Archiwa tagu: impreza

Letnia nostalgia w październiku, czyli summertime sedness

Dziś było wyjątkowo ciepło. Jak na październik. O godzinie siódmej, gdy wyjeżdżałam do pracy było czternaście stopni. Jadąc na rowerze, poczułam lato i zapach frytury z McD. Popatrzyłam na opadające resztki mgły i nieśmiało wyglądające słońce zza horyzontu. Pomyślałam sobie, że odkąd skończyłam studia, moje życie stało się nudniejsze i jakieś takie mdłe. I pomyśleć, że kiedyś irytowało mnie gadanie Rodziców, że jeszcze się napracuję w życiu i lepiej, żebym korzystała z tego, że nie muszę tyrać na etacie… Teraz rozumiem już, co mieli na myśli.

Czasy studiowania faktycznie były najlepszymi w moim życiu. Zaczynając od roku akademickiego w październiku, poprzez sesję, którą zwykle przechodziłam bez większych problemów, a kończąc na wakacjach. Właśnie wakacje były najlepsze w tym wszystkim. Od maja szukałam pracy. Później w sesji kursowałam pomiędzy egzaminami, a „dniami próbnymi”. Narzekałam na brak czasu, ale cieszyłam się na hajs, za który mogłam później melanżować z kumplami, kupować ciuchy, mp3-kę i mnóstwo innych rzeczy. Bez tłumaczenia się policji skarbowej w postaci Rodziców.

Teraz w każde lato żal dupę ściska, że mam to za już bezpowrotnie za sobą. Do pracy chodziłam na totalnej wyjebce. W końcu podawanie hamburgerów i frytek do tego przez 10-11 godzin dziennie to nic wymagającego skupienia. Przyznam, że dość frustrujące, kiedy gość nieumiejący poprawnie sklecić prostego zdania mówił do swojej dziuni, bądź równie inteligentnych koleżków, „Jaka głupia dupa. Mądra być nie może, skoro tu pracuje.” Początkowo wściekałam się. Potem kolega zdradził mi sekret, co robi się z takimi burakami albo innymi niemiłymi klientami. Po pierwsze jest się miłym do obrzydzenia. Po drugie, zagląda się na kuchnię, mówi tajne hasło i objaśnia, o które kanapki chodzi. Reszta robi się sama. Po trzecie, obserwuje się jak delikwent zajada się. Czym? Najróżniejszymi rzeczami. Tą słodką tajemnicę zostawię dla siebie. Dlatego pamiętajcie, żeby nie pomiatać tym, kto podaje Wam jedzenie. Zemsta bywa sroga i okrutna.

Wracając do tematu, pracą zbytnio się nie przejmowałam. Bywało, że wpadałam prosto z imprezy. Albo totalnie zrobiona albo totalnie skacowana. Z reguły w okolicy połowy sierpnia albo września rzucałam robotę w wielkim stylu. „Jak wam się nie podoba, to pocałujcie mnie w sam środek. Nie przychodzę do pracy, ani jutro, ani po jutrze. Nie mogę dostać wolnego, to rzucam tę robotę. Hmmm… A w zasadzie, to chyba dziś też w pracy nie zostanę. Astalavistabejbi!” I rzucałam wypowiedzenie temu kierownikowi, którego nie lubiłam. Oczywiście w dzień, kiedy był największy tłok. Uwielbiałam tę niezależność. Świadomość tego, że w każdej chwili mogę trzasnąć drzwiami i mieć to gdzieś. I wiecie co Wam powiem? Jeśli możecie sobie pozwolić na taki luksus, róbcie to. Później może być za późno. Teraz nie mogę powiedzieć szefowi „Panie, jak się Panu nie podoba, że się spóźniam, a nie widzi Pan darmowych nadgodzin, które tu odbębniam charytatywnie, to pocałuj mnie w sam środek i sam sobie tu siądź. Astalavistabejbi!”

Co jeszcze było takiego wspaniałego w tamtych wszystkich wakacjach? Sraczka. Tak, stara poczciwa sraczunia. W gastronomii dyskwalifikuje Cię w pracy. Niepodważalna przez lekarza i pracodawcę. Szczególnie cudowna, gdy pracujesz na umowę o pracę i świeci słońce, a słupek rtęci dawno przekroczył 30 stopni. Na miejscu był zawsze mój najlepszy kumpel. Sms rano „Siema parówo, jedziemy na plażę?” sprawiał, że automatycznie czułam się „chora”. No i odpowiedź zwrotna w tempie natychmiastowym „Siema parówo. No raczej.” Szybka wizyta u lekarza, a potem dostarczenie zwolnienia do miejsca pracy. Oczywiście kumpel stawał się moim kuzynem na tę okazję. Zapewniam, że zimne piwko na plaży smakuje najlepiej, właśnie wtedy, gdy 80% pensji i tak wpada Ci na konto. Leżysz na kocyku, grzejesz odwłok, pełen relaks, a tu pensja i tak wchodzi na konto. Lepiej pachnieć morzem i plażą, niż frytkami. Małe sprostowanie. Nigdy nie robiłam takich numerów w weekend. Po pierwsze, za duży ruch i nie byłam aż taka podła dla swoich przełożonych, żeby narażać ich na utratę najlepszej kasjerki. Po drugie, na plaży w weekend też jest zbyt tłoczno. Najlepiej jest w tygodniu…

