Archiwa tagu: dzieci

O tym jak w trzy lata zmieniłam się w paranoika

Pisząc paranoika mam na myśli osobę, która co chwilę zerka w okno i żyje w przekonaniu, że 3/4 społeczeństwa to sadyści. Poczynając od osobników bardzo nieletnich do starszych ludzi. Zaczęło się od tego, że adoptowaliśmy z klatki schodowej pierwszą kotkę. To był jeden z pierwszych dni listopada i przymrozków zarazem. Kulka była mała, puchata, głodna i płakała.

Czytaj dalej

Oglądaliśmy dziecko

Jakiś czas temu nasza koleżanka z działu urodziła dziecko. Siedziała w takim pokoju, gdzie plemniki pełzają po podłodze, bo po kolei każda zachodzi. Szczęście, że ja siedzę daleko, to może jeszcze się trochę uchowam. Wracając do tematu, jak już urodziła, to była dla niej zrzutka. Kupiliśmy jej jakiś kojec dla dziecka, pieszczotliwie nazwany karcerem. Wyszło dziwnie, bo prawie trzy miesiące zbieraliśmy się, żeby pójść i ten karcer jej wręczyć. W końcu jedna z nas zadzwoniła do niej, że przyjdziemy z podarkiem. Zdziwiliśmy się trochę, bo zaproponowała, że ona go z pracy sama odbierze. Dopiero argumenty, że jest to ciężki pakunek, sprawiły, że zaproponowała, żebyśmy przyszli.

Wydaje mi się, że nasza wizyta była jej nie na rękę. Pewnie nie chciała w swoim domu hord znajomych z pracy, którzy będą oglądać jej pociechę. Ja to właściwie do końca miałam nadzieję, że nie dojdzie ta wizyta do skutku. Z jednej strony lubię tę koleżankę bardzo. Jest sympatyczna, inteligentna, uśmiechnięta, pomocna i ogólnie ma taki pozytywny flow. Ale dzieci to ja już nie koniecznie lubię. Nie tyle co nie lubię, tylko nie umiem się nimi zachwycać. Nie potrafię się cieszyć na widok małego dziecka i do niego robić min i gulgotać jak ono. Dlatego obawiałam się tej wizyty. Bałam się, że mój brak entuzjazmu sprawi, że wszyscy będą myśleć, że dziecko mi się nie podoba. Po prostu nie chciałam sprawić potencjalnej przykrości koleżance, swoją nieumiejętnością komunikacji z maluchami. Jako świeżo upieczona mama, mogłaby się poczuć jakoś dotknięta moją koślawą powściągliwością. Oczywiście pół nocy nie spałam zastanawiając się, co mówić i jak się zachowywać.

Spotkanie doszło do skutku i poszliśmy do niej. Na szczęście jej dziecko spało, więc oglądanie odbywało się we względnej ciszy. Szczerze, to się zdziwiłam. Zdziwiłam się, że małe dzieci są takie małe! Teraz już wiem, że serialowe noworodki mają chyba z pięć miesięcy. Takie malutkie było to dziecko! A dziewczyny mówiły mi, że „już jest duże! no nie udawaj, że aż tak się nie znasz!”. A ja się nie znam. Skąd mam się znać.

Posiedzieliśmy chwilę u niej. Pogadaliśmy o pierdołach. Było fajnie. Tylko nasz jeden kolega (ten od podrywu na cmentarzu) zachowywał się dziwnie. Odniosłam wrażenie, że próbował ją poderwać! Wiem, że brzmi to idiotycznie, bo kto o zdrowych zmysłach podrywałby świeżo upieczoną matkę i do tego szczęśliwą mężatkę? No właśnie, on chyba nie ma do końca zdrowych zmysłów. Po nim bym się tego spodziewała. I tak ją nagabywał na imprezę. Żeby zostawiła mężowi dziecko pod opieką i poszła z nim na balet. Szok! Co tym facetom się czasem w głowie roi. Nie tylko moje było takie wrażenie nt. jego zachowania. Koleżanki na drugi dzień też mówiły, że on się zachowywał, jakby chciał ją poderwać.

