Archiwa tagu: kobieta

Obrzydliwe męskie pomysły

Faceci mają mnóstwo swoich dziwacznych zwyczajów, które można zwyczajnie olać, dopóki nie zamieszka się z takim pod jednym dachem. Wtedy te zwyczaje zaczynają uwierać jak za małe stringi albo za wąskie spodnie rurki. I to nie jest tak, że my marudne baby czepiamy się, bo lubimy komuś truć nad głową i zagęszczać atmosferę. Tu chodzi o to, że pewne rzeczy można by zrobić nieco inaczej i całego problemu by nie było.

Zacznę od tego, że nie jestem jakąś wielką estetką i pedantką. Nie mam obsesji białej rękawiczki ani nawet nie odkurzam co drugi dzień. Myślę, że podejście do sprzątania mam mniej więcej takie, jak statystyczny mężczyzna – sprzątam, jak jest brudno/zaczyna mi to przeszkadzać. Są przecież ciekawsze zajęcia niż latanie na szmacie całe popołudnie. Jedyna obsesja, jaką mam to wietrzenie mieszkania. Nie lubię tego ohydnego smrodku, jaki czuć u ludzi, którzy wietrzą od święta.

No, ale (przecież musi być to ale) pewne pomysły facetów są dla mnie niezrozumiałe. Takie małe, prawie nic nieznaczące paskudztwa. Co ciekawe, zauważyłam, że to jest norma dla większości męskiej populacji. Gdy chodzę do jakichś kolegów, widzę to u prawie każdego na chacie.

Najgorsze, dosłownie najpaskudniejsze jest smarkanie do zlewu. Naprawdę w głowie mi się to nie mieści. Po pierwsze dlatego, że te gile lecą przecież w losowo obranych kierunkach, więc można mieć taką wątpliwą ozdobę przykładowo na koszulce. No, ale jedni lubią pomarańcze, a inni zapach starych skarpet, więc sobie może tak smarkają i potem się dziwią na koniec dnia „skąd ten kawałek gluta na mojej koszulce?”. To mi lata koło zadka akurat, bo nie ja paraduję w takiej stroju. Najgorsze z tego wszystkiego jest to, że potem takie smarki można nagle zobaczyć przylepione w zlewie tuż przy odpływie albo na lusterku. Od razu łapie mnie jakiś niesmak i politowanie dla takiego smarkacza, który nie był na tyle dojrzały, żeby to sprzątnąć.

To samo tyczy się obsranych, obszczanych i obrzyganych kibli. Nieraz zdarzało mi się zastanawiać, dlaczego na męskich mieszkaniach i stancjach kibel jest przerażający jak sam Mordor. Pożółkły i śmierdzący. Oblepiony wydzielinami wszelkiej maści i specyficznym włosiem tak skutecznie, że trudno odgadnąć jego pierwotny kolor. Miałam takich znajomych u których sikanie było jednocześnie treningiem wytrzymania na bezdechu. I tak do dziś zastanawiam się nad tym, dlaczego faceci tak lubią załatwiać się do tak syfiastego kibla? Przecież tam jest strefa skażenia biologicznego.

A jeśli już jesteśmy przy załatwianiu się, to może wspomnę o sikaniu pod prysznicem albo do zlewu. No kurwa. Załamka. Jeszcze pod tym prysznicem to jestem w stanie jakoś zrozumieć, choć zniesmacza mnie dość konkretnie. Ale do zlewu?! Łot a fak?! Naprawdę nieraz i nie dwa słyszałam, jak koledzy opowiadali o takich wyczynach. W rodzince.pl też chyba był taki wątek, więc to musi być dość powszechne zjawisko. I tak tylko sobie myślę, jak potem taki delikwent myje zęby szczoteczką, na której są drobinki jego własnego szczocha? Totalna syfioza.