Uwielbiałam sierpień i wrzesień. Wtedy nad morzem jest najlepsza pogoda. Woda jest ciepła, a powietrze specyficznie pachnie. Ludzi też jest nieco mniej… Zwykle wtedy też zrzucałam balast roboty, której nie lubiłam. Mogłam pozwolić sobie na jeżdżenie w nocy nad jezioro ze znajomymi. Na grille i spotkania. Robiłam co chciałam i kiedy chciałam. Właściwie mój kumpel był osobą, z którą głównie spędzałam czas. Jeździliśmy razem na wszystkie imprezy i pizzę z bigosem. Spędzaliśmy godziny na szwędaniu się po mieście i komisach samochodowych. Na kolędowaniu po znajomych… Nie było bunkrów, ale i tak było zajebiście.

Teraz pracuję i nie mam wakacji. Co najwyżej tydzień, dwa lub trzy. Nie mogę robić tego, co mi się żywnie podoba. Kumpel wyjechał i praktycznie się nie widujemy. Do tego ma laskę, więc i tak nie dałoby rady spędzać tyle czasu razem. Spotkania wspólnie, to nie to samo. Każdy o tym, wie. Co tu ściemniać. Tęsknię za przyjacielem, którego przez dorosłość straciłam. Tęsknię za słońcem, plażą. Generalnie za wolnością. Takiej, której już nie doświadczę. Co najśmieszniejsze, ta wolność pachnie frytkami.

Sylwester z kamerką

Dziś ostatni post tego roku :) Jest sylwester i wypadałoby gdzieś pójść. Tak myślę, że wypadałoby, bo w tv i wszędzie mówi się, że trzeba się bawić. Mnie także nie ominęły pytania „a wy co robicie na sylwestra?” „nie wiem jeszcze” I zdziwione spojrzenia „jak to nie wiesz? przecież tylko tydzień został!”. I trochę tak wstyd się przyznać, że się nigdzie nie idziemy. Nie idziemy, bo byliśmy w tym roku wyjątkowo nieogarnięci i do świąt nawet nie myśleliśmy o sylwestrze.

W zasadzie nie wiedziałam, czy będę miała dzisiejszy dzień wolny. Ostatecznie mam i nic nie zaplanowaliśmy. To będzie chyba pierwszy taki wieczór dla mnie od dobrych kilkunastu lat. Co dziwne, jakoś wcale nie czuję z tego powodu smutku, żalu, czy rozczarowania. Posiedzimy sobie we dwójkę, a około dwunastej pójdziemy do miasta i też będzie spoko. Może to i dziwne, że nie idziemy do żadnych znajomych, ale w tym roku mieliśmy bardzo mało chwil, żeby spędzić je zupełnie sam na sam. Nie licząc kupowania mebli do pokoju albo malowania ścian :P

W sumie to lepiej spędzić sylwestra samemu niż tak, jak w zeszłym roku. Mieliśmy do wyboru parę opcji – mogliśmy jechać do Torunia albo do Kołobrzegu, iść do mojego kolegi na domówkę albo jechać do koleżanki. Wybraliśmy tę ostatnią opcję. Niestety. Jechaliśmy prawie dwieście kilometrów. Miało być około dziesięciu osób, ale okazało się, że faceci nie przyjdą i mój był rodzynkiem w cieście pijanych, rozwrzeszczanych babiszonów. Było dość standardowo. Picie, jedzenie, a o dwunastej wyjście na molo w Sopocie. Impreza mijała całkiem sympatycznie. Po powrocie sobie potańczyliśmy, pośpiewaliśmy i zjedliśmy coś ciepłego. Około czwartej poszliśmy spać.

Rano wszyscy obudzili się bez tupotu białych mew w głowie. Jedliśmy sobie śniadanie, aż nasza gospodyni oznajmiła „Mam dla was zajebistą niespodziankę!” Podeszła do laptopa i zaczęła szukać czegoś. „O mam! Jak wróciliśmy włączyłam kamerkę w laptopie, hahahaha” Wszystkim miny zrzedły. „Nie zrobiłaś tego naprawdę?” „Zrobiłam! Nagrywało się, aż do rana. Mam was wszystkich na widelcu!” Mi się automatycznie jeść odechciało, jedna koleżanka udławiła się sokiem, a druga powiedziała wymowne „o kurwa”. Potem gospodyni katowała nas tym filmikiem. Można było zobaczyć różne dziwne rzeczy, które większość z nas robiła patrząc w monitor. Przykładowo dłubanie w nosie albo poprawianie pewnych części garderoby… Tak czy inaczej atmosfera zabawy i miłego minionego wieczoru uleciała w jednej sekundzie, jak powietrze z przekłutego balonu. Czuć było, że wszystkim oprócz gospodyni się to nie podobało.

