Archiwa tagu: głupota

Mięsko na zlotach

Skończył się sezon majówki, więc temat chyba akuratni. Od razu na samiutkim począteczku zaznaczę, że nie jestem częstą bywalczynią zlotów VW, BMW, itd. Dlatego w swoich ocenach mogę się mylić lub kogoś przypadkiem urazić. Jeśli tak się stanie to… strasznie mi z tego powodu wszystko jedno. Ostatnia wizyta na zlocie natchnęła mnie takimi, a nie innymi refleksjami. Otóż chodzi o kwestię mięsa, którego jest tam dużo, momentami, aż za wiele. I nie o kiełbasie z grilla myślę.

Czytaj dalej

Lekcja kultury

Ostatnio miałam zaszczyt odbyć bezpłatną lekcję kultury. Jestem wprost wniebowzięta, bo taka okazja nie zdarza się często, ani nie powtarza dwa razy. Toteż po jej odbyciu czuję się osobą lepszą, bardziej obytą i światową. Rzecz miała miejsce w sklepie osiedlowym. Muszę od razu wyjaśnić, że to taki sklep, który wystrojem utknął w połowie lat 90-tych i idziesz tylko wtedy gdy musisz. Niby miejska sieciówka, niby supermarket. Tak głosi napis nad wejściem. Czytaj dalej

Nawet keep calm nie pomoże w starciu ze sprzedażą piramidalną

Ostatnimi czasy usilnie staram się tłamsić w sobie to, że pewna dziewczyna zwyczajnie mnie wkurwia. Bo mam mnóstwo wspomnień związanych z jej osobą, naprawdę pozytywnych. Jest spoko osobą, tylko mamy poglądy tak wspólne jak Kaczyński z Palikotem. Czasami jak podjarana jej coś opowiadam, to patrzy na mnie z miną jak moja matka, gdy w gimnazjum próbowałam jej tłumaczyć, że powinno się zalegalizować marihuanę. I najczęściej nasze rozmowy tak właśnie się kończą jak tamte – spiną. Więc gdy zadzwoniła do mnie, żebym poszła z nią na pokaz kosmetyków, nie odmówiłam.

Nie pasował mi termin, który zaproponowała (byłam w samym środku przygotowań do panieńskiego i dzień po nabyciu szacownej kózki, a słoneczko świeciło…). Postanowiłam jednak poprzekładać wszystkie plany i pójść z nią. Dlaczego? Bo pomyślałam, że to miło, że mnie gdzieś zaprasza. Pomyślałam też, że warto razem gdzieś się wybrać, żeby wzajemne stosunki się ociepliły. Poza tym myślałam, że ten pokaz to będzie coś na zasadzie wizażu i omawiania kosmetyków. Coś w stylu pokazów, które są robione w dużych sieciach drogerii i perfumerii.

Oczywiście, jak zawsze, wprowadziłam się sama w błąd. Tak to jest, że słyszymy to, co chcemy słyszeć. Poczłapałam się grzecznie na miejsce, w którym się umówiłyśmy. Zdziwiłam się, że przyjechał po nas jakiś facet, żeby nas zawieźć na miejsce. Niewiele się zastanawiając wsiadłam z nią do tego samochodu. Facet po czterdziestce, z wielkim srebrnym łańcuchem na szyi. W duchu zaczęłam się śmiać, że to będzie jakieś nieudane porwanie do rumuńskiego burdelu. Trochę się zaniepokoiłam, gdy minęliśmy zjazd do galerii, a potem powoli zaczęliśmy wyjeżdżać za miasto. Nieco pożałowałam, że nie wzięłam noża do filetowania ryb (wyobraźnia pracuje – co piątek/sobota przez wiele lat indoktrynowałam się horrorami i thrillerami). Miałam tylko długopis i klucze, czyli kiepską broń. Moje rozważania przerwał mi dojazd na miejsce. Pod domek jednorodzinny na końcu ulicy, gdzie nawet wrony dupami szczekają, a psy zwracają ;)

Byłam już mocno zdegustowana, bo miałam buty na obcasie, a do pętli autobusowej było ok. 20 min na piechotę po jakimś żwirze i piachu. Pan zaprowadził nas pod drzwi domu, który otworzyła normalnie wyglądająca kobieta. Jednak byłam nadal czujna, bo najgorsi psychopaci mają właśnie bardzo przeciętny look. Zaprowadziła nas do salonu. I wtedy przysłowiowy chuj mi opadł. Bez picu. Na środku stał stół z kosmetykami, a wszędzie były rozstawione krzesła. Siedziały na nich kobiety w wieku 45+. Niby nic złego w kobietach siedzących w salonie, jak kwoki na grzędzie, ale ja już czułam pismo nosem.