I tym sposobem zobaczyłam dwie rzeczy jakich jeszcze nigdy nie wiedziałam. Takie malutkie dziecko. Wiem, że zabrzmi to idiotycznie, ale taki malusieńki człowieczek wielkości naszej kotki robi mega wrażenie. No i kolejną odsłonę podrywu z cyklu „żadnych wyzwań się nie boję.” Generalnie, było okej.

fb

Porodówka na fejsbuku

Tak się zastanawiam, nie pierwszy raz z resztą, co motywuje niektórych ludzi do wrzucania praktycznie wszystkich swoich zdjęć na portale społecznościowe. Nie jestem tutaj jakimś radykałem internetowym, który stwierdzi, że w ogóle żadnych fotek nie można wrzucać na fejsa. Sama mam konto na tym portalu. Mam tam swoje zdjęcie profilowe, ze dwa zdjęcia z jakichś wycieczek i swojego kota. Generalnie mogę stwierdzić, że nie czuję potrzeby wstawiania zdjęć po każdym melanżu albo plażowaniu. Kogo zresztą obchodzi, czy lubię na plaży opalać się z redsem, czy brokiem eksportem?

Zdarzają się jednak akcje, które zawsze wprawiają mnie w stan zdziwienia. Tak, tak. Fejsbukowa społeczność zawsze zadziwi. Szczególnie wtedy, kiedy się już myśli, że nic zaskakującego się nie zobaczy. Tak było dziś. Odpalam sobie fejsbuka. I co tam widzę? Fotorelację wprost z porodówki żony mojego znajomego. Szok. Widziałam już umazane kupą noworodki. Widziałam też siusianie na nocniczku, kąpiele dziecka. Zdjęcia rozstępów po porodzie. Nie obyło się też bez pseudo artystycznych zdjęć w bieliźnie albo jej szczątków. Ale fotostory z porodówki nie widziałam!

No i zobaczyłam. Zdjęcie nr 1. Leży napuchnięta kobieta na łóżku. Wokół cała aparatura monitorująca. Zdjęcie nr 2. Leży zwinięta w kłębek na boku i trzyma się za brzuch. Zdjęcie nr 3. Zbliżenie na twarz. Grymas bólu i chyba rozpaczy. Nie wiem, nigdy nie rodziłam. Szczęściem to to na pewno nie było. Zdjęcie nr 4. Znowu leży na plecach, ale fryzura już całkowicie skołtuniona i chyba poklejona od potu. Na twarzy mina pt. „Zaraz was wszystkich pozabijam.” Pewnie, też bym dostała szału, gdyby mój facet cykał mi fotki w chwili, gdy przeżywam pewnie największe katusze swego życia. Zdjęcie nr 5. Widać tam pielęgniarki i lekarza wokół „obiektu”. Pewnie zaczyna się akcja porodowa. Tak! zaczyna się, bo na zdjęciu nr 6 widzimy, jak jego żona wygląda leżąc okrakiem. Szczęście, że jest na tyle rozmazane, że nie widać rozwarcia.

Przyznam szczerze, że klikałam na następne z lekkim dreszczem na karku i zadzie. Tak jak Żyła za każdym lajkiem na swoim profilu myślał „eee… więcej już nie będzie!”, to ja myślałam sobie „nieee…, no więcej to już nie pokaże! Nie jest taki durny.”. A pokazał! I tak, czym dalej w next photo, tym bardziej widać główkę, a potem wszystko inne. Przecinanie pępowiny. I ten idiota (bo jak można nazwać faceta, który pokazuje tak intymne zdjęcia swojej żony?) zaprezentował światu, jak wygląda jego żona od tzw. dupy strony chwilę po porodzie. Wyglądała, jakby jej coś tam wybuchło! Bleeee… Teraz to się poważnie zastanawiam już nad sensem serwowania sobie takich przeżyć.

