Archiwa kategorii: Pamiętnikowate

Niespodzianki ranią najbardziej

Ostatnio pisałam, że biegam nabuzowana, jak bomba zegarowa. Koleżanka mi mówiła, że robię się jakaś agresywna. Miała rację. Czułam, że chodzę z jakimś mega ciśnieniem, nie spowodowanym bynajmniej nadchodzącą comiesięczną męczarnią. Jakoś wewnętrznie się nakręciłam i nie zatrzymałam tego w porę. Dopiero pewna osoba, powiedziała mi bez ogródek, ale i bez złośliwości, że przeginam i zachowuję się zwyczajnie chamsko. Poczułam się tak, jakbym w nowych, drogich szpilkach wlazła prosto w wielką, śmierdzącą, psią srakę. I mi przeszło. Jak ręką odjął. Po sprawie. Czytaj dalej

I am so freakin’ pist

Nie wiem, co się ostatnio ze mną dzieje. Jestem wiecznie nabuzowana. Poddenerwowana. Chodzę jak bomba zegarowa. Tylko czekać, kto mnie odpali. Łażę poddenerwowana i zaczepna jak ratlerek albo york. Wszystko mnie mierzi i wkurwia.

Domyślam się powodu. Od dwóch tygodni odżywiam się gorzej. Przestałam pilnować swoich wskaźników spożycia węglowodanów, białka i tłuszczu. No i do czego to doprowadziło? Do pryszczy, uczulenia (za dużo białka i przetworów mlecznych, na które jestem uczulona) i złego nastroju. Tak słyszałam ostatnio, że jak się ma za dużo cukru we krwi albo jego poziom skacze gwałtownie, to się człowiek taki robi beznadziejny jak ja teraz.

Mówię dziś do koleżanki „Ja to chyba taka jakaś agresywna jestem ostatnio.” „Oj jesteś jesteś…” No i co tu począć? Nie chcę przypadkiem kogoś zabić, ale jestem blisko :(

Próby wymuszeń

Dziś tak na szybko. O próbach wymuszeń. W pracy starej takowe mnie spotkały. Najpierw, gdy położyłam na stół swojego bezpośredniego przełożonego wypowiedzenie. Pomijam, że mi groził niepodpisaniem dokumentu i rozstaniem w niesmaku, a także powiadomieniem nowego pracodawcy o tym, jak odchodzę. Po kilku dniach zapytał się mnie, czy może zostanę na dłużej z nimi. A czy ja dostałam jakąś inną ofertę niż zastraszanie? Czytaj dalej

PrzeTRWAM walkę z radyjkiem babci

Ostatnio udało mi się wygrać walkę z radiową obsesją pani starszej z mojej klatki. Słyszałam wyraźnie, że oto nadaje u niej nadobna rozgłośnia z Torunia. Jak ktoś się modli to ok, ale godziny tej audycji delikatnie mówiąc denerwowały mnie – co dzień od 00.00 do 04.00 w nocy. Jak w zegarku. I w akompaniamencie głos staruszki wyjącej trzęsącym się głosem. Świetnie. Wstań sobie o 6.00 rano i idź do pracy. Gwarantuję, że po pewnym czasie zaczyna się chodzić bokiem. Co ciekawe, gdy miałam zwolnienia zauważyłam, że w dzień pani starsza nie słucha. Tylko w nocy. Wtedy, kiedy ludzie w wieku produkcyjnym chcieliby się wyspać.

Jednego razu nie pomogła nawet poduszka na głowie. Wkurzona, ubrałam się i pomaszerowałam do słuchaczki. Waliłam w drzwi tak długo, aż otworzyła. To była któraś z rzędu nieprzespana noc. Miałam zwyczajnie dość. Wystawiła nosa i wtedy przemówiłam „Dzień dobry. Proszę ściszyć radio, bo nie da się spać.” „Ale ja teraz chcę słuchać audycji.” „Można słuchać ciszej…” Syknęłam, bo już zaczynałam się gotować. „To takie piękne, że lepiej głośniej słuchać.” „Proszę ściszyć.” Otworzyła usta, żeby coś powiedzieć, a wtedy wycedziłam lodowato „To ja pracuję na pani emeryturę i to z moich składek wypłacają pani, więc proszę to dziadostwo ściszyć, bo jutro idę do pracy!” Obróciłam się na pięcie i poszłam do domu. Ściszyła. Byłam z siebie zadowolona.

Tylko, że kolejnej nocy znów było głośno… Punktualnie o północy włączyła radio i zaczęła te swoje godzinki. Więc ja znowu do niej. Tym razem mi nie otworzyła, tylko zrobiła jeszcze głośniej. Pomyślałam sobie, że jak chce wojny to proszę bardzo. Po nocach słucha, a w dzień, gdy w bloku cisza i wszyscy śpią, sama się wysypia. Zamieniła dzień z nocą, to zaserwuję jej pigułkę na niespanie. Rano włączyłam muzykę na cały regulator, ustawiłam czasowy wyłącznik i poszłam do pracy.

Nie ukrywam, że byłam zadowolona ze swojej złośliwości. Pomyślałam sobie – chcesz się wyspać wredna babo? To zobacz jak się śpi, jak ktoś ci hałasuje. I tej nocy było faktycznie cicho. Na drugi dzień odebrałam telefon ze spółdzielni. Od razu wiedziałam o co chodzi – prukwa się poskarżyła. „Bo chodzi o to, że pani zakłóca ciszę.” „Jaką ciszę?” „Bardzo głośno pani puszcza muzykę.” „Niby kiedy?” „W godzinach takich siódma rano i do jedenastej. Mniej więcej tak.” „Wie pani co? Po pierwsze, to w tych godzinach nie obowiązuje cisza nocna, więc niczego nie zakłócam. A po drugie, to raczej nie możliwe, bo ja jestem wtedy w pracy. Głupio by było, żebym puszczała muzykę do pustego mieszkania. Zwyczajnie szkoda by mi było pieniędzy. Przecież za ten prąd musiałabym zapłacić.” Cisza. Konsternacja. „Yyyy… A pani **** wczoraj dzwoniła i mówiła, że to u pani.” „Ja pani jeszcze raz mówię, że to nie ja. Czy pani włącza muzykę wychodząc z domu?” „No nie…” „No właśnie! Może to tamtą panią warto by się zainteresować, skoro jej się wydaje, że słyszy muzykę w pustym mieszkaniu… Poza tym to myślę, że to zemsta.” „Zemsta? Za co?” „Za to, że niejednokrotnie ją upominałam za zakłócanie ciszy nocnej. Bardzo głośno słucha radia w nocy. Zagroziłam jej ostatnio, że jeszcze raz i zgłoszę sprawę na policję. A ona zadzwoniła do was. Ale to podłe…” Pani przeprosiła i powiedziała, że sprawą się zajmie.

Nakłamałam. Mój długi nos urósł jeszcze bardziej. Strasznie mi nieprzykro. Chciałam się dogadać po względnej dobroci. Nie zadzwoniłam od razu na policję. To postanowiła walczyć z taką oazą pokoju i empatii jak ja. No to dostała za swoje. A jeszcze raz włączy w nocy toruńskie radyjko, to zadzwonię do niebieskich stróżów prawa. Nie ma lekko.

Czarny piątek

Miniony piątek był dla mnie koszmarny. Nawet przez moment się zastanawiałam, czy po moich wywodach nt. zarobków zaraz po studiach, nie zostałam poczęstowana porcją wirtualnego złorzeczenia. Zaczęło się od tego, że od samego rana bolał mnie żołądek i byłam zestresowana. Po pierwsze, dlatego że czekałam na telefon (wynik rozmowy), a po drugie, miałam jakieś złe przeczucia. Czułam, że stanie się coś złego. W pracy byłam jakaś taka rozbita i ciężko było mi się skupić. Dosłownie cały czas byłam rozklekotana.

Po jakimś czasie zaczęło się pasmo porażek. Najpierw wyszły babole na wierzch. Zwyczajnie zamówiłam za dużo sprzętu… Na szczęście on się sprzeda, więc nie ma zmartwienia wielkiego kalibru. Chodzi tu bardziej o zjebkę i wywody, które  mnie spotkają, a niekoniecznie marzę o ich wysłuchaniu. Cóż, takie uroki pracy u kogoś… Czym dalej przesuwała się wskazówka na osi, tym bardziej byłam podłamana. W końcu telefon miał zadzwonić niezależnie od wyniku. A nie zadzwonił.

