Archiwa kategorii: Przemyślenia blond czupryny

O tym jak w trzy lata zmieniłam się w paranoika

Pisząc paranoika mam na myśli osobę, która co chwilę zerka w okno i żyje w przekonaniu, że 3/4 społeczeństwa to sadyści. Poczynając od osobników bardzo nieletnich do starszych ludzi. Zaczęło się od tego, że adoptowaliśmy z klatki schodowej pierwszą kotkę. To był jeden z pierwszych dni listopada i przymrozków zarazem. Kulka była mała, puchata, głodna i płakała.

Czytaj dalej

Ubezwłasnowolnienie na własne życzenie

Mamy dwudziesty pierwszy wiek. Emancypacja kobiet podobno postępuje. Niektóre świecą cyckami, inne kiełbasą. Możemy studiować, pracować w zawodach, które jeszcze czterdzieści lat temu były przewidziane tylko dla facetów. Możemy żyć w związkach nieformalnych, rozwijać się, realizować swoje pasje. Możemy sobie nawet zagłosować na Korwina-Mikkego. Czytaj dalej

Problem z ząbkiem

Nieraz wchodzę na różne blogi i czytam, co matki piszą o swoich dzieciach. O tym, że trudno je wychować i okiełznać. O tym, że trzeba mieć wystarczająco dużo uporu i konsekwencji, aby wyprowadzić pociechę na ludzi. No i tłumaczyć, tłumaczyć, tłumaczyć i tak aż do skutku. Nie wiem, czy tak jest, czy nie. Wiem za to, co słyszę i widzę u dentysty.

Czytaj dalej

Tak daleko jeszcze nie byłam

Kiedyś, gdy napisałam tak zupełnie szczerze, jak się czuję i że mam ochotę zwyczajnie zniknąć, wiele osób pisało mi, że to depresja. Pomyślałam sobie, że no jak, niby skąd i u mnie jeszcze na dodatek? Wzięłam się i pozbierałam do przysłowiowej kupy. Nie ukrywam, że pomogła mi w tym zmiana pracy. Siłą rzeczy odciełam się od tego miejsca i pewnych ludzi. Ich garnitur zachowań był raczej kiepskiej jakości i do tego upaprany niskich lotów zagrywkami. Czytaj dalej

Nie rozumiem dlaczego

W sobotę dostałam wiadomość, że pewien chłopak popełnił samobójstwo. Nie znałam go dobrze. To był młodszy brat moich znajomych. Pamiętam go jako małego siedmioletniego może trochę starszego dzieciaka, który nie był w stanie usiedzieć na miejscu i nie dało się nad nim zapanować. Przyznam szczerze, ze później był dla mnie kimś, kogo znałam raczej ze słyszenia. Czytaj dalej

Subiektywna relacja z Warsztatów Bloga Roku 2013

Dziś nie będę marudzić i narzekać tyle, co zwykle. Taka nowość. W tym roku udało mi się pojechać na Warsztaty dla blogerów organizowane w ramach Bloga Roku 2013. W zeszłym roku chciałam, ale nie dostałam wolnego (m.in. dlatego już tam nie pracuję, gdzie wolnego człowiekowi nie dają). Teraz nie było problemu żadnego i pojechałam. Czytaj dalej

I to by było na tyle w kwestii społecznego udzielania się

Chciałam dziś napisać o czymś innym, ale muszę sobie dać upust złości. Tak sobie myślę, że jakoś tak ciężko w tym kraju pomagać. Naprawdę. Szczególnie jeśli chce się pomóc jakiemuś bezdomnemu zwierzakowi. Nie chodzi mi już o sam stosunek niektórych ludzi do tego tematu, tylko o podejście służb do tego powołanych. Dziś wkurzyłam się szczególnie, bo wyszłam na wariatkę. Czytaj dalej

Dogania mnie trzydziestka

Sytuacja nr 1. Siedzę u fryzjera. I tak sobie rozmawiamy o wszystkim i niczym. Fryzjerka, która jest może tak z osiem lat ode mnie starsza mówi, że się przeziębiła i się wyleczyć nie może. Jako czołowy pocieszyciel postanowiłam jej powiedzieć, że to wszystko wina zimy, której nie ma i ludzi, którzy te bakterie na kurtkach przynoszą. Potem nagle przechodzimy na temat mojej nogi. „Jak to Twoje kolano? Rozwaliłaś sobie na rowerze jakoś tak na jesień. Przeszło Ci?” „No właśnie słabo. Ostatnio to w ogóle jakaś taka lipa. Wszystko się jakby wolniej goi. I jakieś kontuzje z dzieciństwa mi się ciągle odnawiają. Ja nie wiem, co się ze mną dzieje.” „A ja wiem.” Czytaj dalej

