam sobie „make love not war”. Tak mi było miło! Wypróbowałam też nowe piwo z gatunku smakowych o niskiej zawartości alkoholu. Niestety nie jest w stanie zastąpić mojego ukochanego Redsiwa w żółtym, kwaśnym smaku… wycofanym z rynku kurwa mać!

Relaksowałam się tak z radością prawie trzy godziny. Pomyślałam, że to cudowny sen – mam wolny dzień i deszczem nie atakuje pogoda. Słońce też się nie schowało. Ono się nie schowało, bo postanowiło mnie do spółki z wiatrem załatwić. Zafundował mi takie dobre chłodzenie, że nie poczułam, jak spiekłam się niczym Austryjaczka na Majorce :/ Teraz siedzę i straszę.

Gębę mam czerwoną jak dupa pawiana. Napuchniętą jakbym piła wódę przez dwa tygodnie bez przerwy i to z gwinta na dodatek. Do tego telepie mnie na wszystkie strony. Raz mi zimno, raz gorąco. Mam czerwone strefy poparzeń chyba już drugiego albo trzeciego stopnia, bo mi się olejku nie chciało porządnie rozetrzeć. Słabo mi i w głowie mi się kręci. To jest udar słoneczny. Przeżywam to nie pierwszy i nie (zapewne) ostatni raz. Gdybym jednak przez najbliższe kilka dni nie zaśmieciła blogosfery wypocinami, powiadomcie odpowiednie służby, bo może moje zwłoki będą już gniły…

Pozdrawiam i życzę miłego weekendowania ;)

Juwe Juwenalia! Kto nie pije ten kanalia!

Dziś stara baba, czyli ja będzie wspominać. Oczywiście Juwenalia, które odcisnęły piętno na mojej psychice, a jeszcze większe na wątrobie. Czym są TKSy, dowiedziałam się dopiero na pierwszym roku studiów, gdy się zaczynały. Bo zawsze miałam spóźniony refleks i czasem kiepski ogar. Poszłam na imprezę w poniedziałek i… się schlałam. Poszłam na imprezę we wtorek i… też się znietrzeźwiłam. Piwo lało się strumieniami wszędzie, a w szczególności w tzw. miasteczku akademickim.

Jeśli chodzi o alkohol, to zawsze byłam dość ekonomiczna w temacie. Dwa piwa wystarczały mi do szczęścia. Generalnie w liceum często chodziłam na imprezy, ale mało piłam. Magiczną granicę ubzdryngolenia się przekroczyłam razem z koleżankami z grupy właśnie w Juwenalia. Nigdy nie porobiłam się do takiego stanu, żeby leżeć pod akademikiem w krzakach we własnych wymiocinach, jednak tamte dni i tak zapamiętałam do dziś. Głównie dlatego, że nigdy wcześniej nie byłam tyle razy na imprezach w ciągu niecałego tygodnia. W zasadzie to była jedna wielka impreza.

Wszystko odbywało się dość normalnie, nie było wielkich ekscesów, burd pijackich i innych przebojów. Widziałam tylko akcje typu kilku kolesi zwracających zupki chińskie z Radomia pod drzewami, ławkami i gdzie się dało. No i niesamowite ilości poniewierających się butelek i puszek. Piątek rano był końcem moich nierównych zmagań z TKSami. Obudziłam się nad ranem i trzepało mnie jakbym tydzień jadła tabletki z efedryną na katar. Koszmar. Myśli typu „Oj jak boli głowa, oj jak pić się chce.” Cały dzień dochodziłam do siebie. W sobotę też byłam przetrącona. Przechodząc koło sklepu musiałam odwracać głowę w drugą stronę, żeby przypadkiem nie ujrzeć gdzieś piwa. Na bank by mi się ulało. Cofało mnie na samą myśl o złotym trunku i jakimkolwiek innym.

