Archiwa tagu: pieniądze

Sunday blues – trochę stresu, trochę strachu, trochę niepewności

Właśnie mnie złapał sunday blues – boję się jutrzejszego poniedziałku. W sumie to już o szesnastej. Z tego wszystkiego zrobiłam porządek w szafie. Ułożyłam kupkę spodni i spódnic, które jeśli nie schudnę do lata, sprzedam na tablicy. Wygrzebałam kolejne rzeczy do sprzedania już dziś. I niestety nie uspokoiłam się ani trochę. Prysznic nie pomógł. Herbata też. Jestem zdenerwowana. Bo nie wiem, co zrobić. Nie wiem, czy zmienić tę pracę, czy nie.

Bo z jednej strony dobrze byłoby pozostać w tzw. „ciepłym kurwidołku”, bo pod pewnymi względami nim jest. Chorować można, zajść w ciążę można. Jest gdzie wrócić. Firma upadkiem raczej niezagrożona. Ale z drugiej strony praca nie jest ciekawa. Nie jest też dobrze płatna. W dodatku miałabym się zajmować papierami już w niedługiej przyszłości. Póki co jestem w logistyce, a papiery… Proszę, wszystko tylko nie to. Nie nadaję się do tego kompletnie. Nie umiem, nie potrafię, i nie chcę. Bo sprawy papierkowe są alogiczne. Czytam jakieś ustawy i nie wiem, co czytam. Jestem inżynierem, a nie urzędniczką albo papierologiem. No i tak sobie myślę co dzień, że nie jest to miejsce, w którym chciałabym zapuścić korzenie, bo nic ciekawego na mnie nie czeka.

W nowym miejscu czeka na mnie sama nie wiem co. Bo skąd mam wiedzieć? Na pewno dojazdy. Większa pensja o 25%. Podobno lepsza atmosfera pracy. Podwyżka coroczna… Praca w tzw. międzynarodowym zespole.

Do jutra muszę podjąć decyzję. Jestem w domu sama, bo mojego faceta nie ma. Nie mam więc z kim pogadać. Koty nie odpowiadają, jak do nich mówię. Pewnie mają to gdzieś, byle by tylko jedzonko w michach było. Z jednej strony czuję, że ta zmiana to dla mnie szansa. Z drugiej strony, wygodniej siedzieć na tzw. pewnym stołku. I tak się miotam w sobie. I kto by pomyślał, że będę nad tym rozmyślać, biorąc pod uwagę, że o zmianie usilnie rozmyślałam od dłuższego czasu. Rozum mówi – bierz nową pracę. Tchórz mówi – zostań tam, gdzie jesteś. No i co mam zrobić?

Ciężkie jest życie stażystki

Zaczęły się wakacje, a razem z nimi sezon staży i praktyk. Do naszej firmy przychodzi naprawdę wielu stażystów. Co prawda, gdy byłam na produkcji, nie widywałam tych tabunów żądnych wiedzy studenciaków. No ale, któż pokalałby swe inżynierskie/magisterskie ręce praktyką w Pionie Produkcji? Tam jakoś chętnych nie było. Za to w marketingu, IT i serwisie jest ich naprawdę sporo.

Moją uwagę przykuła jedna dziewczyna. Zaczęła jakoś niedawno. W pierwszy dzień, gdy przyszła, zagadała nieśmiało do naszej koleżanki, bo od godziny chodziła po korytarzu i nikt na nią nie spojrzał. Sama widziałam, że ktoś się szwenda, ale stwierdziłam, że skoro nie wie, po co przyszła, to niech się namyśla dalej. I dłubałam swoje. Później wyszło, że dziewczyna ma odbywać praktyki m.in. w naszym dziale. Ponieważ nikt nas nie poinformował, że zacznie, nic dla niej nie przygotowaliśmy.