Małe podsumowanie

Pierwszy raz od dawna jestem zadowolona. Końcówka roku nastroiła mnie bardzo pozytywnie. Podsumowałam sobie 2013 (podobno rok węża, a więc i powściągliwości) i wreszcie wyszło na plus. Przede wszystkim zmieniłam pracę. Obawiałam się tego i zastanawiałam, czy robię dobrze. A teraz wiem, że to było bardzo dobre posunięcie. W nowej pracy podoba mi się i nie żałuję. Zapisałam się też na naukę języka skandynawskiego. Myślałam, że nic z tego nie wyjdzie, a póki co idzie mi dobrze. Tak mi się spodobało, że zastanawiam się nad jakimś licencjatem z filologii skandynawskiej. Ale zobaczymy, co nam z tego wyjdzie. Czytaj dalej

Sunday blues – trochę stresu, trochę strachu, trochę niepewności

Właśnie mnie złapał sunday blues – boję się jutrzejszego poniedziałku. W sumie to już o szesnastej. Z tego wszystkiego zrobiłam porządek w szafie. Ułożyłam kupkę spodni i spódnic, które jeśli nie schudnę do lata, sprzedam na tablicy. Wygrzebałam kolejne rzeczy do sprzedania już dziś. I niestety nie uspokoiłam się ani trochę. Prysznic nie pomógł. Herbata też. Jestem zdenerwowana. Bo nie wiem, co zrobić. Nie wiem, czy zmienić tę pracę, czy nie.

Bo z jednej strony dobrze byłoby pozostać w tzw. „ciepłym kurwidołku”, bo pod pewnymi względami nim jest. Chorować można, zajść w ciążę można. Jest gdzie wrócić. Firma upadkiem raczej niezagrożona. Ale z drugiej strony praca nie jest ciekawa. Nie jest też dobrze płatna. W dodatku miałabym się zajmować papierami już w niedługiej przyszłości. Póki co jestem w logistyce, a papiery… Proszę, wszystko tylko nie to. Nie nadaję się do tego kompletnie. Nie umiem, nie potrafię, i nie chcę. Bo sprawy papierkowe są alogiczne. Czytam jakieś ustawy i nie wiem, co czytam. Jestem inżynierem, a nie urzędniczką albo papierologiem. No i tak sobie myślę co dzień, że nie jest to miejsce, w którym chciałabym zapuścić korzenie, bo nic ciekawego na mnie nie czeka.

W nowym miejscu czeka na mnie sama nie wiem co. Bo skąd mam wiedzieć? Na pewno dojazdy. Większa pensja o 25%. Podobno lepsza atmosfera pracy. Podwyżka coroczna… Praca w tzw. międzynarodowym zespole.

Do jutra muszę podjąć decyzję. Jestem w domu sama, bo mojego faceta nie ma. Nie mam więc z kim pogadać. Koty nie odpowiadają, jak do nich mówię. Pewnie mają to gdzieś, byle by tylko jedzonko w michach było. Z jednej strony czuję, że ta zmiana to dla mnie szansa. Z drugiej strony, wygodniej siedzieć na tzw. pewnym stołku. I tak się miotam w sobie. I kto by pomyślał, że będę nad tym rozmyślać, biorąc pod uwagę, że o zmianie usilnie rozmyślałam od dłuższego czasu. Rozum mówi – bierz nową pracę. Tchórz mówi – zostań tam, gdzie jesteś. No i co mam zrobić?

I tak mi się serce ściska, gdy Wujka widzę

Co jedna pomyłka może uczynić w życiu człowieka? Myślę sobie często o różnych osobach i o tym, jak potoczyło się ich życie. O swoim też. Zwykle nie oceniam i nie mówię nikomu o swoich przemyśleniach. Przecież to tylko moje refleksje. Ale gdy patrzę na swojego Wujka, to mi się przykro robi. I myślę sobie, że gdyby nie spotkał mojej Ciotki, to może by się to wszystko inaczej skończyło.

