Archiwa tagu: intrygi

Jestem wredną suką?

W. Gombrowicz, Ferdydurke: Daj mi teraz marzyć, daj – i już nikt nie wie, co jest realne, a czego w ogóle nie ma, gdzie prawda, gdzie złuda, co się czuje, czego się nie czuje, gdzie naturalność, a gdzie sztuczność, zgrywa i to, co powinno być, miesza się z tym, co nieubłagane jest, i jedno i drugie dyskwalifikuje, jedno drugiemu odbiera wszelką rację bytu, o, wielka szkoło nierzeczywistości.

Wszystko zaczęło się prozaicznie od tego, że dowiedziałam się, że Szef przenosi mnie od nowego miesiąca do innego działu. Przy okazji rozmowy powiedział mi, że mam nic nikomu nie mówić, bo on poinformuje ludzi, których to dotyczy. Było mi z tym naprawdę źle, że nie mogę powiedzieć współpracownikom, co się zaraz będzie działo. Że ja odejdę, a moje miejsce zajmie mój obecny przełożony.

Gdy dowiedziałam się, że zmieniam dział, ucieszyłam się niemiłosiernie. Bo po pierwsze mnie nie wyrzucili, po drugie przesunięto mnie do działu, który podobno jest najlepszy w firmie. Fajnie. Miałam tylko nadzieję, że Szef obwieści wszystko tak szybko, jak powiedział. Niestety w pracy wieści roznoszą się lotem błyskawicy. Już na drugi dzień wszyscy wiedzieli. Nikt mi tego nie powiedział prosto w twarz. Ale głucha i ślepa nie jestem, więc szybko się połapałam co pięć. No i wyszło, że jestem wredną suką, która ważne informacje trzyma dla siebie i udaje, że nic nie wie. Jestem fałszywa z tego wynika.

Ale, kurwa, to nie tak! Skoro Szef prosił mnie, abym nie mówiła nikomu, to nie powiedziałam. Nie milczałam, dlatego że mam wszystkich w dupie. Naprawdę daleko mi od tego, żeby być takim małym, firmowym spiskowcem, który ciągle knuje. Nie robiłam nigdy niczego z myślą, żeby pogorszyć komuś. Chciałam tylko polepszyć sobie! No mam przecież prawo do tego, żeby korzystać z dobrej okazji bez względu na to, co myślą o tym inni. Podejrzewam, że większość osób skorzystałaby z propozycji, którą mi dano.

Zrozumiałam jednocześnie, że zrobiłam błąd. Mogłam powiedzieć, chociaż tyle, że niedługo nie będzie mnie w tym dziale. Nie musiałam tak milczeć. I chyba to, że nie powiedziałam tego, sprawiło, że niektórzy poczuli się nieciekawie. Na ich miejscu też bym była wściekła. Najgorsze jest to, że teraz to już nie mogę na to poradzić. Stało się i się nie odstanie. Doskwiera mi fakt, że wyszłam na taką zimną, wyrachowaną sukę. Zawsze myślałam, że nią nie jestem. Ale może jestem, skoro tak postąpiłam? Strasznie ciężko mi z tym.

I teraz siedzę i zastanawiam się nad chujowością swojego postępowania. Najgorzej mi z tego powodu, że przy tej okazji milcząc zraniłam osobę, która jest mi bliska. Wytworzyła się między nami fajna relacja, a ja swoją bezmyślnością wszystko popsułam. Gdybym tylko powiedziała „Słuchaj, nie mogę ci zdradzić szczegółów, ale mnie tu nie będzie już za półtora tygodnia.”, byłoby teraz inaczej. A ja milczałam jak grób, bo się bałam, że zestresuję tę osobę niepotrzebnie. Myślałam, że lepiej będzie jak się dowie później niż wcześniej. Ja bym wolała taką niefajną wieść dostać jak najpóźniej. Bo: a) krócej bym się denerwowała, b) miała bym mniej czasu snucie różnych domysłów, c) i tak nie mogłabym nic zrobić, więc lepiej wiedzieć później niż wcześniej.

