Archiwa tagu: kłótnia

Lekcja kultury

Ostatnio miałam zaszczyt odbyć bezpłatną lekcję kultury. Jestem wprost wniebowzięta, bo taka okazja nie zdarza się często, ani nie powtarza dwa razy. Toteż po jej odbyciu czuję się osobą lepszą, bardziej obytą i światową. Rzecz miała miejsce w sklepie osiedlowym. Muszę od razu wyjaśnić, że to taki sklep, który wystrojem utknął w połowie lat 90-tych i idziesz tylko wtedy gdy musisz. Niby miejska sieciówka, niby supermarket. Tak głosi napis nad wejściem. Czytaj dalej

Wpuścić chamstwo na salony, czyli DKF z burakiem

W dzisiejszym wpisie chciałabym pozdrowić (środkowym palcem) Pana Buraka, który ostatnio zaszczycił seans filmu pt. „Dziewczyna w trampkach” wyświetlanego w ramach DKFu. Dla niektórych ludzi miejsca publiczne ewidentnie nie są stworzone… Wszyscy grzecznie siedzą na miejscach i czekają na film. Gdy się zaczął dało się słyszeć wrzaski „Przestań w końcu szeleścić! Odkąd tu weszłaś żresz jak świnia! Przeszkadzasz mi!” „Jak panu przeszkadza to może mi pan zwrócić uwagę trochę grzeczniej.” „Nie! Bo jesteś świnią! Szeleścisz i chrupiesz tymi chipsami!”I tak dalej. Dziewczyna się broni, a facet wyzywa, ubliża i wytyka brak kultury… Na koniec jeszcze rzuca „A teraz chyba piwo pije!” Cała sala w śmiech. Samozwańczy Strażnik Kina się uspokoił. Na szczęście.

Wyjątkowo to nie ja byłam bohaterką. Jakiś facet zaczął mieszać z błotem dziewczynę, bo jadła w kinie chipsy. Z tego co mi wiadomo, w kinie można jeść i pić. Nawet są bary kinowe, które sprzedają ten cały syf w postaci popcornu i innych cudów. Nawet w szkole podstawowej, gdy chodziliśmy na seanse, wychowawczyni mówiła, że można jeść, byle w miarę cicho. A jak nam przeszkadza, że ktoś inny je, to kulturalnie go poprosić, aby przestał… A jak tamtemu panu kinowe realia nie odpowiadają, to niech zostanie w domu i wypożyczy sobie film na DVD. Uchroni się wtedy przed świńskimi chipsami.

Także Samozwańczy Strażnik Kina na moje zrobił z siebie buraka i pokazał, jakim prymitywem sam jest. Przy czym sam wspominał o swoim wysokim poziomie. Jakoś strasznie drażnią mnie tacy ludzie. Takie wieprze w kołnierzykach. Postawa pt. jestem najlepszy i kulturalny, więc mogę pomiatać innymi. Szczyt kultury, nie ma co. Panu Burakowi chciałabym jeszcze przekazać, że wychodząc z kina był tematem numer 1. Nie sytuacja kobiet w Arabii Saudyjskiej (jak mogłoby z filmu wynikać), a jego przygłupie zachowanie, które stało się pośmiewiskiem.

Mam nadzieję, że więcej tego typa nie spotkam na DKFie. Boże uchowaj przed takimi kulturalnymi. Miłej nocy!!

Toksyczna relacja

Każdy wie, że po wyfrunięciu od rodziców, stosunki dziecko-rodzic jakoś regulują się i jest znacznie lepiej niż wcześniej. Kończą się awantury o głupoty, a znacznie rzadszy kontakt owocuje poprawą relacji. Łatwo wtedy zapomnieć o tym, co złe i pamiętać to, co dobre. Tak też było w moim przypadku. Całkiem wyleciało mi z głowy, jak źle mi było z własną matką. Co najdziwniejsze, dopiero teraz w wieku lat prawie trzydziestu poczułam, że moja matka nie może tak wiecznie mną dyrygować i pomiatać. Nie musi tak być, że wiecznie będę robiła, czego ona chce.

