Archiwa tagu: ciąża

Do samego końca?

Ostatnio martwię się o swoją koleżankę z pracy. Już myślałam, że ja jestem największym pracoholikiem, ale ona wyprzedza mnie w tym nałogu bez porównania. Jest w ciąży, w sumie to już końcówka. Niedługo ma termin porodu. I twardo chodzi do pracy. Zastanawiam się, skąd się u niej bierze ta determinacja i samozaparcie. Przysługuje jej przecież urlop z tytułu ciąży. Tym bardziej, że jest już mocno zaawansowana.

Do tego ma stresującą pracę. Bardzo stresującą. Można oszaleć, ciągłe pretensje, awantury i inne atrakcje. Ciężko to znieść normalnie, a w ciąży to pewnie już całkiem popaprana sytuacja. Taka jazda bez trzymanki. Tak myślałam sobie, że ona może jest po prostu bardzo odporna psychicznie i potrafi się wyłączyć.

Ostatnio jednak zaczęła się źle czuć. Jak rozmawiałyśmy na korytarzu, tak sobie dziwnie przysiadła. W ogóle była cała blada jak córka młynarza. W pierwszej chwili nie zwróciłam na to uwagi, bo ona miała kiedyś problemy zdrowotne i często była wręcz przezroczysta. Więc byłam przyzwyczajona do takiego koloru cery.

Potem dowiedziałam się, że ona czuje się tragicznie. W głowie jej się kręci, słabo jej i kilka razy myślała, że zemdleje. Generalnie kiepsko z nią ostatnio. Mówiła też, że opadł jej brzuch. Z tego co słyszałam, to w takiej sytuacji trzeba leżeć. Ja bym już na w takiej sytuacji była w domku i wylegiwała się w łóżku, dbała o siebie i dziecko.

Nie rozumiem tego jej chodzenia do pracy tym bardziej, że u nas jest fajna sytuacja dla kobiet w ciąży. Mogą iść na wszystkie przysługujące im urlopy i mają gdzie wrócić. Co więcej, nikt nie robi im z tego tytułu problemów, ani wymówek. Pod tym względem jest OK.  Albo dotknął ją straszny pracoholizm albo nie wiem co. Dziwię się, że ona się nie boi jakiegoś przedwczesnego porodu albo innych strasznych historii. Wszyscy mówią jej, żeby nie chodziła do pracy, bo w takim stanie już nie warto, a ona dalej chodzi. Bezsensowne poświęcenie, bo takich rzeczy potem nikt nie pamięta i nie docenia.

O dziecioróbstwie, ślubach i kredytach

No szlaken trafiren. Tyle było ciekawych wydarzeń w tym tygodniu! Prawie straciłam pracę. Byłam u fryzjera i ścięłam ponad 20 cm moich blond kudłów. Teraz mam takie ledwo do ramion. Było też kilka iście bulwersujących sytuacji w naszym zakładzie pracy. Niestety o tym nie napiszę, bo… weszłam na fejsbuka przed napisaniem posta. Już nigdy tego nie uczynię. Teraz będę najpierw pisać post, potem przeglądać twarzo-książkę.

Straciłam swoje natchnienie, bo poraził mnie „wyczyn” jednego znajomego. I teraz nie wytrzymam, jak tego nie skomentuję. Jest taki koleś, który od dwóch lat ponad rozkłada mnie swoją życiową logiką na łopatki. Zaczęło się od tego, że znalazł sobie laskę, z którą wzięli ślub. Nic w tym dziwnego, że się pobrali. Nie jedna para ma za sobą taki początek. Ona nie miała pracy, a on miał dorywczą. Zadłużyli się na ślub i wesele. W tak zwanym międzyczasie dorobili się dziecka. Potem zadłużyli się na coś tam jeszcze w postaci mieszkania i samochodu. Żyli tak sobie około roku spłacając kredyty.