Za to dostałam sms, że moja Mam zasłabła i jest w szpitalu. Od razu wyszłam z pracy i pojechałam do szpitala. Jakoś niekoniecznie mnie w tej chwili obchodziło, co powie na to szef. Swoich wrażeń i odczuć ze szpitalnego oddziału ratunkowego opisywać nie będę, bo to temat na oddzielny wpis. Przyznam, że przeraziłam się tym wydarzeniem. Niby wiadomo, że jak ktoś jest w wieku 50+, to problemy zdrowotne zaczynają się nasilać. Ale zawsze jakoś tak nie przewiduje się, że dotknie to kogoś bliskiego. W końcu, gdy takie coś się przydarza, człowiek jest wstrząśnięty.

Uświadomiłam sobie, że nadchodzi ten czas w moim życiu, kiedy to powoli ja zacznę bać się o moich rodziców, a nie oni o mnie. I że to właśnie ja będę im częściej potrzebna do pomocy niż kiedyś. Świadomość tego wbiła mnie dosłownie w siedzenie. To nie jest tak, że o nieuchronnej sprawie się nie myśli w ogóle. Myśli się, tylko w kategoriach dalekiej przyszłości, która nadejdzie nie wiadomo kiedy. A gdy już nadchodzi i tak i tak jest się porażonym… Nie wspominam nawet o zwykłym strachu o bliską osobę, bo to oczywiste dla każdego normalnego człowieka. Schodzą na dalszy plan różne kłótnie i konflikty z przeszłości.

Jadąc do tego szpitala byłam cała roztrzęsiona i zapłakana. Najbardziej bałam się tego, że może okazać się, że już nigdy więcej się nie zobaczymy. Okropne. Takie przeszywające i ściskające w dołku. Powtarzałam sobie w głowie, że to niemożliwe, a jakiś złośliwy głosik piszczał mi z tyłu głowy „Możliwe możliwe, a z każdym rokiem prawdopodobieństwo tego wzrasta.” I taka dyskusja toczyła się mojej głowie. Nawet przelatywały mi takie myśli, że może lepiej nie mieć rodziny i nikogo bliskiego w ogóle, żeby nie przeżywać takiego strachu o bliską osobę…

Dopiero gdy po przyjściu ze szpitala do domu, siadłam na kanapie, uświadomiłam sobie, że to głupie tak myśleć, a w konsekwencji żyć, jak krab pustelnik. Szczęście rośnie, gdy dzieli się je z bliskimi, a nie z samym sobą.

Już dawno nie zestresowałam się tak jak w piątek. Momentalnie straciłam apetyt. Ledwo wypiłam herbatę i zjadłam jakieś ciastka. Bardziej odruchowo niż z potrzeby. Nawet nie udało mi się zrobić obiadu – miałam w głowie pustkę i zero pomysłów. Teraz przypominam sobie, że nie jestem w stanie odtworzyć tego dnia w całości. Mam jakieś pourywane kawałki. Dzień w pracy, droga do szpitala, czekanie na oddziale, dziura, siedzenie na kanapie, wizyta w Burgerze, urywki z sklepu, dziura, wieczór i sen. Nie życzę nikomu takiego piątku, ani żadnego dnia tygodnia. A dziś ściska mnie w brzuchu. Nie wiem, dlaczego boję się jechać jutro do pracy. Na samą myśl mdli mnie.

Letnia nostalgia w październiku, czyli summertime sedness

Dziś było wyjątkowo ciepło. Jak na październik. O godzinie siódmej, gdy wyjeżdżałam do pracy było czternaście stopni. Jadąc na rowerze, poczułam lato i zapach frytury z McD. Popatrzyłam na opadające resztki mgły i nieśmiało wyglądające słońce zza horyzontu. Pomyślałam sobie, że odkąd skończyłam studia, moje życie stało się nudniejsze i jakieś takie mdłe. I pomyśleć, że kiedyś irytowało mnie gadanie Rodziców, że jeszcze się napracuję w życiu i lepiej, żebym korzystała z tego, że nie muszę tyrać na etacie… Teraz rozumiem już, co mieli na myśli.

Czasy studiowania faktycznie były najlepszymi w moim życiu. Zaczynając od roku akademickiego w październiku, poprzez sesję, którą zwykle przechodziłam bez większych problemów, a kończąc na wakacjach. Właśnie wakacje były najlepsze w tym wszystkim. Od maja szukałam pracy. Później w sesji kursowałam pomiędzy egzaminami, a „dniami próbnymi”. Narzekałam na brak czasu, ale cieszyłam się na hajs, za który mogłam później melanżować z kumplami, kupować ciuchy, mp3-kę i mnóstwo innych rzeczy. Bez tłumaczenia się policji skarbowej w postaci Rodziców.

Teraz w każde lato żal dupę ściska, że mam to za już bezpowrotnie za sobą. Do pracy chodziłam na totalnej wyjebce. W końcu podawanie hamburgerów i frytek do tego przez 10-11 godzin dziennie to nic wymagającego skupienia. Przyznam, że dość frustrujące, kiedy gość nieumiejący poprawnie sklecić prostego zdania mówił do swojej dziuni, bądź równie inteligentnych koleżków, „Jaka głupia dupa. Mądra być nie może, skoro tu pracuje.” Początkowo wściekałam się. Potem kolega zdradził mi sekret, co robi się z takimi burakami albo innymi niemiłymi klientami. Po pierwsze jest się miłym do obrzydzenia. Po drugie, zagląda się na kuchnię, mówi tajne hasło i objaśnia, o które kanapki chodzi. Reszta robi się sama. Po trzecie, obserwuje się jak delikwent zajada się. Czym? Najróżniejszymi rzeczami. Tą słodką tajemnicę zostawię dla siebie. Dlatego pamiętajcie, żeby nie pomiatać tym, kto podaje Wam jedzenie. Zemsta bywa sroga i okrutna.

Wracając do tematu, pracą zbytnio się nie przejmowałam. Bywało, że wpadałam prosto z imprezy. Albo totalnie zrobiona albo totalnie skacowana. Z reguły w okolicy połowy sierpnia albo września rzucałam robotę w wielkim stylu. „Jak wam się nie podoba, to pocałujcie mnie w sam środek. Nie przychodzę do pracy, ani jutro, ani po jutrze. Nie mogę dostać wolnego, to rzucam tę robotę. Hmmm… A w zasadzie, to chyba dziś też w pracy nie zostanę. Astalavistabejbi!” I rzucałam wypowiedzenie temu kierownikowi, którego nie lubiłam. Oczywiście w dzień, kiedy był największy tłok. Uwielbiałam tę niezależność. Świadomość tego, że w każdej chwili mogę trzasnąć drzwiami i mieć to gdzieś. I wiecie co Wam powiem? Jeśli możecie sobie pozwolić na taki luksus, róbcie to. Później może być za późno. Teraz nie mogę powiedzieć szefowi „Panie, jak się Panu nie podoba, że się spóźniam, a nie widzi Pan darmowych nadgodzin, które tu odbębniam charytatywnie, to pocałuj mnie w sam środek i sam sobie tu siądź. Astalavistabejbi!”