Nawet nie wiem, jak do tego doszło. Ponad dwa lata nie miałam z nią takiej karczemnej awantury, więc się rozchwiałam emocjonalnie na ponad dwa dni. Odzwyczaiłam się po prostu. Kiedyś też miałam takie jazdy w domu, ale szybko dochodziłam do siebie. Po godzinie, góra dwóch było OK. Łatwo się jednak od tego odzwyczaić. Co najgorsze terror psychiczny to coś, co zawsze w człowieku pozostaje. Zmienia psychikę tak, że do końca pozostaje się zwichrowanym. Tak sobie myślę, że moje depresyjne nastroje i skłonność do obwiniania siebie za wszystko, nie wzięły się znikąd.

Siadłam do tego wpisu po to, żeby po kolejny sobie coś przeanalizować i w jakiś sposób oczyścić siebie. Uporządkowanie myśli zawsze pomaga. Chociaż trochę. Przez ostatnie dni życie przelatuje mi przed oczami. Generalnie zawsze źle układało mi się z moją matką. Powiem szczerze, że nawet nie czułam się kochana. Miałam wrażenie, że ona mnie nienawidzi. Nie wiem, czy to były wytwory mojej wyobraźni, czy trafna podpowiedź intuicji. Powiem tylko, że moja matka nie jest z gruntu złą osobą. Jest… sama nie wiem jaka. W każdym razie ja taka nie chciałabym być.

Razem z moimi znajomymi nazywaliśmy ją Despotyczną Wróżką. Dlaczego? Bo nie dopuszczała myśli, że zrobię cokolwiek innego niż ona przewiduje. Jeśli zrobiłam, spotykała mnie sroga kara. Niewspółmierna do czynu i niespotykana u moich znajomych. Dlaczego wróżka? Bo Ona i tak zawsze wiedziała lepiej. Co zrobiłam, co powiedziałam, co myślałam i co chciałam zrobić.

Od małego słuchałam, jaka jestem egoistyczna, podła, samolubna. Nawet będąc czteroletnim dzieckiem. Nie wiem nawet czym mogłam sobie wtedy zasłużyć na takie teksty. Wiecznie musiałam też odbębniać pokutę, że jestem jedynaczką. A czy to tak naprawdę ode mnie zależało? To, że nie miałam rodzeństwa? Czy ona w ogóle kiedykolwiek pomyślała, jak ja się czułam jako dziecko słysząc takie słowa? Albo teksty o tym, że ona zaharowuje się dla mnie, a ja jestem taka beznadziejna i niewdzięczna…

Zawsze było pod górkę. To znaczy mi z nią. Wpierdol pasem za obgryzanie paznokci. W wieku pięciu lat. Zero tłumaczenia. Tylko nakaz, a za niestosowanie się do niego bęcki. Potem powtórka. Pamiętam tą sytuację jak dziś. Tyłek bolał mnie chyba przez całą noc. A paznokcie przestałam obgryzać dopiero jako nastolatka. To było silniejsze ode mnie. Za czwórkę w szkole – baty. Za co dostawałam czwórki? Za charakter pisma. Zawsze pisałam okropnie. A więc, żeby dostać piątkę, siedziałam długie godziny przy biurku i ćwiczyłam literki. W tym czasie dzieci bawiły się w piaskownicy. Ja smarowałam kolejne zeszyciki z literkami. Aż zaczęłam pisać na piątkę. W trzeciej klasie miałam problem z ortografią. Recepta? Kara na całe wakacje. Siedziałam do południa w domu i robiłam zadania z listy od rodziców. Zawsze było tyle, że miałam szczelnie zapełniony grafik do ich powrotu. O wyjściach na dwór też nie było mowy. Jak to wpłynęło na moje stosunki z dzieciakami na podwórku? Wiadomo. Zostałam osiedlowym wyrzutkiem. W końcu to dziwne jak dzieciak wiecznie siedzi w domu i nigdy nie wychodzi.