Wtedy on poszedł do nowej pracy. W tej nowej pracy poznał kolejną dupencję. Zaczęli flirtować, spotykać się i romansować. Aż wreszcie romans przerodził się w związek. Tak więc zostawił swoją pierwszą żonę z dzieckiem – wzięli rozwód. On wziął kolejny ślub z koleżanką z pracy. Kupili sobie pieska. A teraz zrobili sobie dziecko. Wrzucają na fb kolejne zdjęcia testu ciążowego, widok płodu z usg. Nie do końca rozumiem z czego on się tak cieszy. Nie ma nawet ćwiartki na karku, a już ma kredyty do spłacania, byłą żonę z dzieckiem, nową żonę z dzieckiem w drodze. Dobrze nie wszedł w życie, a już ma więcej zobowiązań niż włosów na głowie.

Nie twierdzę, że ja jestem taka znowu zajebista i pozjadałam wszystkie rozumy jednocześnie wchodząc w posiadanie patentu na życie. Sama nie wiem, co ze sobą począć. Zastanawiam się, czy stać byłoby mnie na dziecko i stwierdzam, że raczej nie. Niektórzy się nie zastanawiają albo nie wiedzą, jak się zakłada gumkę najwidoczniej. Może ja po prostu za dużo myślę? Mogłabym np. się nie zastanawiać i pewnego pięknego dnia stwierdzić, że „chyba będę miała dziecko.” Póki co nie odczuwam takiej potrzeby. Wręcz przeraża mnie myśl o koszmarze porodu i chodzenia z brzuchem wielkim jak słonica. W ogóle przeraża mnie perspektywa tego, że po urlopie macierzyńskim moje stanowisko pracy mogłoby zostać „zlikwidowane”.

Generalnie zaczynam czuć się dziwnie. Większość moich znajomych jest już po zawarciu związku małżeńskiego i ma dzieci albo te dzieci są w drodze. A ja nie mam ani jednego, ani drugiego. Nie odczuwam jakiejś specjalnej rozpaczy z tego powodu. Jestem w związku, a na dziecko nie czuję się jeszcze gotowa. Zaczynam mieć wrażenie, że nie postępuję zgodnie z jakimś schematem. Powinno być studia, praca, ślub, dziecko. U mnie studia, praca, związek partnerski, czyli nielegalny i gorszy według naszego zaściankowego państwa.

Kilka lat temu większość wśród znajomych patrzyła się dziwnie, nieco podejrzliwie, ale i z zaciekawieniem na dziewczyny, które wpadły. Potem był czas, że zaczynało się to robić normalne, że koleżanki się rozmnażały, bo związki, bo coś tam. Teraz to na mnie zaczynają patrzeć podejrzliwie i jak na zjawisko. Najbardziej rozpierdalają mnie pytania „a wy co? kiedy jakiś ślub, dziecko?” Jakbym to od rodziny słyszała, która o dziwo nie dręczy mnie takimi tematami, to bym się nie dziwiła. Ale jak zadają mi takie pytania znajomi, to zaczyna mnie to po prostu wkurwiać. Mam ochotę odpowiedzieć, żeby nie wpieprzali się z buciorami w moje życie. Jakby mogli to by mi do kibla wleźli, czy co? Wiadomo, że gdybym zaciążyła albo byśmy się zaręczyli, to bym sama się pochwaliła. A tak wyskakuje mi ktoś z takim pytaniem i chuj znajet, czego w odpowiedzi oczekuje.

Najgorzej to jest jak zaczynają się dochodzenia „dlaczego?”. Litości. Co to kogo w ogóle? Co mam odpowiedzieć na takie pytanie? O związkach partnerskich nie chce mi się rozwodzić wtedy, bo zaskakująco duża część moich znajomych ma na ten temat takie zdanie jakby była z PiS. Tacy młodzi, a stereotypami myślą. Wtedy nie chce mi się komuś udowadniać, że moja racja jest najmojsza. To tak jakbym chciała komuś wykazać wyższość fanów pomidorówki nad zwolennikami ogórkowej…

To samo tyczy się tego, że moim życiowym marzeniem nie jest biała suknia z welonem, gromadka rozwrzeszczanych, usmarowanych i wiecznie czegoś chcących dzieci. Nie śnię o tym po nocach i nigdy nie zastanawiałam się, jak będzie wyglądało moje wesele. Myślę, że nie jestem w stanie zrealizować się poprzez gotowanie, sprzątanie, usługiwanie mężowi i niańczenie dzieci. Cóż, nie jestem na pewno i raczej nigdy nie zostanę typową Matką Polką. Jestem Inżynier Blondyną ;)