Największe zdziwienie i szok przeżyłam, gdy dowiedziałam się jak brzmi rozwinięcie tajemnego skrótu TKS. Tydzień Kultury Studenckiej. Hmm… Z kulturą to ja się raczej nie zetknęłam. Owszem pamiętam jak przez mgłę koncert Jamala (współczuję mu, bo musiał chyba ze 20 razy bisować kawałek „policeman”, pewnie wzdryga go na wspomnienie tego do teraz), konkurs grillowania, domówkę u jakichś znajomych i konkurs karaoke. Współczuję wszystkim, którzy musieli wysłuchać dźwięków, jakie z siebie emitowałam pod wpływem. O! Pamiętam jeszcze, że zobaczyłam, jak pije się piwo w 20 sekund – odwrócić puszkę do góry nogami, trzeba zrobić niewielki otwór przy dnie puszki (w ściance), przyłożyć to do ust i obkręcić tak, aby była znów w „pozycji normalnej”, otworzyć ją i pić. Sama nie próbowałam, to nie wiem, jak żołądek to znosi.

Najśmieszniejsze jest to, że największy gnój robili nie studenci, tylko przypadkowi ludzie. Powywracane toi’toie i inne ciekawostki. Jedną studentkę zgwałcono pod budynkiem byłej stołówki. Oczywiście okazało się, że to nie był student. Porażka. Przez takie akcje Juwenalia były potem znacznie krótsze.

Zawsze uczestniczyłam w TKSach, może nie tak alko-aktywnie jak na pierwszym roku, ale jednak nie żałowałam sobie. Teraz, dwa lata po zakończeniu studiów ze zdziwieniem stwierdzam, że wcale mnie tam nie ciągnie. Wspominam to wszystko fajnie i z taką nawet łezką w oku, ale nie czuję, żeby chciało mi się tam iść. Dziwne. Może dlatego, że większości swoich znajomych tam nie spotkam już. Bo my już pracujemy i jesteśmy teraz tacy poważni. Prowadzimy dorosłe życie, pełne odpowiedzialności, w którym nie ma miejsca na głupoty. Taaa… jasne. Poważni. Hahaha.

Dopisane 25-05-2013. Browar! Wóda! Polibuda!           Seks! Muzyka! Politechnika!

Plażowanie w Mielnie

Pojechaliśmy sobie w sobotę do Mielna. Najbliższa plaża od domu. Było jakoś grubo po piętnastej, jak dojechaliśmy na miejsce. Położyliśmy się i opalaliśmy się. Było idealnie. Wiał lekki wiaterek, nie potrzeba było parawanu, słońce fajnie grzało. Podobało mi się. Plaża jest jeszcze dość szeroka i nie ma hord turystów z Poznania, Bydgoszczy, Warszawy i Łodzi, więc można sobie poleżeć spokojnie.

To znaczy, tak mi się wydawało, że jeszcze jest spokojnie. Akurat zaczęłam przysypiać na słoneczku, a tam słyszę, że jakichś dwóch typków niedaleko nas łazi. Otworzyłam oko i spojrzałam w ich stronę. Podeszli do dziury w siatce odgradzającej wydmy od plaży i rozpoczęli dialog na poziomie. „Tyyyy… ale jestem najebany!!” „Nooo… ja też. A słońce jak nakurwia!” „W Mielnie jesteśmy, to świeci! Ja już nie dam rady iść dalej. Leję tutaj!” „Taaa… Nie jesteś taki kozak!” „Jestem!” I po chwili wytrzeszczyłam oczy, bo faktycznie opuścił majtki i odlał się centralnie na plaży. Nie wierzyłam. Potem było jeszcze grubiej. Podciągnął gacie i oznajmił „Wszystkie dupy na plaży na mnie patrzą!” Jasne, każdy w pobliżu spojrzał się siłą rzeczy na durnia, który publicznie oddawał mocz.

