Archiwa tagu: cierpienie

Mezalians

Po pierwsze – poprzedni wpis to PRIMA APRILIS. Oj nie, nie popuszczę wirtualnej przestrzeni i będę dalej smarować swoje wypociny. Po drugie – Dziadek zepsuł mi święta. Czym? A no tym, że był i musiałam go oglądać. I słuchać. Wiem kim jest. Wiem co zrobił. Nienawidzę go. Nie trawię. Nie mogę słuchać. Każde słowo, które wypływa z jego ust to plugawa, śmierdząca rzeka kłamstw. Gdybym mogła, naplułabym mu w twarz. Ale szkoda śliny. Długo nosiłam się z zamiarem uprania tego syfu na blogu. A dziś zobaczyłam wątek o związkach. Zwykle mnie takie tematy nie ruszają! Ale teraz chcę coś przekazać. Że nie warto ratować związku. Jak zawsze stanę okoniem. I dlatego biorę udział w konkursie pt. „Jak uratować związek?” Blog.pl i Wydawnictwa Znak Literanova, adres bloga konkursowego – www.jak-uratowac-zwiazek.blog.pl. Tyle tytułem wstępu. Teraz do rzeczy.

Moja rodzina znalazła się tutaj, na pomorzu zachodnim, w wyniku powojennych przesiedleń. Podejrzewam, że sami na te ziemie by nie przyjechali. Dziadek to prawdziwy hrabia. Tak! Pełną gębą. Mieszkał na Litwie za dzieciaka. W samej stolicy. Jego Ojciec, a mój Pradziadek miał ogromną fabrykę cukierków. Miał też żonę. Nie taką, jakie się miewa teraz. To było aranżowane małżeństwo. Połączono majątki. Pradziadek robił te krówki i inne łakocie. Prababka siedziała w domu. Nie wiem, czym się zajmowała. Bo do pracy nie chodziła. Dziećmi się nie zajmowała, bo miała niańkę. Mieli też ogrodnika, gosposię, kucharkę i innych wiernych Alfredów do spełniania zachcianek. Kim byli? Arystokracją. Skąd się wziął ich majątek? Wolę nie wiedzieć. W szkole mnie uczyli, że z wyzysku i cierpienia. Tak, czy siak wiodło im się dobrze. Pieniążki płynęły szerokim strumieniem.

A teraz z drugiej mańki. Kim była moja Babcia? Tego dokładnie nie wiem. Mieszkała w Warszawie. Przed wybuchem 2-giej wojny światowej była dzieckiem. Żadnych fabryk cukierków chyba jej rodzice nie mieli. Majątków ziemskich chyba też nie. Tylko krewnych na wsi, którzy okazali się dla niej wybawieniem, gdy do stolicy weszli Niemcy i gestapo. Moja Babcia miała dwie siostry. Najstarszą rozstrzelali. Został po niej tylko portret ślubny, który oglądałam jako dziecko. Druga (też starsza) trafiła do Oświęcimia. Miała średni numer. Przeżyła. W dniu kiedy wszystko się zaczęło Babcia pojechała na wieś do ciotki. I do końca wojny tam została. Jak się z siostrą odnalazła? Nie powiedziała mi nigdy.

Skończyła się wojna. Babcia została sprzedawczynią. Przyszli ludzie w mundurach. Wysłali ją na ziemie odzyskane. W tym czasie na Litwie też była wojna. Bogatych właścicieli majątków ominęła. Ale komuna już nie. Ta ich wywłaszczyła. Jednak czerwoni barbarzyńcy byli stokroć głupsi od arystokracji z garbatymi nosami. Tu zachachmęcili, tam zakombinowali i na ziemiach odzyskanych, gdzie ich wysiedlono, zaczęli kręcić lody. Nowe miejsce, nowa fabryka.

Oczywiście były też jakieś imprezy w stylu potańcówek. I tam się poznali. On, czarujący prawie Lord, który miał się za pana wielkiego jak od Kijowa do Berlina. Cały świat powinien leżeć mu u stóp i spełniać jego zachcianki. Chyba był na tamte standardy przystojny. I korzystał z tego. Wyrywał panienki. Jedną za drugą. Trzecią za drugą. Zmieniał je jak politycy poglądy. I trafił na moją Babcię. Dziewczynę, a może już kobietę, która oprócz siostry nie miała tu nikogo więcej. Miała też serce, które chciało miłości. A ten Belmondo za pięć groszy miał bajerę.