Szkoda, że nie przewidziałam, że nie wszyscy są tacy jak ja, czyli „na ostatnią chwilę”, „spoko na luzie w bluzie, samo się zrobi” i „jakoś to będzie, a jak nie, to poleci spontan”. Nie pomyślałam, że pewni ludzie wolą oswajać się z informacjami i zwyczajnie je trawić. I teraz mam konsekwencje swojego chcenia dobrze. Najgorzej boli mnie to, że nie mogę już tego zmienić. Już nawarzyłam tego piwa. Zrobiłam kupę i muszę ją teraz wąchać, bo wsiąkła w wykładzinę. Taka puenta mi przychodzi do głowy. Zachowałam się jak typowa korporacyjna żmija, a nie tak miało być.

Naprawdę nie jestem taka podła i wredna. Staram się być szczera, nie wchodzę w układy i układziki, nie spiskuję, w pracy zajmuję się pracą. Nawet staram się nie przenosić znajomości z pracy na grunt towarzyski, żeby nie namieszać przypadkiem. No i co z tego, jak jednym małym przemilczeniem, niedopowiedzeniem doprowadziłam do takiego kwasu rodem z brazylijskiej telenoweli. Co ja kurwa narobiłam? Choćbym stanęła na głowie, to nie zmienię już nic.

I niestety, dla współpracowników już wredną suczą pozostanę. Takim czarnym bohaterem firmy. Taka mała blond suka, która chodzi i knuje. Z nikim się nie liczy! Pewnie wiele odcinków Mody na sukces upłynie zanim pozbędę się metki, którą sama sobie przykleiłam.

„człowiek jest najgłębiej uzależniony od swego odbicia w duszy drugiego człowieka, choćby ta dusza była kretyniczna. Zaprawdę, w świecie ducha odbywa się gwałt permanentny, nie jesteśmy samoistni, jesteśmy tylko funkcją innych ludzi, musimy być takimi, jakimi nas widzą”.

Kto z jakim przystaje, takim się staje?

Pisałam nieraz o moim „wspaniałym” przełożonym. Ten człowiek, nazwijmy go Przełożony nr 1, działa na mnie lepiej niż dwie mocne kawy. Jedną zagrywką potrafi mi tak podnieść ciśnienie, że zaczynam się dosłownie gotować z wściekłości i frustracji. Oprócz niego jest jeszcze jeden przełożony (nasz wspólny – Przełożony nr 2). Obydwoje także się nie trawią. Generalnie w trójkę się nie tolerujemy zbytnio. I ostatnio właśnie z tej przyczyny doszło do kolejnych kwasów.

Zatrudniliśmy nowego pracownika. Jakiś czas było dobrze. Jednak, gdy dostał umowę o pracę na trzy miesiące (sic!), zaczął kozaczyć. Notorycznie opuszcza miejsce pracy bez powiadomienia nikogo. Zdarza mu się zaspać. Raz nawet spóźnił się prawie dwie godziny. Nie miał nic na swoje usprawiedliwienie poza bardzo arogancką postawą, którą można odczytać „odpierdol się ode mnie”. Nie omieszkał też mruknąć tego pod nosem. Stwierdziłam, że za takie coś należy się upomnienie pisemne, tym bardziej że facet krótko pracuje. Jak będzie mu się pozwalać na takie akcje, szybko „rozwinie skrzydełka”. Tego samego dnia kolejny raz wyszedł sobie w czasie pracy nie informując nikogo. Byłam już pewna swojej decyzji. Nie można tolerować takich zachowań. Napisałam podanie o upomnienie.

Zaniosłam je do Przełożonego nr 2. Pokiwał głową. „Czy to pierwsza taka sytuacja?” „Nie.” „To co pani wcześniej zrobiła?” „Rozmawiałam z nim na ten temat.” „I co?” „Jak widać nie pomogło.” „A mówiła mu pani, czym to grozi?” „Tak.” „Na pewno?” „Tak.” „To teraz czas na pisemną karę?” „Tak.” Akurat nie było Przełożonego nr 1, był w delegacji. Moim zdaniem nie było na co czekać. Trzeba karać i nagradzać od razu, żeby człowiek wiedział za co to.

