Archiwa tagu: choroba

Czarny piątek

Miniony piątek był dla mnie koszmarny. Nawet przez moment się zastanawiałam, czy po moich wywodach nt. zarobków zaraz po studiach, nie zostałam poczęstowana porcją wirtualnego złorzeczenia. Zaczęło się od tego, że od samego rana bolał mnie żołądek i byłam zestresowana. Po pierwsze, dlatego że czekałam na telefon (wynik rozmowy), a po drugie, miałam jakieś złe przeczucia. Czułam, że stanie się coś złego. W pracy byłam jakaś taka rozbita i ciężko było mi się skupić. Dosłownie cały czas byłam rozklekotana.

Po jakimś czasie zaczęło się pasmo porażek. Najpierw wyszły babole na wierzch. Zwyczajnie zamówiłam za dużo sprzętu… Na szczęście on się sprzeda, więc nie ma zmartwienia wielkiego kalibru. Chodzi tu bardziej o zjebkę i wywody, które  mnie spotkają, a niekoniecznie marzę o ich wysłuchaniu. Cóż, takie uroki pracy u kogoś… Czym dalej przesuwała się wskazówka na osi, tym bardziej byłam podłamana. W końcu telefon miał zadzwonić niezależnie od wyniku. A nie zadzwonił.

Za to dostałam sms, że moja Mam zasłabła i jest w szpitalu. Od razu wyszłam z pracy i pojechałam do szpitala. Jakoś niekoniecznie mnie w tej chwili obchodziło, co powie na to szef. Swoich wrażeń i odczuć ze szpitalnego oddziału ratunkowego opisywać nie będę, bo to temat na oddzielny wpis. Przyznam, że przeraziłam się tym wydarzeniem. Niby wiadomo, że jak ktoś jest w wieku 50+, to problemy zdrowotne zaczynają się nasilać. Ale zawsze jakoś tak nie przewiduje się, że dotknie to kogoś bliskiego. W końcu, gdy takie coś się przydarza, człowiek jest wstrząśnięty.

Uświadomiłam sobie, że nadchodzi ten czas w moim życiu, kiedy to powoli ja zacznę bać się o moich rodziców, a nie oni o mnie. I że to właśnie ja będę im częściej potrzebna do pomocy niż kiedyś. Świadomość tego wbiła mnie dosłownie w siedzenie. To nie jest tak, że o nieuchronnej sprawie się nie myśli w ogóle. Myśli się, tylko w kategoriach dalekiej przyszłości, która nadejdzie nie wiadomo kiedy. A gdy już nadchodzi i tak i tak jest się porażonym… Nie wspominam nawet o zwykłym strachu o bliską osobę, bo to oczywiste dla każdego normalnego człowieka. Schodzą na dalszy plan różne kłótnie i konflikty z przeszłości.

Jadąc do tego szpitala byłam cała roztrzęsiona i zapłakana. Najbardziej bałam się tego, że może okazać się, że już nigdy więcej się nie zobaczymy. Okropne. Takie przeszywające i ściskające w dołku. Powtarzałam sobie w głowie, że to niemożliwe, a jakiś złośliwy głosik piszczał mi z tyłu głowy „Możliwe możliwe, a z każdym rokiem prawdopodobieństwo tego wzrasta.” I taka dyskusja toczyła się mojej głowie. Nawet przelatywały mi takie myśli, że może lepiej nie mieć rodziny i nikogo bliskiego w ogóle, żeby nie przeżywać takiego strachu o bliską osobę…

Dopiero gdy po przyjściu ze szpitala do domu, siadłam na kanapie, uświadomiłam sobie, że to głupie tak myśleć, a w konsekwencji żyć, jak krab pustelnik. Szczęście rośnie, gdy dzieli się je z bliskimi, a nie z samym sobą.

Już dawno nie zestresowałam się tak jak w piątek. Momentalnie straciłam apetyt. Ledwo wypiłam herbatę i zjadłam jakieś ciastka. Bardziej odruchowo niż z potrzeby. Nawet nie udało mi się zrobić obiadu – miałam w głowie pustkę i zero pomysłów. Teraz przypominam sobie, że nie jestem w stanie odtworzyć tego dnia w całości. Mam jakieś pourywane kawałki. Dzień w pracy, droga do szpitala, czekanie na oddziale, dziura, siedzenie na kanapie, wizyta w Burgerze, urywki z sklepu, dziura, wieczór i sen. Nie życzę nikomu takiego piątku, ani żadnego dnia tygodnia. A dziś ściska mnie w brzuchu. Nie wiem, dlaczego boję się jechać jutro do pracy. Na samą myśl mdli mnie.

