Archiwa tagu: jedzenie

Dogania mnie trzydziestka

Sytuacja nr 1. Siedzę u fryzjera. I tak sobie rozmawiamy o wszystkim i niczym. Fryzjerka, która jest może tak z osiem lat ode mnie starsza mówi, że się przeziębiła i się wyleczyć nie może. Jako czołowy pocieszyciel postanowiłam jej powiedzieć, że to wszystko wina zimy, której nie ma i ludzi, którzy te bakterie na kurtkach przynoszą. Potem nagle przechodzimy na temat mojej nogi. „Jak to Twoje kolano? Rozwaliłaś sobie na rowerze jakoś tak na jesień. Przeszło Ci?” „No właśnie słabo. Ostatnio to w ogóle jakaś taka lipa. Wszystko się jakby wolniej goi. I jakieś kontuzje z dzieciństwa mi się ciągle odnawiają. Ja nie wiem, co się ze mną dzieje.” „A ja wiem.” Czytaj dalej

Święta, święta i po świętach

To jest dopiero historyczne wydarzenie. Pierwsze Święta Bożego Narodzenia, w które nic nie musiałam robić. Autentycznie. Cała moja aktywność przedświąteczna ograniczyła się do kupienia i spakowania prezentów (nawet nie wszystkich, bo część zapakowano w galerii na stoisku przeznaczonym do tego celu), obrania ziemniaków i poustawiania talerzy i sztućców na stole. Będę przeżywać to chyba jeszcze sto lat albo i dłużej. Zwykle Święta były dla mnie czasem: stania w kolejkach po zakupy, jeżdżenia do sklepu x razy w ciągu dnia, sprzątania od świtu do zmierzchu i stania w garach przez trzy dni. W końcu człowiek siadał taki urobiony po łokcie przy stole, że nie chciało się ani jeść, ani pić. Jedyne na co miało się ochotę, to iść spać. A teraz proszę – nic nie robiąc poczułam magię Świąt. I co ciekawe – wypoczęłam. Pięć dni nieróbstwa rzadko się zdarza.

Jedyne, co dało mi się we znaki, to obżarstwo. Temat świątecznych bólów brzucha, niestrawności i innych problemów zawsze był mi obcy – jedyne co jadłam to litewskie uszka z grzybami. A teraz trzeba było u „teściów” jeść wszystko, żeby nie wyszło, że nie smakuje. A więc jadłam, żarłam jak dzika świnia. Jedyne czego odmówiłam to karp, który przez pięć dni był głodzony w piwnicy, a na koniec zabity tłuczkiem do mięsa i podany w galarecie. Prawie jak teksańska masakra piłą mechaniczną ;) Niestety trauma z dzieciństwa związana z karpiem nie pozwoliła mi na skosztowanie tej rybki. A tak poza tym było naprawdę fajnie. Dużo ludzi i dużo prezentów pod choinką.

Oprócz tego jedzenia, nasze obowiązki ograniczały się do wychodzenia na melanż wieczorem. Żyć nie umierać. Po pięciu dniach, czuję się jak po pięciu miesiącach wypoczynku :D Płytkie, no ale czego tu się spodziewać po świątecznym obżarstwie. W Wigilię poszliśmy na pasterkę, ale taką na której nawet nie widzi się kościoła. Chyba każdy na takiej był, przynajmniej raz w swoim życiu. I na tejże pasterce obwieściłam chłopakom, jakie cudowne leniwe mam święta. Skwitowali mnie śmiechem i tym, że oni mają takie co roku. No tak, to kolejny dowód na to, że faceci mają lepiej. Coś w tym jest, że nie przemęczają się przed świętami. Rozumiem już, czemu często mnie pytali „A czym ty się tak zmęczyłaś w święta?”

W trakcie naszej pasterki skończyły się trunki. W celu uzupełnienia przetransportowaliśmy się na stację paliw. Wszystko pięknie, ładnie, a tam gbur przy kasie. Mówimy dobry wieczór, a on nic. Stoi jak kamienny posąg. Żebyśmy jeszcze byli pijani, to rozumiem. Ale byliśmy trzeźwi. Postawiłam na ladzie pepsi i dwa piwa. Łaskawie skasował. „Wszystko?!” „Jeszcze poproszę wodę gazowaną.” Podaje wodę i „Może coś kurwa jeszcze?” Zamurowało mnie. Byłam tak upojona świąteczną atmosferą, że niestety nie wykrztusiłam z siebie żadnej szpetnej bluzgi. „Jednorazówkę jeszcze.” „Siedemnaście złotych.” Podałam dwie dyszki. Resztę rzucił mi na podłogę. „Niech pan to podniesie, co to ma być?” Podniósł, położył na tacce do wydawania reszty i orzekł tonem pani z okienka w zusie „Następny!”. Cudem udało mi się spakować zakupy. Bałam się, że mi zrzuci na ziemię.

Kurde co za łoch. Jakiś burak. Rozumiem, że niezadowolony z pracy w Wigilię, ale nie trzeba być aż takim chamem. Miałam się mścić i wzięłam paragon. Chciałam typa zgłosić bezpośrednio do centrali sieci. Ale stwierdziłam, że mam go w d***e i niech sobie będzie takim burakiem niemytym. Sama nie mogę wyjść z podziwu – nie zbluzgałam go, nie zadzwoniłam na skargę. Cóż, w Wigilię każdy przemawia ludzkim głosem.