Zastanawiam się, czy jak on będzie chciał z nią kiedyś znowu się kochać i zajrzy w strategiczne miejsce, to mu stanie ten obrazek z porodówki przed oczami? A jak mu ten obrazek stanie, to czy co innego nie klapnie? ;) Dla mnie to zdjęcie było mega obrzydliwe. Niby sama natura, nic niezwykłego. Ale odrzucił mnie ten bezmiar bezmyślności znajomego pomieszany z dziwną formą ekshibicjonizmu. Nawet nie wiem, czy to do końca ekshibicjonizm, bo jednak nie swoimi nagimi zdjęciami tam epatował, tylko swojej kobiety! Ja tam bym nie chciała, żeby mój facet wrzucał na fejsa takie zdjęcia. Przyszło mi teraz do głowy, że czekam na fotorelację z jego porodu kamieni nerkowych. Bo tego na fb na pewno jeszcze nie było. No ciekawe, czy swoje miejsca intymne też będzie tak chętnie światu pokazywał!

Bachorszczyzna

Dzieci mnie wkurzają i kompletnie nie kręcą. Nie potrafię się rozczulić na widok gulgającego w wózku bezzębnego dzieciaka. Choćbym chciała nie wiem jak bardzo! Dla mnie to po prostu mały berbeć, który się ślini, bo nie ma zębów i gulgocze, bo nie umie inaczej się komunikować. Dlatego pewnie nie umiem w pracy znaleźć języka z matkami. Bo mnie nie kręcą ich opowieści. Że niunia już umie kupkę zrobić bez pieluchy. Że dziubuś to nie chce jeść bananka, ale lubi buraczki. Nie silę się już nawet na sztuczne udawanie zainteresowania, bo nie ma nic gorszego i paskudnego niż wymuszony uśmiech.

Oczywiście toleruję dzieci w moim otoczeniu. Dopóki nie włażą z butami w moją osobistą przestrzeń. Albo jeśli są grzeczne i dobrze ułożone. Co rozumiem przez grzeczne? A np. to, że jak już taka wesoła mama przyprowadza do mnie swoją latorośl, to latorośl ta nie maże rąk w ketchupie i nie stawia łapek na ścianie. Albo nie otwiera wszystkich szafek i nie wybebesza ich plugawej zawartości na światło dzienne. Albo nie traktuje mojego kota jako zwierza do upolowania.

Raz była taka jedna sytuacja. Dziecko-potworek najpierw wylało z premedytacją herbatę na podłogę. Potem wzięło się za kota. Próbowałam mamusi mówić, żeby wpłynęła na potworka, bo ja mogę to zrobić niezbyt profesjonalnie, gdyż sama dzieci nie posiadam. „Oj przestań! Przecież herbatę można zetrzeć z podłogi.” „No nie o to mi chodzi, czy można, czy nie. Chodzi mi o takie bałaganienie komuś z premedytacją.” „No są dzieci, jest bałagan.” „A u kogoś też?” „No w gościach przecież jesteśmy.” Już się gotowałam wewnętrznie. Przecież w gościach to tym bardziej trzeba zachowywać się w ramach jakiejś ogólnie przyjętej przyzwoitości. „Nie myślisz, że to właśnie w gościach trzeba być grzecznym?” „Ale to jeszcze dziecko, może mieć taryfę ulgową.” „Ja myślałam, że czego Jaś się nie nauczy, tego Jan nie będzie umiał.” „Ojoj, jak poważnie.”