Jak bardzo się zdziwiłam, gdy po powrocie Przełożonego nr 1 temat upomnienia został znów podjęty. Rano chciałam mu powiedzieć, że taka sytuacja miała miejsce. Zbył mnie jednak „Nie zawracaj mi głowy takimi pierdołami. Takie rzeczy załatwiaj bezpośrednio z Przełożonym nr 2.” OK. Nie chciał słuchać, to nie. Około południa na naradzie Przełożony nr 2 wyciągnął mój wniosek o upomnienie. Znowu zaczęli mnie przepytywać z tego, czy rozmawiałam z pracownikiem. Czy aby na pewno to była pierwsza taka sytuacja. Czułam, że mają mnie za kretynkę. Pięć razy powtarzałam to samo. Przypominało to przesłuchanie na policji. Ja swoje, oni swoje i totalne powątpiewanie w moje słowa. Miałam wrażenie, że za chwilę zaczną mi wmawiać, że ja to nie ja.

Do tego P nr 1 wściekł się. „Jak mogłaś dać ten papier bez mojej wiedzy?” „Tak się składa, że pana akurat nie było w firmie.” „Ale dziś jestem.” „Sam pan dziś powiedział, że nie chce o takich sprawach rozmawiać.” Poczerwieniał w jednej sekundzie. Potem patrzył na mnie tak, jakby chciał mnie zabić. Zresztą tak jest zawsze. W końcu padło stwierdzenie „Przecież tutaj każdy wychodzi, kiedy i jak chce.” „Czy to znaczy, że mamy tolerować takie coś? Sam pan mówił, że to choroba tej firmy i trzeba to eliminować.” „No tak, ale jak będziemy dawać im upomnienia, to nic to nie da. Na pewno pani z nim rozmawiała?” „Na pewno. Skoro pan mi nie wierzy, proszę zapytać innych, czy takie rozmowy były.” „Ech… to nie o to chodzi, żebym panią sprawdzał. Niech lepiej Przełożony nr 1 z nim pogada.” Bla bla bla. I tak w kółko. Myślałam, że to jest jakiś kabaret, a nie narada!

Oczywiście P nr 1 nie omieszkał mnie poczęstować porcją niby przerażających tekstów w cztery oczy. Wzruszyłam ramionami i powiedziałam „Panu tak się tylko wydaje.” Po czym poszłam w swoją stronę. Jednak co się zdenerwowałam, to już moje. Potem zadzwonił do mnie na mój prywatny (jak zawsze) telefon i powiedział, że mam wyznaczyć osobę do przyjścia do pracy w sobotę i niedzielę. Był piątek g. 13.00. Oczywiście, jak do jakiejś gównianej misji, to wysyła zawsze mnie.

Podreptałam do ludzi i wyłożyłam im kawę na ławę. Debatowaliśmy trochę na ten temat. Nikt nie chciał przyjść. Wcale się nie dziwię. Też bym nie chciała, gdyby ktoś próbował mnie wmanewrować w takie maliny dwie godziny przed weekendem. „To co jest ktoś chętny do przyjścia? Wiecie, że ja nigdy nikogo nie zmuszam do nadgodzin. Wasza decyzja.” Nikt nie chciał. Poszłam do swojego pokoju. Po minucie wleciał Przełożony nr 1. „I co? Załatwiłaś kogoś na weekend?” W tej chwili nastąpił we mnie jakiś przełom. Zaczęło mi sprawiać przyjemność komplikowanie mu jego planów. Ze stoickim spokojem powiedziałam „Nie.” „Echh… Ty… Niby dlaczego? Pytałaś w ogóle?” Z uśmiechem jak z reklamy Colgate powiedziałam „Tak, pytałam. Nie ma chętnych.” „Nic nie umiesz załatwić. Zawołaj mi ich tu. Sam to załatwię, a ty patrz i ucz się. Może coś zapamiętasz.” „OK.”

