Gdzie najszybciej stracisz dobry humor? W pracy!

Z pracą jak z facetem. Jak jest to często wkurza, ale jak nie ma to wkurza jego brak. Zawsze jest tak samo – najpierw rozmowa kwalifikacyjna, na której szef/szefowa wydaje się człowiekiem. Przychodzą pierwsze dni w pracy i człowiek z entuzjazmem przystępuje do działania.
I ja też tak miałam. Pełna zapału chodziłam do pracy. Nawet wydawało mi się, że to jest najlepsze, co mogło mi się przytrafić, bo wcześniej szukałam zatrudnienia ponad pół roku. Nie mogłam nic znaleźć, bo nie chciałam zostać handlowcem. No w końcu nie po to kończyłam studia techniczne, żeby opychać ludziom jakieś badziewia. Jednak szybko zeszłam na ziemię. Każdy dzień wygląda przygnębiająco tak samo, a jedyne czym się pocieszam to cotygodniowe odliczanie do weekendu.

Każdy dzień w pracy wygląda tak samo:
8:00 Wejście do pracy – poziom zadowolenia ok. 90%. Mówię „cześć”. Chyba powinnam powiedzieć do każdego z osobna, bo na takie ogólno-biurowe przywitanie nikt nie reaguje. Ale myślę sobie „dobra cham będzie chamem, kto na przywitanie nie odpowiada wystawia laurkę sobie”. Włączam komputer, robię kawę.
8:10 Z ciężkim sercem odpalam program pocztowy i ze spokojem przyjmuję na klatę lawinę zapytań sensownych, bezsensownych i debilnych. Jeszcze nie przejmuję się świecącymi na niebiesko etykietkami „do zrobienia”. Nawet ustalam sobie wstępny harmonogram dnia.
8:30 Dostaję polecenie od kierownika, aby pomóc mu w tym i w tamtym. Chwilę się złoszczę wewnętrznie, ale myślę sobie, że pomogę mu, bo jest jedną z niewielu fajnych osób w tej pracy. No i mi też zawsze pomaga, o ile nie zapomni.
9:00 Cały czas przychodzą nowe wiadomości. Jak ogarnę jeden temat, przychodzą w to miejsce dwa. Jestem konstruktorem. Pracuję z handlowcami. Oni niestety nie rozumieją, że szybko i tanio nie znaczy dobrze. Zaczynam się łamać. Słowa statyka, wytrzymałość, przekrój nie są kompatybilne ze słowami taniej, pilne, jakoś inaczej.
10:00 Opracowuję technologicznie zamówienia od handlowców i kieruję do działu zamówień. Telefon dzwoni cały czas. 15% handlowców rozumie zwrot „teraz nie mogę, zamawiam materiał na realizację hali sportowej”. Jako odpowiedź słyszę „jak wam się nie chce pracować, to ja dzwonię do szefa wszystkich szefów”. Pocałuj mnie kur** w sam środek, myślę sobie. I muszę robić 3 razy szybciej, 6 razy mniej dokładnie. Już wiem, że za tydzień będę prostować pomyłki, bo jakaś gnida znowu coś wymusza.
11:00 Muszę się przejść na halę produkcyjną, bo znowu coś jest nie tak. Ustalam czego brakuje, co trzeba wymienić i idę robić super pilne domówienia.
11:35 Kolega z działu zamówień jest już tak nieszczęśliwy, że znowu coś zamówiłam, że musi rozładować swoje frustracje na mnie. Tak więc się przypieprza o wszystko, mimo że sam robi błędy, przeklikując zamówienia dalej.  Powstrzymuję swoje mordercze zapędy i wychodzę do drugiego biura. Poziom zadowolenia – 40%.
11:50 Niestety przechodzę koło działu windykacji i transportu. Znowu gorzkie żale. Najlepiej jakbyśmy niczego nie sprzedawali to byście mogły sobie siedzieć i żreć, myślę sobie.
11:51 Mijam też dział kadr. Muszę wysłuchać pretensji, bo chcę urlop w lato. No właśnie, jak ja mogę w ogóle mieć jakiekolwiek plany? I to jeszcze latem? Chyba jestem nienormalna. Stwierdzam, że świat schodzi na psy i sprawdzam faks, żeby odkryć, że kolejne zapytania na mnie czekają.
12:00 Wyciągam rewolwer, żeby stanąć na środku firmy i strzelić sobie w łeb. Ale to raczej tylko urojenia, więc siadam i pracuję dalej. Do godziny 16.00 zapieprzam, żeby jak najwięcej zrobić i mózg mam zlasowany całkowicie. Nie pamiętam już niczego, co komu obiecałam i na co z kim się umówiłam. Poziom zadowolenia już dawno stał się ujemny.
16:00 Wyłączam sprzęt przymykając oko na niebieskie etykietki „do zrobienia” i wychodzę do domu. Rejestruję nienawistne spojrzenia, że śmiałam wyjść o godzinie faktycznego końca pracy, wmawiam sobie, że wszyscy odpowiadają na „do jutra” i wychodzę.
Takie atrakcje za najniższą określoną ustawą pensję.

