Archiwa tagu: depresja

Tak daleko jeszcze nie byłam

Kiedyś, gdy napisałam tak zupełnie szczerze, jak się czuję i że mam ochotę zwyczajnie zniknąć, wiele osób pisało mi, że to depresja. Pomyślałam sobie, że no jak, niby skąd i u mnie jeszcze na dodatek? Wzięłam się i pozbierałam do przysłowiowej kupy. Nie ukrywam, że pomogła mi w tym zmiana pracy. Siłą rzeczy odciełam się od tego miejsca i pewnych ludzi. Ich garnitur zachowań był raczej kiepskiej jakości i do tego upaprany niskich lotów zagrywkami. Czytaj dalej

Crysis [krajzis]

Och taaak! Jak kurwa wybornie. Wystarczył JEDEN, powtarzam adin, dzień w pracy, żeby mi się żyć odechciało. Nie wiem, jak to się dzieje. Tzn. podejrzewam, że wiem. Jak muszę wstać o 6, co jest dla mnie jakimś niewyobrażalnym środkiem nocy, i dzień w dzień pracować w takich samych godzinach to czuję się strasznie. Wtłacza mnie to w taki szablon, że czuję się jakbym była kawałkiem szynki wrzuconym do maszynki do mięsa. I tak mnie mieli dzień w dzień. Ta powtarzalność. Długo tego nie zniesę, jak mawiają. Nie przeżyję. Nie mogę i nie potrafię robić dzień w dzień tego samego. Samo wstanie rano jest koszmarem. Potem jest tylko gorzej!

Czuję się strasznie. Chce mi się siedzieć i wyć. Jakbym była psem, to bym zawodziła. Jestem sobą to płaczę. To znaczy ronię łezkę. Jedną tudzież dwie, ponieważ nie potrafię sobie popłakać i odczuć ulgi. Co najwyżej wpadam w jakiś dziwny stan, kiedy to atakuje mnie astma i ryczę, bo mnie brak powietrza zatyka. Co nie zmienia faktu, że przeżywam koszmar.

Bo czuję się stara (nie mam nawet 30-stki), brzydka, gruba i pomarszczona. Tak sobie dziś stałam pod naszym zapyziałym wieżowcem i pomyślałam, że chyba skoczę. Ale kiedyś jakiś koleś skoczył z 11-go (ostatniego) piętra i przeżył. Tylko sobie kręgosłup uszkodził. To mnie nie urządza… Nic mnie nie urządza. Nie wytrzymam tu dłużej.

A mój facet to bardziej kotem się interesuje niż mną. Zainteresowanie się kończy wraz z obiadem. Albo mi się tak wydaje dziś. Dziś mi się wszystko beznadziejne wydaje. No ale jak tu się nie czuć beznadziejnie, gdy widzę, że wyglądam jak siedem do kwadratu nieszczęść? Czemu jak wychodzę z pracy to wyglądam, jak gówno? Włosy matowe i sklapnięte. Oczy podpuchnięte i rozmazane. Cera szara i zapadła. Przecież większość kobiet po pracy wygląda normalnie. A ja tak, że szkoda gadać.

Czas w końcu na decyzję

Po koszmarnym czwartku i piątku podjęłam decyzję. Skorzystam z pomocy lekarza specjalisty. Dziś jest ok. Wczoraj i przed wczoraj czułam jedną, wielką pustkę. Nie byłam w stanie zrobić najprostszej rzeczy, ani podjąć jakiejkolwiek decyzji. Są chwile, kiedy zaraz po obudzeniu myślę tylko o tym, żeby się położyć znowu do łóżka. Nie mam powodów do ciągłych dołków. Mam mieszkanie, samochód, faceta, dość dobrą pracę, dwa fakultety. Kota. Wszystko jest ok. A mi nie jest ok. Życie stało się zbyt trudne, żeby je kontynuować, mimo że nie ma żadnych większych przeszkód.
To się podobno nazywa depresja. I dotyka w większości ludzi inteligentnych. Bo idiota nie będzie zbyt dużo rozkminiał. Jak mi miło, że jestem w tej zacnej grupie ludzi depresyjnych. Chociaż tyle dobrego, że poprzez to schorzenie potwierdza się moja inteligencja. Mam tylko nadzieję, że do czasu spotkania z lekarzem nie skończę ze sobą. Ostatnio było blisko. Czułam się, jakbym zgubiła się na pustyni. Gdzie nie spojrzysz, tam to samo. Gdzie nie pójdziesz, to samo. Czym dalej idziesz, tym gorzej. Czym mocniej z tym walczysz, tym więcej sił z Ciebie ucieka.

Nie było, a jest

Już myślałam, że ze mną wszystko OK. A jednak nie OK. Wróciłam do stanu sprzed roku. Kompletna depresja. Chciałabym coś napisać na blogu, a nie mogę się w sobie zebrać. Chce mi się tylko siedzieć i płakać. A najchętniej spać. Co rano toczę ze sobą walkę, żeby w ogóle wyleźć z łóżka. Wbijam sobie do głowy, że jednak warto, bo jak nie wyjdę, to będzie jeszcze gorzej. I tylko z obaw przed konsekwencjami wychodzę. Czas przecieka mi przez palce i jestem wiecznie zmęczona. Jeszcze dobrze oczu nie otworzę, a już myślę o tym, żeby iść spać!

Pogrążyłam się w jakimś dołku rezygnacji. Mimo wszelkich starań – tyję dalej. Już chyba nie ma co się łudzić, że w swoją starą garderobę zmieszczę dupsko. Lepiej wydać te ubrania biednym dzieciom – dorosła kobieta raczej się w ten rozmiar 32/34 nie zmieści. Przez dłuższy czas bałam się, że mam guza wątroby. Kiedyś na badaniu USG lekarz przypadkiem wychwycił torbiele. Ale zapewnił mnie, że 3/4 dorosłej populacji takowe posiada i nie są niczym strasznym. No więc się nie martwiłam. Do swego ostatniego badania u lekarza rodzinnego. Miętolił mi brzuch i nagle w okolicach wątroby się zatrzymał. Orzekł, że niedobrze, bo mocno napuchnięta.

I wtedy zaczęłam się zastanawiać nad sobą. Ciągle czuję gorycz w ustach, której nie sposób niczym zagryźć. Język mam żółty, a nie palę. Myślałam, że to od herbaty. No i boli mnie we wskazanym przez lekarza miejscu. A jak z tych torbieli wyrosło nagle jakieś niewiadomo co? Przecież walą do tego żarcia teraz jakieś chemiczne ulepszacze, spulchniacze, zagęstniki, antyzbrylacze i chuj znajet co jeszcze. Równie dobrze można się nażreć nawozu i wyjdzie na to samo. Jak ta biedna wątroba ma to wszystko przerobić? Nic dziwnego, że w wieku lat niecałych trzydziestu wysiada.

Ostatnio pogorszyło mi się nawet tak, że jak rano wstawałam to już mnie bolała wątroba… Nic miłego. I tak się męczę w nieświadomości, a do lekarza zwyczajnie boję się iść.

Do tego mój dołek psychiczny sięgnął tych rozmiarów, że nawet zaniechałam chodzenia na fitness. Co prawda przez tydzień, ale zawsze. Nawet nie odwiedzam blogów, które lubię, bo nie chce mi się lapka włączać.

Mam nadzieję, że uda mi się z tego wygrzebać i wrócić do świata żywych. Bo teraz autentycznie nie chce mi się żyć i nie widzę sensu w czymkolwiek.