Archiwa tagu: odpoczynek

Trzy ćwierci do śmierci

Chciałam dziś miło spędzić przedpołudnie na plaży. I spędziłam. Było zabójczo, bo dziś była ta najgorsza pogoda. Taka podstępna. Stopni 20 na termometrze, słońce w pełni, ani jednej chmurki na niebie i zimny wiatr. Taka pogoda zabija. Rozłożyliśmy sobie parawanik, kocyk i się wyłożyliśmy. Oczywiście byłam najbardziej blada na całej plaży. Gdybym była 15 kg grubsza, mogłabym uchodzić za turystkę z Anglii.

Posmarowałam się olejkiem z filtrem do opalania i modliłam się, aby słońce nie zaszło na widok mojej bladości i sadła. Nie zaszło. Naprawdę było miło. Szum fal, który relaksuje mój psychopatyczny umysł. Zaczęłam podsypiać i przestałam snuć wizje o powolnym uśmiercaniu „koleżanki” z zaopatrzenia. Wyciszyłam się. Pomyślałam sobie „make love not war”. Tak mi było miło! Wypróbowałam też nowe piwo z gatunku smakowych o niskiej zawartości alkoholu. Niestety nie jest w stanie zastąpić mojego ukochanego Redsiwa w żółtym, kwaśnym smaku… wycofanym z rynku kurwa mać!

Relaksowałam się tak z radością prawie trzy godziny. Pomyślałam, że to cudowny sen – mam wolny dzień i deszczem nie atakuje pogoda. Słońce też się nie schowało. Ono się nie schowało, bo postanowiło mnie do spółki z wiatrem załatwić. Zafundował mi takie dobre chłodzenie, że nie poczułam, jak spiekłam się niczym Austryjaczka na Majorce :/ Teraz siedzę i straszę.

Gębę mam czerwoną jak dupa pawiana. Napuchniętą jakbym piła wódę przez dwa tygodnie bez przerwy i to z gwinta na dodatek. Do tego telepie mnie na wszystkie strony. Raz mi zimno, raz gorąco. Mam czerwone strefy poparzeń chyba już drugiego albo trzeciego stopnia, bo mi się olejku nie chciało porządnie rozetrzeć. Słabo mi i w głowie mi się kręci. To jest udar słoneczny. Przeżywam to nie pierwszy i nie (zapewne) ostatni raz. Gdybym jednak przez najbliższe kilka dni nie zaśmieciła blogosfery wypocinami, powiadomcie odpowiednie służby, bo może moje zwłoki będą już gniły…

Pozdrawiam i życzę miłego weekendowania ;)

Majówkowe przemyślenia

Zauważyłam, że dużo bardziej od gospodarki w majówkę cierpią portfele i konta bankowe. Może nie wszystkich, ale mój i moich znajomych na pewno. Wyjazdy, grille, wycieczki i inne atrakcje kosztują. Ostatnio ze zgrozą spojrzałam na rachunek z supermarketu opiewający na 84 pln. Woda, piwo, warzywa, węgiel, chleb, musztarda i kilka innych drobiazgów. Do tego jeszcze osobny rachunek za mięso. Wszystko zjedzone i wypite w jedno w zasadzie popołudnie. Nie twierdzę, że spotkania ze znajomymi nie są tego warte, ale jakoś tak drogo wychodzi…

Najtrudniejsza majówka jest dla wątroby. W tych dniach wolnych wzrasta spożycie alkoholu. I jakbym się nie starała, nie da się nie pić. Brzmi to co najmniej głupio, ale niestety tak jest. Spotyka się dawno niewidzianych znajomych albo pojawiają się inne okazje. Ja miałam tak przykładowo wczoraj. Z mojego planu nie picia już więcej alkoholu pozostało nic.

Dwa dni wcześniej postanowiłam sobie, że koniec z popijaniem piwka, winka, bo się po prostu marszczę i starzeję. Nie od wczoraj wiadomo, że alkohol bardziej szkodzi kobietom niż mężczyznom. Niestety mam niezbite dowody, gdy patrzę w lustro. Prowadzę tryb życia bliższy statystycznemu mężczyźnie niż statystycznej kobiecie i definitywnie nie wychodzę na tym dobrze. Poza tym, gdzieś w głowie dzwoni mi ostrzegawczy dzwonek, że po prostu piję za dużo. Piwko tu, piwko tam i tak wychodzi, że czuję się jak jakaś alkoholiczka.

Właśnie przy okazji majówki dotarło do mnie, że w naszym kraju jest bardzo duże społeczne przyzwolenie na picie alkoholu i w zasadzie to ciężko go nie pić. Staliśmy w sklepie w kolejce do kasy i zaczęłam zerkać, co ludzie mają w koszykach. Praktycznie każdy miał jakieś browary, a co niektórzy wódę. Jedna para miała cały koszyk Hainekenów. Gdy kasjerka zaczęła liczyć, wyszło 120 butelek! Może to na jakieś większe spotkanie, bo wątpię, że wypiliby to sami. Tak, czy inaczej wszędzie jest ten alkohol, a w majówkę widać to najdobitniej. I najtrudniej odmówić. Każdy ciągle namawia, a to na piwko, a to na coś innego i na dobrą sprawę człowiek mógłby chodzić pijany jak bąk cały czas.

Właśnie dlatego, że nie chcę pić już tak dużo, postanowiłam sobie zrobić 100 dni bez alkoholu. I po drugim dniu poniosłam klęskę. Odczuwam w związku z tym niesmak i pogardę w stosunku do własnej osoby. Co by się stało, gdybym odmówiła? Na pewno nie miałabym dziś kaca i potwornego bólu żołądka. Miałabym też mniejszą pewność, że jestem bardzo podatna na różnego rodzaju „-holizmy” i „-manie”. Chyba czas w końcu wydorośleć i pod względem melanżu. To już nie gimnazjum, liceum ani studia, że można sobie chodzić na bombie tak ni z gruchy ni z pietruchy.

Dopiero teraz, gdy bliżej mi do 30 niż do 20 zrozumiałam, że na pogadankach profilaktycznych nie kłamali. Do opowieści o problemach zdrowotnych i szybszym starzeniu podchodziłam na zasadzie „jeszcze jestem młoda, wyglądam dużo młodziej niż na swój wiek, mi to nie zaszkodzi”. Teraz widzę, że zaszkodziło. Najgorsze jest to, że nie wyobrażam sobie swojego życia bez melanży. Chociaż do końca sama już nie wiem, co rozumiem przez to słowo. Od długiego czasu mam wrażenie, że jedyne co robię to umieram. Powoli co dnia i po kawałku. Żyję tak, jakby jutra miało nie być.

Sama wpędzam siebie do grobu. Chujowym żarciem, piciem, używkami różnej maści od kawy począwszy, a na chipsach skończywszy, robotą której serdecznie nienawidzę, mieszkaniem w mieście, o którym mówi się, że „tutaj ludzie umierają”. Jeszcze trochę w ten sposób i skoczę z wieżowca. Chociaż póki co, jestem na to zbyt wielkim tchórzem. Boję się tego, co jest po drugiej stronie, a jeszcze bardziej boję się tego, że np. spadłabym jakoś koślawo i poskładaliby mnie do kupy i do końca życia byłabym podłączona do jakiejś aparatury i robiła za obrzydliwy ciężar dla bliskich. Także póki co nie skaczę, tylko staram się ograniczyć spożycie.