Zróbmy sobie dziecko kochanie

Mam taką koleżankę, którą bardzo lubię. Często się nie zgadzamy, ale się mimo wszystko trzymamy się razem od początku studiów, czyli już prawie osiem lat. No i poszłyśmy sobie na piwo ostatnio. Było bardzo fajnie i miło. Tylko jednym mnie powaliła na łopatki. W pewnej chwili zapytała drugiej koleżanki, czy załatwiłaby jej jakoś pracę w swoim urzędzie Y. Sprecyzujmy – jedna pracuje w Urzędzie X (na zastępstwie), a druga w Urzędzie Y.

Zapytała jej, dlaczego chce tam przyjść, skoro będzie dostawała tam ok. 300-400 zł mniej na rękę. Nie wiem, jak ją, ale mnie odpowiedź wbiła w siedzenie. Ze względu na umowę – bo najpierw jest na 3 miesiące, potem na pół roku, a później na czas NIEOKREŚLONY. Czyli coś nieprawdopodobnego w naszych czasach. Bo np. ja dostałam drugą umowę na 20 lat. Ale mnie to urządza, 20 lat z dwutygodniowym terminem wypowiedzenia. No cóż, hmm…

Wróćmy jednak do koleżanki. Nic niby dziwnego, że chce mieć stabilną pracę. Dla mnie dziwne jest to, co powoduje tę chęć. Może nawet nie dziwne, co szokujące. W sumie to nie wiem, jakiego słowa użyć. Więc prosto z mostu – chce iść do urzędu Y, aby mieć pewność, że jak zajdzie w ciążę, to nikt jej po macierzyńskim nie wyrzuci. Trudno mi się do tego ustosunkować. Może dlatego, że mam inne podejście do pracy. Chodzę tam z dwóch głównych przyczyn – chęć samorealizacji i finansowej niezależności. A nie po to, żeby się gdzieś zaczepić i zrobić sobie dzieciaka.

Oczywiście, każdy ma prawo do swojego myślenia, więc po części rozumiem jej stanowisko. Z tego samego prawa bierze się to, że mi się jej myślenie nie podoba. I mogę sobie „głośno napisać”, że wkurza mnie takie coś. W kraju powszechnego bezrobocia. W kraju, w którym kobiety są częściej niż w wielu innych krajach UE dyskryminowane ze względu na płeć. Zarabiamy mniej, rzadziej awansujemy. Często mimo wyższych kwalifikacji, umiejętności i osiągnięć. Tak już jest. Sporo wody w Wiśle upłynie, nim zmieni się myślenie typowego Kowalskiego na temat zatrudniania kobiet. Pewnie teraz połowa wsiądzie mi na głowę, że nie samą pracą człowiek żyje i, że są ludzie dla których rodzina jest ważna. Ale przecież takie podejście do szukania pracy to zwykłe pospolite oszustwo. Tak samo, jakby ktoś kłamał odnośnie swoich kwalifikacji.

Gdy sama szukałam pracy, często słyszałam, że jestem „w ryzykownym wieku”. Przynajmniej prawdę mi mówili. No i mogłam się zaklinać na wszystkie katolickie, żydowskie i inne świętości, że nie w głowie mi dziecko. „Tak, tak. Na rozmowie to każdej nie w głowie. A jak przyjdzie co do czego to o! Ja już trzy takie miałem!” No i sobie nie pogadasz. W sumie to co się dziwić, jak część kobiet tak właśnie myśli. Zahaczę się na etat i machnę sobie dziecko. Super. Fajnie, że każdy ma swoje priorytety. Tylko potem nie ma co się dziwić, że żaden pragmatyczny szef/szefowa nie zatrudni babki w „ryzykownym wieku”. Szczerze, to po tym co słyszałam, to jeśli kiedykolwiek będę miała swój biznes, też będę unikać zatrudniania kobiet.

I tak spirala dyskryminacji się nakręca. Także miłe panie w wieku 20-30 nie dziwcie się, że na rozmowie ktoś Was pyta „czy chcecie mieć w najbliższym czasie dziecko?”, a potem sam sobie odpowiada i odsyła Was z kwitkiem… To wszystko dzięki tym, które robią to z premedytacją.