Dostałam kiedyś tróję z geografii, bo nie wiedziałam, że Madagaskar należy do Afryki. Dwa dni matka powtarzała mi jaka jestem tępa, głupia, niewydarzona, jakim jestem  nieukiem i leniwcem…  I standardowa śpiewka, że wszyscy dla mnie się poświęcają, a ja nie potrafię nawet podstawowych obowiązków ogarnąć. Potem zaczęły się zakazy zadawania się. Najpierw z moją jedną przyjaciółką. Dlaczego? Bo podobno przez zadawanie się z nią miałam gorsze oceny. Musiały być tragiczne, skoro miałam świadectwo z paskiem.

Później były zakazy spotykania się z wieloma znajomymi. Szczególnie w gimnazjum. Żeby to jeszcze był jakiś element. Ale to były zwykłe dzieciaki, takie jak ja. Gdy tylko wychodziło na jaw, że oni mogą robić to, czego ona nie chciała, abym ja robiła, wprowadzała zakaz spotykania się. Zakazy umiała wyegzekwować. Łącznie takich osób na czarnej liście było około siedmiu. Nie pamiętam dokładnie. Z wiekiem bicie przestało robić na mnie wrażenie. Toteż ustało. Zaczął się czas wjeżdżania na psychikę.

Chciałam iść do gimnazjum plastycznego. Zmusiła mnie do zwykłego. Krzyczała, że do plastyka chcę iść, żeby ćpać i pić. Zamurowało mnie. Chciałam tam iść, żeby nauczyć się malować na płótnie i poznać inne techniki komunikacji wizualnej. Ona jednak wiedziała lepiej. Z wyborem liceum było tak samo. Chciałam iść do technikum fryzjerskiego albo mechanicznego. Darła się, że tam skończę jako menel i zero. Że zawsze robię głupie wybory. I że ona już mi wybrała szkołę – liceum najlepsze w mieście. Zmusiła mnie, żeby tam iść. Nie czułam się tam dobrze. Wagarowałam, jak często mogłam. Gdybym wiedziała, że tak to się potoczy zawaliłabym testy kompetencji. W efekcie po trzech latach nauki nie wyniosłam ze szkoły prawie nic. Podejrzewam, że gdybym poszła do szkoły, do której chciałam, przyłożyłabym się do nauki, bo zwyczajnie, by mnie to interesowało. Ze studiami było tak samo. Chciałam iść na informatykę. Były wrzaski, że jestem za głupia, że sobie nie poradzę, że jestem za leniwa. Codzienne szantaże i awantury. I w końcu mi nie wyszło z tą informatyką. Nic dziwnego, przy takim wsparciu.

Były też inne akcje. Takie na maksa głupie i dziecinne. Potrafiła sobie ogolić nogi maszynką ojca i nic nie powiedzieć. Gdy ten rano próbował się golić i nie mógł, bo maszynka była tępa, mówiła, że to ja, bo widziała wczoraj jak goliłam nogi! Czułam się strasznie bezsilna, bo nie mogłam udowodnić swojej racji. Oprócz tego było mi bardzo przykro. Nawet nie umiem dobrze stwierdzić, co wtedy czułam i myślałam. Raz nie udało jej się, bo miałam akurat nieogolone nogi. Powiedziałam do niej „Czy na pewno wczoraj mnie widziałaś, jak to robiłam?” „No tak. Czego łżesz kłamczucho?” „Bo tak się składa, że mam nieogolone nogi!” Wtedy ojciec się wściekł. Na nią. Przyszła do mnie do pokoju i powiedziała „Co ty kurwa narobiłaś głupia gówniaro!” Od tego czasu przestała robić mi kanapki do szkoły. Bez sensu, ale ok. Nie wnikam co jej w głowie siedziało.