Doszłam do wniosku, że nie będę się przejmować. Potworek pójdzie, to się najwyżej posprząta. A potworek wyrośnie na potwora i będzie mamuśce krew psuł, nie mi. Potem jednak sytuacja się zaogniła. Zauważyłam, jak potworek próbował dosiąść mojego rudzielca Garfa. „Powiedz coś, bo ja powiem.” „Z kotkiem się bawi.” „Na kocie się nie jeździ.” „A niech pojeździ, koty mają mocne kości.” Wzięłam dwa głębsze oddechy. Wstałam z krzesła i podeszłam do potworka. „Zostaw rudego.” „Nie! Ja chcę ujeżdżać koty!” „Zostaw mówię, bo ja cię zaraz ujadę. To mój kot!” Potworek spuścił oczka, zamrugał i zakwilił „A ja kcem!” „A ja nie kcem! Nie waż się kota tykać. Bo ci palce obgryzie i zje.” Potworek rozbeczał się strasznie. „Czemu straszysz? Nie wolno tak do dzieci!” „Mówiłam, żebyś sama coś powiedziała. Teraz nie miej pretensji.”

Zaczęłam się wtedy zastanawiać, dlaczego do tej pory inteligentna dziewczyna zachowuje się, jakby razem z odcięciem pępowiny ktoś jej poprzecinał połączenia pomiędzy poszczególnymi obszarami mózgu. Później potworek próbował ciągać kota za ogon i tłuc łyżką. Wściekłam się. Zabawa zabawą, ale dziecku trzeba tłumaczyć, że zwierzęta też czują. „No powiesz jej coś, czy nie?!” „Nic złego moja Niusia nie robi.” „To ja jej powiem, bo już mam was dość!” Podeszłam do Niusi-potworusi, złapałam ją za ramię i wyrwałam łyżkę. „Co lobisz?” „Mówiłam, że masz kota nie dręczyć!” „Ja się bawię.” „A wiesz, że kota to boli, jak się go za ogon ciągnie i bije łyżką?” „Nie boli!” „Czemu tak uważasz?” „Bo ja jestem mała i lekko biję.” Przewróciłam oczami i zwróciłam się do koleżanki, żeby zabrała swoją pociechę i już mnie z nią nie odwiedzała. Koleżanka się obraziła, bo przecież jej Niusia-potworusia jest bardzo grzeczna! Absurd. Grzecznym dzieckiem to byłam ja. Gdy szliśmy w gości siedziałam jak trusia obok Mamy, Babci, czy tam kogokolwiek. Zanim cokolwiek wzięłam, to się pytałam gospodarza, czy można. Skoro ja potrafiłam, to myślę, że jest to w zasięgu większości dzieci.

Dziś też się wpieniłam. Siedziałam w szpitalu gruźliczym pod gabinetem. Tak długo, że sama już nie pamiętam, po co właściwie przyszłam. Weszła jakaś kobieta z dzieckiem. Na pozór wszystko OK. Ale mój anty-baby radar zaczął pikać. Czułam przez skórę i sweter, że będzie coś nie tak. Siadły sobie na krzesełkach. Po sekundzie dziewczynka (lat ok. 3) przemawia „Mamusiu! Ja tu nie chcę siedzieć.” „Dlaczego?” „Bo ten dziad jest stary i brzydki!” Kopara mi zjechała. Jak ona tak mogła o starszym, siedzącym obok i wszystko słyszącym człowieku? A potem jeszcze niżej, gdy usłyszałam reakcję kobiety. Byłam pewna, że zwróci dziecku uwagę i przeprosi człowieka. Jakże się pomyliłam! Mamuśka otaksowała staruszka spojrzeniem. Wykrzywiła wargę i szepnęła tak, żeby wszyscy usłyszeli „Masz rację! Paskudny. Gdzie się przesiadamy?” Serce zabiło mi mocniej, bo wiedziałam, że jest wolne miejsce obok mnie. „Tam! Tam! Koło tej pani z ładnymi, jasnymi włosami!” Rozglądałam się. Niestety nie było innej pani z jasnymi włosami. No i siadły koło mnie.