Nie wiem, jak to się toczyło. Ale się domyślam i robi mi się mdło. Domyślam się, bo wiem jakim kłamliwym skur***nem potrafi być, gdy chce pieniędzy. Już widzę te wizje raju, jakie tam roztaczał. No i babiarz uwiódł ją. Dziewczynę z gatunku tych, które jedyne czego chcą to rodzina. Nie wiadomo, czy najpierw była ciąża, a potem ślub, czy na odwrót. Wiadomo, że dla rodziny takiej arystokracji to była potwarz, dyshonor, mezalians, tragedia, rysa na ich popieprzonej, odrealnionej wizji świata. Szczególnie Prababka miała z tym problem. Nie mogła tego przełknąć. Jednak musiała. Stało się i nie było odwrotu.

W międzyczasie i drugiej fabryki pozbawili Pradziadka. Udupili go tak skutecznie, że już się nie dźwignął. Reszta arystokratycznego towarzystwa została niejako napiętnowana. Nie mogli już kręcić nowych biznesów. Za resztki dobytku dostali niewielkie mieszkanie. Nie umieli i nie mieli gdzie, a przede wszystkim nie chcieli, pracować. Za to prosta sprzedawczyni w postaci mojej Babci nie miała takiego typu problemów. Załapała się w delikatesach na tyrkę. I utrzymywała swego Wspaniałego Męża. Co on robił w tym czasie, kiedy nie pracował? Palił szlugi, pił wino, wódkę, piwo i rwał kolejne dupy. Nawet kiedyś pokazał mi swój tajny album. Skurwiel. Prawie z każdą miał słit focię. A Babcia zapieprzała w sklepie w tym czasie.

No dobra, żeby nie było. Dziadek miewał robotę. Krótką, jak jego wierność małżeńska. Wypłatę zawsze przebalował. Nigdy nie przynosił do domu. Bo on musiał się ZABAWIĆ, WYSZALEĆ i robić INNE RZECZY, KTÓRYCH BABA NIE ZROZUMIE. Tak więc Babcia przymykała oczy na jego wybryki. Bo cała rodzinka mówiła jej, jaka jest nic nie warta. Bo jest sprzedawczynią. A oni arystokracją. Oni mieli błękitną krew. Szlachetne geny. Takie pospólstwo powinno się cieszyć, że może doznawać szczęścia i zaszczytu bycia w tak szacownej familii. I tak na każdym kroku sprowadzali Babcię do parteru.

Kilka razy Dziadek chciał odejść. Wtedy Babcia zaklinała go na wszystkie świętości i wybaczała. Chciała ratować „związek”. To, co wydawało jej się małżeństwem, jakąś więzią, namiastką rodziny. Przyjmowała też gości. Kuzynostwo i rodzeństwo Dziadka. Musiała wtedy brać wolne w pracy. Żeby od rana podawać im jedzenie. Gotować, sprzątać, prać i usługiwać. Trwało to latami. Nawet jako mała dziewczynka miałam okazję poznania manier arystokracji. „No tak, co się dziwić. Taki plebs sklepowy to nie umie nawet porządnie podać do stołu.” To były teksty Ciotki, tzn. siostry Dziadka, gdy przyjeżdżała na wczasy. Dziadkowi też wiele nie brakowało. Potrafił rzucać sztućcami, gdy coś mu nie odpowiadało „No tak! Za mało wysmażona cebula. Specjalność tego domu!” „Nie ma czystej popielniczki. Specjalność tego domu!” „Zupa za rzadka. Specjalność tego domu!”

Gdy Pradziadek żył, potrafił pilnować wierności Babci. Stał pod sklepem. I patrzył. Czy za długo nie rozmawia z klientami. Czy nie znika gdzieś zza lady. Czy po pracy idzie prosto do domu. Moją Mamę notabene także kontrolował. Tymczasem jego synuś potrafił znikać na całe noce, dnie, a nawet tygodnie. Mi utkwiła w pamięci akcja, gdy byłam w gimnazjum. Najpierw znikł na dwa tygodnie. Szukaliśmy go wszyscy. Potem wrócił i obwieścił Babci „Bo mnie denerwujesz. Jesteś taka małostkowa. I beznadziejna. Nie wiem, czy mogę w tym tkwić. Co zrobisz bym został?” „Wszystko.” I dalej robiła wszystko, by został. By ratować strzępki tego, co nazywali związkiem.