Zawołałam. Przyszli. Przełożony nr 1 rozparł się jak basza na krześle. Był pewien, że jemu nikt nie odmówi. „No co? Kto z was przyjdzie w sobotę?” „Nikt.” „Dlaczego?” „Bo mamy już plany.” „To je zmieńcie.” „Nie możemy, bo już opłacone te plany.” Jemu mina zrzedła. A oni wyszli. Widziałam, jak nachmurzył się momentalnie. Wyglądał, jakby go coś ugryzło. Oj bolała porażka. Myślał, że znowu udowodni mi nieudolność i beznadziejność. Był pewien, że tak beznadziejnego polecenia ode mnie nie przyjmą, a jego się wystraszą i przyjmą. Kiedyś zawsze tak było, a teraz już nie. Olali go. A był taki pewien, że mu nie odmówią. Wyszedł na durnia. Szczerze? W środku tańczyłam z radości. Jeden z niewielu razy poniewieranie mnie, nie wyszło.

Potem jeszcze dowiedział się ode mnie, że jego ludzie poszli sobie do domu. „Jak to poszli?” „No nie ma ich od 10 rano.” „Dlaczego poszli?” „Nie wiem, to pana ludzie. Myślałam, że pan wie, co się dzieje w pana brygadach.” „Kłamiesz. Ja ich nie zwalniałem.” „Niech pan idzie sprawdzi.” Poszedł. Wrócił z nietęgą miną. „Ty…” „Tak słucham?” „Wiedziałaś, że sobie idą?” „Widziałam jak wychodzili.” „To czemu ich nie pytałaś, gdzie idą?” „Bo to pana ludzie. Nie moi. Byłam pewna, że pan potrafi swoich upilnować na tyle, żeby nie wychodzili bez pytania. Myślałam, że skoro idą, to pan na pewno o tym wie.” Wściekł się. Dosłownie widziałam, jak się gotował.

Tak się kreował na wspaniałego, nieomylnego. Punktuje mi wszystko! Nawet tematy, na które nie mam wpływu. Wysyła mnie na najbardziej gówniane misje. Sam spija śmietankę. Gdy pojawia się problem, wali teksty „Ty jesteś tu kierowniczką, to załatw to!”. A jak wszystko się wali, ucieka jak szczur z tonącego okrętu. Taki przełożony od spraw przyjemnych. I teraz napiszę coś bardzo prymitywnego. Cieszyłam się jak głupia z jego dwóch porażek. Wreszcie karta odwróciła się chociaż trochę. Zauważyłam, że gdy ktoś jest cały czas opieprzany i sponiewierany, a nie może nic zrobić, bo dopuszcza się do tego przełożony, staje się niezwykle szczęśliwy, gdy ten przełożony wreszcie się potyka. To jest żałosne, ale prawdziwe. W końcu ile można znieść poniżania na każdym kroku? W dodatku, gdy nic się nie daje z tym zrobić? Nie wiem, jak jeszcze długo tak pociągnę. Ale wiem, że nie jest taki wspaniały, na jakiego się kreuje.

No cóż

Chciałoby się, rzec coś wesołego. To będzie. Idzie wiosna. Skąd wiem? Bynajmniej nie z prognozy pogody, wg której co tydzień w przyszłym tygodniu przyjdzie ocieplenie. Ja, wybitna meteorolożka (jaki koszmarek językowy), czuję to w kościach. Zawsze jak robi się wilgotna i chłodna pogoda, łamie mnie w gnatach. Dziś rano zaczęło się od delikatnego kucia w prawym ramieniu. Potem szpiliło mnie tak, że ledwo w arbaitsamlu wysiedziałam. Jakoś wiadra pomyj, które mi się na łeb wylewa, spływały jeszcze bardziej gładko. Po obiedzie zaczęły mi dawać o sobie znać kolana. Na fitnessie czułam, że dogorywam i jedyne czego chcę to łóżko i kołdra. Teraz boli mnie, przepraszam, jebie mnie cała prawa kończyna górna, obydwie dolne i gdzieś w dole kręgosłupa. Naprawdę muszę być żałosnym widokiem, bo nasza kotka weszła mi na kolana. Z reguły omija mnie szerokim łukiem.