Każde moje wyjście ze znajomymi było okupione awanturą w domu. Leciały teksty, że na pewno się puszczam z tymi wszystkimi swoimi kolegami. Że się szlajam po ulicach, ćpam i piję! Było zamykanie mnie w domu. Raz jak wróciłam, czekała na mnie w drzwiach, powitała mnie słowami „Znowu się gdzieś łajdaczyłaś!”, a potem natrzaskała po twarzy i najspokojniej w świecie poszła spać. Lubiłam swoich znajomych i wychodziłam z nimi, zawsze bojąc się powrotu. Bo za każdym razem czekała na mnie awantura i wyzwiska.

Kiedyś dostałam od babci koszulę nocną. Nie lubiłam w czymś takim spać, więc włożyłam ją do szafy. Nie powiedziałam nikomu w domu, że dostałam taki prezent. Zwyczajnie zapomniałam. Gorzko tego pożałowałam. Po powrocie od znajomych zastałam pokój z wywalonymi wszystkimi rzeczami z szafek na środek pokoju. Wszystkie plakaty (łącznie z tymi z autografami Molesty) miałam pozrywane ze ściany i podarte w drobny mak. Potem stek wyzwisk, szarpanina. I trzy dni ciszy. Byłam zdruzgotana i nie wiedziałam, o co chodzi. W końcu wpadłam do rodziców do pokoju zaryczana i zaczęłam się pytać, o co chodzi. „O to, że się kurwisz!” Wrzeszczała. Zupełnie nic nie rozumiałam. Wtedy wyciągnęła tę nieszczęsną koszulę. „A to ci niby po co?! Gadaj skąd to masz!” „Od babci dostałam.” „Tak jasne! Jeszcze łżesz!” I kolejny lep w twarz. „To zadzwoń do babci i zapytaj!” Szczena jej opadła. Zadzwoniła. Skleiła buraka i nic nie powiedziała. Nigdy nie usłyszałam za to żadnych przeprosin. Stwierdziła tylko, że jestem sama sobie winna, bo nie powiedziałam, że mam tę koszulę…

Nigdy też nie pozwoliła mi przekłuć sobie uszu, bo „to jest obleśne”. Zero rozmowy na ten temat. Nie i koniec. Nie chciała pozwolić mi iść do kosmetyczki. W końcu zrobiłam sobie dziurki sama. Urządziła mi za to piekło. Stwierdziłam, że w takim razie skoro za dwie dziurki mam taką jazdę, zrobię sobie więcej, bo gorzej być nie może. Zrobiłam sześć w lewym uchu i cztery w prawym. I tak miałam przesrane. W wieku dziewiętnastu lat zrobiłam kolczyk w pępku. Miałam standardową awanturę i wyzwiska. „Zobaczysz, zgnije ci ta dziura.” Nie zgniła do tej pory. Odkąd w wieku dwudziestu trzech lat zrobiłam sobie tatuaż, nie byłyśmy razem na plaży ani nad jeziorem. Zwyczajnie powiedziała, że się mnie wstydzi. Że wyglądam jak tania dziwka i nie pokaże się ze mną publicznie. Nie musi jej się to podobać. Ale nie musi się do mnie w taki sposób odzywać.

Z ciuchami też był problem. Jak się coś jej nie podobało to nie mogłam tego dostać. Nie i koniec. Dlatego od najmłodszych lat brałam jakieś prace, chociażby zbieranie truskawek, żeby sobie kupić to, co mi się podobało. Gdy byłam na studiach przestałam brać pieniądze od niej w ogóle. Już w ostateczności, gdy nie miałam, to prosiłam. Wtedy musiałam zrobić różne rzeczy w zamian. Musiałam też słuchać wypominania nawet do pół roku wstecz. Dlatego wolałam chodzić z przecierającymi się na dupie spodniami, niż wysłuchiwać monologów.