Jego kolega okazał się jego godnym towarzyszem. Chociaż nie, on był pijanym durniem. Potknął się o własne końcówki i wpadł prosto w świeżutkie szczyny swojego koleżki. Zanosząc się od śmiechu potoczyli się w stronę swojego legowiska. Okazało się, że leżą całkiem blisko nas. Zaintrygowana ich głupotą zerkałam sobie co jakiś czas, co tam wyczyniają ci erudyci. Wbiegali na siebie, kopali się z wyskoku najczęściej, wbiegali do wody wrzeszcząc na całe gardło. Ale najważniejsze, że ciągle wlewali w siebie browar. I co chwilę wymieniali złote myśli „Ale się najebałem!!” „Ja też!! W chuj się najebałem!” „Ja najbardziej. Już bardziej się nie da!” „Dobra skończ kocie z oklapłymi uszami! Idź wąchać siki!” I tak w kółko. W zasadzie to na plaży w Mielnie normalna gadka. W sezonie czasami trudno usłyszeć coś innego.

Gdy wychodziliśmy z plaży też ich napotkaliśmy. Zdziwiłam się, bo był z nimi ojciec jednego. Pijany w sztok ledwo powłóczył nogami. Cały był czerwony jak burak i szedł z opuszczoną głową. Gadali, że zjedzą obiad i pójdą się napić, a potem na imprezę. Takie typowe chamy i buraki. Szła z naprzeciwka dziewczyna. Zapytali jej czy idzie na balet wieczorem. Odpowiedziała, że tak, a wtedy oni do niej „My też, ale nie z tobą! Hahahaha!” Później cieszyli się, że jej „dołożyli tekstem”. Faktycznie.

W sumie to taki mieleński standard. Zaczynam się powoli zastanawiać, z czego to wynika, że tacy ludzie przyjeżdżają akurat do Mielna. Może nie tyle co „tacy ludzie”, a w takim celu, czyli najebać się w chuj i iść na balet. Nawet już na parkingu widzieliśmy gościa, który niósł sobie flaszkę i colę w reklamówce. Zataczał się, ale wrzeszczał, że idzie się zrobić jeszcze bardziej. Gdy byłam w liceum byłam zajarana jeżdżeniem na imprezy do Mielna. Czasem byłam tam kilka razy w tygodniu. Teraz mi się nie chce i jeżdżę coraz rzadziej. Na plażę też mi się nie chce w sezonie jechać. Tłok, nie ma gdzie ręcznika położyć. Wolę korzystać, gdy sezon nie jest w pełni. Poza tym, tam jest fajnie. Mi może to spowszedniało, bo mam to na co dzień. Zachęcam wszystkich do przyjazdu w celach plażowania, picia i melanżu. Tylko uważajcie, bo na dłuższą metę Mielno niszczy każdego!

Damsko męskie dialogi

Nie uda mi się dobrnąć do tych humanistów. Naprawdę. Bo cały czas się przytrafiają na mojej drodze jakieś cuda na kiju. Dziś np. mój facet wreszcie był w domu szybciej. Szybciej to znaczy, że nie był w delegacji w zachodnim, cywilizowanym kraju i nie pracował n-ty dzień do dwudziestej z kawałkiem. Zobaczyliśmy się przed siedemnastą. Istny rekord w ostatnim czasie. Udało nam się nawet zrobić wspólne zakupy w stonce. Tu przy okazji nadmienię, że moje leniwe łapska trafiły tam na cud miód, taki że aż jestem wzruszona. Także…

Tattarattaaaaaa! Reklama! Jeśli jesteś leniwą, nieperfekcyjną, zbyt dobrze wykształconą bądź wypacykowaną lalą, aby profanować swe tipsy sprzątaniem albo po prostu normalnym człowiekiem, który jest tak urobiony w tyrce bądź zmelanżowany, że nie daje rady sprzątać częściej niż raz w miesiącu i wtedy z trudem powstrzymuje odruch wymiotny, to mam dla Ciebie idealne rozwiązanie. Perfectissimo wręcz i bynajmniej ;) Mr Magic – do łazienek oraz do kuchni. Bierzesz sobie otwierasz takie tam opakowanko. I co w środku? Magiczne chusteczki nasączone jakimś roztworem mega żrącym syf. Wysprzątają wszystko. Nawet moją chatę. Co najlepsze, czas sprzątania skróci się o 70%. Like it. I polecam. Koniec reklamy.