Usiadłyśmy sobie na swojej grzędzie. Po jakimś czasie zebrały się już wszystkie babki. Wtedy weszła „Jolcia” ustrojona jak na sylwestra w remizie. Czerwona balowa suknia, bolerko z cekinów, tapir na włosach i ciężki makijaż pod kamerę. Idealny design na wtorkowe, sierpniowe popołudnie. Gdy już przyjęła ochy i achy od zgromadzonych zaczęła opowiadać o bajecznych kosmetykach.

Cudowność tych kosmetyków była nie do ogarnięcia moim skromnym umysłem. Po pierwsze – jedne z najlepszych na świecie! Po drugie tylko z naturalnych składników (których skład nie był napisany na etykietach), kupowanych na specjalnym targu w Paryżu. Zaczęło mnie zastanawiać, jak to jest możliwe przy ogromnej sprzedaży na skalę światową (wg opowiadającej Jolci) w przypadku np. kremu nawilżającego na bazie róży pustynnej… Było mnóstwo innych niesamowitych cudów, jak puder wystarczający na dwa lata i utrzymujący idealny wygląd cery przez nawet 48 h. Niesamowite. Chyba można zaoszczędzić na wodzie :)

Jednak po pewnym czasie ten absurd zaczął mnie po prostu nudzić. Bo jak trzy razy ktoś Ci wciska ciemnotę, to można się pod nosem śmiać. Przy dziesiątym takim bzdecie zaczynasz po prostu rzygać przysłowiową tęczą. Mija jedna godzina, potem druga, a jakaś wypacykowana baba wpiera rzadki kit… Na dłuższą metę jest to zwyczajnie beznadziejne. Chętnie wstałabym i zabrałabym się to domu, ale droga mnie przerażała. Pewnie celowo wybrali taką daleką lokalizację, aby nikt nowy nie uciekł z krzykiem.

Patrzyłam za okno na piękną pogodę, myślałam o kozie zacumowanej w piwnicy i zalewała mnie ciecz będąca pomieszaniem krwi i żółci. Groteska tego wyjścia sięgnęła do zenitu, gdy Jolcia wyjęła najnowsze (tak! prosto z fabryki) pudry i kremy. Kwoki zatrzęsły się na swoich krzesłach. Wybałuszyły gały i wyciągnęły ręce. Czułam się mega dziwnie. To wyglądało okropnie. Kiedyś oglądałam program, w którym wolontariusz rozdawał narkomanom metadon. Zachowanie tych kobiet nie różniło się za wiele. Jak można dać się tak omotać i zaślepić? Płacić astronomiczne kwoty za zwykłe kosmetyki? Sprzedawane w tak dziwnym systemie?

Dobra, te baby to niech sobie kupują. Ale moja koleżanka? Po studiach? I zapisała się do tego syfu? Jej mąż także wykształcony… I dali się nabrać na wszystkie chwyty takiej sprzedaży. Rzekomą elitarność (tylko zapisani mogą kupić), luksus (trzecie na świecie), naturalne i jednocześnie rzadkie składniki wykorzystywane w produkcji masowej (wtf?), pozytywna opinia będącego na pokazie eksperta (tu lekarz dermatolog). Podręcznikowe sygnały ostrzegawcze  przed piramidą. Olała je. OK. Po co mnie w to próbuje wciągać? Mogła chociaż powiedzieć, że zabiera mnie na taki performance głupoty – Amway.

fb

Porodówka na fejsbuku

Tak się zastanawiam, nie pierwszy raz z resztą, co motywuje niektórych ludzi do wrzucania praktycznie wszystkich swoich zdjęć na portale społecznościowe. Nie jestem tutaj jakimś radykałem internetowym, który stwierdzi, że w ogóle żadnych fotek nie można wrzucać na fejsa. Sama mam konto na tym portalu. Mam tam swoje zdjęcie profilowe, ze dwa zdjęcia z jakichś wycieczek i swojego kota. Generalnie mogę stwierdzić, że nie czuję potrzeby wstawiania zdjęć po każdym melanżu albo plażowaniu. Kogo zresztą obchodzi, czy lubię na plaży opalać się z redsem, czy brokiem eksportem?

