Archiwa tagu: dieta

I am so freakin’ pist

Nie wiem, co się ostatnio ze mną dzieje. Jestem wiecznie nabuzowana. Poddenerwowana. Chodzę jak bomba zegarowa. Tylko czekać, kto mnie odpali. Łażę poddenerwowana i zaczepna jak ratlerek albo york. Wszystko mnie mierzi i wkurwia.

Domyślam się powodu. Od dwóch tygodni odżywiam się gorzej. Przestałam pilnować swoich wskaźników spożycia węglowodanów, białka i tłuszczu. No i do czego to doprowadziło? Do pryszczy, uczulenia (za dużo białka i przetworów mlecznych, na które jestem uczulona) i złego nastroju. Tak słyszałam ostatnio, że jak się ma za dużo cukru we krwi albo jego poziom skacze gwałtownie, to się człowiek taki robi beznadziejny jak ja teraz.

Mówię dziś do koleżanki „Ja to chyba taka jakaś agresywna jestem ostatnio.” „Oj jesteś jesteś…” No i co tu począć? Nie chcę przypadkiem kogoś zabić, ale jestem blisko :(

Dogania mnie trzydziestka

Sytuacja nr 1. Siedzę u fryzjera. I tak sobie rozmawiamy o wszystkim i niczym. Fryzjerka, która jest może tak z osiem lat ode mnie starsza mówi, że się przeziębiła i się wyleczyć nie może. Jako czołowy pocieszyciel postanowiłam jej powiedzieć, że to wszystko wina zimy, której nie ma i ludzi, którzy te bakterie na kurtkach przynoszą. Potem nagle przechodzimy na temat mojej nogi. „Jak to Twoje kolano? Rozwaliłaś sobie na rowerze jakoś tak na jesień. Przeszło Ci?” „No właśnie słabo. Ostatnio to w ogóle jakaś taka lipa. Wszystko się jakby wolniej goi. I jakieś kontuzje z dzieciństwa mi się ciągle odnawiają. Ja nie wiem, co się ze mną dzieje.” „A ja wiem.” Czytaj dalej

Jakby trochę lepsze życie dzięki rewelacyjnej diecie

Ostatnio mi się polepszyło. Dlaczego? Bo jeżdżę więcej na kozie :) Swoją drogą, taka mała anegdotka. Stoję sobie na przejściu, czekam na zielone. Obok stoi skin ze swoją skin-dupą. „Eeee… patrz jaki ma fajny rower!” Przyznam, że nieco mnie zmroziło. Ciemno jak w dupie, nikogo oprócz mnie i nich, więc moja paranoja się aktywowała. A pan skin mówi „A co w nim fajnego? Jaka blondi taki rower.” Dalej stoję cicho, bo lubię swoje zęby. Na to pani dupa skina „Ale jest biało czerwony! Idealne polskie barwy. Też bym taki chciała. Napisałabym sobie Polska dla Polaków.” No i moja gęba się odezwała. Sama, chociaż prosiłam ją, żeby siedziała cicho. „Chyba go przemaluję. Stop rasizmowi.” I pojechałam. No musiałam to powiedzieć. Musiałam. Jakoś to było silniejsze ode mnie.

A wracając do polepszenia, to już wiem skąd się wzięło pogorszenie. Od radykalnego zmniejszenia ruchu, kawy, alkoholu, frustrującego życia zawodowego. Ostatnio tak sobie myślę, że chcę się przebranżowić i wrócić do swojej poprzedniej drogi zawodowej. Ja to lubiłam i byłam w tym dobra. W swojej obecnej tyrce się nie odnajduję. Umowy, papiery, faktury, przetargi… To nie mój świat. Żadnej mechaniki, żadnych zagwostek konstrukcyjnych, żadnych wykluczających się parametrów… Moje serce inżyniera krwawi w tym kieracie. Owszem praca jest miliony razy mniej odpowiedzialna i w sumie luźna, ale dupa mnie już boli od przyspawania do krzesła przez osiem godzin. Ja tak nie umiem. Czuję taką tęsknotę. Jak dziki zwierz w klatce. Niby mu lepiej, bo ma pełną michę i ciepłe posłanie, a gdzieś coś ciągnie… Nie potrafię żyć bez produkcji. Niby chujowy pieniądz, niby zjebka goni zjebkę, ale są emocje. Coś z czegoś powstaje. A nie kolejne segregatory.