Co jeszcze było takiego wspaniałego w tamtych wszystkich wakacjach? Sraczka. Tak, stara poczciwa sraczunia. W gastronomii dyskwalifikuje Cię w pracy. Niepodważalna przez lekarza i pracodawcę. Szczególnie cudowna, gdy pracujesz na umowę o pracę i świeci słońce, a słupek rtęci dawno przekroczył 30 stopni. Na miejscu był zawsze mój najlepszy kumpel. Sms rano „Siema parówo, jedziemy na plażę?” sprawiał, że automatycznie czułam się „chora”. No i odpowiedź zwrotna w tempie natychmiastowym „Siema parówo. No raczej.” Szybka wizyta u lekarza, a potem dostarczenie zwolnienia do miejsca pracy. Oczywiście kumpel stawał się moim kuzynem na tę okazję. Zapewniam, że zimne piwko na plaży smakuje najlepiej, właśnie wtedy, gdy 80% pensji i tak wpada Ci na konto. Leżysz na kocyku, grzejesz odwłok, pełen relaks, a tu pensja i tak wchodzi na konto. Lepiej pachnieć morzem i plażą, niż frytkami. Małe sprostowanie. Nigdy nie robiłam takich numerów w weekend. Po pierwsze, za duży ruch i nie byłam aż taka podła dla swoich przełożonych, żeby narażać ich na utratę najlepszej kasjerki. Po drugie, na plaży w weekend też jest zbyt tłoczno. Najlepiej jest w tygodniu…

Uwielbiałam sierpień i wrzesień. Wtedy nad morzem jest najlepsza pogoda. Woda jest ciepła, a powietrze specyficznie pachnie. Ludzi też jest nieco mniej… Zwykle wtedy też zrzucałam balast roboty, której nie lubiłam. Mogłam pozwolić sobie na jeżdżenie w nocy nad jezioro ze znajomymi. Na grille i spotkania. Robiłam co chciałam i kiedy chciałam. Właściwie mój kumpel był osobą, z którą głównie spędzałam czas. Jeździliśmy razem na wszystkie imprezy i pizzę z bigosem. Spędzaliśmy godziny na szwędaniu się po mieście i komisach samochodowych. Na kolędowaniu po znajomych… Nie było bunkrów, ale i tak było zajebiście.

Teraz pracuję i nie mam wakacji. Co najwyżej tydzień, dwa lub trzy. Nie mogę robić tego, co mi się żywnie podoba. Kumpel wyjechał i praktycznie się nie widujemy. Do tego ma laskę, więc i tak nie dałoby rady spędzać tyle czasu razem. Spotkania wspólnie, to nie to samo. Każdy o tym, wie. Co tu ściemniać. Tęsknię za przyjacielem, którego przez dorosłość straciłam. Tęsknię za słońcem, plażą. Generalnie za wolnością. Takiej, której już nie doświadczę. Co najśmieszniejsze, ta wolność pachnie frytkami.

HWDP – Chwała Wam Dobrzy Policjanci

No cóż… Kto dawno nie narzekał?? No kto? Ja. Tak się nawet zastanawiam nad zmianą nicku na Grumpy Girl :) Tak czy inaczej mam nowy powód do pomstowań i narzekań. Wszystko działo się prawie tydzień temu. Siedziałam wieczorem w domu sama, strasznie się nudziłam. Kogo nie chciałam wyciągnąć na rower, spacer, piwo, kino. Akurat każdy był zajęty. W końcu ostatni kolega odezwał się, że może wyjść na rower po pracy. Podjechałam do niego, żeby było szybciej.

Przed wyjściem miałam jakieś przebłyski przeczuć albo kobiecej intuicji. Zwał jak zwał. Było zimno, więc założyłam grube skarpety za kolana na leginsy, skórzane rękawiczki i kurtkę z kożuchem. Zastanawiałam się, czy aby za grubo się nie ubrałam, ale było niecałe 7 stopni. I bardzo dobrze, że się tak pozawijałam jak mumia, bo to uratowało moje nędzne cztery litery przed grubszą kontuzją. Stało się to w zasadzie na samym początku tripu.

Jechaliśmy osiedlową uliczką i w zasadzie jeszcze dobrze nie opuściliśmy rewiru, gdy popisałam się zwinnością na skalę światową. Pokonał mnie krawężnik o zawrotnej wysokości niecałych pięciu centymetrów. Zlekceważyłam go i nie skręciłam kierownicy wystarczająco mocno. Przednie koło ześlizgnęło się ze wspomnianego przeciwnika, a prędkość z jaką jechałam, zrobiła swoje. Z impetem wywaliłam się jak kłoda na chodnik. Do tego kawałek jeszcze przejechałam polerując płytki betonowe. Było to przy samym przejściu dla pieszych. Nie dość, że łupnęłam na ziemię jak worek ziemniaków, to jeszcze koza postanowiła mnie przygnieść i dźgnąć pedałami oraz kierownicą. Gleba była tak mocna, że nie mogłam się nawet przewrócić przez chwilę nawet na plecy.

Byłam pewna, że złamałam nogę, bo jeszcze nigdy tak nie zabolało mnie kolano. Gdy tak sobie leżałam na zimniutkim chodniczku o godzinie wieczornej i trochę podziwiając gwiazdy na niebie i te w mojej głowie, a także spanikowaną minę kolegi, przejechała koło nas tzw. suka. Panowie policjanci zwolnili i patrzyli. Popatrzyli, popatrzyli i… pojechali. Fascynujące, zaiste. Leży sobie bezwładnie dziewczyna na chodniku. Obok rower, przy samej ulicy. Ale nie jest to wystarczające, żeby się zatrzymać i sprawdzić, czy żyje, czy nie. Przecież mógł mnie wcześniej potrącić samochód albo zwyczajnie mogłam potrzebować pomocy.

Jednakże dla tych funkcjonariuszy chyba nie było to interesujące. Przecież to jest służba publiczna i powinna także pomagać. A nie tylko dybać na mandaty. Gdy siedzisz na ławce na oparciu w listopadzie, policja wyrasta nie wiadomo skąd. Jeśli pijesz piwo pod chmurką, też się zatrzymają, aby wręczyć bilecik. Włączysz muzę po dwudziestej drugiej, patrol także odwiedzi imprezę. Ale gdy leżysz i kwiczysz na skrzyżowaniu, a do tego nie możesz się ruszyć z bólu, jakoś nie będą chętni do kontaktu… Komentować nie będę, bo swoje zdanie nt. ww. służb już wyrażałam nieraz. Tym razem przyznaję kolejne -50 punktów do użyteczności publicznej. Miłej nocy i piąteczku :)

Koza poprawiła mi humor. Panieński też.

Tak, właśnie tak. Poprawił mi się humor. No zupełnie przypadkiem. Naprawdę. I wszystko w jedną sobotę. Najpierw zadzwoniła moja Mama. Cały tydzień nie odzywałam się do niej (w sumie to dłużej), a od Taty dowiedziała się, że kompletnie nie miała racji z samochodem. Było jej głupio, ale nie powiedziała ani słowa. Nic w  stylu „wiesz nie miałam racji, to jak tam było z tym samochodem? Zgłosiłaś sprawę do ubezpieczyciela?” Zamiast tego zapytała się mnie, czy idę na zakupy. Powiedziałam, że nie. A ona na to „To ja Ci mogę coś kupić.” Najpierw chciałam unieść się honorkiem i powiedzieć, żeby sobie sama poszła. Później jednak pomyślałam, że jak dają to tylko głupi nie bierze. W efekcie stałam się posiadaczką sukienki, nowych szpilek (niebieskich zamszowych), dwóch par leginsów. Swoje dalej myślę i swoje wiem, ale gifty trzeba przyjmować. No cóż, zrobiłam się podła.

Jak wróciłam do domu, wzięłam się z koleżanką za organizację wieczoru panieńskiego. Całe popołudnie jeździłyśmy po sklepach w poszukiwaniu ginu, wódki i przepoju. W zasadzie kupiłyśmy wszystko. Nawet zamówiłyśmy prezent i wybrałyśmy klub, żeby zrobić rezerwację. Poszło szybko i sprawnie. Nie ukrywam, że byłam w swoim żywiole. Uwielbiam takie sprawy organizacyjne. Wtedy czuję, że żyję. Poczułam się potrzebna i ogarnięta. I jakoś mi się polepszyło. Z mega czarnej dziury przetransportowałam się do dziury czarnej. Oczywiście o nastrój chodzi.

Jednak wczoraj poprawiło mi się najbardziej. Kupiłam sobie rower. Nie jakiś tam mega zajebisty albo lansiarski. Takiego zwykłego makrokesza. Dobra, sama tej nazwy nie wymyśliłam – wyczytałam na forum. Była to ostatnia sztuka przeceniona o połowę. Taka tam koza, holenderka. Wcześniej chciałam kupić Gazelle Basic, ale odstraszyła mnie cena (2499 pln) i świadomość, że mogłaby zdematerializować się w mojej piwnicy. A tu za mniej niż jedną trzecią tej ceny kupiłam podróbkę ze Świebodzina (chamsko zerżniętą z G.). Na moją częstotliwość jazdy będzie OK. Jak kiedyś zamieszkamy gdzieś, gdzie tak nie kradną, to sobie kupię Gazellę.