Ochy, Achy i Mózgostrachy

Ten weekend był dla mnie tak interesujący, jak dawno żaden nie był. (Cóż za arcykonstrukcja zdania, moja Polonistka z LO pewnie się teraz na krześle przewraca) Aż mi po głowie chodziła taka pieśń – koleś śpiewa „Ale w koło jest wesooołooooooo, człowiek w pracy małpa w zoooo!” Pomyślałam sobie potem, że jednak małpa w pracy, człowiek w zoo. Bo taka małpa w zoo to w sumie pracuje. Na cały etat. A człowiek to właśnie w tej rzeczywistości ma jak w zoo. Albo nawet w cyrku. Na gwizdek wstaje do roboty. Na klaśnięcie wyczynia jakieś dziwne ewolucje i sztuczki w tej robocie. Potem na kolejny gwizdek goni do paśnika (Lidla jakiegoś albo innego sklepu), łapie co popadnie. A potem w domu wpiernicza. Jak małpa kit.

To tyle tytułem wstępu. Zacznijmy więc od piątku. Wracam z pracy, gonię do paśnika, a potem z paśnika do swojej gawry tudzież nory. Idę i patrzę sobie na pozostałą hałdę śniegu. Obok niej stoi jakiś wyżło-jamnik, zadziera łapę i leje na ten śnieg. Za nim goni jakiś tam inny psiak. I co robi? Rzuca się na ten już w obecnej tamtej chwili śniegomocz i sobie go oblizuje. Zjada! Jaki głupek. A wiecie, kto od tego psa głupszy? Ja! Bo myślałam, że jak do niego przemówię, to on przestanie. On na mnie zerknął, zamerdał ogonem, szczeknął i zaczął wpieprzać. Jak małpa kit.

Potem przyszły do mnie koleżanki. Na piwo i wino. Fajnie było, tylko niczego zbytnio nie pamiętam, bo już mnie zaczęła brać gorączka. I zapchał się nos. Jedyne co mi z tamtego spotkania w głowie świta, to coś o manewrach wojskowych i różnicach między Rosomakiem, a Leopardem. A potem to już tylko łapczywe łapanie każdego oddechu, bo przez rozdziawioną gębę, to ja nie potrafię.

Sobota była równie urokliwa. Cała przespana. I oczywiście okraszona odpowiednimi epitetami odnośnie zatok, nosa, kataru i gorączki. Jedyne pożyteczne co zrobiłam, to zamówiłam sobie kosmetyki od jumaka. No jak chcecie krytykujcie. Ja tam mimo wszystko zgadzam się z tezą, że Niemcom można bezkarnie odbierać dobra wszelakie. Pół Europy sterroryzowali i ograbili. To jak teraz im ktoś gwizdnie karton perfum, nie zbiednieją. A tak na poważnie, to jako absolwentka ekonomii, czyli nauki o gospodarowaniu ograniczonymi zasobami, stwierdzam, że kupuję u tego, który taniej sprzedaje to samo dobro. O!

W niedzielę było chyba najgorzej. Dwie nieprzespane noce. Dwie nieudane próby dezynfekcji piwem. Dwie tony obsmarkanych chusteczek. I zero poprawy. Tak koło 20 zmierzyłam sobie temperaturę. 38,9 stopni. Wspaniale. Rozpoczęły się wtedy szalone tańce mojego i tak już pokręconego umysłu. Stwierdziłam, że pewnie ktoś mnie podtruwa i dlatego jestem nieustannie zaspana i zmęczona. Robiłam kotce wykład, jak to ona ma dobrze, że jak coś podejrzane, to nie zje. A zjem wszystko, co wydaje mi się smaczne. Na to zadzwoniła moja Mama. „Jak się czujesz?” „Źle… raz mi ciepło, raz zimno. Z nosa lecą gluty o konsystencji butaprenu, głowa boli, gorączka rośnie. Tabletki nie pomagają.” „Ja ci powiem skąd to wszystko.” „Skąd? W pracy się pewnie zaraziłam, sporo osób ostatnio prycha.” „Nie! To wszystko przez ten twój kolczyk w nosie. To może być nawet zapalenie opon mózgowych. Czytałam w internecie, że od kolczyków się takie rzeczy robią.” Zaciekawiło mnie to. Lubię takie naukowe doniesienia wprost z forum dla gimnazjalistów. „Od jakich kolczyków?” „No tych w nosie!” „Dlaczego?” „Bo są blisko MÓZGU!!” Słowo mózg wypowiedziała takim tonem, że włos mi się na dupie zjeżył. „A co z tymi w uszach? Bo mam cztery w jednym i…” „Nie, no z tamtymi miałaś szczęście. Zagoiły się. Wyjmij dziecko ten kolczyk!” „No dobra. Jak poczujesz się szczęśliwsza, to wyjmę.” „Och, jak dobrze.” „Mamo, a ten w pępku, może zrobić tak, że będę bezpłodna? Bo on blisko macicy jest!” „Nie wkurzaj mnie!” I pac słuchawką. W tym momencie, kiedy jak tak bardzo chciałam kolejnych newsów. No ale cóż. Jak się nie ma co się lubi, to się kradnie co jest, jak mawiają pewni ludzie.