A o co poszło teraz? O to, że miałam stłuczkę. Facet wjechał mi w tył. Ona jednak stwierdziła, że to moja wina. Ona to wie. Mimo, że jej tam nie było. I nie widziała tego! Ale dowiedziałam się, że niczego nie szanuję i że niczego już od niej nie dostanę. Dostałam też kilka smsów. Że jestem chamska. Że nie umiem jeździć i powinnam zacząć jeździć autobusem. Że mam zabrać kota, bo odda go do schroniska (!sic)

Po przemyśleniu wszystkiego stwierdziłam, że nie można tak całe życie wybaczać. Nie chcę się z nią widywać. Nie chcę niczego od niej. Samochód po naprawie odstawię. Niech sobie patrzy na niego, jak stoi pod domem. Ja się przesiądę na rower. Nie chcę niczego już od tej kobiety. Mam już po prostu zwyczajnie dość. Ja chcę tylko spokoju.

Czy się stoi, czy się leży dwa tysiące się należy!

Normalnie idzie się załamać. Stajesz na głowie i na rzęsach, żeby wszystko śmigało. Układasz plany produkcyjne, robisz prognozy i wydajesz dyspozycje. Załatwiasz, żeby odciążyć zaopatrzeniowca od pewnych spraw. A on dalej jęczy, że nie jest w stanie wszystkiego zamówić. I dalej jest nie na czas materiał. Mówi, że robi zamówienia. A jak dzwonisz do dostawcy, okazuje się, że owszem zrobił, ale nie wysłał do dostawcy. Czyli nie zrobił.

Idziesz do księgowości i żebrzesz na kolanach (prawie) o pieniądze. Idą przelewy. Sprowadza się materiał. W ostatniej chwili rzucasz na halę. Wręcz niesiesz w zębach materiał, aby jeszcze coś podgonić. Uratować sytuację. Aby mogli realizować plan, który dostali na początku miesiąca i własnoręcznie podpisali. Potem taki skurwiel wyrzuca ten plan do kosza i człapie się do szefa strzelić z dupy. „Panie prezesie, bo ja nie mam materiału na czas. Bo ja muszę po niego chodzić. Bo ja to nie wiem, co mam robić. Nie dają mi planów.” Wchodzi do Ciebie szef i Cię opieprza. Nie wiesz o co chodzi. No jak nie dajesz, jak dajesz. I nagle Ci się przypomina, że pracownik ten dostał reprymendę, bo został kilka razy wcześniej przyłapany na chodzeniu na papierosa w czasie pracy. To się zemścił. I masz po głowie.

Wchodzisz na halę. Materiał wala się po ziemi. A kilka minut wcześniej piszczeli, że „zgubił się” tłok. O! Podkładek i uszczelek też nie było. A dwa siłowniki tajemniczo się zdematerializowały. Materiał wymieszany, jak groch z kapustą. Puste kartony i folia walają się po ziemi. Wołasz ludzi, żeby ogarnęli śmietnisko. Ociągają się i wreszcie sprzątają. W końcu okazuje się, że trzeba było prawie godziny, żeby to uprzątnąć. Znalazło się przy okazji kilka części, na wyroby, które już pojechały. No dobra, myślisz sobie, zabiorę to z powrotem na magazyn.