W kontekście takich kwiatków łażenie po mieszkaniu w butach, w których wcześniej wizytowało się zsyp, rozrzucanie skarpet po całej chałupie staje się lajcikowe i wcale nie gryzie ;) Albo taka pierdoła jak nieopuszczanie deski w kiblu też przestaje robić wrażenie. Pewnie o wielu innych obrzydzających sekrecikach i zwyczajach jeszcze nie wiem, ale chyba wolę pozostać w błogiej nieświadomości :)

Do samego końca?

Ostatnio martwię się o swoją koleżankę z pracy. Już myślałam, że ja jestem największym pracoholikiem, ale ona wyprzedza mnie w tym nałogu bez porównania. Jest w ciąży, w sumie to już końcówka. Niedługo ma termin porodu. I twardo chodzi do pracy. Zastanawiam się, skąd się u niej bierze ta determinacja i samozaparcie. Przysługuje jej przecież urlop z tytułu ciąży. Tym bardziej, że jest już mocno zaawansowana.

Do tego ma stresującą pracę. Bardzo stresującą. Można oszaleć, ciągłe pretensje, awantury i inne atrakcje. Ciężko to znieść normalnie, a w ciąży to pewnie już całkiem popaprana sytuacja. Taka jazda bez trzymanki. Tak myślałam sobie, że ona może jest po prostu bardzo odporna psychicznie i potrafi się wyłączyć.

Ostatnio jednak zaczęła się źle czuć. Jak rozmawiałyśmy na korytarzu, tak sobie dziwnie przysiadła. W ogóle była cała blada jak córka młynarza. W pierwszej chwili nie zwróciłam na to uwagi, bo ona miała kiedyś problemy zdrowotne i często była wręcz przezroczysta. Więc byłam przyzwyczajona do takiego koloru cery.

Potem dowiedziałam się, że ona czuje się tragicznie. W głowie jej się kręci, słabo jej i kilka razy myślała, że zemdleje. Generalnie kiepsko z nią ostatnio. Mówiła też, że opadł jej brzuch. Z tego co słyszałam, to w takiej sytuacji trzeba leżeć. Ja bym już na w takiej sytuacji była w domku i wylegiwała się w łóżku, dbała o siebie i dziecko.

Nie rozumiem tego jej chodzenia do pracy tym bardziej, że u nas jest fajna sytuacja dla kobiet w ciąży. Mogą iść na wszystkie przysługujące im urlopy i mają gdzie wrócić. Co więcej, nikt nie robi im z tego tytułu problemów, ani wymówek. Pod tym względem jest OK.  Albo dotknął ją straszny pracoholizm albo nie wiem co. Dziwię się, że ona się nie boi jakiegoś przedwczesnego porodu albo innych strasznych historii. Wszyscy mówią jej, żeby nie chodziła do pracy, bo w takim stanie już nie warto, a ona dalej chodzi. Bezsensowne poświęcenie, bo takich rzeczy potem nikt nie pamięta i nie docenia.

Damsko męskie dialogi

Nie uda mi się dobrnąć do tych humanistów. Naprawdę. Bo cały czas się przytrafiają na mojej drodze jakieś cuda na kiju. Dziś np. mój facet wreszcie był w domu szybciej. Szybciej to znaczy, że nie był w delegacji w zachodnim, cywilizowanym kraju i nie pracował n-ty dzień do dwudziestej z kawałkiem. Zobaczyliśmy się przed siedemnastą. Istny rekord w ostatnim czasie. Udało nam się nawet zrobić wspólne zakupy w stonce. Tu przy okazji nadmienię, że moje leniwe łapska trafiły tam na cud miód, taki że aż jestem wzruszona. Także…

Tattarattaaaaaa! Reklama! Jeśli jesteś leniwą, nieperfekcyjną, zbyt dobrze wykształconą bądź wypacykowaną lalą, aby profanować swe tipsy sprzątaniem albo po prostu normalnym człowiekiem, który jest tak urobiony w tyrce bądź zmelanżowany, że nie daje rady sprzątać częściej niż raz w miesiącu i wtedy z trudem powstrzymuje odruch wymiotny, to mam dla Ciebie idealne rozwiązanie. Perfectissimo wręcz i bynajmniej ;) Mr Magic – do łazienek oraz do kuchni. Bierzesz sobie otwierasz takie tam opakowanko. I co w środku? Magiczne chusteczki nasączone jakimś roztworem mega żrącym syf. Wysprzątają wszystko. Nawet moją chatę. Co najlepsze, czas sprzątania skróci się o 70%. Like it. I polecam. Koniec reklamy.