Teraz wracam do sedna. Rozmawiam sobie dziś ze swoim mężczyzną. O czym? A o ubiorze. Tak. Z mężczyzną. Nie przypuszczałam, że taki z niego elegancik. Biorąc pod uwagę, że prasowanie koszulek wprowadziłam mu ja. Bo wcześniej nie prasował. Mówił, że jak dobrze się roztrzepie mokre i odpowiednio powiesi, to będą proste. Zaczęłam prasować te koszulki, bo jednak za dużo przecinających się płaszczyzn tam widziałam. Chyba się zaraził tym widzeniem ode mnie, bo potrafi teraz do mnie przyjść i oznajmić „Kochanie! Kończą mi się uprasowane koszulki…” Jakby to ująć, taki elegancik mi tu przy boku wyrósł. W sumie, nie ma co się dziwić. Każdy chciałby wyglądać w miarę sensownie.

Kierowani tą wszechogarniającą nas elegancją, przeglądaliśmy tipy na wykopie, jak się facet powinien ubierać. I były buty. Takie z gatunku eleganckich, tudzież oficjalnych. Czyli pod gajer. Od razu napomknę, że nie jestem fanką gogusiów w koszuleczkach pod krawatem. Podoba mi się facet w szerokich spodniach, bluzie, superstarach. Zawsze tak mi się podobało i już chyba tak zostanie. Nic na to nie poradzę. To tak jak niektórzy mężczyźni mają słabość do kobiet w spódniczkach tak krótkich, że i tak wszystko odsłaniają. No i tak patrzymy na te buty, patrzymy… I nagle mówię „Zobacz kochanie. Tu nigdzie nie ma takich szpetnych trepów jak twoje.” „O jakich trepach mówisz?” „O twoich obleśnych butach pod gajer.” „Jakich obleśnych?! Zajebiste są!” Obruszył się. Ja się jednak nie poddałam i twardo parłam naprzód. „Zajebiste to one może były, ale z dziesięć lat temu. Nawet koleżanka mnie pytała skąd je masz, takie paskudy.” „Ona się nie zna.” „Jasne. No ile lat masz te trumniaki?” „Ja ci dam trumniaki! Odczep się od nich. Żebyś ty była taka stylowa…” „No! Ile je masz? Na studniówkę je kupiłeś?” „Nie ważne!” „Powiedz, ciekawa jestem.” „Na zakończenie gimnazjum!” Mina mi zrzedła totalnie. „To samo przez się świadczy, że takiego czegoś już się nie da nosić. One są toporne i pokraczne. Jak jakieś chodaki.” „Są super! Ładne. Wygodne. Skórzane. I nie pozbędę się ich nigdy!”

No i gadaj sobie z facetem… Sami to pierwsi do krytykowania kobiecych strojów. Białe spodnie – źle, bo dupa w nich duża i wieśniacko. Wzór w panterkę też nie halo. Kolor różowy – infantylny. I można tak w nieskończoność. A tu proszę. Sam potrafi pomykać w trzewikach, które pamiętają czasy Mojżesza. Buty są naprawdę PODŁE. Chętnie bym je tu sfotografowała i wrzuciła, ale jeszcze się obrazi…

Jednak nie ominęła mnie cięta riposta. Siedzimy w naszej niedawno urządzonej sypialni. Pyta mnie „Kochanie, pijesz piwko?” „Mogę, skoro tak usilnie nalegasz.” „Proszę.” I podaje mi puszkę. Na to mówię „Kochanie, ja bym się z sokiem napiła i przez słomkę.” „Eeee… nie marudź. Po co Ci takie udogodnienia.” „Oj, przynieś. Twoja dziewczyna takie lubi.” „Oj tam. Oj tam. Moja dziewczyna to lubi byle co, ważne żeby w głowie szumiało.” „Wiesz co? Kopa Ci zaraz zasadzę!” I się cieszy. Oj jak się kula ze śmiechu. To najpewniej była zemsta za buty. Z własnym facetem nie wygrasz. Obraziłam wspaniałe buciki, to spotkała mnie zemsta nietoperza.