Naprawdę jest ze mną lepiej. Wiem już czego chcę. To chyba większa część sukcesu. I czuję się z tym wspaniale. Tak jakby ktoś zapalił mi światło w ciemnym korytarzu. Tak jak bohater metro2033 czuł zawsze ulgę widząc, że tunel się kończy i dociera do stacji. :) Do mojej radości przyczyniły się też efekty mojej diety. Dieta ta jest cudowna i wprawia wszystkich dietetyków w osłupienie, że sami na to nie wpadli. W ciągu miesiąca schudłam z 59-60 do ca. 55 kg. Zdradzę nazwę tej diety – MŻ, czyli Mniej Żreć. Proste i szybko przynosi efekty. Jem tylko wtedy, gdy jestem głodna. Cztery posiłki dziennie. I schudłam. Proste. Można? Można. Nawet wyciągnęłam z dna szafy część ciuchów.

Co tam jeszcze dobrego? Wznowiłam chodzenie do kosmetyczki – trzeba trochę o siebie zadbać. I nabyłam… srajfona. Tak. Ja zdecydowany przeciwnik obgryzionych owoców. I stwierdzam, że jest spoko. Jestem wręcz zachwycona. Miałam kilkanaście telefonów. Żaden nie spełniał moich oczekiwań w takim stopniu jak ten. Dobra koniec tych przechwałek.

Pozdrawiam i dobrej nocy życzę!

Trzeba to zmienić

Kurwa. Muszę schudnąć. Do swojej optymalnej wagi. Czyli 50 kg. Nie dam rady dłużej jako tłuste 58 kilowe babsko. Nie przy moim wzroście. Nie mogę już tak dłużej. Jestem uzależniona od płaskiego brzucha. Od chudych nóg. Źle się czuję w swoje pseudo kobiecej skórze. Każdy może powiedzieć, że tamta waga to absurd. A ja wiem, że nie. Znam siebie. Znam swoje wymiary. Swoją budowę. Jestem MAŁA! Z obecną wagą jestem tłusta. Po prostu.

Muszę też mniej pić. Ćwiczyć 4 razy w tygodniu. Wtedy to zda egzamin. Ogarnąć się. Nie jestem sobą. Wyluzowaną laską ze słuchawkami na uszach, która ma wszystko w dupie. Póki miałam wszystko w dupie, życie się układało. Zaczęłam się przejmować. Posypała mi się psychika. Wszystko się sypie… Olać to. Chcę znowu wszystko mieć gdzieś! Tacy ludzi żyją dłużej. Będę tak się spinać i pierdolnę na zawał w wieku lat 29?

Chcę opuścić to miasto. Muszę to zrobić w ciągu dwóch lat. To maks. Tu ludzie umierają. Kto ma trochę rozumu – ucieka. Też muszę uciec. Póki nie mam dzieci. Strasznym by było pozwalać dzieciom dorastać w mieście, gdzie oprócz ćpania/picia na ławce pod blokiem nie ma innych rozrywek. Taka okrutna nie jestem.

Zapisałam się do lekarza. Takiego od duszy i psychiki. Idę w piątek. Mam nadzieję, że dożyję. Może jakiś prosac, coś?

Miłej nocy!!

Jak zęby w dupie

Nie będę się rozwodzić nad konsekwencjami kliknięcia w „ulepsz bloga”. Niby wygląda lepiej, a gorzej. Jak to mówią dzieci „taki sam, ale inny”. Nie wiem, czy zmienić szablon. Bo ten jest dość konfigurowalny. A nie podoba mi się. Bo ja chcę mieć całe czarne tło. Albo szare. A nie wiem, czy jak zmienię sobie szablon na inny to będę miała. Innych opcji też chcę. I nie widzę ich tu! Oto rozkmninka na dziś.