Teraz wracam do sedna. Rozmawiam sobie dziś ze swoim mężczyzną. O czym? A o ubiorze. Tak. Z mężczyzną. Nie przypuszczałam, że taki z niego elegancik. Biorąc pod uwagę, że prasowanie koszulek wprowadziłam mu ja. Bo wcześniej nie prasował. Mówił, że jak dobrze się roztrzepie mokre i odpowiednio powiesi, to będą proste. Zaczęłam prasować te koszulki, bo jednak za dużo przecinających się płaszczyzn tam widziałam. Chyba się zaraził tym widzeniem ode mnie, bo potrafi teraz do mnie przyjść i oznajmić „Kochanie! Kończą mi się uprasowane koszulki…” Jakby to ująć, taki elegancik mi tu przy boku wyrósł. W sumie, nie ma co się dziwić. Każdy chciałby wyglądać w miarę sensownie.

Kierowani tą wszechogarniającą nas elegancją, przeglądaliśmy tipy na wykopie, jak się facet powinien ubierać. I były buty. Takie z gatunku eleganckich, tudzież oficjalnych. Czyli pod gajer. Od razu napomknę, że nie jestem fanką gogusiów w koszuleczkach pod krawatem. Podoba mi się facet w szerokich spodniach, bluzie, superstarach. Zawsze tak mi się podobało i już chyba tak zostanie. Nic na to nie poradzę. To tak jak niektórzy mężczyźni mają słabość do kobiet w spódniczkach tak krótkich, że i tak wszystko odsłaniają. No i tak patrzymy na te buty, patrzymy… I nagle mówię „Zobacz kochanie. Tu nigdzie nie ma takich szpetnych trepów jak twoje.” „O jakich trepach mówisz?” „O twoich obleśnych butach pod gajer.” „Jakich obleśnych?! Zajebiste są!” Obruszył się. Ja się jednak nie poddałam i twardo parłam naprzód. „Zajebiste to one może były, ale z dziesięć lat temu. Nawet koleżanka mnie pytała skąd je masz, takie paskudy.” „Ona się nie zna.” „Jasne. No ile lat masz te trumniaki?” „Ja ci dam trumniaki! Odczep się od nich. Żebyś ty była taka stylowa…” „No! Ile je masz? Na studniówkę je kupiłeś?” „Nie ważne!” „Powiedz, ciekawa jestem.” „Na zakończenie gimnazjum!” Mina mi zrzedła totalnie. „To samo przez się świadczy, że takiego czegoś już się nie da nosić. One są toporne i pokraczne. Jak jakieś chodaki.” „Są super! Ładne. Wygodne. Skórzane. I nie pozbędę się ich nigdy!”

No i gadaj sobie z facetem… Sami to pierwsi do krytykowania kobiecych strojów. Białe spodnie – źle, bo dupa w nich duża i wieśniacko. Wzór w panterkę też nie halo. Kolor różowy – infantylny. I można tak w nieskończoność. A tu proszę. Sam potrafi pomykać w trzewikach, które pamiętają czasy Mojżesza. Buty są naprawdę PODŁE. Chętnie bym je tu sfotografowała i wrzuciła, ale jeszcze się obrazi…

Jednak nie ominęła mnie cięta riposta. Siedzimy w naszej niedawno urządzonej sypialni. Pyta mnie „Kochanie, pijesz piwko?” „Mogę, skoro tak usilnie nalegasz.” „Proszę.” I podaje mi puszkę. Na to mówię „Kochanie, ja bym się z sokiem napiła i przez słomkę.” „Eeee… nie marudź. Po co Ci takie udogodnienia.” „Oj, przynieś. Twoja dziewczyna takie lubi.” „Oj tam. Oj tam. Moja dziewczyna to lubi byle co, ważne żeby w głowie szumiało.” „Wiesz co? Kopa Ci zaraz zasadzę!” I się cieszy. Oj jak się kula ze śmiechu. To najpewniej była zemsta za buty. Z własnym facetem nie wygrasz. Obraziłam wspaniałe buciki, to spotkała mnie zemsta nietoperza.