Każdy siedział cichutko, żeby tylko nie dostać zgniłego jajka w postaci stażystki. W tym i ja. Tak serio, to nikt nic do niej nie miał. Po prostu każdy chce robić swoje, a nie tracić czas na naukę, kogoś kto i tak nie zostanie w firmie. Po jakimś czasie padło na mnie, żebym ją oprowadziła po produkcji, bo tam p r z e c i e ż  p r a c o w a ł a m. No więc poszłyśmy. Opowiadałam jej to i owo. Przy okazji wypytałam, co chciałaby robić. Okazało się, że umie (podobno) spawać i mogłaby nawet iść na spawalnię. Szacun. Ja spawać nie potrafię. Ze dwa razy zdarzyło mi się stać koło wyłączonego migomatu. Generalnie wydawała mi się dość ogarnięta.

Zrobiło mi się jej szkoda. Przecież wiadomo, że nikt do niczego jej nie dopuści. A tym bardziej do spawania. Pomyślałam o swoim byłym przełożonym. Jakie miał podejście do kobiet. Gdyby mu powiedzieć, że ona może spawać, chyba udławiłby się ze śmiechu. Dlaczego? Bo jego światopogląd nie dopuszcza takich perwersji. A nawet gdyby, to szkoda mi nawet pomyśleć, jak bardzo pracujący na brygadzie faceci by z niej szydzili. Przynajmniej na początku.

Koniec końców trafiła do serwisu. I tam… Siedzi. I chyba nic nie robi. Ostatnio widziałam, jak siedziała i przeglądała jakieś foldery i dokumentację. Innym razem robiła coś w swoim telefonie. Dziś kazali czyścić jej jakiś sprzęt po targach, czy tam wypożyczeniu. I tu rozbijamy się o kluczowe pytanie – na chuj jej ten kaktus?! Po co jej taki staż? Co ona się na nim nauczy? Korzystać ze szmaty i środka czyszczącego zapewne umiała wcześniej. Przeglądać foldery też. Będzie tak pętać się cztery tygodnie w te i wewte. A do tego tracić ładną pogodę.

Jakby to powiedzieć? Stażyści robią nic. Bo z jednej strony, kto ma czas tracić na nich cenne godziny w pracy? A z drugiej, nie wiadomo, czy ktoś ci nie spieprzy roboty, nawet mając dobre chęci. I tak toczy się błędne koło, kiepskiej edukacji. Nawet tej podobno praktycznej. Nikt stażysty nie chce uczyć, stażysta wychodzi z praktyk głupi, jak był wcześniej. Dodatkowo bardziej rozczarowany i z poczuciem zmarnowanych wakacji.

Żeby chronić się przed takim absurdem, zawsze w lato pracowałam. Miałam mało ambitne zajęcia, ale przynajmniej nie za darmo. O frytkach, hamburgerach i rybach wiem wszystko, hehe. Nie zmęczyłam się zbytnio, a do tego był hajs na imprezy i inne potrzeby. Nie udawałam też, że wykonuję niezwykle istotne dla świata i potomnych zajęcia na stażu. Był czas, że żałowałam swojej „fast-foodowej” kariery. Myślałam, że może jednak warto było iść na jakiś staż i się czegoś nauczyć. Teraz widzę, że jednak lepiej było smażyć fryty i podawać hamburgery, bo i tak bym niczego się nie dowiedziała. Co do stażystki, jutro powiem jej, żeby policzyła mi ulotki w szafie, bo mi się nie chce.

Co można zaobserwować na L-4

No to dzisiaj jadę z grubej rury. Na początek cytuję klasyka „Jak żyć?!” Takie mam ostatnio przemyślenia. Dlaczego? Bo jestem na L-4. A wtedy mam nadmiar czasu. Wszystko co mam do zrobienia, zdążę zrobić. Obiadek ugotuję. Nawet coś posprzątam. Piszę swoją powieść. No żyć, nie umierać. Przychodzi mój facet jemy sobie razem obiadek… Człowiek wypoczęty, zrelaksowany, wyspany. Tak bym mogła co dzień. Jeszcze byłoby mnóstwo czasu, żeby o siebie zadbać. Zrobić sobie pazurki, iść do fryzjera, strzelić mejkap dokładnie, a nie na szybko jak co rano.