Pewnego dnia pojechał na działkę. I już nie wrócił. Mijał miesiąc. Potem pół roku. Po czasie Babcia przyznała się, że przyszedł zaraz po emeryturze i poprosił o pieniądze. Dała mu wszystkie. Zostało jej w portfelu kilka złotych.  Poszedł chuj i już nie wrócił. Zostawił ją z niczym. Po dwóch tygodniach zorientowaliśmy się, że ona po prostu nie ma pieniędzy nawet na jedzenie… Po tym wszystkim posypało się.

Babcia zaczęła się miotać. Była nieswoja i zamyślona. Zaczęłam znajdować w jej rzeczach różne tabletki. Na sen, na uspokojenie. Do tego jadła różne witaminy i leki na nadciśnienie. Potem nadszedł czas, że tylko leżała w łóżku. Pewnego dnia poleciała jej krew z nosa. Poszła do lekarza. Zlecił wyniki krwi. Ostra białaczka. Tak nagle. Zaczęły się szpitale, chemie. Tego nie pamiętam. To wyparłam ze swojej pamięci. Tego nie chcę pamiętać. Po co mieć przed oczami obraz osoby, która umiera? Umiera i gaśnie w środku. Pytaliśmy lekarza, dlaczego tak jet. „Bo w niej nie ma woli życia. To jedna z niewielu pacjentek, po jakich widzę, że chcą umrzeć.”

Przed samą śmiercią leżała u nas w domu. Wybroczyny. Niemożliwość wstania z łóżka. Morfina. Pytałam, dlaczego. „Bo chciałam uratować ten związek i nie udało mi się. Za mało się starałam.” „Starałaś się całe życie. Wybaczałaś wszystko. Godziłaś się na poniżanie.” „Bo nie byłam go warta…” Potem powiedziała, że jedyne, czego jeszcze chce to go zobaczyć ostatni raz. No i trzeba było znaleźć. Bo jak odmówić? Niebo i ziemia poruszona. Dziad się znalazł. Mieszkał z nową babą. Odszedł tak po prostu. I jeszcze wziął pieniądze. Ostatnie. Po prawie czterdziestu latach małżeństwa. Nawet nie powiedział, gdzie idzie.

No, ale cóż. Trzeba była go sprowadzić. Przyszedł po kilku błagalnych rozmowach. Tamta baba stała pod klatką i czekała. On podszedł do Babci i powiedział „O, jeszcze nie kojknęłaś?” Pogadał swoje dyrdymały i poszedł. Zaszedł jeszcze do mnie (wtedy nastolatki) i zapytał mnie, czy nie dam plakatów i kosmetyków dla jego nowej wnuczki. „Wypierdalaj.” Więcej nie powiedziałam.

Niedługo po jego wizycie Babcia zmarła. Dwa, czy trzy dni później. Zawołała mnie, żebym założyła jej skarpetki. Położyła się na łóżku. Po kilku godzinach zaczęła się gorączka. Przyjechała karetka. I tyle. Więcej jej nie widziałam.

Na pogrzebie Dziadek podrywał kelnerki. Myślałam, że zwymiotuję rosołem. I kotletem schabowym. „Śliczna brunetko, nalej mi kaweczki.” Nie pamiętam więcej z tego pogrzebu. Wiem za to, że na grobie nigdy nie był. Pojawiały się znicze i kwiaty. Myśleliśmy, że to on stawia. Dwa lata temu wydało się wszystko. To stawiała Z. jej koleżanka z pracy. A on cały czas pytany o znicze mówił „No no, tak tak.” Nie umiał powiedzieć, że to nie on. Co tu dużo komentować…

Także nie ma chyba co się dziwić, że słabo mi jak jego pysk widzę w święta przy stole. I nie ma co się dziwić, że uważam, że nie warto ratować walących się związków… Co nie było nam pisane, nie powinno być na siłę sklejane.