Warto pomagać?

Tyle się mówi o pomocy ludziom. Szczególnie tym z najbliższego otoczenia – sąsiadom, pani w sklepie, przypadkowemu przechodniowi. Mówi się i apeluje w radio, tv, necie, żeby nie być obojętnym. Że jak się coś dzieje, przykładowo słyszymy wrzaski i awantury z danego mieszkania co dzień. I z reguły, gdy stanie się coś złego, telewizja nachodzi sąsiadów i wszystkich wokół z namolnymi pytaniami „czemu państwo nie reagowaliście? Gdzie byliście, gdy za ścianą rozgrywała się tragedia?” Fakt, że zwykle większość normalnych ludzi nie interesuje się nadmiernie życiem sąsiadów. Ale są sytuacje, kiedy ewidentnie trzeba interweniować. Nawet, jeśli pod skórą czuje się, że jest to trochę donosicielstwo.

Ostatnio właśnie tak miałam. Mamy w wieżowcu wentylację grawitacyjną, więc słyszę wszystko, co u sąsiadów z góry. Mieszkają tam trzy kobiety (babcia, matka, córka) i mały chłopczyk. Czasem przychodzi do nich jakiś facet. I zawsze jak przychodzi, to jest awantura. Około dwóch – trzech tygodni temu robiłam sałatkę w kuchni i wszystko słyszałam. Najpierw się kłócili, potem wrzeszczeli, a na sam koniec było słychać jak je bije i wrzeszczy słówka typu „zabiję się ty stara suko!” Wszystko było tak głośno, że nie miałam wątpliwości i mimo wewnętrznego oporu zadzwoniłam na policję ;/ zawiodłam się na całej linii. Po pierwsze nie mogłam zgłosić anonimowego doniesienia – musiałam się z imienia i nazwiska przedstawić oraz podać adres. Po drugie było znacznie gorsze niż po pierwsze. Przyjechali i pierwsze co oznajmili sąsiadom, kto i skąd zgłosił skargę. Potem, żeby pokazać pełen „profesjonalizm” pytali te kobiety przy mężczyźnie, czy to prawda, że on je bił. Jakoś dla mnie było oczywiste, że wszystkie roztrzęsione jak galarety i zapłakane nie powiedzą przy oprawcy, że cokolwiek się działo. Ręce mi opadły. Już nawet nie na te babki, tylko na tych krawężników. Porażka. Mogli wziąć go osobno, to może wtedy by powiedziały prawdę. A tak on powiedział, że oglądali horror. A one przytaknęły. Funkcjonariusze podziękowali i tyle. Byle się nie przemęczyć. Pewnie poszli szukać bardziej wymagających celów na osiedlu w postaci małolatów z piwem w krzakach.

Stwierdziłam, że nic tam po mnie i zawinęłam się do sklepu. Po drodze słyszę, że ktoś biegnie w moją stronę. „Ty głupia suko!! Jeszcze raz się wtrąć, to cię zajebię!” Zbluzgałam gościa i powiedziałam, żeby sobie nie myślał, że wszystkie kobiety się go boją i będzie wszystkim rozkazywał. Potem postraszyłam go swoim chłopakiem i powiedziałam, że i tak będę dzwonić, jak coś usłyszę. Trochę się zdezorientował i spuścił z tonu. Zakończył tylko uwagą, żebym sobie zapamiętała. Tak, czy siak po tamtej sytuacji jakoś odechciało mi się dzwonić po pomoc w takich sytuacjach. Raz, że policja koślawo do tego podeszła. Dwa, że teraz nie chciałabym po zmroku spotkać sąsiada. Chciałam pomóc, a zrobiłam sobie wroga. I tyle. Z taką policją nie dziwię się, że ludzie nie dzwonią, a potem udają, że nic nie słyszeli.