Mama Madzi z Sosnowca to potwór?

Nie mam małego dziecka, nie jestem nawet w ciąży. Jednak cała ta sytuacja z Madzią mnie zaszokowała. Jakim typem człowieka trzeba być, żeby zrobić coś takiego. Jak można tak zagrać na uczuciach i dobrej woli tylu ludzi? Tak zmarnować czas każdego, kto chciał pomóc? Nie wiem, ja bym tak nie potrafiła.
Madzia zmarła w domu, a śledczy jeszcze nie ustalili, w jaki sposób. Dlaczego mama (czy można tę kobietę takimi słowami określić? czy ona na to zasługuje?) nie dzwoniła na pogotowie? Przecież numer 112 jest bezpłatny, nic nie trzeba mieć na koncie. Przez chwilę pomyślałam sobie, że może się bała, że zostanie o coś oskarżona, że coś zaniedbała, nie dopilnowała. A może to była tzw. śmierć łóżeczkowa niemowląt? Nie mam pojęcia co się stało, ale i tak w głowie mi się nie mieści, jak można być tak wyrachowanym w każdym kolejnym kroku…
Prawdopodobnie martwe dziecko zawinęła w kocyk i włożyła do wózka, a potem wywiozła na upiorny spacerek. Pojeździła po parku, aż znalazła odpowiednie miejsce i tam ukryła zwłoki. Później upozorowała napad na samą siebie. A jaki przekonujący był ten płacz, smutek i żal okazywany przed kamerami. „Został tyyyylko liiiisek”, „oddajcie mi dziecko, proooszę”. I tak cała Polska jednoczyła się z kobietą, która kręciła i mataczyła, bo nie chciała powiedzieć, co na prawdę stało się z dzieckiem. A jak wspaniale podany rysopis, jakże szczegółowo zapamiętana kurtka. Mnie nie udaje się tak doskonale zapamiętać cech wyglądu i ubioru osoby, która idzie za mną, bo oczu z tyłu głowy nie posiadam.
Przez ponad tydzień grała swoją oscarową rolę życia nie mając wstydu przed kamerami. Nawet poszła sobie do kina. Na horror. Tak dla relaksu. Po stracie dziecka – jak znalazł. Jak się straci bliską osobę w wyniku porwania, to niedobory adrenaliny trzeba nadrobić w multipleksie, bo na komputerze, czy kinie domowym takiego wrażenia nie zrobi!
Dalej było chyba tylko gorzej. Pełne skruchy i wzruszenia (zapewne szczerej, jak i cała reszta) wyznanie, „co stało się na prawdę” ze wskazaniem miejsca ukrycia zwłok. Happy end? Katharsis? Chcieliby tego wszyscy. Policjanci się zmobilizowali, poszli szukać i… znaleźli 1,5 km od miejsca wskazanego przez wielbicielkę horrorów. Jakby tego było mało, dziecko wcale nie uderzyło o podłogę, bo nie ma takich śladów na ciele…
Wstrząsające. Jak można tak manipulować wszystkimi wokół? Czy jest to przejaw bezgranicznej głupoty, czy może bezduszności i braku sumienia? Jak muszą czuć się ci wszyscy oszukani przez matkę Madzi wolontariusze, którzy w siarczyste mrozy rozklejali plakaty?
Po każdej kolejnej relacji dotyczącej tej sprawy jestem zwolennikiem zastosowania w tym przypadku zasady „oko za oko”. Ona nie starała się ratować Madzi. Ona kamuflowała i zacierała dowody. Myślała, że wyprowadzi wszystkich w pole. Kto porzuca zwłoki swego dziecka w jakichś ruinach w parku? Na pewno nie osoba o dobrych i czystych intencjach. Za takie postępowanie musi być kara. Na pewno nie zastanowiła się nad tym, jak zmieni się podejście ludzi do przypadków faktycznych porwań. I przez co będą przechodzić matki oskarżane o to, że może kłamią…