Wczoraj nawet jeździłam na swoim rumaku. Trochę za duży, ale i tak fajny. Jeździliśmy dość długo i bardzo mi się podobało. Mam tylko jeden mały problem… Nie umiem ruszać. Powaga. W moim starym góralu (zwanym Złomkiem), mogłam sobie ustawić pedał w odpowiedniej pozycji, gdy stałam. A tu jak rower stoi to pedały ani drgną… Do tyłu nie można ich przekręcić, bo jak kręci się do tyłu, to się hamuje. Także jeśli macie jakieś porady, jak sprawnie ruszać na kozie, to chętnie je przyjmę. Bo teraz to trochę siara, jak nie umiem na skrzyżowaniu ruszyć na światłach. A tak poza tym rower jest super. Ma zabudowany łańcuch i błotniki, dzięki czemu będę mogła jeździć w kiecce. Siedzi się prosto, kierownica jest duuuuża i wygodna. Ma nawet fajną blokadę na tylne koło – wyjmiesz kluczyk, nie pojedziesz, dobre oświetlenie z dynamo. Naprawdę, super zakup. Cieszę się bardzo, bardzo!

Toksyczna relacja

Każdy wie, że po wyfrunięciu od rodziców, stosunki dziecko-rodzic jakoś regulują się i jest znacznie lepiej niż wcześniej. Kończą się awantury o głupoty, a znacznie rzadszy kontakt owocuje poprawą relacji. Łatwo wtedy zapomnieć o tym, co złe i pamiętać to, co dobre. Tak też było w moim przypadku. Całkiem wyleciało mi z głowy, jak źle mi było z własną matką. Co najdziwniejsze, dopiero teraz w wieku lat prawie trzydziestu poczułam, że moja matka nie może tak wiecznie mną dyrygować i pomiatać. Nie musi tak być, że wiecznie będę robiła, czego ona chce.

Nawet nie wiem, jak do tego doszło. Ponad dwa lata nie miałam z nią takiej karczemnej awantury, więc się rozchwiałam emocjonalnie na ponad dwa dni. Odzwyczaiłam się po prostu. Kiedyś też miałam takie jazdy w domu, ale szybko dochodziłam do siebie. Po godzinie, góra dwóch było OK. Łatwo się jednak od tego odzwyczaić. Co najgorsze terror psychiczny to coś, co zawsze w człowieku pozostaje. Zmienia psychikę tak, że do końca pozostaje się zwichrowanym. Tak sobie myślę, że moje depresyjne nastroje i skłonność do obwiniania siebie za wszystko, nie wzięły się znikąd.

Siadłam do tego wpisu po to, żeby po kolejny sobie coś przeanalizować i w jakiś sposób oczyścić siebie. Uporządkowanie myśli zawsze pomaga. Chociaż trochę. Przez ostatnie dni życie przelatuje mi przed oczami. Generalnie zawsze źle układało mi się z moją matką. Powiem szczerze, że nawet nie czułam się kochana. Miałam wrażenie, że ona mnie nienawidzi. Nie wiem, czy to były wytwory mojej wyobraźni, czy trafna podpowiedź intuicji. Powiem tylko, że moja matka nie jest z gruntu złą osobą. Jest… sama nie wiem jaka. W każdym razie ja taka nie chciałabym być.

Razem z moimi znajomymi nazywaliśmy ją Despotyczną Wróżką. Dlaczego? Bo nie dopuszczała myśli, że zrobię cokolwiek innego niż ona przewiduje. Jeśli zrobiłam, spotykała mnie sroga kara. Niewspółmierna do czynu i niespotykana u moich znajomych. Dlaczego wróżka? Bo Ona i tak zawsze wiedziała lepiej. Co zrobiłam, co powiedziałam, co myślałam i co chciałam zrobić.

Od małego słuchałam, jaka jestem egoistyczna, podła, samolubna. Nawet będąc czteroletnim dzieckiem. Nie wiem nawet czym mogłam sobie wtedy zasłużyć na takie teksty. Wiecznie musiałam też odbębniać pokutę, że jestem jedynaczką. A czy to tak naprawdę ode mnie zależało? To, że nie miałam rodzeństwa? Czy ona w ogóle kiedykolwiek pomyślała, jak ja się czułam jako dziecko słysząc takie słowa? Albo teksty o tym, że ona zaharowuje się dla mnie, a ja jestem taka beznadziejna i niewdzięczna…

Zawsze było pod górkę. To znaczy mi z nią. Wpierdol pasem za obgryzanie paznokci. W wieku pięciu lat. Zero tłumaczenia. Tylko nakaz, a za niestosowanie się do niego bęcki. Potem powtórka. Pamiętam tą sytuację jak dziś. Tyłek bolał mnie chyba przez całą noc. A paznokcie przestałam obgryzać dopiero jako nastolatka. To było silniejsze ode mnie. Za czwórkę w szkole – baty. Za co dostawałam czwórki? Za charakter pisma. Zawsze pisałam okropnie. A więc, żeby dostać piątkę, siedziałam długie godziny przy biurku i ćwiczyłam literki. W tym czasie dzieci bawiły się w piaskownicy. Ja smarowałam kolejne zeszyciki z literkami. Aż zaczęłam pisać na piątkę. W trzeciej klasie miałam problem z ortografią. Recepta? Kara na całe wakacje. Siedziałam do południa w domu i robiłam zadania z listy od rodziców. Zawsze było tyle, że miałam szczelnie zapełniony grafik do ich powrotu. O wyjściach na dwór też nie było mowy. Jak to wpłynęło na moje stosunki z dzieciakami na podwórku? Wiadomo. Zostałam osiedlowym wyrzutkiem. W końcu to dziwne jak dzieciak wiecznie siedzi w domu i nigdy nie wychodzi.

Dostałam kiedyś tróję z geografii, bo nie wiedziałam, że Madagaskar należy do Afryki. Dwa dni matka powtarzała mi jaka jestem tępa, głupia, niewydarzona, jakim jestem  nieukiem i leniwcem…  I standardowa śpiewka, że wszyscy dla mnie się poświęcają, a ja nie potrafię nawet podstawowych obowiązków ogarnąć. Potem zaczęły się zakazy zadawania się. Najpierw z moją jedną przyjaciółką. Dlaczego? Bo podobno przez zadawanie się z nią miałam gorsze oceny. Musiały być tragiczne, skoro miałam świadectwo z paskiem.

Później były zakazy spotykania się z wieloma znajomymi. Szczególnie w gimnazjum. Żeby to jeszcze był jakiś element. Ale to były zwykłe dzieciaki, takie jak ja. Gdy tylko wychodziło na jaw, że oni mogą robić to, czego ona nie chciała, abym ja robiła, wprowadzała zakaz spotykania się. Zakazy umiała wyegzekwować. Łącznie takich osób na czarnej liście było około siedmiu. Nie pamiętam dokładnie. Z wiekiem bicie przestało robić na mnie wrażenie. Toteż ustało. Zaczął się czas wjeżdżania na psychikę.

Chciałam iść do gimnazjum plastycznego. Zmusiła mnie do zwykłego. Krzyczała, że do plastyka chcę iść, żeby ćpać i pić. Zamurowało mnie. Chciałam tam iść, żeby nauczyć się malować na płótnie i poznać inne techniki komunikacji wizualnej. Ona jednak wiedziała lepiej. Z wyborem liceum było tak samo. Chciałam iść do technikum fryzjerskiego albo mechanicznego. Darła się, że tam skończę jako menel i zero. Że zawsze robię głupie wybory. I że ona już mi wybrała szkołę – liceum najlepsze w mieście. Zmusiła mnie, żeby tam iść. Nie czułam się tam dobrze. Wagarowałam, jak często mogłam. Gdybym wiedziała, że tak to się potoczy zawaliłabym testy kompetencji. W efekcie po trzech latach nauki nie wyniosłam ze szkoły prawie nic. Podejrzewam, że gdybym poszła do szkoły, do której chciałam, przyłożyłabym się do nauki, bo zwyczajnie, by mnie to interesowało. Ze studiami było tak samo. Chciałam iść na informatykę. Były wrzaski, że jestem za głupia, że sobie nie poradzę, że jestem za leniwa. Codzienne szantaże i awantury. I w końcu mi nie wyszło z tą informatyką. Nic dziwnego, przy takim wsparciu.