Normalnie byłabym wtedy jak te wszystkie zadbane laseczki, które mają bogatych mężów i nie muszą pracować. Tak jak jedna moja znajoma z podstawówki. Chodziłyśmy razem do klasy, ale nie kumplowałyśmy się zbytnio. Potem poszłyśmy do innych gimnazjów i nasze drogi się rozeszły. Spotkałam ją dopiero na studiach, gdy pracowałam w popularnej sieci fast food. „Ooo! Cześć! Co tam u ciebie?” „Hej. Spoko. Studiuję i pracuję przez wakacje tutaj.” „A co studiujesz? Bo ja studiowałam trochę kosmetologię, ale przestałam, bo mi się nie chciało.” Powiedziałam, co studiowałam. Musiałam wyjaśnić, na czym to polega. „Ojej! To strasznie trudne. Że też chce ci się. I jeszcze tutaj pracujesz. Przecież to trochę wstyd podawać hamburgery.” „Czy ja wiem? Wstyd to chyba stać przy drodze i czekać, aż jakiś napalony kierowca się zatrzyma.” „Hahaha! No, ale wiesz? Współczuję Ci bardzo. Ciężkie masz życie. Jesteś na jakichś dziwnych studiach, pracujesz w hamburgerach…” „Nie patrzyłam na to w ten sposób.” „A widzisz, ja się ustawiłam. Mam bogatego męża. Co dzień mam, ile kasy chcę na swoje wydatki i nie muszę się męczyć jak Ty.” Wtedy pomyślałam sobie, że ciekawe ma koleżanka podejście do życia. Nic nie robić, tylko doić bogatego faceta z kasy. W pewnym sensie frajera, bo biedak nie widzi, że jest tylko i wyłącznie bankomatem do zaspokajania potrzeb swojej kobiety. Jeszcze wyszła za niego za mąż, aby przypadkiem źródełko sponsoringu nie uschło.

Stwierdziłam, że ja nie chciałabym być taki pasożytem liczącym na łaskę i niełaskę męża. Lepiej mieć mniej, ale swoich pieniędzy, uczciwie zarobionych. Teraz widzę, że suma sumarum koleżanka wychodzi na swojej legalnej formie prostytucji dużo lepiej niż ja. Nie wstaje na komendę, nie stresuje się w pracy, nie użera się z nikim i pewnie nigdy nie jest zmęczona. Za to zawsze zadbana i pachnąca… Tak myślałam w pierwszym dniu zwolnienia lekarskiego. W drugim zaczęłam się już nieco nudzić. Na trzeci dzień odechciało mi się siedzieć w domu i czekać nie wiadomo na co. Zupełnie bez sensu. W ciągu dnia zrobi się tyle samo, co jakby się było w pracy. A wolny czas się dłuży i dłuży. Ileż to można te paznokcie malować?

Co więcej, nie mając po południu już kompletnie nic swojego do roboty, zaobserwowałam coś, czego wcześniej nie miałam czasu zauważyć. Po pracy przychodziłam do domu, ucinałam sobie drzemkę, a potem brałam się za obiad. Przed siedemnastą wracał mój facet i jedliśmy razem. Potem robiłam różne rzeczy. A to pranie, prasowanie, blogowanie, joga, fitness, spotkanie z koleżankami… A teraz zjadaliśmy obiad razem. Po zjedzeniu mój mężczyzna siada do komputera i sprawdza. Demotywatory, Facebook, Wykop, WP, Onet, Joemonster… Długo by jeszcze wymieniać. Albo zajmuje się swoimi tematami. Naiwnie myślałam, że zjemy obiad i porobimy coś razem. Tylko dlatego, że ja mam nadmiar wolnego czasu. A on zajęty swoimi sprawami. No tak. Wcześniej tego nie zauważałam, bo też byłam zajęta.