Grypa żołądkowa – czym jest na prawdę.

No nie mogłam wytrzymać – musiałam ten temat poruszyć. Czyli to, co zapewniło mi totalnie beznadziejny weekend! Co z tego, że go przedłużyło, jak zrobiło to w tak koszmarny sposób, że wolałabym pójść do pracy. Aspektów fizjologicznych nie opiszę, bo nie jestem obrzydliwcem, który lubi opowiadać takie tematy.
Skupię się na bardziej praktycznych stronach:
1. Dostarcza takiej dawki cierpienia cielesnego i tyle niemocy na pozbieranie się z łóżka, że pozwala na przemyślenia, które pozwalają na odnalezienie zagubionego sensu życia.
2. Brzuch i żołądek stają się takimi pieskami francuskimi, że dają stwierdzić, że trzeba jeść mniej, ale SMACZNIEJ. W domu zawsze jadłam smacznie. Z reguły mało tłusto, ale kozacko. Może nie zawsze, ale przynajmniej mało. Od teraz też tak będę. Moje ciało to świątynia, a do świątyni oddawajmy to co najlepsze.
3. Częste mycie rąk w pracy jednak jest ważne. FU*K!! Ludzie, z którymi pracujemy to przecież często obrzydliwe brudasy, parchy i czopnie z grzybnią. Jak pracowałam w McD, to myliśmy ręce co chwilę. Mądre.
4. Trzeba często sprzątać łazienkę u siebie w domu. W końcu to cieplutka, wilgotna, wylęgarnia bakterii.
5. Mieszkanie też musi być wywietrzone – nawet przy 20 stopniowym mrozie.
6. Grypa żołądkowa to nie żadne kulturalne określenie sraczki! To coś zupełnie innego – może zabić nawet małe dziecko (przeczytane w pewnym serwisie dotyczącym grypy i jej odmian.
7. Na pracę i ludzi z niej trzeba mieć wyłożone, w sensie takim, żeby po wyjściu z niej – zapominać. Bo stres sprzyja infekcjom wirusowym i wszelkim innym.
8. To przekleństwo – rzuca się zawsze wtedy, gdy człowiek ma najwięcej do zrobienia. Rozkłada na łopatki i każe pozmieniać misterne plany.
9. Pozwala poznać, że ma się koło siebie cudowną osobę, która pomoże w chorobie. Poda herbatę, której się nie wypije, zrobi kanapkę, którą będzie się jadło 40 minut, przyniesie mokry ręcznik do położenia na pękającej z bólu głowie. Przytuli także i pójdzie na spacer w 15 stopniowym mrozie, gdy przybędzie nam troszeczkę sił.
Życzę każdemu, aby w czasie grypowego zgona dostrzegł kilka pozytywnych promyczków w otaczającym świecie. :)