Siedzę sobie w piżamie. Z piwem. Otworzyłam po 13-stej, bo wcześniej nie wypada. I Myślę o swoich chciejstwach. Chciałabym, żeby współlokator się wyprowadził. Wiedział od czerwca, że do końca października ma lokum, a potem „astalavistabejbi”. Ale nie szukał niczego. A teraz nie może znaleźć niczego, co spełnia jego oczekiwania. Zamyka się w pokoju. Do nas nie przychodzi jak wcześniej. Zdziczał. Ot, co. Jak chomik mojej kumpeli, gdy spierdolił z klatki, że tak brzydko powiem. Na kwadracie panuje atmosfera skisłego jaja.

Chciałabym, żeby parkiet się nie rysował. O PARKIET. Cóż za wielkie słowo. Panele podłogowe z casto za 10,99 za metr kwadrat. Bo od tygodnia są odsłonięte. Bo kumpel zwrócił treści żołądka na dywan. I tak mieliśmy wyrzucić ten dywan. Zawsze znajdowałam jakieś „ale nie możemy bo…” No i wtedy nie było już wyjścia. W podchmielonym stanie chłopaki wynieśli go przed klatkę. I wiecie co? Stoi teraz w zsypie na śmieci i SIĘ SUSZY. Jak inne dywany z klatki schodowej. Potem będzie robił za wycieraczkę. Żenua.

Chciałabym schudnąć do wagi, w której czuję się jak bogini seksu i wszelkiej perwersji. Czyt. 49 kg. Bo teraz mam 57 i uda niemieszczące się w żadnej parze swoich spodni. No tak, wkręcajcie mi, że 57 to mało. Ale nie dla mnie. Mam niską gęstość, więc przy mojej objętości masa 57 kg to już porażka. Zresztą, każdy kto próbował naciągnąć za małe rurki na dupsko, wie o czym tu prawię. Chyba w końcu schudnę. Rodzicielka otworzyła mi oczy na to, że jem więcej niż Tata. Więc od tygodnia jem mniej. Ograniczam się. Chyba i tak mam stosunkowo dobrą przemianę materii, skoro przy tej ilości jedzenia, które pochłaniałam, przytyłam tylko 8kg.

Chciałabym, żeby pryszcze znikły. Nigdy ich nie miałam. Nawet jako nastolatka. A teraz ich nie ogarniam. Są jak hydra. Jeden zniknie, wyrasta pięć kolejnych :| Wiem skąd to. Piwo, ostre żarcie. Papryczka chilli, piri piri, jalapeno to moje ulubione kumpelki w kuchni.

Chciałabym wreszcie się przemóc i zapisać się na tańce orientalne. Znalazłam szkołę tańca. No i co mi stoi na przeszkodzie? Lenistwo. I dużo wydatków. Ale skoro wzięłam w ryzy swój zakupoholizm i nawet wyprzedaję na aledrogo liczne fanty, to może powinnam sobie zafundować tę perwersję? Te tańce są eleganckie i wyszukane w swej formie. Mają duży ładunek emocjonalno-przekazowy. A latino jest dla mnie zbyt techniczne i… nudne.

Chciałabym iść na doktorat i wykładać na uczelni. Mój Szef ma tam wtyki. Może jakbym poszła i powiedziała o co kaman, to by mi jakoś pomógł? Ekonomia sama w sobie jest dla mnie fascynująca… Na pierwszym roku o tym właśnie marzyłam. Po podjęciu drugich studiów nie było szans, by osiągnąć tak dobre wyniki, aby ktoś mi zaproponował robienie za murzyna w jakiejś katedrze… A może teraz? Skoro wszelkie znaki na niebie i ziemi mówią „do it albo urwę ci ryja!”

Chciałabym pisać książki. Dlatego jedną zaczęłam pisać. Ale nie do szuflady. Nie chce mi się szukać wydawcy. Poza tym pisze się chyba dla czytelników? Więc nie licząc na profity z tego tytułu zaczęłam pisać na blogu. W formie dziennika. Ludzie to czytają. I póki co się podoba… A ja lubię swoją bohaterkę. Piszę na onetowej platformie, więc może kiedyś przypadkiem tam traficie? hu nołs?

Chciałabym, aby tytuł tego posta coś znaczył. Ale nic nie znaczy.

Miłego weekendu.

P.S. Impreza Halloween udała się ZAJEBIŚCIE!! I póki co zły duch do mnie nie przyszedł :P