Były też inne akcje. Takie na maksa głupie i dziecinne. Potrafiła sobie ogolić nogi maszynką ojca i nic nie powiedzieć. Gdy ten rano próbował się golić i nie mógł, bo maszynka była tępa, mówiła, że to ja, bo widziała wczoraj jak goliłam nogi! Czułam się strasznie bezsilna, bo nie mogłam udowodnić swojej racji. Oprócz tego było mi bardzo przykro. Nawet nie umiem dobrze stwierdzić, co wtedy czułam i myślałam. Raz nie udało jej się, bo miałam akurat nieogolone nogi. Powiedziałam do niej „Czy na pewno wczoraj mnie widziałaś, jak to robiłam?” „No tak. Czego łżesz kłamczucho?” „Bo tak się składa, że mam nieogolone nogi!” Wtedy ojciec się wściekł. Na nią. Przyszła do mnie do pokoju i powiedziała „Co ty kurwa narobiłaś głupia gówniaro!” Od tego czasu przestała robić mi kanapki do szkoły. Bez sensu, ale ok. Nie wnikam co jej w głowie siedziało.

Każde moje wyjście ze znajomymi było okupione awanturą w domu. Leciały teksty, że na pewno się puszczam z tymi wszystkimi swoimi kolegami. Że się szlajam po ulicach, ćpam i piję! Było zamykanie mnie w domu. Raz jak wróciłam, czekała na mnie w drzwiach, powitała mnie słowami „Znowu się gdzieś łajdaczyłaś!”, a potem natrzaskała po twarzy i najspokojniej w świecie poszła spać. Lubiłam swoich znajomych i wychodziłam z nimi, zawsze bojąc się powrotu. Bo za każdym razem czekała na mnie awantura i wyzwiska.

Kiedyś dostałam od babci koszulę nocną. Nie lubiłam w czymś takim spać, więc włożyłam ją do szafy. Nie powiedziałam nikomu w domu, że dostałam taki prezent. Zwyczajnie zapomniałam. Gorzko tego pożałowałam. Po powrocie od znajomych zastałam pokój z wywalonymi wszystkimi rzeczami z szafek na środek pokoju. Wszystkie plakaty (łącznie z tymi z autografami Molesty) miałam pozrywane ze ściany i podarte w drobny mak. Potem stek wyzwisk, szarpanina. I trzy dni ciszy. Byłam zdruzgotana i nie wiedziałam, o co chodzi. W końcu wpadłam do rodziców do pokoju zaryczana i zaczęłam się pytać, o co chodzi. „O to, że się kurwisz!” Wrzeszczała. Zupełnie nic nie rozumiałam. Wtedy wyciągnęła tę nieszczęsną koszulę. „A to ci niby po co?! Gadaj skąd to masz!” „Od babci dostałam.” „Tak jasne! Jeszcze łżesz!” I kolejny lep w twarz. „To zadzwoń do babci i zapytaj!” Szczena jej opadła. Zadzwoniła. Skleiła buraka i nic nie powiedziała. Nigdy nie usłyszałam za to żadnych przeprosin. Stwierdziła tylko, że jestem sama sobie winna, bo nie powiedziałam, że mam tę koszulę…

Nigdy też nie pozwoliła mi przekłuć sobie uszu, bo „to jest obleśne”. Zero rozmowy na ten temat. Nie i koniec. Nie chciała pozwolić mi iść do kosmetyczki. W końcu zrobiłam sobie dziurki sama. Urządziła mi za to piekło. Stwierdziłam, że w takim razie skoro za dwie dziurki mam taką jazdę, zrobię sobie więcej, bo gorzej być nie może. Zrobiłam sześć w lewym uchu i cztery w prawym. I tak miałam przesrane. W wieku dziewiętnastu lat zrobiłam kolczyk w pępku. Miałam standardową awanturę i wyzwiska. „Zobaczysz, zgnije ci ta dziura.” Nie zgniła do tej pory. Odkąd w wieku dwudziestu trzech lat zrobiłam sobie tatuaż, nie byłyśmy razem na plaży ani nad jeziorem. Zwyczajnie powiedziała, że się mnie wstydzi. Że wyglądam jak tania dziwka i nie pokaże się ze mną publicznie. Nie musi jej się to podobać. Ale nie musi się do mnie w taki sposób odzywać.

Z ciuchami też był problem. Jak się coś jej nie podobało to nie mogłam tego dostać. Nie i koniec. Dlatego od najmłodszych lat brałam jakieś prace, chociażby zbieranie truskawek, żeby sobie kupić to, co mi się podobało. Gdy byłam na studiach przestałam brać pieniądze od niej w ogóle. Już w ostateczności, gdy nie miałam, to prosiłam. Wtedy musiałam zrobić różne rzeczy w zamian. Musiałam też słuchać wypominania nawet do pół roku wstecz. Dlatego wolałam chodzić z przecierającymi się na dupie spodniami, niż wysłuchiwać monologów.

A o co poszło teraz? O to, że miałam stłuczkę. Facet wjechał mi w tył. Ona jednak stwierdziła, że to moja wina. Ona to wie. Mimo, że jej tam nie było. I nie widziała tego! Ale dowiedziałam się, że niczego nie szanuję i że niczego już od niej nie dostanę. Dostałam też kilka smsów. Że jestem chamska. Że nie umiem jeździć i powinnam zacząć jeździć autobusem. Że mam zabrać kota, bo odda go do schroniska (!sic)

Po przemyśleniu wszystkiego stwierdziłam, że nie można tak całe życie wybaczać. Nie chcę się z nią widywać. Nie chcę niczego od niej. Samochód po naprawie odstawię. Niech sobie patrzy na niego, jak stoi pod domem. Ja się przesiądę na rower. Nie chcę niczego już od tej kobiety. Mam już po prostu zwyczajnie dość. Ja chcę tylko spokoju.

Państwo policyjne

Zawsze mówiłam, że Polska to państwo policyjne. Na każdym kroku stoi Pan Policjant, który zerka podejrzliwym wzrokiem. Najczęściej na małolatów, bo jak będzie szło dwóch albo trzech karków, to nagle znajdzie uciechę w zadzieraniu głowy do góry i podziwianiu nieboskłonu. Jak sobie siądziesz na oparciu ławki, to też nagle wyskoczy zza krzaków, wylegitymuje, a potem wlepi mandat. Jeśli będziesz pić sobie piwo, to też dostaniesz bilecik. Generalnie są wszędzie i czają się na takie właśnie grube afery jak palenie blanta albo jazda na rowerze chodnikiem.

Ostatnio podłamałam się dość konkretnie. Całe gadanie o wielkim bracie jakoś mnie bawiło. Myślałam, że to gadanie ludzi, którzy dotarli w zbyt ciemne zakamarki sieci. Co prawda nie zrobiłam sobie paszportu, bo był obowiązkowy ten biometryczny, ale śmiać mi się chciało z paniki pt. „jesteśmy wszędzie kamerowani”. Do czasu. Przyszedł list do moich Rodziców, bo tam jestem zameldowana. Po otwarciu okazało się, że to nic innego tylko mandat.

Generalnie ten mandat jest bez sensu i organizacja świateł wymusza łamanie przepisów. Chodzi o to, że światła są tak zorganizowane, że na jednym skrzyżowaniu stoisz na czerwonym. Ruszasz i jedziesz przepisowe 50km/h. A na kolejnym, które jest może 800-1000 m dalej, musisz stać. I to bardzo długo. Jedyna metoda, żeby nie kisnąć na czerwonym, to szybko ruszyć i jechać więcej niż nakazuje ustawa o ruchu drogowym. Zresztą nie oszukujmy się, że każdy jeździ po mieście tak jakby to wynikało ze znaków.

