Archiwa tagu: alkohol

Kilka słów o kawie i alkoholu

Jestem właśnie w trakcie trzeciego tygodnia detoksu. Od kawy i alkoholu. Jakoś tak samo wyszło. Pewnego poranka otworzyłam oczy. Bolała mnie głowa w okolicach zatok. Gardło paliło. Język miałam żółty, wory pod oczami. Całe szczęście to była sobota. Bo odbijało mi się piwem i chipsami. Nie wiem, jakbym poszła do pracy. Mam już za sobą kilkanaście epizodów, kiedy ledwo siedziałam w pracy, bo piekło mnie w żołądku, chciało mi się spać, pić, jeść i bolało mnie gdzieś za oczami. Do tego zaczęłam notorycznie zapominać. I przekładać na jutro. Zrobiłam się powolna, jak na swoje możliwości.

Zjadłam śniadanie i popiłam kawą. Liczyłam, że się obudzę, bo chciałam coś załatwić. Skończyło się na tym, że zważyłam się już kompletnie do reszty. Dochodziłam do siebie do godziny siedemnastej. Krótko mówiąc cały dzień z dupy. Jakby tego było mało, standardowo rozbolała mnie wątroba. Jak zawsze (ostatnimi czasy) po kawie. Takie uczucie jakby ktoś na wysokości przepony wciskał mi tępe narzędzie pomiędzy żebra i mieszał flaczki. To nie był kac morderca. Miałam różne zejścia nie raz i wiem, czym to pachnie. To był głos mojego organizmu mówiący „weź dobry rozbieg i pierdolnij głową w ścianę, bo się wykończysz.”

Tamtego dnia nie czułam się najgorzej w swoim życiu. Nie umiem tego opisać. Poczułam się jak wykręcona gąbka do podłogi. Taka szara, brudna i śmierdząca. Miałam autentycznie dość. Nie robiłam żadnych dziwnych postanowień poprawy. Wieczorem chciałam wypić piwo – w końcu sobota. Odpuściłam sobie po połowie. Nie smakowało mi. Tak po prostu. Na drugi dzień z rana czułam się w miarę ok. Po śniadaniu napiłam się kawy. Znowu rozbolała mnie wątroba i żołądek…

I przyszedł dzień, kiedy w pracy rano nie zrobiłam sobie kawy. Tylko zieloną herbatę z miętą. Co ciekawe, nie miałam kryzysu o godzinie 13. Cały dzień przepracowałam jak człowiek. Jeszcze po południu było nie najgorzej. Przyznam, że ten tydzień (pierwszy) był chyba najgorszym w ostatnim czasie. Byłam jakaś taka naciśnieniowana. Chodziłam jak bomba. Wszystko mnie wkurwiało. Niewiele jest osób, którym nie wbiłam jakiejś szpili w postaci wyrafinowanej złośliwości. Chyba zdążyłam wszystkim zajść za skórę. No trudno się mówi. Nikt nie powiedział, że zerwanie z wieczornym piwkiem to łatwa sprawa.

Dopiero zdałam sobie sprawę, że dwa piwa wieczorem to nie jest takie nic. Przecież jak byłam na studiach, to nie piłam tak często. Raz w tygodniu. Góra dwa. Jakie miałam problemy, żeby wstać rano! Jaka byłam nieogarnięta! A teraz fundowałam sobie takie coś prawie co dzień przez ostatnie dwa lata. Doszłam do wniosku, że sama sobie komplikowałam życie. Więc winko i piwko zostaje tylko na weekendy. Chociaż szczerze powiem, że specjalnie to nie mam ochoty na alkohol. W ogóle mi już nie smakuje…

I tak sobie trzeci tydzień egzystuję w odmętach zielonej herbaty, miętowej, czerwonej i innych dziwnych naparów. Jest spoko. Chyba zaczynam być sobą. Taką sprzed trzech lat. Skończyły się moje problemy z koncentracją. Może nie jest idealnie, ale nie jest tak jak po kawie. Gdy wypiję za dużo kawy mam dziwne zerwania filmu. Robię jedno, drugie, trzecie, niczego nie chce mi się kończyć. Zaczynam, przerywam, wracam, w końcu sama nie wiem co i po co robię. W moim przypadku kawa sprawdza się tylko na weekendy i to tylko na dni, kiedy nie muszę robić nic konstruktywnego.