Ochy, Achy i Mózgostrachy

Ten weekend był dla mnie tak interesujący, jak dawno żaden nie był. (Cóż za arcykonstrukcja zdania, moja Polonistka z LO pewnie się teraz na krześle przewraca) Aż mi po głowie chodziła taka pieśń – koleś śpiewa „Ale w koło jest wesooołooooooo, człowiek w pracy małpa w zoooo!” Pomyślałam sobie potem, że jednak małpa w pracy, człowiek w zoo. Bo taka małpa w zoo to w sumie pracuje. Na cały etat. A człowiek to właśnie w tej rzeczywistości ma jak w zoo. Albo nawet w cyrku. Na gwizdek wstaje do roboty. Na klaśnięcie wyczynia jakieś dziwne ewolucje i sztuczki w tej robocie. Potem na kolejny gwizdek goni do paśnika (Lidla jakiegoś albo innego sklepu), łapie co popadnie. A potem w domu wpiernicza. Jak małpa kit.

To tyle tytułem wstępu. Zacznijmy więc od piątku. Wracam z pracy, gonię do paśnika, a potem z paśnika do swojej gawry tudzież nory. Idę i patrzę sobie na pozostałą hałdę śniegu. Obok niej stoi jakiś wyżło-jamnik, zadziera łapę i leje na ten śnieg. Za nim goni jakiś tam inny psiak. I co robi? Rzuca się na ten już w obecnej tamtej chwili śniegomocz i sobie go oblizuje. Zjada! Jaki głupek. A wiecie, kto od tego psa głupszy? Ja! Bo myślałam, że jak do niego przemówię, to on przestanie. On na mnie zerknął, zamerdał ogonem, szczeknął i zaczął wpieprzać. Jak małpa kit.

Potem przyszły do mnie koleżanki. Na piwo i wino. Fajnie było, tylko niczego zbytnio nie pamiętam, bo już mnie zaczęła brać gorączka. I zapchał się nos. Jedyne co mi z tamtego spotkania w głowie świta, to coś o manewrach wojskowych i różnicach między Rosomakiem, a Leopardem. A potem to już tylko łapczywe łapanie każdego oddechu, bo przez rozdziawioną gębę, to ja nie potrafię.

Sobota była równie urokliwa. Cała przespana. I oczywiście okraszona odpowiednimi epitetami odnośnie zatok, nosa, kataru i gorączki. Jedyne pożyteczne co zrobiłam, to zamówiłam sobie kosmetyki od jumaka. No jak chcecie krytykujcie. Ja tam mimo wszystko zgadzam się z tezą, że Niemcom można bezkarnie odbierać dobra wszelakie. Pół Europy sterroryzowali i ograbili. To jak teraz im ktoś gwizdnie karton perfum, nie zbiednieją. A tak na poważnie, to jako absolwentka ekonomii, czyli nauki o gospodarowaniu ograniczonymi zasobami, stwierdzam, że kupuję u tego, który taniej sprzedaje to samo dobro. O!

W niedzielę było chyba najgorzej. Dwie nieprzespane noce. Dwie nieudane próby dezynfekcji piwem. Dwie tony obsmarkanych chusteczek. I zero poprawy. Tak koło 20 zmierzyłam sobie temperaturę. 38,9 stopni. Wspaniale. Rozpoczęły się wtedy szalone tańce mojego i tak już pokręconego umysłu. Stwierdziłam, że pewnie ktoś mnie podtruwa i dlatego jestem nieustannie zaspana i zmęczona. Robiłam kotce wykład, jak to ona ma dobrze, że jak coś podejrzane, to nie zje. A zjem wszystko, co wydaje mi się smaczne. Na to zadzwoniła moja Mama. „Jak się czujesz?” „Źle… raz mi ciepło, raz zimno. Z nosa lecą gluty o konsystencji butaprenu, głowa boli, gorączka rośnie. Tabletki nie pomagają.” „Ja ci powiem skąd to wszystko.” „Skąd? W pracy się pewnie zaraziłam, sporo osób ostatnio prycha.” „Nie! To wszystko przez ten twój kolczyk w nosie. To może być nawet zapalenie opon mózgowych. Czytałam w internecie, że od kolczyków się takie rzeczy robią.” Zaciekawiło mnie to. Lubię takie naukowe doniesienia wprost z forum dla gimnazjalistów. „Od jakich kolczyków?” „No tych w nosie!” „Dlaczego?” „Bo są blisko MÓZGU!!” Słowo mózg wypowiedziała takim tonem, że włos mi się na dupie zjeżył. „A co z tymi w uszach? Bo mam cztery w jednym i…” „Nie, no z tamtymi miałaś szczęście. Zagoiły się. Wyjmij dziecko ten kolczyk!” „No dobra. Jak poczujesz się szczęśliwsza, to wyjmę.” „Och, jak dobrze.” „Mamo, a ten w pępku, może zrobić tak, że będę bezpłodna? Bo on blisko macicy jest!” „Nie wkurzaj mnie!” I pac słuchawką. W tym momencie, kiedy jak tak bardzo chciałam kolejnych newsów. No ale cóż. Jak się nie ma co się lubi, to się kradnie co jest, jak mawiają pewni ludzie.