No więc, ja sobie właśnie tak jechałam, żeby zdążyć na zielone. A ponieważ jechała przede mną jakaś pokraczna pinda (30 km/h) i musiałam ją wyprzedzić, to zeszło mi dłużej niż zwykle. Zobaczyłam, że zapala się żółte i zaczęłam (jak większość) przyspieszać. Gdy wjechałam na skrzyżowanie, zapalało się czerwone. I przejechałam dość szybko. Każdy tam tak robi, bo gdyby nie robił, to korek byłby przez całe miasto, aż do wylotówki na Poznań, gdyby tak każdy sobie stał. No nie moja wina, że jakiś papudrun programował te światła i wyszła kołomyja.

Tak, czy srak, dostałam piękny mandat. 85 na 50-tce i jazda na czerwonym. Jedyne co udało mi się wynegocjować to zejście do najniższej kwoty do zapłaty i spłata na raty. No cóż. Wściekłam się, bo z jednej strony ktoś do dupy ustawia te wszystkie światła i nie da się po mieście normalnie jechać, a z drugiej co chwilę fotoradar albo kamery. Porażka! Chcesz jechać jak człowiek, to w efekcie dostajesz mandat. Szkoda gadać.

A co do państwa policyjnego, to ostatnio przeżyłam szok. Wpadli do nas znajomi, żeby pójść na dach wieżowca. Wzięliśmy sobie piwo. Chcieliśmy obejrzeć zachód słońca i posiedzieć. Kiedyś spędzałam tam mnóstwo czasu. Chodziło się właśnie zapalić i wypić browarek. Co najwyżej jakaś czujna emerytka dzwoniła po krawężników, ale zawsze udawało im się uciec. Teraz było zaskoczenie jak przy filetowaniu fląder. Wchodzimy na górę, a tam dwóch typów. Wyglądali tak nie za sympatycznie – stwierdziliśmy, że idziemy w lewo, skoro oni są z prawej. Niestety z lewej nie było okna rozwiernego. No więc my w prawo. Z takim powątpiewaniem patrzyłam na nich, bo nie chciałabym im wejść w drogę. Nawet sobie pomyślałam, że dobrze, że mam w domu telefon, a nie przy sobie.

Nagle oni do nas „Stójcie! Policja kryminalna!” I machają do nas szmatą. Masakra jakaś! Oczywiście było standardowe trzepanie kierman, plecaków i sprawdzanie przez radio. Jeden nawet próbował mi wmawiać, że jestem niepełnoletnia. Po jakiejś pół godzinie kazali nam iść. Sprawdzali nas przez radio i nic na nas nie mieli. Chyba się zawiedli. Kazali się nie kręcić po jedenastym i po dachu. Ja jebię, czy to już nawet na dach nie można sobie wyjść? I co się na tym osiedlu dzieje, że tyle kryminalnej. Przecież wiadomo, że nie byli tam patrzeć, czy po dachach się nie biega. Do takich głupot przysyłają zwykły patrol.

Naprawdę nastajaszcza lipa. Z każdej strony kamery, patrole, suki. I trzepią tak człowieka za nic. Szczerze, to wkurwia mnie to strasznie. Z jakiej racji byle kto może do mnie podejść i mnie spisać w swoim kajeciku? Bo co? Bo sobie idę na jedenaste piętro? Albo stoję pod klatką? Nikomu nic złego nie robię. A nie czuję się bezpiecznie. Bo mi się wydaje, że zaraz zza rogu wyskoczy mundurowy i zacznie węszyć aferę tam, gdzie jej nie ma. A najgorsze jest to, że tych całych kryminalnych, na pierwszy rzut oka nie poznasz tak łatwo. Miłego weekendu bez mandatów i policyjnych patroli!

Kto jest kto – rozwiązanie zagadki

Ostatni miesiąc to dla mnie istna burza. Jedna mała zmiana sprawiła, że zmieniło się dla mnie prawie wszystko. A przy okazji dowiedziałam się co nieco o swoich współpracownikach. Po tym, jak powoli rozniosło się o mojej zmianie działu, wszystko trochę przycichło i nastał względny spokój. Czułam się dość dziwnie. Żeby nie skłamać – jak intruz na własnym podwórku. Z chłopakami gadałam już tylko o niesłużbowych sprawach. Przestałam też wydawać im polecenia. Niby z jakiej racji, skoro zaraz mnie tam miało i tak nie być?

Parę dni przed moim odejściem wezwał mnie na rozmowę Przełożony nr 1 i oznajmił mi, że coś mi opowie. Taka bajka o spawaczu. Ciekawa z niej nauka popłynęła i jednocześnie rozjaśniło mi się w głowie. Generalnie chodziło o to, że jak sam był młodym kierownikiem, to miał spawacza, który był cholernie dobry, a jednocześnie był okrutnym pijakiem. Łapał ciągi, nie przychodził do pracy albo był po wpływem. Potem zawsze błagał na kolanach, żeby go nie zwalniać, bo on już nie będzie, bo kto rodzinę utrzyma, bo on bardzo przywiązany do tego zakładu, srututut pęczek drutu i dwie krzywe elektrody. Jednak klasyczne branie na litość przynosiło pożądane efekty. Po każdej wtopie i tak zostawał w robocie. W końcu nadeszły czasy solidarności i strajki. Ten właśnie spawacz, który tylko dzięki miękkiemu sercu kierownika, nie został wyrzucony na zbity pysk, jako pierwszy wstał i krzyknął „Na taczki z kierownikiem!”. Na koniec Przełożony nr 1 powiedział do mnie „Rozumie pani? Jeżeli ktoś nie spełnia swoich obowiązków i bierze panią na litość, będzie pierwszym, który rzuci w panią kamieniem.”

Wtedy mnie olśniło! Chodziło o naszą wiecznie zapłakaną, nieszczęśliwą „koleżankę” z zaopatrzenia. Nieraz pomagałam jej w obowiązkach, bo się nie wyrabiała. Zawsze pozwalałam jej się zwolnić na totalne gówna typu „pół godzinki wcześniej, bo idę z córcią do kina”. Nadmienię, że sama rzadko kiedy zostawała po godzinach. Dostawała ode mnie nie tylko plan miesięczny, ale także co dzień objaśniałam jej, co ma zrobić. A jak się później dowiedziałam, chodziła po firmie i gadała, że ma beznadziejną kierowniczkę i nie wie, co ma robić.

Potrafiła się popłakać, bo niby za dużo ma roboty. Wyszło też szydło z worka, zę to ona powiedziała, że nie może ze mną już dłużej pracować. Rozpowiedziała wszystkim, że znęcam się nad nią psychicznie. Dla niej znęcaniem było wydanie jej polecenia służbowego i jego egzekwowanie. Z perspektywy czasu, gdy o tym myślę, żałuję, że nie jechałam z nią jak ze szmatą. Czyli tak, jak na to zasługiwała. Wkurwiła mnie. Do tej pory żółć mnie zalewa. To ja się nad nią litowałam, a ona wykręcała mi takie numery?! Żałuję wszystkich tych chwili, kiedy gryzłam się w język. Pomyślałam sobie, że jeśli kiedykolwiek znów ześlą mnie do tego działu dam jej szkołę życia. I albo się dostosuje, albo niech się zwolni.

Aż strach powiedzieć, ale te wydarzenia sprawiły, że znowu zrobiłam się bardziej bezwzględna. Nie popuszczę jej. Nie zasłużyłam sobie, aby okazała się dla mnie taką szują. Teraz ja z chęcią pokażę jej na co mnie stać. Przykro mi, ale life is brutal. O tym, że robiła mi koło dupy, utwierdziła mnie nasza ostatnia rozmowa. „No wiesz, życzę ci, aby było ci tam lepiej niż tu. W ogóle jacy tutaj wszyscy to świnie! Nie powiedzieli mi, że jest pożegnalna składka dla ciebie i dlatego się nie złożyłam…” Stwierdziłam, że przy tej okazji chętnie sprawdzę, czy odezwą się przysłowiowe nożyce. Uderzyłam w stół. „Wiesz, ja jestem przekonana, że tam będzie mi lepiej. Poza tym na rozmowie z P. nr 1 dowiedziałam się kto i co na mnie mówił. Może jest jeszcze taka ewentualność, że tu wrócę, wtedy będzie można zagrać w otwarte karty.” Widziałam jak krew odpływała jej z twarzy, a ja z satysfakcją głosem ociekającym lukrem ciągnęłam dalej. „Nie należę do mściwych osób, także do nikogo nie chowam urazy. Jednak z tej lekcji wyciągnęłam naukę, jak należy postępować z podwładnymi, którzy nie pracują w satysfakcjonujący dla mnie sposób.” Po tym zdaniu broda zaczęła jej chodzić (zawsze tak miała na minutę przed puszczeniem beksy), więc z rozkoszą dobiłam ją „Och wiesz, do składki nie dorzucaj się. I tak poczęstuję cię ciastem, jeśli coś jeszcze zostało.” Skleiła buraka i sobie poszła. Wiem, bywam suką. Ale tylko, gdy ktoś sobie na to zasłuży.