Przez minutę było dobrze. Po chwili poczułam, że jakieś małe parzydełka smyrają mnie po ręce. Spojrzałam, cała ufajdolona od lukru i czekolady mała rączka. „Przepraszam, czy może pani powiedzieć dziecku, żeby mnie brudną ręką nie dotykało?” „Ohoho! Patrzcie jaka wrażliwa się znalazła!” Pomyślałam sobie, że to kolejna, której mózg z macicą się miejscami zamienił. „A ma pani ochotę prać mi sweter? Bo jakoś taki brudny się zrobił.” Spojrzała na mnie i zwróciła się do dziecka „Przestań, bo tej kobiecie brudzisz sweter.”

Była chwila spokoju. Po jakimś czasie bachorszczyzna zaczęła mi włosy macać i ciągnąć. „Co robisz?” „Dotykam, bo mi się podobają.” Nie wytrzymałam i wzięłam rękę tego dziecka ze swojej głowy. Ono na to w ryk „Buuuu!! Ałaaaa! Ta baba mi rękę łamie!!” I wtedy mamuśka zaczęła wtórować „Ty bezczelna, ty! Dziecko moje krzywdzisz!” „Nic nie krzywdzę! Dlaczego pani dziecko ma mnie dotykać, kiedy ja nie chcę! Jak pani nie reaguje, to ja sama reaguję! Pani sama je krzywdzi. Wyrośnie na aspołecznego potwora!” O dziwo, ludzie w poczekalni udzielili mi wsparcia. Też powiedzieli kobiecie, co myślą o jej unikatowych metodach wychowawczych. Na to kobieta widząc, że już nie ma opcji zakrzyczeć nikogo, powiedziała do dziecka „Chodź skarbie. Przyjdziemy kiedy indziej. Jak nie będzie tu takich głupich bab i śmierdzących, starych ludzi.”

Tragedia jakaś. Jak można tak swoje dziecko wychowywać? Przecież to jest jakieś bezhołowie. Bydło jakieś wyrośnie albo w ogóle nie wiadomo co. Czemu takie matki nie uczą jakichś elementarnych zasad typu szacunek do starszych, dla zwierząt, zachowanie w gościach? Przecież to są prozaiczne sprawy…

O dziecioróbstwie, ślubach i kredytach

No szlaken trafiren. Tyle było ciekawych wydarzeń w tym tygodniu! Prawie straciłam pracę. Byłam u fryzjera i ścięłam ponad 20 cm moich blond kudłów. Teraz mam takie ledwo do ramion. Było też kilka iście bulwersujących sytuacji w naszym zakładzie pracy. Niestety o tym nie napiszę, bo… weszłam na fejsbuka przed napisaniem posta. Już nigdy tego nie uczynię. Teraz będę najpierw pisać post, potem przeglądać twarzo-książkę.

Straciłam swoje natchnienie, bo poraził mnie „wyczyn” jednego znajomego. I teraz nie wytrzymam, jak tego nie skomentuję. Jest taki koleś, który od dwóch lat ponad rozkłada mnie swoją życiową logiką na łopatki. Zaczęło się od tego, że znalazł sobie laskę, z którą wzięli ślub. Nic w tym dziwnego, że się pobrali. Nie jedna para ma za sobą taki początek. Ona nie miała pracy, a on miał dorywczą. Zadłużyli się na ślub i wesele. W tak zwanym międzyczasie dorobili się dziecka. Potem zadłużyli się na coś tam jeszcze w postaci mieszkania i samochodu. Żyli tak sobie około roku spłacając kredyty.

Wtedy on poszedł do nowej pracy. W tej nowej pracy poznał kolejną dupencję. Zaczęli flirtować, spotykać się i romansować. Aż wreszcie romans przerodził się w związek. Tak więc zostawił swoją pierwszą żonę z dzieckiem – wzięli rozwód. On wziął kolejny ślub z koleżanką z pracy. Kupili sobie pieska. A teraz zrobili sobie dziecko. Wrzucają na fb kolejne zdjęcia testu ciążowego, widok płodu z usg. Nie do końca rozumiem z czego on się tak cieszy. Nie ma nawet ćwiartki na karku, a już ma kredyty do spłacania, byłą żonę z dzieckiem, nową żonę z dzieckiem w drodze. Dobrze nie wszedł w życie, a już ma więcej zobowiązań niż włosów na głowie.