Naszła mnie z tej okazji taka oto konkluzja – lepiej pracować i mieć swoje życie. Opieranie swojej egzystencji w zupełności na drugiej osobie musi być strasznie nudne. Nie ważne, czy to w kwestiach finansowych, czy wspólnego spędzania czasu. Kiedyś ta druga osoba może się zniechęcić. Jeżeli związek był z miłości, to prawdopodobnie obie strony będą próbowały o niego walczyć. A jak tylko dla pieniędzy, to „bankomat” może się ocknąć i olać temat. Także po raz kolejny stwierdzam, że moje życie nie jest takie złe i że koleżanka nie miała racji. To raczej ja jej współczuję. W zasadzie współczujemy sobie nawzajem. Ja jej tego, że musi liczyć na łaskę pana, a ona mi że mam dużo mniej czasu dla siebie. Każdy kij ma dwa końce.

Jestem zdegustowana

Dobrze, że na święta pojechaliśmy do Torunia. Bo w tym swoim mieście bym nie wytrzymała. Tu jakoś łatwiej mi nie myśleć o pracy. A mam o czym myśleć. Miała miejsce obrzydliwa sytuacja. Najpierw kazali nam wypełniać wnioski o dodatek świąteczny (de facto z naszego funduszu socjalnego). Było mówione, że go dostaniemy. Nie myślałam specjalnie o tym dodatku, bo nie pracuję nawet całego roku. Poza tym, gdzieś pod skórą czułam, że będzie chujnia z tym dodatkiem. I czułam bardzo dobrze.

Jeszcze cały zeszły tydzień byliśmy chwaleni, że produkcja ma 2 razy większy wynik niż w zeszłym roku, że nie jest najgorzej. Cały czas było mówione, że dodatek dostaniemy. Nie zaplanowałam wydatków, bo nauczyłam się na studiach, że nie planuje się (ani nie wydaje) pieniędzy, których się nie ma. Zresztą nie wiedzie mi się najgorzej. Jak coś mogę w ostateczności poprosić rodziców o pomoc. Ale są u mnie ludzie, którzy zarabiają 1300 zł na rękę i są jedynymi żywicielami rodziny. Generalnie większość produkcji nie zarabia wiele. I ładnie to dzień przed świętami mówić, że dodatku nie będzie wcale? Można było od razu powiedzieć, że dodatku z funduszu nie będzie. Ciekawe na co został przeksięgowany? Ciekawe, czy handlowcy nie dostali swoich premii rocznych?

No tak się nie robi. To jest obrzydliwe. Dać ludziom nadzieję na dodatkowy pieniądz. Szczególnie tym, którzy żyją od pierwszego do pierwszego. Bo nie mają innego wyjścia. A co jak z tych pieniędzy zaplanowane były prezenty dla dzieci? Co im się powie „jednak zarząd stwierdził, że nie da nam kasy”? Zaraz po tej wiadomości był strajk. Stanęły prawie wszystkie brygady. O dziwo u mnie coś robili. Ale nawet nie miałam śmiałości marudzić, żeby robili szybciej. Powiedziałam tylko, że proszę, żeby dziś robili cokolwiek. Mieli zostać dłużej. Nie zostali. Mieli przyjść do pracy dziś. Nie przyjdą. A ja nie mam wstydu w takich okolicznościach prosić ludzi o nadgodziny. Tak więc jestem zdegustowana. To jest chamstwo. Tak się nie robi. Gdybym była na ich miejscu bym strajkowała. Ale mi nie wypadało. Dlatego coś robiłam. Chociaż widząc ludzi i atmosferę, to mi się odechciało wszystkiego. I jeszcze komuś zostają złudzenia, że w przyszłym roku będzie się chciało komukolwiek szybciej pracować?

Piękny prezent dla załogi od Zarządu Spółki. W imieniu załogi serdecznie dziękuję i życzę wesołych świąt – wam na stołach jedzenia na pewno nie zabraknie.