Może to dziwne, ale dwie niewinne z pozoru używki jak piwo i kawa, potrafią posiekać mózg. Kiedy nie piję, czuję się autentycznie lepiej. Przez ostatnie trzy tygodnie wypiłam może ze trzy kawy i trzy piwa. I tak jest dobrze. Szczerze polecam. Dobrej nocy :)

Koza poprawiła mi humor. Panieński też.

Tak, właśnie tak. Poprawił mi się humor. No zupełnie przypadkiem. Naprawdę. I wszystko w jedną sobotę. Najpierw zadzwoniła moja Mama. Cały tydzień nie odzywałam się do niej (w sumie to dłużej), a od Taty dowiedziała się, że kompletnie nie miała racji z samochodem. Było jej głupio, ale nie powiedziała ani słowa. Nic w  stylu „wiesz nie miałam racji, to jak tam było z tym samochodem? Zgłosiłaś sprawę do ubezpieczyciela?” Zamiast tego zapytała się mnie, czy idę na zakupy. Powiedziałam, że nie. A ona na to „To ja Ci mogę coś kupić.” Najpierw chciałam unieść się honorkiem i powiedzieć, żeby sobie sama poszła. Później jednak pomyślałam, że jak dają to tylko głupi nie bierze. W efekcie stałam się posiadaczką sukienki, nowych szpilek (niebieskich zamszowych), dwóch par leginsów. Swoje dalej myślę i swoje wiem, ale gifty trzeba przyjmować. No cóż, zrobiłam się podła.

Jak wróciłam do domu, wzięłam się z koleżanką za organizację wieczoru panieńskiego. Całe popołudnie jeździłyśmy po sklepach w poszukiwaniu ginu, wódki i przepoju. W zasadzie kupiłyśmy wszystko. Nawet zamówiłyśmy prezent i wybrałyśmy klub, żeby zrobić rezerwację. Poszło szybko i sprawnie. Nie ukrywam, że byłam w swoim żywiole. Uwielbiam takie sprawy organizacyjne. Wtedy czuję, że żyję. Poczułam się potrzebna i ogarnięta. I jakoś mi się polepszyło. Z mega czarnej dziury przetransportowałam się do dziury czarnej. Oczywiście o nastrój chodzi.

Jednak wczoraj poprawiło mi się najbardziej. Kupiłam sobie rower. Nie jakiś tam mega zajebisty albo lansiarski. Takiego zwykłego makrokesza. Dobra, sama tej nazwy nie wymyśliłam – wyczytałam na forum. Była to ostatnia sztuka przeceniona o połowę. Taka tam koza, holenderka. Wcześniej chciałam kupić Gazelle Basic, ale odstraszyła mnie cena (2499 pln) i świadomość, że mogłaby zdematerializować się w mojej piwnicy. A tu za mniej niż jedną trzecią tej ceny kupiłam podróbkę ze Świebodzina (chamsko zerżniętą z G.). Na moją częstotliwość jazdy będzie OK. Jak kiedyś zamieszkamy gdzieś, gdzie tak nie kradną, to sobie kupię Gazellę.

Wczoraj nawet jeździłam na swoim rumaku. Trochę za duży, ale i tak fajny. Jeździliśmy dość długo i bardzo mi się podobało. Mam tylko jeden mały problem… Nie umiem ruszać. Powaga. W moim starym góralu (zwanym Złomkiem), mogłam sobie ustawić pedał w odpowiedniej pozycji, gdy stałam. A tu jak rower stoi to pedały ani drgną… Do tyłu nie można ich przekręcić, bo jak kręci się do tyłu, to się hamuje. Także jeśli macie jakieś porady, jak sprawnie ruszać na kozie, to chętnie je przyjmę. Bo teraz to trochę siara, jak nie umiem na skrzyżowaniu ruszyć na światłach. A tak poza tym rower jest super. Ma zabudowany łańcuch i błotniki, dzięki czemu będę mogła jeździć w kiecce. Siedzi się prosto, kierownica jest duuuuża i wygodna. Ma nawet fajną blokadę na tylne koło – wyjmiesz kluczyk, nie pojedziesz, dobre oświetlenie z dynamo. Naprawdę, super zakup. Cieszę się bardzo, bardzo!