Stwierdziłam, że skoro już toczy mnie jakaś gangrena mózgu, która weszła nosem, to wypiję sobie piwo, bo i tak nie nadaję się do pracy. Trzy dni samoleczenia nie pomogły… Potrzeba więc pomocy specjalisty. Wracając jednak do piwa, to nie polecam w przypadku gorączki. Alkohol z podwyższoną temperaturą, okraszony mózgostrachami autorstwa mojej Mamy sprawiły, że robak lęku zaczął toczyć mą świadomość. Po jakiejś godzinie już byłam pewna, że zaraz umrę, a wszystko przez piercing nosa, który tam tkwi od dawna, a teraz postanowił mnie zabić. Celując prosto w mój procek! Bałam się już nie na żarty. Napisałam nawet sms do koleżanki, żeby podzielić się z nią swoją agonią. Mój facet patrzył się na mnie z politowaniem i kiwał głową. „Idź spać, bo brak snu Ci w głowie mąci.” No więc poszłam. I się nie wyspałam.

Wczoraj poszłam do lekarza. Orzekł zapalenie zatok. Dał jakieś śmieszne pigułeczki bez recepty, zwolnienie i kazał leżeć. A ja siedzę. Mam nadzieję, że to nie pogorszy leczenia. Dopiero po zjedzeniu tych tabletek polepszyło mi się. Bo wcześniej było mi słabo. Tak słabo, że musiałam kłaść się na łóżku, żeby się nie wywrócić. We łbie huczały mi bębny wojenne Mordoru, szykującego się do ataku na Śródziemie. I myślałam, że ktoś mnie otruł. Że naprawdę systematycznie podtruwa. Np. bromem. A potem jak już stracę świadomość i kontakt z bazą, to przykują mnie do łóżka. Jak w książce Dziennik Palahniuka. Polecam. Wtedy stwierdzicie, że ja jednak jestem całkiem normalna. Oczywiście każdy wolny dzień spędzam na zaznajamianiu sąsiadów ze swoimi gustami muzycznymi. To jak ustrój totalitarny. Mnie nie interesuje, że im się nie podoba. Mnie się podoba, to mają słuchać. Numer 1 – sprawia, że chce mi się tańczyć i potrząsać bolącą dyńką. Numer 2 – w końcu to Monika Brodka, nie hip-hop, którego sąsiedzi nie cierpią, więc po jaki ch*j walą w ścianę i drzwi? Przecież jestem na L4 i to element mojego leczenia, żeby falą akustyczną pobudzić zatoki do pracy… Numer 3 – całkiem ładny jest, w radiu często leciał. Powinni być przyzwyczajeni. Numer 4 – kozacki, chcę mieć refren na dzwonku.

Chciałam napisać o nimfomance i absolwentach studiów humanistycznych, ale musiałam dać upust weekendowym wizjom. Jutro się poprawię i napiszę coś, co się trzyma kupy i dupy ;)

Pozdrawiam cieplutko. Ciepluteńko, jak moja gorączka.