Tak więc, na podstawie powyższej prognozy zapowiadam nadejście wiosny. I to tyle pozytywnych słów, jakie mogę z siebie wydobyć. Bardzo ciężko mi się żyje ostatnio. Jakieś dwa miesiące temu zmieniono mi przełożonego. Początkowo było niby OK. Po krótkim czasie się rozkręcił. Teraz mogę z czystym sumieniem stwierdzić, że postanowił mnie wykończyć. Robi wszystko, co może, żeby mnie pognębić i wyprowadzić z równowagi. Raz się pożarliśmy. Ale teraz zmieniłam taktykę na tzw. „be splendid”. Jestem kulturalna i miła aż do wyrzygania. Nawet jak na mnie wrzeszczy. Nie daję się wciągnąć w chorą grę. Wiem, że chce mnie się pozbyć. Słyszałam, jak mówił do Szefa, że jestem do dupy i nic nie potrafię. Cóż, są ludzie, którzy nie mając się czym sami wykazać, podkopują innych. A jak się szuka na siłę haka na kogoś, to się zawsze znajdzie.

W zasadzie mam dość odbierania co ok. 30-40 min telefonu ze zjebką i pretensjami. W dodatku na mój prywatny telefon, bo służbowego nie posiadam. Oprócz tego ciągłe rycie bani. Tak się nie da pracować. To znaczy da się, bo pracuję, ale zaczynam miewać znane sobie stany emocjonalne. Czuję, że nic pozytywnego z tego nie wyniknie. Wczoraj np. jeszcze dobrze nie weszłam do pracy, a już dostałam pouczenie, że za późno. Mimo, że się nie spóźniłam. Dziś też wysyłał mnie na halę wkręcając mi różne rzeczy, które tam miejsca nie miały. Że niby coś porozrzucane. Najbardziej jednak dobija mnie fakt, gdy przychodzi do mnie i wmawia mi, że produkujemy właśnie coś innego niż w rzeczywistości fizycznie tam stoi.

Często jeśli chodzi o szczegóły techniczne też przychodzi do mnie i pyta. „A jak to jest zrobione?” „Co się robi najpierw?” I mnóstwo innych głupich pytań, o rzeczy które w zasadzie powinien wiedzieć. Potem chodzi do Szefa i mówi, że ja to w ogóle nie wiem, co produkuję, nie mam pojęcia o technologii. W sumie, to niech się goni. Od jakiegoś czasu mam to w dupie. Co się będę spinać? Jak Szef będzie chciał w to uwierzyć, to uwierzy. I może nawet zwolni. Choćbym nie wiem jak się wysilała. Lepiej robić swoje, a frajerskim zachowaniem fałszywca się nie przejmować.

Śmieszne jest też to, że ten facet ciągle mnie o coś pyta. Nie umie nawet włączyć programu bazodanowego, który jest podstawą funkcjonowania w naszej firmie. A co dopiero coś w nim znaleźć. Porażka. Nie tyle jego nieumiejętność (chociaż trochę też z racji stanowiska), co bezczelność. Najpierw pyta o jedno, drugie, trzecie a potem obrabia mi dupę, że jestem „tępa cipa”, „baba, to co tu się spodziewać”, „niedouczona i nierozumna”. Nawet do moich ludzi. Nie wiedzą kogo słuchać. Przykładowo wchodzę rano ja i ustawiam robotę. A po 10 min. wjeżdża on i przewraca wszystko. Nie wiedząc o połowie rzeczy, które mają być zrobione. Ci durnieją, bo już nie wiedzą, których poleceń słuchać.

No, ale cóż. Ten pan nie wie, że nie takich jak on miałam już okazję przeżyć. I nie dam mu się wygryźć. Bo nie i chuj. Niech idzie na emeryturę, gdzie jego miejsce. Jakoś on mnie nie wzrusza tak, jak się spodziewał. Płakać przez niego nie będę. Oprócz tego, że psychicznie tak styra, że czasem nie pamiętam, jak się nazywam. Tak więc wojna. W Korei i u mnie w pracy.