Wracasz do swojego pokoju i próbujesz ustawić produkcję chociaż na kolejne dwa dni. Nagle wpada handlowiec. Nie rozumie, że to naprawdę nie Twoja wina, że dostawca przysłał wadliwe materiały. Nie rozumie też, że facet na cnc źle ustawił maszynę i fi otworu jest za duże. „Bo u was ciągle coś cieknie”. I koniec tematu. „Idę do szefa! Jesteście beznadziejni. A w ogóle to ja chcę, żeby wyrób X zszedł przed wyrobem Y.” Wzdychasz. Ale wiesz, że musisz rozpieprzyć cały cykl, bo z handlem nie wygrasz. Człapiesz się z rezygnacją znowu na halę. Martwisz się, że oderwiesz ludzi od pracy. Wchodzisz i nie wierzysz oczom. Stoją i herbatkę piją. Śmieją się z radością. „Słuchajcie, herbatkę popijacie, a produkcja stoi jak stała. Byłam godzinę temu i widzę, że nic nie poszło do przodu.” „Bo kierowniczko za taki pieniądz, to nam się nie chce.” „To ja wam przyniosę papier i piszcie wypowiedzenia. Jest na wasze miejsca mnóstwo chętnych.” „Ale kierowniczko, my nie chcemy do innej firmy, bo tu jest dobrze.” Zaczynasz bluzgać tak szpetnie, że uszy im więdną. Kiwają głowami i biorą się do roboty. Idzie do końca dnia. Na drugi dzień znowu siesta. I od nowa.

Pracownik opuszcza stanowisko pracy. Nikomu nie mówi. Wraca. Pytasz go gdzie był. „W toalecie.” „A kebaba z klozetu wyciągnąłeś?” „No dobra, byłem po kebaba.” „Masz naganę. Przegiąłeś.” „Ale kierowniczko!” „Koniec gadki.” Piszesz upomnienie. Po godzinie przychodzi do Ciebie szef. „Pani nie może ich tak terroryzować. Każdy musi zjeść.” „Tak od tego jest przerwa. A on samowolnie opuścił stanowisko pracy, nikomu nie dał znać i kłamał, że był w toalecie.” „Ale pani Inż. Blon. to taki duży facet na pewno był głodny. Poza tym pani na nich krzyczy.” „Krzyczę rzadko kiedy. Ale jak materiał wala się po podłodze to nie mogę tego znieść.” „Ale to pani powinna im stworzyć warunki, żeby się nie walał po podłodze.” „Załatwiłyśmy im regały na materiały drobne, pojemniki na śmieci, oczyściłyśmy i opisałyśmy magazynek podręczny. To co nie jest ciężki same nosimy im na halę. Czy mamy targać rzeczy, które ważą po 15-20 kg?” „Eee… no nie. Ale to trzeba im czasem posprzątać trochę.” „Słucham? A czy nam ktoś stanowiska pracy sprząta? Układa arkusze, karty rozliczeń brygady i zamówienia? Co dzień są rozmowy…” „Nie no, dziewczyny, wy się weźcie w garść, nie możecie tak chłopakom robić pod górkę.” Stwierdzasz, że nie ma sensu dyskutować. Kiwasz głową i wracasz do swojej pracy.

Po chwili człapie do Ciebie jeden z pracowników. Ten od kebaba. Chce się zwolnić na trzy dni. Bo ma badania okresowe. Dzwonisz do kadr. Wcale nie ma badań w tym terminie. Mówisz mu o tym. Klei buraka. Po czym na drugi dzień i tak nie przychodzi. W międzyczasie kłamie jeszcze, że zrobił swoją pracę. Rano patrzysz, zrobił 70%. Udupia wszystkich w tym momencie. Musisz dzwonić do handlu i poinformować, że niestety ale wyrobu nie dostaną. I słuchasz wrzasku w słuchawkę. Potem znowu przychodzi szef. „Co wy robicie? Czemu nie zeszło na czas.” Opowiadasz sytuację. Nie było materiału, bo nie było płatności. Pracownik nawalił, oszukał, a potem nie przyszedł. „Oj, proszę panią! Mnie to nie interesuje. Wyroby mają schodzić na czas.” „A co jak mi nie płacą za materiał? To skąd mam go wziąć?” „No nie wiem dziewczyny, wymyślcie coś. Upomnienia, ani nagany dla niego nie podpiszę, bo uważam, że jest bezzasadne.”