Juwe Juwenalia! Kto nie pije ten kanalia!

Dziś stara baba, czyli ja będzie wspominać. Oczywiście Juwenalia, które odcisnęły piętno na mojej psychice, a jeszcze większe na wątrobie. Czym są TKSy, dowiedziałam się dopiero na pierwszym roku studiów, gdy się zaczynały. Bo zawsze miałam spóźniony refleks i czasem kiepski ogar. Poszłam na imprezę w poniedziałek i… się schlałam. Poszłam na imprezę we wtorek i… też się znietrzeźwiłam. Piwo lało się strumieniami wszędzie, a w szczególności w tzw. miasteczku akademickim.

Jeśli chodzi o alkohol, to zawsze byłam dość ekonomiczna w temacie. Dwa piwa wystarczały mi do szczęścia. Generalnie w liceum często chodziłam na imprezy, ale mało piłam. Magiczną granicę ubzdryngolenia się przekroczyłam razem z koleżankami z grupy właśnie w Juwenalia. Nigdy nie porobiłam się do takiego stanu, żeby leżeć pod akademikiem w krzakach we własnych wymiocinach, jednak tamte dni i tak zapamiętałam do dziś. Głównie dlatego, że nigdy wcześniej nie byłam tyle razy na imprezach w ciągu niecałego tygodnia. W zasadzie to była jedna wielka impreza.

Wszystko odbywało się dość normalnie, nie było wielkich ekscesów, burd pijackich i innych przebojów. Widziałam tylko akcje typu kilku kolesi zwracających zupki chińskie z Radomia pod drzewami, ławkami i gdzie się dało. No i niesamowite ilości poniewierających się butelek i puszek. Piątek rano był końcem moich nierównych zmagań z TKSami. Obudziłam się nad ranem i trzepało mnie jakbym tydzień jadła tabletki z efedryną na katar. Koszmar. Myśli typu „Oj jak boli głowa, oj jak pić się chce.” Cały dzień dochodziłam do siebie. W sobotę też byłam przetrącona. Przechodząc koło sklepu musiałam odwracać głowę w drugą stronę, żeby przypadkiem nie ujrzeć gdzieś piwa. Na bank by mi się ulało. Cofało mnie na samą myśl o złotym trunku i jakimkolwiek innym.

Największe zdziwienie i szok przeżyłam, gdy dowiedziałam się jak brzmi rozwinięcie tajemnego skrótu TKS. Tydzień Kultury Studenckiej. Hmm… Z kulturą to ja się raczej nie zetknęłam. Owszem pamiętam jak przez mgłę koncert Jamala (współczuję mu, bo musiał chyba ze 20 razy bisować kawałek „policeman”, pewnie wzdryga go na wspomnienie tego do teraz), konkurs grillowania, domówkę u jakichś znajomych i konkurs karaoke. Współczuję wszystkim, którzy musieli wysłuchać dźwięków, jakie z siebie emitowałam pod wpływem. O! Pamiętam jeszcze, że zobaczyłam, jak pije się piwo w 20 sekund – odwrócić puszkę do góry nogami, trzeba zrobić niewielki otwór przy dnie puszki (w ściance), przyłożyć to do ust i obkręcić tak, aby była znów w „pozycji normalnej”, otworzyć ją i pić. Sama nie próbowałam, to nie wiem, jak żołądek to znosi.

Najśmieszniejsze jest to, że największy gnój robili nie studenci, tylko przypadkowi ludzie. Powywracane toi’toie i inne ciekawostki. Jedną studentkę zgwałcono pod budynkiem byłej stołówki. Oczywiście okazało się, że to nie był student. Porażka. Przez takie akcje Juwenalia były potem znacznie krótsze.