Nie twierdzę, że ja jestem taka znowu zajebista i pozjadałam wszystkie rozumy jednocześnie wchodząc w posiadanie patentu na życie. Sama nie wiem, co ze sobą począć. Zastanawiam się, czy stać byłoby mnie na dziecko i stwierdzam, że raczej nie. Niektórzy się nie zastanawiają albo nie wiedzą, jak się zakłada gumkę najwidoczniej. Może ja po prostu za dużo myślę? Mogłabym np. się nie zastanawiać i pewnego pięknego dnia stwierdzić, że „chyba będę miała dziecko.” Póki co nie odczuwam takiej potrzeby. Wręcz przeraża mnie myśl o koszmarze porodu i chodzenia z brzuchem wielkim jak słonica. W ogóle przeraża mnie perspektywa tego, że po urlopie macierzyńskim moje stanowisko pracy mogłoby zostać „zlikwidowane”.

Generalnie zaczynam czuć się dziwnie. Większość moich znajomych jest już po zawarciu związku małżeńskiego i ma dzieci albo te dzieci są w drodze. A ja nie mam ani jednego, ani drugiego. Nie odczuwam jakiejś specjalnej rozpaczy z tego powodu. Jestem w związku, a na dziecko nie czuję się jeszcze gotowa. Zaczynam mieć wrażenie, że nie postępuję zgodnie z jakimś schematem. Powinno być studia, praca, ślub, dziecko. U mnie studia, praca, związek partnerski, czyli nielegalny i gorszy według naszego zaściankowego państwa.

Kilka lat temu większość wśród znajomych patrzyła się dziwnie, nieco podejrzliwie, ale i z zaciekawieniem na dziewczyny, które wpadły. Potem był czas, że zaczynało się to robić normalne, że koleżanki się rozmnażały, bo związki, bo coś tam. Teraz to na mnie zaczynają patrzeć podejrzliwie i jak na zjawisko. Najbardziej rozpierdalają mnie pytania „a wy co? kiedy jakiś ślub, dziecko?” Jakbym to od rodziny słyszała, która o dziwo nie dręczy mnie takimi tematami, to bym się nie dziwiła. Ale jak zadają mi takie pytania znajomi, to zaczyna mnie to po prostu wkurwiać. Mam ochotę odpowiedzieć, żeby nie wpieprzali się z buciorami w moje życie. Jakby mogli to by mi do kibla wleźli, czy co? Wiadomo, że gdybym zaciążyła albo byśmy się zaręczyli, to bym sama się pochwaliła. A tak wyskakuje mi ktoś z takim pytaniem i chuj znajet, czego w odpowiedzi oczekuje.

Najgorzej to jest jak zaczynają się dochodzenia „dlaczego?”. Litości. Co to kogo w ogóle? Co mam odpowiedzieć na takie pytanie? O związkach partnerskich nie chce mi się rozwodzić wtedy, bo zaskakująco duża część moich znajomych ma na ten temat takie zdanie jakby była z PiS. Tacy młodzi, a stereotypami myślą. Wtedy nie chce mi się komuś udowadniać, że moja racja jest najmojsza. To tak jakbym chciała komuś wykazać wyższość fanów pomidorówki nad zwolennikami ogórkowej…

To samo tyczy się tego, że moim życiowym marzeniem nie jest biała suknia z welonem, gromadka rozwrzeszczanych, usmarowanych i wiecznie czegoś chcących dzieci. Nie śnię o tym po nocach i nigdy nie zastanawiałam się, jak będzie wyglądało moje wesele. Myślę, że nie jestem w stanie zrealizować się poprzez gotowanie, sprzątanie, usługiwanie mężowi i niańczenie dzieci. Cóż, nie jestem na pewno i raczej nigdy nie zostanę typową Matką Polką. Jestem Inżynier Blondyną ;)

639844

Mała miss – wtf?!