Poza tym incydentem, pożegnanie przebiegało bardzo miło. Nawet się popłakałam ze wzruszenia. Dostałam piękne róże i fajny komplet do kawy. Idealnie trafili w mój pokręcony gust :) Nie spodziewałam się. Naprawdę. Tyle co wrzeszczałam na chłopaków albo bluzgałam szpetnie, że znowu źle i nie na czas… A tu proszę, taka miła niespodzianka! Poczułam wtedy, że będę za nimi tęsknić i za tym całym kołchozem także. Dość długo nie mogłam przestać się mazać. Cały weekend o nich rozmyślałam.

Teraz po paru tygodniach stwierdzam, że tęsknię za ludźmi, ale nie za pracą w tamtym miejscu. W nowym dziale jest przede wszystkim spokojniej. Do domu przychodzę wyluzowana, uśmiechnięta, mam siłę na robienie obiadu i inne tematy. Zaczęłam nawet zauważać takie rzeczy jak śpiew ptaków, zapach powietrza rano i wieczorem, smak świeżych bułek… Generalnie, jestem bardzo zadowolona ze zmiany. Tylko mnie tyłek boli od siedzenia na krześle cały dzień. Jednak suma sumarum transfer uważam za niezwykle udany. A wszyscy, którzy chcieli zrobić mi gorzej, zrobili mi dobrze :D

Dzień świra, cz. 2.

Są takie dni, kiedy od samego rana zastanawiam się, czy ten świat już zszedł na psy, czy może ludzie są tak beznadziejnie durni, czy może ja jestem tak zajebista, że całą resztę odbieram jako bagno. Potem wraz z rozwojem sytuacji często zaczynam podejrzewać, że to jakaś farsa na wzór Truman Show. Bo durnych sytuacji można w ciągu dnia mieć dwie, trzy. A ja dziś miałam ich mnóstwo. Wystarczyło wystawić łeb z klatki. Oczywiście poranek uraczył mnie dalszym wyglądem dziecka najbardziej hardcore’owej menelki i dupy pawiana. Do tego przez noc wyszły dodatkowe czerwone plamy. Postanowiłam to chociaż stylizacją (ach jak ładnie) nieco przyćmić. Ubrałam się naprawdę fajnie, bo moja Mama powiedziała „Nono, dobrze ci robi oglądanie tego Top Model, w końcu się zaczynasz ubierać jak człowiek.”

Tak czy inaczej to nie mój ubiór robił wrażenie. Tylko czerwony, spuchnięty ryj i różowe łaty na całym ciele. Naprawdę żałowałam, że nie jestem Muzułmanką, to bym się przynajmniej ukryła w jakimś hidżabie, czy co one tam noszą. A wracając do sytuacji, to proszę, pojadę po kolei.

Wychodzę za drzwi swojego ekskluzywnego mieszkania. Patrzę do skrzynki, żeby ulotki wywalić. Na to te małe szympansy i orangutany, notorycznie psujące wszystko co się da na klatce, krzyczą „tyyy, paaa na jej nogi! Łaciate! Samo mleko!” Spojrzałam nienawistnie. „A wy w szkole nie powinniście być?!” „Mamy dzisiaj wolne! A pani chyba wczoraj była na plaży, bo wygląda pani jak czerwony burak!” Machnęłam ręką i poszłam. Wyszłam z klatki, a tam nie lepiej. Dwie gorące nastolatki na widok mojego dupo-gębia, które jeszcze przedwczoraj było twarzą, ryknęły śmiechem. „Ale się zjarała!” Doszłam do wniosku, że z gówniarami nie ma co dyskutować, bo się skończy na wyzwiskach i awanturze. Wiem, jaka sama byłam w ich wieku. Lepiej nie tykać gówna, bo śmierdzi.

Szłam dalej twardo przez parking. Dwóch na oko siedemnastolatków jarało szlugi pod drzewem. „Ej, Jaro patrz!” „Na co?” „Na tamtą dupeczkę.” „Fajna nawet…” „Nooo… tylko kurewsko blada! Mogłaby się opalić trochę i było by ekstra.” „Ciszej! Słyszy chyba, bo buraka skleiła.” Nawet na nich nie spojrzałam. Rozdarłam się tylko, że odbiorę to jako komplement i żeby tyle szlug nie jarali, bo potem będą mieli problemy z potencją.

Później spostrzegłam, że wreszcie łatają dziury w naszym parkingu. W końcu, bo myślałam, że mieszkam na księżycu, a jadąc samochodem wyobrażałam sobie, że jestem w kosmicznej ekspedycji i sobie jadę eksplorerem jakimś albo czymś. Z nutką nostalgii patrzyłam na kratery, których już do następnej zimy nie zobaczę. Z zamyślenia wyrwały mnie gwizdy i okrzyki „Maniek! Rąbałbyś?” „Aż by wióry leciały!” „Ale kurwa dobra!” I inne takie. Nie pozostałam dłużna i odkrzyknęłam „Nie dla psa kiełbasa! Kultury trochę! Rąbać to by każdy chciał, a dziur drogowych to łatać nie ma komu! Znam żonę waszego szefa! Zaraz zadzwonię i powiem, jak to się pracuje!” Nikogo nie znam, ale udało się chyba podnieść ciśnienie :) Na chwilę zamilkli. Potem jeden do drugiego. „Wygadana, nie ma co zaczepiać. Nową ofiarę sobie zaraz znajdziemy!”

To jest fenomen drogowców. Że oni w swoim stadzie zachowują się jak banda napalonych knurów, które na widok jakiejkolwiek kobiety tracą zmysły. Ciekawe, czy taką kulturkę wynieśli z domu, czy na warsztatach w budowlance mieli przedmiot pt. „Jak robić z siebie debila na widok kobiet przy kładzeniu asfaltu.”. Zastanawiam, czy przy swoich dziewczynach/żonach też tak robią? Czy może należą do jakichś gildii i żyją bez seksu, co potem prowadzi do takich zachowań?

Byłam też z Mamą w sklepie, żeby kupić mi jakieś nowe ubrania, bo „mam za wąskie i wyglądam jak po młodszej siostrze.” Naprawdę szło dobrze. Do czasu, gdy prosto do przymierzalni wlazło mi jakieś babsko. Stałam właśnie w samych spodenkach i staniku, próbowałam włożyć bluzkę nie drapiąc poparzeń. I mało co zawału nie dostałam! Odsłoniła kotarę ukazując wszystkim moją groteskową opaleniznę. Rozdarłam się „A co mi tu pani?!” „Bo ja siostrę zgubiłam!” „To niech pani się zgłosi do zaginionych albo Rutkowskiego!” Próbowałam zasłaniać kotarę, żeby ukryć się przed zaciekawionymi spojrzeniami. A ta bezmyślna blondi odsłaniała. „Niech pani to puści! Nie potrafi pani zapytać kto w środku!” „Chciałam zobaczyć!” „Co chyba gołą dupę w czerwone ciapki!” Wszyscy faceci czekający na swoje kobiety gruchnęli śmiechem. Dopiero wtedy się opamiętała i sobie poszła.

Jaki z tego morał? Że dupo-gębie czerwone przysparza przygód. Niekoniecznie pożądanych. Przez to wszystko zrezygnowałam z wycieczki do casto. Węża prysznicowego kupię kiedy indziej.

Juwe Juwenalia! Kto nie pije ten kanalia!