Zawsze uczestniczyłam w TKSach, może nie tak alko-aktywnie jak na pierwszym roku, ale jednak nie żałowałam sobie. Teraz, dwa lata po zakończeniu studiów ze zdziwieniem stwierdzam, że wcale mnie tam nie ciągnie. Wspominam to wszystko fajnie i z taką nawet łezką w oku, ale nie czuję, żeby chciało mi się tam iść. Dziwne. Może dlatego, że większości swoich znajomych tam nie spotkam już. Bo my już pracujemy i jesteśmy teraz tacy poważni. Prowadzimy dorosłe życie, pełne odpowiedzialności, w którym nie ma miejsca na głupoty. Taaa… jasne. Poważni. Hahaha.

Dopisane 25-05-2013. Browar! Wóda! Polibuda!           Seks! Muzyka! Politechnika!

Plażowanie w Mielnie

Pojechaliśmy sobie w sobotę do Mielna. Najbliższa plaża od domu. Było jakoś grubo po piętnastej, jak dojechaliśmy na miejsce. Położyliśmy się i opalaliśmy się. Było idealnie. Wiał lekki wiaterek, nie potrzeba było parawanu, słońce fajnie grzało. Podobało mi się. Plaża jest jeszcze dość szeroka i nie ma hord turystów z Poznania, Bydgoszczy, Warszawy i Łodzi, więc można sobie poleżeć spokojnie.

To znaczy, tak mi się wydawało, że jeszcze jest spokojnie. Akurat zaczęłam przysypiać na słoneczku, a tam słyszę, że jakichś dwóch typków niedaleko nas łazi. Otworzyłam oko i spojrzałam w ich stronę. Podeszli do dziury w siatce odgradzającej wydmy od plaży i rozpoczęli dialog na poziomie. „Tyyyy… ale jestem najebany!!” „Nooo… ja też. A słońce jak nakurwia!” „W Mielnie jesteśmy, to świeci! Ja już nie dam rady iść dalej. Leję tutaj!” „Taaa… Nie jesteś taki kozak!” „Jestem!” I po chwili wytrzeszczyłam oczy, bo faktycznie opuścił majtki i odlał się centralnie na plaży. Nie wierzyłam. Potem było jeszcze grubiej. Podciągnął gacie i oznajmił „Wszystkie dupy na plaży na mnie patrzą!” Jasne, każdy w pobliżu spojrzał się siłą rzeczy na durnia, który publicznie oddawał mocz.

Jego kolega okazał się jego godnym towarzyszem. Chociaż nie, on był pijanym durniem. Potknął się o własne końcówki i wpadł prosto w świeżutkie szczyny swojego koleżki. Zanosząc się od śmiechu potoczyli się w stronę swojego legowiska. Okazało się, że leżą całkiem blisko nas. Zaintrygowana ich głupotą zerkałam sobie co jakiś czas, co tam wyczyniają ci erudyci. Wbiegali na siebie, kopali się z wyskoku najczęściej, wbiegali do wody wrzeszcząc na całe gardło. Ale najważniejsze, że ciągle wlewali w siebie browar. I co chwilę wymieniali złote myśli „Ale się najebałem!!” „Ja też!! W chuj się najebałem!” „Ja najbardziej. Już bardziej się nie da!” „Dobra skończ kocie z oklapłymi uszami! Idź wąchać siki!” I tak w kółko. W zasadzie to na plaży w Mielnie normalna gadka. W sezonie czasami trudno usłyszeć coś innego.

Gdy wychodziliśmy z plaży też ich napotkaliśmy. Zdziwiłam się, bo był z nimi ojciec jednego. Pijany w sztok ledwo powłóczył nogami. Cały był czerwony jak burak i szedł z opuszczoną głową. Gadali, że zjedzą obiad i pójdą się napić, a potem na imprezę. Takie typowe chamy i buraki. Szła z naprzeciwka dziewczyna. Zapytali jej czy idzie na balet wieczorem. Odpowiedziała, że tak, a wtedy oni do niej „My też, ale nie z tobą! Hahahaha!” Później cieszyli się, że jej „dołożyli tekstem”. Faktycznie.