Stwierdziłam, że skoro już toczy mnie jakaś gangrena mózgu, która weszła nosem, to wypiję sobie piwo, bo i tak nie nadaję się do pracy. Trzy dni samoleczenia nie pomogły… Potrzeba więc pomocy specjalisty. Wracając jednak do piwa, to nie polecam w przypadku gorączki. Alkohol z podwyższoną temperaturą, okraszony mózgostrachami autorstwa mojej Mamy sprawiły, że robak lęku zaczął toczyć mą świadomość. Po jakiejś godzinie już byłam pewna, że zaraz umrę, a wszystko przez piercing nosa, który tam tkwi od dawna, a teraz postanowił mnie zabić. Celując prosto w mój procek! Bałam się już nie na żarty. Napisałam nawet sms do koleżanki, żeby podzielić się z nią swoją agonią. Mój facet patrzył się na mnie z politowaniem i kiwał głową. „Idź spać, bo brak snu Ci w głowie mąci.” No więc poszłam. I się nie wyspałam.

Wczoraj poszłam do lekarza. Orzekł zapalenie zatok. Dał jakieś śmieszne pigułeczki bez recepty, zwolnienie i kazał leżeć. A ja siedzę. Mam nadzieję, że to nie pogorszy leczenia. Dopiero po zjedzeniu tych tabletek polepszyło mi się. Bo wcześniej było mi słabo. Tak słabo, że musiałam kłaść się na łóżku, żeby się nie wywrócić. We łbie huczały mi bębny wojenne Mordoru, szykującego się do ataku na Śródziemie. I myślałam, że ktoś mnie otruł. Że naprawdę systematycznie podtruwa. Np. bromem. A potem jak już stracę świadomość i kontakt z bazą, to przykują mnie do łóżka. Jak w książce Dziennik Palahniuka. Polecam. Wtedy stwierdzicie, że ja jednak jestem całkiem normalna. Oczywiście każdy wolny dzień spędzam na zaznajamianiu sąsiadów ze swoimi gustami muzycznymi. To jak ustrój totalitarny. Mnie nie interesuje, że im się nie podoba. Mnie się podoba, to mają słuchać. Numer 1 – sprawia, że chce mi się tańczyć i potrząsać bolącą dyńką. Numer 2 – w końcu to Monika Brodka, nie hip-hop, którego sąsiedzi nie cierpią, więc po jaki ch*j walą w ścianę i drzwi? Przecież jestem na L4 i to element mojego leczenia, żeby falą akustyczną pobudzić zatoki do pracy… Numer 3 – całkiem ładny jest, w radiu często leciał. Powinni być przyzwyczajeni. Numer 4 – kozacki, chcę mieć refren na dzwonku.

Chciałam napisać o nimfomance i absolwentach studiów humanistycznych, ale musiałam dać upust weekendowym wizjom. Jutro się poprawię i napiszę coś, co się trzyma kupy i dupy ;)

Pozdrawiam cieplutko. Ciepluteńko, jak moja gorączka.

Dół dna

Dawno już tak kiepsko nie było. Czuję się tak podle i źle, że piszę ten wpis tylko po to, aby uporządkować jakoś myśli. Generalnie nie ma czego porządkować. Ostatnio bywam tak zmęczona, że nie mam siły iść do łazienki i ogarnąć się do spania. Tak więc siedzę i oglądam sobie tv albo neta przez dwie lub trzy godziny. I myślę sobie „muszę zaraz wstać z tej kanapy”. I sobie kurwa nie wyobrażam dalszego życia w tym pięknym kraju. Bo skoro będąc w kwiecie wieku, nie mam już sił na nic, to jak ja mam dożyć emerytury?! I jak ja mam się w ogóle nie załamać? Przychodzę z pracy i mam tak wyeksploatowany mózg, że nie wiem jak mój kot się nazywa. To jak jeszcze ogarnąć coś w chacie i ogarnąć siebie? Jak tak dociągnąć do trzydziestki? Bo o czterdziestce nie myślę.

Jakby tego było mało, wlazły na moją fizyczność plagi wszelakie. A więc uczulenie. Podobno pokarmowe. Pokryłam się egzemą na całych rękach i nogach. Strasznie to to swędzi i rozplenia się w tempie wykładniczym. Nie mogę ze sobą nic zrobić. Boję się nogi ogolić, bo jeszcze rozniosę to dalej, na te miejsca gdzie samo nie dotarło. Dobrze, że to nie lato, bo ludzie by myśleli, że małpa z zoo uciekła. Na jodze też cisnę ubrana w długi rękaw i pocę się jak głupek. Ale to wynika z mojego dobrego serca. Nie chcę ludzi tym wykwitem straszyć. Taka jestem dbała o wrażenia estetyczne współćwiczących! Do tego chciała mnie rozłożyć grypa, ale się nie dałam. No i doszedł kolejny produkt, po którego zjedzeniu nie mogę oddychać…. Do tej pory mogłam podduszać się słodzikiem. Teraz jeszcze serek typu feta/bałkańskiego.

Ponarzekałabym z chęcią jeszcze, ale kończę. Bo muszę się pod kolanami podrapać. Poza tym nie chcę na raz wyczerpać wszystkich tematów, na które mogłabym poujadać. Pozdrawiam i życzę wszystkim spokoju i nie wchodzenia w stan umysłowego zombie, jak ja :)