Mogła przecież powiedzieć, że włącza kamerkę. I tak pewnie byśmy o tym zapomnieli, ale na moje wypada poinformować, że robi się coś takiego. Nawet wydaje mi się, że takie nagrywanie jest bezprawne. Po tym incydencie stwierdziłam, że więcej imprez z nią nie chcę spędzać. I cały rok się nie widziałyśmy. Teraz mi w zasadzie szkoda, bo znamy się od bardzo dawna i zawsze raczej się lubiłyśmy. Jednak poczułam się w pewien sposób zraniona tą sytuacją. Dlatego wolę tego sylwestra spędzić spokojnie ze swoim facetem i nie bawić się na siłę mimo wszechobecnej presji hucznej zabawy.

Tak całkiem na koniec zaserwuję sobie kilka postanowień noworocznych, których zwykle nie robiłam. Po pierwsze będę chodzić na fitness/jogę przynajmniej 3 razy w tygodniu. Na wiosnę zapiszę się na jazdę konną (już trzy lata się do tego zbieram). Nie będę się spinać i denerwować w pracy – nerwy i emocje nie są dobrymi doradcami. Zadbam wreszcie o siebie i odnowię znajomości. Zapiszę się na doktorat z ekonomii.

W Nowym Roku życzę Wam:
12 miesięcy zdrowia, 53 tygodni szczęścia, 8760 godzin miłości, 526600 minut pogody ducha i 31536000 sekund wspaniałej zabawy!

Materialistka

Zawsze myślałam, że nie jestem materialistką. I że ogólnie jestem w miarę znośna dla otoczenia w postaci mojego faceta. Ale niestety się pomyliłam. Uświadomiła mi to nasza rocznica. Rozmyślałam o niej już od września. Jednak poza zakupem bielizny nie zrobiłam nic w kierunku organizacji czegokolwiek. A sorry, poszłam do sklepu kupić jedzenie, żeby zrobić coś wykwintnego. Chciałam nawet wzbić się poza swój kanon. Tak czy siak całą sobotę czekałam na jakieś czekoladki, wino, tudzież chabazia.

Doczekałam się za to telefonu w sklepie „Misiu kup coś na obiad.” Na co demonstracyjnie rozłączyłam rozmowę i schowałam telefon na samo dno torebki. Już nieco zagotowana dalej kończyłam zakupy myśląc sobie „Na pewno nie zapomniał. Tylko tak udaje.” Gdy wkroczyłam do domu nie zobaczyłam żadnych oznak tego, że właśnie jest rocznica.

Po wielu perturbacjach, wzajemnych pretensjach i oskarżeniach coś zakiełkowało w głowie mojego mężczyzny. Powiedział, że jedziemy do pewnego pubu, gdzie można coś zjeść. Tylko, że nie zrobił rezerwacji. A w tej dziurze, w której mieszkamy wyjście gdzieś w sobotę bez rezerwacji jest praktycznie niemożliwe. No i zostaliśmy odesłani z kwitkiem. Poszliśmy jeszcze tu i tam. Wszędzie ta sama odpowiedź pt. brak miejsc. Oczywiście jak każde humorzaste babsko zarzuciłam focha. „Kochanie to chodź może pojedziemy na kebaba? Potem kupimy jakieś piwko/winko i miło spędzimy wieczór?” „Sam se żryj kebaba!! W dupie to mam!! Ale mi atrakcje! Dzień jak co dzień!”

Jeśli ktoś spodziewał się erudycji w tym dialogu to się rozczarował. Jeśli ktoś spodziewał się wulgaryzmów i chamstwa, spodziewał się dobrze. Potem byłam już coraz bardziej wrzaskliwa, wredna, jędzowata i opryskliwa. Darłam ryja tak głośno, że było słychać mnie chyba nawet w Watykanie. Zaczęłam nawet demonstracyjne pakowanie majtek i skarpetek. Siarczyste przekleństwa płynęły z moich ust wartkim strumieniem. W pewnej chwili usłyszałam „To Ty taka jesteś?! Nawet się nie spodziewałem. Myślałem, że jesteś inna. Ale dla Ciebie ważne to tylko wyjść gdzieś, wydać pełno hajsu. A nie liczy się dla Ciebie to, że możemy sobie spokojnie spędzić czas razem? Być ze sobą? To nie masz już radości z wspólnego spędzania czasu?”

Podziałało to na mnie jak kubeł zimnej wody. Zdałam sobie sprawę, jak głupio się zachowałam. Jak typowe pustomozgowe blond stworzenie. Czekałam, aż facet wszystko zorganizuje. Stereotypowo. Ja, która zawsze pisze, że to faceci do kobiet podchodzą stereotypowo… No cóż. Jak widać, nie ma ludzi bez wad. A ja nie wiem, co wtedy we mnie wstąpiło. W każdym razie zrobiło mi się strasznie głupio i wstyd. No bo jak nazwać takie sceny w rocznicę, tylko dlatego, że zapomniał? A jakbym ja zapomniała? No i mogłam przecież sama coś zorganizować… Najgorsze jest to, że zapomniałam co jest najważniejsze. Nie to, żeby gdzieś wyjść. Tylko żeby być razem…