W sumie to taki mieleński standard. Zaczynam się powoli zastanawiać, z czego to wynika, że tacy ludzie przyjeżdżają akurat do Mielna. Może nie tyle co „tacy ludzie”, a w takim celu, czyli najebać się w chuj i iść na balet. Nawet już na parkingu widzieliśmy gościa, który niósł sobie flaszkę i colę w reklamówce. Zataczał się, ale wrzeszczał, że idzie się zrobić jeszcze bardziej. Gdy byłam w liceum byłam zajarana jeżdżeniem na imprezy do Mielna. Czasem byłam tam kilka razy w tygodniu. Teraz mi się nie chce i jeżdżę coraz rzadziej. Na plażę też mi się nie chce w sezonie jechać. Tłok, nie ma gdzie ręcznika położyć. Wolę korzystać, gdy sezon nie jest w pełni. Poza tym, tam jest fajnie. Mi może to spowszedniało, bo mam to na co dzień. Zachęcam wszystkich do przyjazdu w celach plażowania, picia i melanżu. Tylko uważajcie, bo na dłuższą metę Mielno niszczy każdego!

Majówkowe przemyślenia

Zauważyłam, że dużo bardziej od gospodarki w majówkę cierpią portfele i konta bankowe. Może nie wszystkich, ale mój i moich znajomych na pewno. Wyjazdy, grille, wycieczki i inne atrakcje kosztują. Ostatnio ze zgrozą spojrzałam na rachunek z supermarketu opiewający na 84 pln. Woda, piwo, warzywa, węgiel, chleb, musztarda i kilka innych drobiazgów. Do tego jeszcze osobny rachunek za mięso. Wszystko zjedzone i wypite w jedno w zasadzie popołudnie. Nie twierdzę, że spotkania ze znajomymi nie są tego warte, ale jakoś tak drogo wychodzi…

Najtrudniejsza majówka jest dla wątroby. W tych dniach wolnych wzrasta spożycie alkoholu. I jakbym się nie starała, nie da się nie pić. Brzmi to co najmniej głupio, ale niestety tak jest. Spotyka się dawno niewidzianych znajomych albo pojawiają się inne okazje. Ja miałam tak przykładowo wczoraj. Z mojego planu nie picia już więcej alkoholu pozostało nic.

Dwa dni wcześniej postanowiłam sobie, że koniec z popijaniem piwka, winka, bo się po prostu marszczę i starzeję. Nie od wczoraj wiadomo, że alkohol bardziej szkodzi kobietom niż mężczyznom. Niestety mam niezbite dowody, gdy patrzę w lustro. Prowadzę tryb życia bliższy statystycznemu mężczyźnie niż statystycznej kobiecie i definitywnie nie wychodzę na tym dobrze. Poza tym, gdzieś w głowie dzwoni mi ostrzegawczy dzwonek, że po prostu piję za dużo. Piwko tu, piwko tam i tak wychodzi, że czuję się jak jakaś alkoholiczka.

Właśnie przy okazji majówki dotarło do mnie, że w naszym kraju jest bardzo duże społeczne przyzwolenie na picie alkoholu i w zasadzie to ciężko go nie pić. Staliśmy w sklepie w kolejce do kasy i zaczęłam zerkać, co ludzie mają w koszykach. Praktycznie każdy miał jakieś browary, a co niektórzy wódę. Jedna para miała cały koszyk Hainekenów. Gdy kasjerka zaczęła liczyć, wyszło 120 butelek! Może to na jakieś większe spotkanie, bo wątpię, że wypiliby to sami. Tak, czy inaczej wszędzie jest ten alkohol, a w majówkę widać to najdobitniej. I najtrudniej odmówić. Każdy ciągle namawia, a to na piwko, a to na coś innego i na dobrą sprawę człowiek mógłby chodzić pijany jak bąk cały czas.