639844

Mała miss – wtf?!

Dzisiaj byłam u rodziców i czekając na obiad postanowiłam uskutecznić swój ulubiony rajd po kanałach tv. Przypadkiem trafiłam na program na tlc. Myślałam, że padnę z wrażenia, bynajmniej nie pozytywnego. Ujrzałam tam jakąś karykaturalną i groteskową osobę. Najpierw myślałam, że to może jakaś dorosła kobieta, która po prostu jest bardzo niskiego wzrostu (poniżej metra). I że to konkurs piękności, dla małych ludzi. Nawet przez chwilę było mi głupio. Ale potem usłyszałam, jak się wypowiada. Było słychać, że to jest dziecko. Jak można zrobić ze swojego dziecka wytapetowanego plastika?!

Takiego pokroju stworka zobaczyłam. Zdarzało mi się nieraz nadużywać makijażu. Na co dzień także się maluję. Ale tak wytapetowana jak to dziecko, to jeszcze nigdy nie byłam. Nawet brwi ma wyregulowane. I nie zdziwię się jak na włosach ma pasemka. Pięciolatka wykreowana na dwudziestolatkę. Tragedia. I jeszcze te stroje tandetne – z piórkami, cekinami, błyszczące, szeleszczące. Jaka matka robi swojemu dziecku w głowie takie szambo? Jakie wartości przekazuje takiej małej-starej? Że najważniejsze to mieć na głowie, a nie w głowie.

Pomyślałam sobie, że takich rzeczy ze swoimi dziećmi dokonują podstarzałe modelki i miss. Takie, które same już nie mogą błyszczeć w tym biznesie, więc wkręcają w to swoje pociechy. O jakże się pomyliłam, gdy ujrzałam, bez ogródek, tłustą, paskudną świnię – matkę. Sorry, ale nie potrafię nazwać inaczej obrzydliwego babsztyla, który ze swojej córki robi maszynkę do wygrywania konkursów. Dziewczynka płacze w przerwie, że już nie chce chodzić w ciasnych butach i w ogóle nie chce brać udziału w tym konkursie. Niedowartościowanej mamuśce takie tłumaczenie lata koło dupy.

Jak poszperałam po sieci, okazało się, że to właśnie najczęściej niedowartościowane, brzydkie i zakompleksione kobiety robią swoim dzieciom taką krzywdę. Co najciekawsze, te dziewczynki często pytane o to, czy chcą brać udział w konkursach piękności, odpowiadają, że nie. I tak zamiast bawić się z rówieśnikami, chodzą na solarium, do fryzjera, kosmetyczki, na siłownię, fitness. Podobno nawet czasem poddawane są „drobnym” interwencjom chirurgicznym – poprawka uszu, nosa, a nawet mają wstrzykiwany botoks.

Nie mogłam w to uwierzyć. Sama zastanowiłabym się dwadzieścia tysięcy razy, zanim zrobiłabym sobie takie coś. I pewnie nie zrobiłabym tego. A co dopiero małej dziewczynce, która się dopiero rozwija. Czy taka głupia torba myśli o konsekwencjach takiego czegoś? Skąd wie, jak będzie wyglądała facjata jej córeczki, gdy będzie miała 17 lat? A jeszcze później? Jakby tego było mało, uczą swoich córek głupawych piosenek, chodzenia wybiegowego, kręcenia tyłkiem, wypinania się do jury i wypychają im sukienki, żeby wyglądało, że mają cycki dorosłej kobiety…

Po cholerę wypychać stanik małemu dziecku, które powinno siedzieć w przedszkolu w tym czasie? A może to ja mam kłopoty z przystosowaniem się nowoczesnego świata? I co za poryte garnki siedzą w jury tych konkursów? Na moje, powinno się im odebrać prawa rodzicielskie do dzieci.