Dziś stara baba, czyli ja będzie wspominać. Oczywiście Juwenalia, które odcisnęły piętno na mojej psychice, a jeszcze większe na wątrobie. Czym są TKSy, dowiedziałam się dopiero na pierwszym roku studiów, gdy się zaczynały. Bo zawsze miałam spóźniony refleks i czasem kiepski ogar. Poszłam na imprezę w poniedziałek i… się schlałam. Poszłam na imprezę we wtorek i… też się znietrzeźwiłam. Piwo lało się strumieniami wszędzie, a w szczególności w tzw. miasteczku akademickim.

Jeśli chodzi o alkohol, to zawsze byłam dość ekonomiczna w temacie. Dwa piwa wystarczały mi do szczęścia. Generalnie w liceum często chodziłam na imprezy, ale mało piłam. Magiczną granicę ubzdryngolenia się przekroczyłam razem z koleżankami z grupy właśnie w Juwenalia. Nigdy nie porobiłam się do takiego stanu, żeby leżeć pod akademikiem w krzakach we własnych wymiocinach, jednak tamte dni i tak zapamiętałam do dziś. Głównie dlatego, że nigdy wcześniej nie byłam tyle razy na imprezach w ciągu niecałego tygodnia. W zasadzie to była jedna wielka impreza.

Wszystko odbywało się dość normalnie, nie było wielkich ekscesów, burd pijackich i innych przebojów. Widziałam tylko akcje typu kilku kolesi zwracających zupki chińskie z Radomia pod drzewami, ławkami i gdzie się dało. No i niesamowite ilości poniewierających się butelek i puszek. Piątek rano był końcem moich nierównych zmagań z TKSami. Obudziłam się nad ranem i trzepało mnie jakbym tydzień jadła tabletki z efedryną na katar. Koszmar. Myśli typu „Oj jak boli głowa, oj jak pić się chce.” Cały dzień dochodziłam do siebie. W sobotę też byłam przetrącona. Przechodząc koło sklepu musiałam odwracać głowę w drugą stronę, żeby przypadkiem nie ujrzeć gdzieś piwa. Na bank by mi się ulało. Cofało mnie na samą myśl o złotym trunku i jakimkolwiek innym.

Największe zdziwienie i szok przeżyłam, gdy dowiedziałam się jak brzmi rozwinięcie tajemnego skrótu TKS. Tydzień Kultury Studenckiej. Hmm… Z kulturą to ja się raczej nie zetknęłam. Owszem pamiętam jak przez mgłę koncert Jamala (współczuję mu, bo musiał chyba ze 20 razy bisować kawałek „policeman”, pewnie wzdryga go na wspomnienie tego do teraz), konkurs grillowania, domówkę u jakichś znajomych i konkurs karaoke. Współczuję wszystkim, którzy musieli wysłuchać dźwięków, jakie z siebie emitowałam pod wpływem. O! Pamiętam jeszcze, że zobaczyłam, jak pije się piwo w 20 sekund – odwrócić puszkę do góry nogami, trzeba zrobić niewielki otwór przy dnie puszki (w ściance), przyłożyć to do ust i obkręcić tak, aby była znów w „pozycji normalnej”, otworzyć ją i pić. Sama nie próbowałam, to nie wiem, jak żołądek to znosi.

Najśmieszniejsze jest to, że największy gnój robili nie studenci, tylko przypadkowi ludzie. Powywracane toi’toie i inne ciekawostki. Jedną studentkę zgwałcono pod budynkiem byłej stołówki. Oczywiście okazało się, że to nie był student. Porażka. Przez takie akcje Juwenalia były potem znacznie krótsze.

Zawsze uczestniczyłam w TKSach, może nie tak alko-aktywnie jak na pierwszym roku, ale jednak nie żałowałam sobie. Teraz, dwa lata po zakończeniu studiów ze zdziwieniem stwierdzam, że wcale mnie tam nie ciągnie. Wspominam to wszystko fajnie i z taką nawet łezką w oku, ale nie czuję, żeby chciało mi się tam iść. Dziwne. Może dlatego, że większości swoich znajomych tam nie spotkam już. Bo my już pracujemy i jesteśmy teraz tacy poważni. Prowadzimy dorosłe życie, pełne odpowiedzialności, w którym nie ma miejsca na głupoty. Taaa… jasne. Poważni. Hahaha.

Dopisane 25-05-2013. Browar! Wóda! Polibuda!           Seks! Muzyka! Politechnika!

Oglądaliśmy dziecko

Jakiś czas temu nasza koleżanka z działu urodziła dziecko. Siedziała w takim pokoju, gdzie plemniki pełzają po podłodze, bo po kolei każda zachodzi. Szczęście, że ja siedzę daleko, to może jeszcze się trochę uchowam. Wracając do tematu, jak już urodziła, to była dla niej zrzutka. Kupiliśmy jej jakiś kojec dla dziecka, pieszczotliwie nazwany karcerem. Wyszło dziwnie, bo prawie trzy miesiące zbieraliśmy się, żeby pójść i ten karcer jej wręczyć. W końcu jedna z nas zadzwoniła do niej, że przyjdziemy z podarkiem. Zdziwiliśmy się trochę, bo zaproponowała, że ona go z pracy sama odbierze. Dopiero argumenty, że jest to ciężki pakunek, sprawiły, że zaproponowała, żebyśmy przyszli.

Wydaje mi się, że nasza wizyta była jej nie na rękę. Pewnie nie chciała w swoim domu hord znajomych z pracy, którzy będą oglądać jej pociechę. Ja to właściwie do końca miałam nadzieję, że nie dojdzie ta wizyta do skutku. Z jednej strony lubię tę koleżankę bardzo. Jest sympatyczna, inteligentna, uśmiechnięta, pomocna i ogólnie ma taki pozytywny flow. Ale dzieci to ja już nie koniecznie lubię. Nie tyle co nie lubię, tylko nie umiem się nimi zachwycać. Nie potrafię się cieszyć na widok małego dziecka i do niego robić min i gulgotać jak ono. Dlatego obawiałam się tej wizyty. Bałam się, że mój brak entuzjazmu sprawi, że wszyscy będą myśleć, że dziecko mi się nie podoba. Po prostu nie chciałam sprawić potencjalnej przykrości koleżance, swoją nieumiejętnością komunikacji z maluchami. Jako świeżo upieczona mama, mogłaby się poczuć jakoś dotknięta moją koślawą powściągliwością. Oczywiście pół nocy nie spałam zastanawiając się, co mówić i jak się zachowywać.

Spotkanie doszło do skutku i poszliśmy do niej. Na szczęście jej dziecko spało, więc oglądanie odbywało się we względnej ciszy. Szczerze, to się zdziwiłam. Zdziwiłam się, że małe dzieci są takie małe! Teraz już wiem, że serialowe noworodki mają chyba z pięć miesięcy. Takie malutkie było to dziecko! A dziewczyny mówiły mi, że „już jest duże! no nie udawaj, że aż tak się nie znasz!”. A ja się nie znam. Skąd mam się znać.

Posiedzieliśmy chwilę u niej. Pogadaliśmy o pierdołach. Było fajnie. Tylko nasz jeden kolega (ten od podrywu na cmentarzu) zachowywał się dziwnie. Odniosłam wrażenie, że próbował ją poderwać! Wiem, że brzmi to idiotycznie, bo kto o zdrowych zmysłach podrywałby świeżo upieczoną matkę i do tego szczęśliwą mężatkę? No właśnie, on chyba nie ma do końca zdrowych zmysłów. Po nim bym się tego spodziewała. I tak ją nagabywał na imprezę. Żeby zostawiła mężowi dziecko pod opieką i poszła z nim na balet. Szok! Co tym facetom się czasem w głowie roi. Nie tylko moje było takie wrażenie nt. jego zachowania. Koleżanki na drugi dzień też mówiły, że on się zachowywał, jakby chciał ją poderwać.

I tym sposobem zobaczyłam dwie rzeczy jakich jeszcze nigdy nie wiedziałam. Takie malutkie dziecko. Wiem, że zabrzmi to idiotycznie, ale taki malusieńki człowieczek wielkości naszej kotki robi mega wrażenie. No i kolejną odsłonę podrywu z cyklu „żadnych wyzwań się nie boję.” Generalnie, było okej.