Właśnie dlatego, że nie chcę pić już tak dużo, postanowiłam sobie zrobić 100 dni bez alkoholu. I po drugim dniu poniosłam klęskę. Odczuwam w związku z tym niesmak i pogardę w stosunku do własnej osoby. Co by się stało, gdybym odmówiła? Na pewno nie miałabym dziś kaca i potwornego bólu żołądka. Miałabym też mniejszą pewność, że jestem bardzo podatna na różnego rodzaju „-holizmy” i „-manie”. Chyba czas w końcu wydorośleć i pod względem melanżu. To już nie gimnazjum, liceum ani studia, że można sobie chodzić na bombie tak ni z gruchy ni z pietruchy.

Dopiero teraz, gdy bliżej mi do 30 niż do 20 zrozumiałam, że na pogadankach profilaktycznych nie kłamali. Do opowieści o problemach zdrowotnych i szybszym starzeniu podchodziłam na zasadzie „jeszcze jestem młoda, wyglądam dużo młodziej niż na swój wiek, mi to nie zaszkodzi”. Teraz widzę, że zaszkodziło. Najgorsze jest to, że nie wyobrażam sobie swojego życia bez melanży. Chociaż do końca sama już nie wiem, co rozumiem przez to słowo. Od długiego czasu mam wrażenie, że jedyne co robię to umieram. Powoli co dnia i po kawałku. Żyję tak, jakby jutra miało nie być.

Sama wpędzam siebie do grobu. Chujowym żarciem, piciem, używkami różnej maści od kawy począwszy, a na chipsach skończywszy, robotą której serdecznie nienawidzę, mieszkaniem w mieście, o którym mówi się, że „tutaj ludzie umierają”. Jeszcze trochę w ten sposób i skoczę z wieżowca. Chociaż póki co, jestem na to zbyt wielkim tchórzem. Boję się tego, co jest po drugiej stronie, a jeszcze bardziej boję się tego, że np. spadłabym jakoś koślawo i poskładaliby mnie do kupy i do końca życia byłabym podłączona do jakiejś aparatury i robiła za obrzydliwy ciężar dla bliskich. Także póki co nie skaczę, tylko staram się ograniczyć spożycie.

Trzeba to zmienić

Kurwa. Muszę schudnąć. Do swojej optymalnej wagi. Czyli 50 kg. Nie dam rady dłużej jako tłuste 58 kilowe babsko. Nie przy moim wzroście. Nie mogę już tak dłużej. Jestem uzależniona od płaskiego brzucha. Od chudych nóg. Źle się czuję w swoje pseudo kobiecej skórze. Każdy może powiedzieć, że tamta waga to absurd. A ja wiem, że nie. Znam siebie. Znam swoje wymiary. Swoją budowę. Jestem MAŁA! Z obecną wagą jestem tłusta. Po prostu.

Muszę też mniej pić. Ćwiczyć 4 razy w tygodniu. Wtedy to zda egzamin. Ogarnąć się. Nie jestem sobą. Wyluzowaną laską ze słuchawkami na uszach, która ma wszystko w dupie. Póki miałam wszystko w dupie, życie się układało. Zaczęłam się przejmować. Posypała mi się psychika. Wszystko się sypie… Olać to. Chcę znowu wszystko mieć gdzieś! Tacy ludzi żyją dłużej. Będę tak się spinać i pierdolnę na zawał w wieku lat 29?

Chcę opuścić to miasto. Muszę to zrobić w ciągu dwóch lat. To maks. Tu ludzie umierają. Kto ma trochę rozumu – ucieka. Też muszę uciec. Póki nie mam dzieci. Strasznym by było pozwalać dzieciom dorastać w mieście, gdzie oprócz ćpania/picia na ławce pod blokiem nie ma innych rozrywek. Taka okrutna nie jestem.

Zapisałam się do lekarza. Takiego od duszy i psychiki. Idę w piątek. Mam nadzieję, że dożyję. Może jakiś prosac, coś?

Miłej nocy!!