I weź tu sobie produkuj. A pomyśleć, że stając przed wyborem „księgowość”/”produkcja” wybrałam to drugie. Bo lubię, jak się coś dzieje. No to się dzieje. Aż do obrzydzenia się dzieje.

Materialistka

Zawsze myślałam, że nie jestem materialistką. I że ogólnie jestem w miarę znośna dla otoczenia w postaci mojego faceta. Ale niestety się pomyliłam. Uświadomiła mi to nasza rocznica. Rozmyślałam o niej już od września. Jednak poza zakupem bielizny nie zrobiłam nic w kierunku organizacji czegokolwiek. A sorry, poszłam do sklepu kupić jedzenie, żeby zrobić coś wykwintnego. Chciałam nawet wzbić się poza swój kanon. Tak czy siak całą sobotę czekałam na jakieś czekoladki, wino, tudzież chabazia.

Doczekałam się za to telefonu w sklepie „Misiu kup coś na obiad.” Na co demonstracyjnie rozłączyłam rozmowę i schowałam telefon na samo dno torebki. Już nieco zagotowana dalej kończyłam zakupy myśląc sobie „Na pewno nie zapomniał. Tylko tak udaje.” Gdy wkroczyłam do domu nie zobaczyłam żadnych oznak tego, że właśnie jest rocznica.

Po wielu perturbacjach, wzajemnych pretensjach i oskarżeniach coś zakiełkowało w głowie mojego mężczyzny. Powiedział, że jedziemy do pewnego pubu, gdzie można coś zjeść. Tylko, że nie zrobił rezerwacji. A w tej dziurze, w której mieszkamy wyjście gdzieś w sobotę bez rezerwacji jest praktycznie niemożliwe. No i zostaliśmy odesłani z kwitkiem. Poszliśmy jeszcze tu i tam. Wszędzie ta sama odpowiedź pt. brak miejsc. Oczywiście jak każde humorzaste babsko zarzuciłam focha. „Kochanie to chodź może pojedziemy na kebaba? Potem kupimy jakieś piwko/winko i miło spędzimy wieczór?” „Sam se żryj kebaba!! W dupie to mam!! Ale mi atrakcje! Dzień jak co dzień!”

Jeśli ktoś spodziewał się erudycji w tym dialogu to się rozczarował. Jeśli ktoś spodziewał się wulgaryzmów i chamstwa, spodziewał się dobrze. Potem byłam już coraz bardziej wrzaskliwa, wredna, jędzowata i opryskliwa. Darłam ryja tak głośno, że było słychać mnie chyba nawet w Watykanie. Zaczęłam nawet demonstracyjne pakowanie majtek i skarpetek. Siarczyste przekleństwa płynęły z moich ust wartkim strumieniem. W pewnej chwili usłyszałam „To Ty taka jesteś?! Nawet się nie spodziewałem. Myślałem, że jesteś inna. Ale dla Ciebie ważne to tylko wyjść gdzieś, wydać pełno hajsu. A nie liczy się dla Ciebie to, że możemy sobie spokojnie spędzić czas razem? Być ze sobą? To nie masz już radości z wspólnego spędzania czasu?”

Podziałało to na mnie jak kubeł zimnej wody. Zdałam sobie sprawę, jak głupio się zachowałam. Jak typowe pustomozgowe blond stworzenie. Czekałam, aż facet wszystko zorganizuje. Stereotypowo. Ja, która zawsze pisze, że to faceci do kobiet podchodzą stereotypowo… No cóż. Jak widać, nie ma ludzi bez wad. A ja nie wiem, co wtedy we mnie wstąpiło. W każdym razie zrobiło mi się strasznie głupio i wstyd. No bo jak nazwać takie sceny w rocznicę, tylko dlatego, że zapomniał? A jakbym ja zapomniała? No i mogłam przecież sama coś zorganizować… Najgorsze jest to, że zapomniałam co jest najważniejsze. Nie to, żeby gdzieś wyjść. Tylko żeby być razem…