Co można polubić na fb

Nikomu chyba nie trzeba tłumaczyć co to jest facebook. Ani tego, że można na nim coś polubić. Wszystko można polubić – psa sąsiadki, panią Krystynę z gazowni, pijackie okrzyki z poprzedniej imprezy. Można też polubić Stephena Kinga, teorię monetarystów i Władcę Pierścieni. Dlatego każdy idący z duchem nowoczesnych form marketingu zakłada sobie stronkę na fejsie. I już można polubić Shella, McDonald’s (które btw było moim pierwszym posiłkiem od trzech dni, a fe!).
Ale można też polubić Boska.pl
Hmmm…, dziwny temat z tą stronką. Dowiedziałam się o niej z fb – nawet polubiłam. Mają całkiem niezłe posty. Dlaczego niezłe? Bo nie dotyczą jednej wąskiej dziedziny. Autor/autorka pisze o różnych tematach. Ale tylko na fejsie. Na stronce nadal jest „wkrótce”. Ciekawa jestem tego „wkrótce”, bo teraz poczułam się dziwnie. Polubiłam fejsikowy funpage strony, która de facto nie istnieje.

Wybór należy do każdej z Was, Drogie Panie

Tak się składa, że w ten weekend (a w zasadzie przed – w czwartek wieczorem) się totalnie poskładałam. Choróbsko strasznie zawzięte i parszywe odpuściło dopiero dziś. Tydzień był przeokrutny, ale dobrze się zakończył.
Dziś jak powróciłam do zdrowia po 3,5 dniach cierpienia. Obczaiłam, co tam na necie i  na na jednej ze stron zobaczyłam fajny temat. Obrazek poniżej.
  Widać skąd ściągnięte, więc nie kradnę ;)

Myślę, że jest motywujące do działania. Prosty wybór.

Jak nie oszaleć po wspólnym zamieszkaniu z drugą połową? Czyli, czym jest muzyka

Dwie osoby się poznają i czują, że coś zaiskrzyło. Znajomość rozwija się i zmierza w dobrym kierunku. Jest fajnie. I przychodzi w końcu czas, że podejmują decyzję, aby zamieszkać razem. Wydawałoby się, że historia idealna. A jednak nie do końca, bo tak duża zmiana nie koniecznie od razu wpływa korzystnie. W takiej sytuacji nie do końca wiadomo, jak „odpocząć” chwilę od siebie na wzajem.
Nie miałabym pojęcia co poradzić komuś, ale recepta jest prosta jak to, że po zimie będzie wiosna. Trzeba usiąść w samotności, zrelaksować się i pomyśleć. Zastanowić się sprawić, by mieć chwilę dla siebie. Bez żadnych schematów, bez żadnych stereotypów. No i… może nie wpaść nam nic do głowy. Ale nie możemy się zrażać, musimy twardo myśleć dalej, aż… znowu nic nie wymyślimy. W końcu pewnego dnia zupełnie przypadkiem samo przyjdzie nam to do głowy.
W moim przypadku tak było. Pewnego niedzielnego południa siadłam w fotelu z lapkiem na kolanach, zainstalowałam w uszach słuchawki, włączyłam pierwszy lepszy kawałek ze swojej listy i poczułam, że to jest to. Strzał w dziesiątkę, dokładnie to czego szukałam. Rozwiązanie tak proste, że aż się go nie spodziewałam. Nawet nie przypuszczałam, jak bardzo brakowało mi kontaktu z muzyką „tylko we dwoje”. Bez nikogo innego -  ja unosząca się w przestrzeni zbudowanej z dźwięku… Każdy dźwięk, ton, głos włącza inny obraz pod powiekami, obojętnie czy zamkniętymi, czy otwartymi…
Życzę każdemu, by znalazł w życiu to co pozwoli na zupełne odpłynięcie od rzeczywistości.