Dzisiaj byłam u rodziców i czekając na obiad postanowiłam uskutecznić swój ulubiony rajd po kanałach tv. Przypadkiem trafiłam na program na tlc. Myślałam, że padnę z wrażenia, bynajmniej nie pozytywnego. Ujrzałam tam jakąś karykaturalną i groteskową osobę. Najpierw myślałam, że to może jakaś dorosła kobieta, która po prostu jest bardzo niskiego wzrostu (poniżej metra). I że to konkurs piękności, dla małych ludzi. Nawet przez chwilę było mi głupio. Ale potem usłyszałam, jak się wypowiada. Było słychać, że to jest dziecko. Jak można zrobić ze swojego dziecka wytapetowanego plastika?!

Takiego pokroju stworka zobaczyłam. Zdarzało mi się nieraz nadużywać makijażu. Na co dzień także się maluję. Ale tak wytapetowana jak to dziecko, to jeszcze nigdy nie byłam. Nawet brwi ma wyregulowane. I nie zdziwię się jak na włosach ma pasemka. Pięciolatka wykreowana na dwudziestolatkę. Tragedia. I jeszcze te stroje tandetne – z piórkami, cekinami, błyszczące, szeleszczące. Jaka matka robi swojemu dziecku w głowie takie szambo? Jakie wartości przekazuje takiej małej-starej? Że najważniejsze to mieć na głowie, a nie w głowie.

Pomyślałam sobie, że takich rzeczy ze swoimi dziećmi dokonują podstarzałe modelki i miss. Takie, które same już nie mogą błyszczeć w tym biznesie, więc wkręcają w to swoje pociechy. O jakże się pomyliłam, gdy ujrzałam, bez ogródek, tłustą, paskudną świnię – matkę. Sorry, ale nie potrafię nazwać inaczej obrzydliwego babsztyla, który ze swojej córki robi maszynkę do wygrywania konkursów. Dziewczynka płacze w przerwie, że już nie chce chodzić w ciasnych butach i w ogóle nie chce brać udziału w tym konkursie. Niedowartościowanej mamuśce takie tłumaczenie lata koło dupy.

Jak poszperałam po sieci, okazało się, że to właśnie najczęściej niedowartościowane, brzydkie i zakompleksione kobiety robią swoim dzieciom taką krzywdę. Co najciekawsze, te dziewczynki często pytane o to, czy chcą brać udział w konkursach piękności, odpowiadają, że nie. I tak zamiast bawić się z rówieśnikami, chodzą na solarium, do fryzjera, kosmetyczki, na siłownię, fitness. Podobno nawet czasem poddawane są „drobnym” interwencjom chirurgicznym – poprawka uszu, nosa, a nawet mają wstrzykiwany botoks.

Nie mogłam w to uwierzyć. Sama zastanowiłabym się dwadzieścia tysięcy razy, zanim zrobiłabym sobie takie coś. I pewnie nie zrobiłabym tego. A co dopiero małej dziewczynce, która się dopiero rozwija. Czy taka głupia torba myśli o konsekwencjach takiego czegoś? Skąd wie, jak będzie wyglądała facjata jej córeczki, gdy będzie miała 17 lat? A jeszcze później? Jakby tego było mało, uczą swoich córek głupawych piosenek, chodzenia wybiegowego, kręcenia tyłkiem, wypinania się do jury i wypychają im sukienki, żeby wyglądało, że mają cycki dorosłej kobiety…

Po cholerę wypychać stanik małemu dziecku, które powinno siedzieć w przedszkolu w tym czasie? A może to ja mam kłopoty z przystosowaniem się nowoczesnego świata? I co za poryte garnki siedzą w jury tych konkursów? Na moje, powinno się im odebrać prawa rodzicielskie do dzieci.