Zdarzają się jednak akcje, które zawsze wprawiają mnie w stan zdziwienia. Tak, tak. Fejsbukowa społeczność zawsze zadziwi. Szczególnie wtedy, kiedy się już myśli, że nic zaskakującego się nie zobaczy. Tak było dziś. Odpalam sobie fejsbuka. I co tam widzę? Fotorelację wprost z porodówki żony mojego znajomego. Szok. Widziałam już umazane kupą noworodki. Widziałam też siusianie na nocniczku, kąpiele dziecka. Zdjęcia rozstępów po porodzie. Nie obyło się też bez pseudo artystycznych zdjęć w bieliźnie albo jej szczątków. Ale fotostory z porodówki nie widziałam!

No i zobaczyłam. Zdjęcie nr 1. Leży napuchnięta kobieta na łóżku. Wokół cała aparatura monitorująca. Zdjęcie nr 2. Leży zwinięta w kłębek na boku i trzyma się za brzuch. Zdjęcie nr 3. Zbliżenie na twarz. Grymas bólu i chyba rozpaczy. Nie wiem, nigdy nie rodziłam. Szczęściem to to na pewno nie było. Zdjęcie nr 4. Znowu leży na plecach, ale fryzura już całkowicie skołtuniona i chyba poklejona od potu. Na twarzy mina pt. „Zaraz was wszystkich pozabijam.” Pewnie, też bym dostała szału, gdyby mój facet cykał mi fotki w chwili, gdy przeżywam pewnie największe katusze swego życia. Zdjęcie nr 5. Widać tam pielęgniarki i lekarza wokół „obiektu”. Pewnie zaczyna się akcja porodowa. Tak! zaczyna się, bo na zdjęciu nr 6 widzimy, jak jego żona wygląda leżąc okrakiem. Szczęście, że jest na tyle rozmazane, że nie widać rozwarcia.

Przyznam szczerze, że klikałam na następne z lekkim dreszczem na karku i zadzie. Tak jak Żyła za każdym lajkiem na swoim profilu myślał „eee… więcej już nie będzie!”, to ja myślałam sobie „nieee…, no więcej to już nie pokaże! Nie jest taki durny.”. A pokazał! I tak, czym dalej w next photo, tym bardziej widać główkę, a potem wszystko inne. Przecinanie pępowiny. I ten idiota (bo jak można nazwać faceta, który pokazuje tak intymne zdjęcia swojej żony?) zaprezentował światu, jak wygląda jego żona od tzw. dupy strony chwilę po porodzie. Wyglądała, jakby jej coś tam wybuchło! Bleeee… Teraz to się poważnie zastanawiam już nad sensem serwowania sobie takich przeżyć.

Zastanawiam się, czy jak on będzie chciał z nią kiedyś znowu się kochać i zajrzy w strategiczne miejsce, to mu stanie ten obrazek z porodówki przed oczami? A jak mu ten obrazek stanie, to czy co innego nie klapnie? ;) Dla mnie to zdjęcie było mega obrzydliwe. Niby sama natura, nic niezwykłego. Ale odrzucił mnie ten bezmiar bezmyślności znajomego pomieszany z dziwną formą ekshibicjonizmu. Nawet nie wiem, czy to do końca ekshibicjonizm, bo jednak nie swoimi nagimi zdjęciami tam epatował, tylko swojej kobiety! Ja tam bym nie chciała, żeby mój facet wrzucał na fejsa takie zdjęcia. Przyszło mi teraz do głowy, że czekam na fotorelację z jego porodu kamieni nerkowych. Bo tego na fb na pewno jeszcze nie było. No ciekawe, czy swoje miejsca intymne też będzie tak chętnie światu pokazywał!