Materialistka

Zawsze myślałam, że nie jestem materialistką. I że ogólnie jestem w miarę znośna dla otoczenia w postaci mojego faceta. Ale niestety się pomyliłam. Uświadomiła mi to nasza rocznica. Rozmyślałam o niej już od września. Jednak poza zakupem bielizny nie zrobiłam nic w kierunku organizacji czegokolwiek. A sorry, poszłam do sklepu kupić jedzenie, żeby zrobić coś wykwintnego. Chciałam nawet wzbić się poza swój kanon. Tak czy siak całą sobotę czekałam na jakieś czekoladki, wino, tudzież chabazia.

Doczekałam się za to telefonu w sklepie „Misiu kup coś na obiad.” Na co demonstracyjnie rozłączyłam rozmowę i schowałam telefon na samo dno torebki. Już nieco zagotowana dalej kończyłam zakupy myśląc sobie „Na pewno nie zapomniał. Tylko tak udaje.” Gdy wkroczyłam do domu nie zobaczyłam żadnych oznak tego, że właśnie jest rocznica.

Po wielu perturbacjach, wzajemnych pretensjach i oskarżeniach coś zakiełkowało w głowie mojego mężczyzny. Powiedział, że jedziemy do pewnego pubu, gdzie można coś zjeść. Tylko, że nie zrobił rezerwacji. A w tej dziurze, w której mieszkamy wyjście gdzieś w sobotę bez rezerwacji jest praktycznie niemożliwe. No i zostaliśmy odesłani z kwitkiem. Poszliśmy jeszcze tu i tam. Wszędzie ta sama odpowiedź pt. brak miejsc. Oczywiście jak każde humorzaste babsko zarzuciłam focha. „Kochanie to chodź może pojedziemy na kebaba? Potem kupimy jakieś piwko/winko i miło spędzimy wieczór?” „Sam se żryj kebaba!! W dupie to mam!! Ale mi atrakcje! Dzień jak co dzień!”

Jeśli ktoś spodziewał się erudycji w tym dialogu to się rozczarował. Jeśli ktoś spodziewał się wulgaryzmów i chamstwa, spodziewał się dobrze. Potem byłam już coraz bardziej wrzaskliwa, wredna, jędzowata i opryskliwa. Darłam ryja tak głośno, że było słychać mnie chyba nawet w Watykanie. Zaczęłam nawet demonstracyjne pakowanie majtek i skarpetek. Siarczyste przekleństwa płynęły z moich ust wartkim strumieniem. W pewnej chwili usłyszałam „To Ty taka jesteś?! Nawet się nie spodziewałem. Myślałem, że jesteś inna. Ale dla Ciebie ważne to tylko wyjść gdzieś, wydać pełno hajsu. A nie liczy się dla Ciebie to, że możemy sobie spokojnie spędzić czas razem? Być ze sobą? To nie masz już radości z wspólnego spędzania czasu?”

Podziałało to na mnie jak kubeł zimnej wody. Zdałam sobie sprawę, jak głupio się zachowałam. Jak typowe pustomozgowe blond stworzenie. Czekałam, aż facet wszystko zorganizuje. Stereotypowo. Ja, która zawsze pisze, że to faceci do kobiet podchodzą stereotypowo… No cóż. Jak widać, nie ma ludzi bez wad. A ja nie wiem, co wtedy we mnie wstąpiło. W każdym razie zrobiło mi się strasznie głupio i wstyd. No bo jak nazwać takie sceny w rocznicę, tylko dlatego, że zapomniał? A jakbym ja zapomniała? No i mogłam przecież sama coś zorganizować… Najgorsze jest to, że zapomniałam co jest najważniejsze. Nie to, żeby gdzieś wyjść. Tylko żeby być razem…