Dziś byliśmy u moich rodziców. I festiwal obżarstwa trwał nadal. To chyba naprawdę może być niebezpieczne :)

Miłych powrotów do pracy i szkoły życzę.

Bliżej nieokreślona tematyka wpisu

Dzisiaj poskaczę sobie z tematu na temat, jak pszczółka z kwiatka na kwiatek. Na sam początek mój konik i największa pasja, czyli moja praca… Zakończyliśmy miesiąc dość dobrze (chyba nawet rekordowo w tym roku), jeśli chodzi o wartość produkcji wykonanej. Jeśli chodzi o terminowość jest gorzej. Cały czas nad tym pracujemy, ale obecny system i tak przypomina cedzak, którym ktoś próbuje nabrać wody. Leje się z każdej strony. Zalepiamy jedną dziurę i niby jest poprawa, bo leje się mniej, ale i tak się leje. Zmieniłyśmy pokój, mam mega blisko na halę. Dosłownie dwa metry. Fajnie. Do pokoju Prezesa też bliżej, więc odwiedza nas kilka razy dziennie. Koleżankę stresuje, a mnie wybija z rytmu i zawsze zapominam co miałam zrobić. Generalnie czwartek i piątek to była jakaś tragedia Posejdona ;)

A teraz kolejna rzecz, którą uwielbiam (niestety) – jedzenie. Tydzień temu wybraliśmy się do restauracji wietnamskiej. W tym naszym mikro miasteczku nie znajdzie się wielu ciekawych restauracji. Mamy sieciówki typu McD, ale to żadna atrakcja kulinarna. Poza tym dominują włoskie smaki i kebaby. No i pizza. I jest wspomniana wietnamska restauracja. Co ciekawe wszystkie dane (włącznie z domeną) sugerują, że jest ona w Toruniu. A ona jest u nas. Jej właścicielem jest ktoś o azjatyckim imieniu i nazwisku. Jedzenie jest tam bardzo dobre. Ostatnio byłam zachwycona. Smacznie, dużo i niedrogo. Ludzi full, co mówi samo przez się. Ciuchy strasznie śmierdzą po wyjściu, ale czego się nie robi dla pysznej, wielkiej miski zupki krewetkowej za 4,2 pln? Wczoraj powtórzyliśmy wizytę i nie padliśmy z zachwytu. Sprawdziła się prawda znana z blogów podróżników, że azjatycka strawa lubi wydostać się na zewnątrz jeszcze szybciej niż się wewnątrz znalazła. Choć może to efekt pięciodniowej bułki, którą zjadłam na śniadanie? Who knows? Jadłam zupę pekińską. Owa zupa kolorem i konsystencją przypominała gulasz. Były w niej grzybki takie jak w każdej „chińskiej” mrożonce, ananas, bambus, tuńczyk, groszek, chyba cieciorka i kukurydza. W smaku super super ekstra ekstra. Tylko się zastanawiam, czy to aby na pewno chińska/wietnamska receptura?

Zapomniałam jeszcze wspomnieć o budce z jedzeniem pana z Bangladeszu. Mniam mniam. Dawno tam nie byłam. Szczególnie smakuje mi kurczak z curry, co jest chyba jakimś uproszczeniem, bo podobno w tamtych rejonach świata coś takiego jak curry nie funkcjonuje. Bujając w gastro obłokach pochwalę się jeszcze, że otrzymałam od rodziców wspaniałą reklamówkę pełną słodyczy od naszego nieocenionego sąsiada zza Odry. Najbardziej spodobał mi się miks żelków Haribo. Pierwszy raz jadłam żelki o smaku anyżowym. Dobre. Mój facet powiedział, że niedobre. To dobrze, może uniknę sytuacji kiedy to po powrocie z pracy zadowolona sięgam po opakowanie, a ono jest PUSTE! Mimo, że rano było pełne. Po co on mi te puste opakowania zostawia? Może żebym wyrzuciła. A może daje mi do zrozumienia, że powinnam schudnąć? Haha.

Będąc dziś u rodziców męczyłam ich Turkmenistanem. Próbowałam ich przekonać, że chęć podróży tam nie jest wcale taka irracjonalna. Po pierwsze, jest to kraj „nieskażony” turystami. Dzięki temu można zakosztować bezinteresownej i autentycznej azjatyckiej gościnności. Po drugie, to zupełnie inna kultura, której w Europie nie spotkamy. A po trzecie, mają naprawdę wiele ciekawych rzeczy do obejrzenia. Przykładem są Wrota Piekieł, będące dziełem głupoty radzieckich naukowców. Niestety moje wywody poparte dokumentacją zdjęciową z google nie wywołały zachwytu. Generalnie jakoś nikogo to nie ciekawi. Myślę, że to fajny cel podróży i na pewno łatwiejszy, dla takiego niedoświadczonego podróżnika jak ja, niż Indie.

Uskuteczniliśmy wczoraj wróżby andrzejkowe. Tzn. lanie wosku przez klucz. Wszystkie od drzwi miały za małe otwory, więc użyliśmy w tym celu siedemnastki. Dała radę :) Niestety nie jesteśmy w stanie ogarnąć przekazu. Kształty nie przypominają niczego konkretnego. Poza jednym – statek Enterprise ze Star Treka… Tak więc, przyszłość pozostaje w dalszym ciągu nieodgadnioną niewiadomą.