Nie będę się wgłębiać w historię ich małżeństwa, bo to nie jest serwis o związkach damsko-męskich. Stwierdzam tylko, że muszę odwołać swoje słowa krytyki pod adresem Wujka z wpisu pt. „Gala boksu”, w którym to objechałam go, że się za laską oglądał. A co mu w sumie w tym życiu zostało? Jakbym miała taką żonę, to też bym na inne kobitki zerkała. Dobrze, że chociaż na tzw. łajzy nie chadza, ale to chyba tylko dlatego, że nie ma odwagi.

Jak to się stało, że po roku tak mi się pogląd zmienił? Bo trochę z Mamą rozmawiałam o różnych rzeczach i o Wujku też. Nigdy nie wnikałam w jego życie, bo i po co? Wszystko zaczęło się od tego, że powiedziałam „Wiesz co? Spotkałam Wujka w sklepie i wyglądał jak jakiś no… dziad. Taki zapuszczony, wymiętoszony, w brudnych spodniach. Co się z nim dzieje w ogóle?” No i usłyszałam. Całą opowieść. Totalne zaskoczenie dla mnie, bo był zawsze facetem przebojowym, duszą towarzystwa z mnóstwem znajomych i biegających za nim babek. Generalnie kiedyś dobrze się ubierał, wyglądał i był zadbany. Grał w nogę, w pewnej drużynie w ekstraklasie, cały świat zwiedził… Nie, że się przechwalam. Chodzi o to, że świat stał przed nim otworem. Mógł mieć wszystko, co chciał.

A teraz? Ciotka, która sama za nim chodziła i prawie, że na kolanach błagała, aby się z nią ożenił, robi z niego dziada. Po pierwsze, wsiadła na kasę. Skąpi na wszystko. Na jedzenie nawet. Kiedyś zamiast gotować normalne zupy, robiła tylko chińskie i inne instant cuda. Dzień w dzień. „Przecież to taniej niż kupić kość i warzywa, i jeszcze doprawić.” W końcu się dorobił Wujas jakiejś alergii, której efektów pozbywał się prawie rok. Oczywiście wypominki były, że takie drogie te leki. Że jakby takim pieskiem francuskim nie był, to by mu nie zaszkodziło…

Na wczasach także mieli interesujące akcje. Ciotka po dwie, trzy kreacje na każdy dzień. A Wujek? Cztery koszulki na cały wyjazd? Dlaczego? Bo więcej podobno mu nie potrzeba. I tak sobie chodził po dwa dni w jednej i przepierał… A milejdi co rusz zmieniała kreacje. Jeszcze gorzej było, gdy miał ochotę na piwo. W barze hotelowym piwo kosztowało 1,2 euro. W sklepie obok 1 euro. Ciotka wymuszała kupowanie piwa w sklepie. No więc on kitrał te puszki i po tajniacku do pokoju wnosił. Pojechał facet na urlop i nawet piwka nie mógł na spokojnie wypić. Kawa? To samo! Musiał sobie w pokoju parzyć w czajniku przywiezionym prosto z polskiej ziemi. I nie dziwota, że wkurwiony chodził…

A poza tym wszystkim, jak to wygląda na co dzień? Chodzi w jakichś znoszonych ubraniach, natomiast ona wystrojona. On dostaje ubranka z głębokiej wyprzedaży. Najlepiej, żeby nie kosztowały więcej niż 50 zł. Ona biega w najnowszych kolekcjach. Poniżej 200 zł zwykle nie schodzi. Najgorsze jest to, że nawet na okulary korekcyjne mu żałuje. Powiedziała, że ma sobie odłożyć „jakoś”, bo ona takich rzeczy sponsorować nie będzie. Dlatego niesamowicie się ucieszył, gdy moi rodzice powiedzieli mu, że w ramach prezentu świątecznego dołożą mu do tych okularów. Czekam tylko, aż sama zacznie źle widzieć. Ciekawe, czy wtedy będzie taka mądra…

Nie wiem, jak to się stało z nim, że dał się tak wmanewrować i wysterować. Nie chcę się zastanawiać, czy sam jest sobie winien, czy nie. Nie o to tu chodzi. Jak osoba niby najbliższa może tak z drugiej zrobić swoje popychadło… Pomijać potrzeby i zdrowie? Jak dla mnie niepojęte. I dlatego mi smutno, kiedy patrzę na niego, takiego sponiewieranego.