Archiwa kategorii: Lajf stajl szeroko pojęty

Lekcja kultury

Ostatnio miałam zaszczyt odbyć bezpłatną lekcję kultury. Jestem wprost wniebowzięta, bo taka okazja nie zdarza się często, ani nie powtarza dwa razy. Toteż po jej odbyciu czuję się osobą lepszą, bardziej obytą i światową. Rzecz miała miejsce w sklepie osiedlowym. Muszę od razu wyjaśnić, że to taki sklep, który wystrojem utknął w połowie lat 90-tych i idziesz tylko wtedy gdy musisz. Niby miejska sieciówka, niby supermarket. Tak głosi napis nad wejściem. Czytaj dalej

Rok 2014 rokiem drewnianego konia

W zeszłym roku skusiłam się i obejrzałam sobie wypowiedź wróżki i… dowiedziałam się, że miniony rok był rokiem węża. Nie zapamiętałam wszystkiego i nie sugerowałam się tym jakoś specjalnie, chodź nie ukrywam, że część przepowiedni się dla mnie sprawdziła. Najbardziej do serca wzięłam sobie to, że wąż jest cierpliwy, mądry i powściągliwy. I ćwiczyłam w sobie cierpliwość i powściągliwość. Jak mi się udało? Czytaj dalej

Zwierzę to nie prezent

Kiedyś zdarzyło mi się być z kotem u weterynarza w sylwestra rano. Byłam wtedy w szoku, bo przede mną było bardzo dużo ludzi ze zwierzętami. W większości były to szczeniaki i kociaki. Jedna pani znalazła na swojej posesji małego szczeniaka, który wyjadał jej bigos z garnka. Było to 29-go grudnia. Wzięła go do domu. Na drugi dzień zaczął puchnąć mu brzuch. Okazało się po prześwietleniu, że z głodu najadł się jakichś dziwnych rzeczy znalezionych przy śmietnikach. Na szyi miał jeszcze czerwoną kokardkę, gdy do niej trafił. Czytaj dalej

Po pierwsze, po co ćwiczysz?

Przygód z różnymi formami aktywności fizycznej miałam już mnóstwo. Ale dopiero teraz odkryłam pewne oczywiste fakty. Może dla niektórych to jest jasne jak słońce, jednak dla mnie nie było- osoby szczupłej, której dobre wyniki przychodziły bez bólu. Dopiero przekroczenie bariery wieku 25+ i rozmiaru 36, pomogły mi przejrzeć na oczy. Po pierwsze, po co ćwiczę? Już nie dla efektów, tylko dla zdrowia i dlatego, że to lubię. Jeśli myśli się, że trzy-cztery godziny aerobiku/jogi w tygodniu to czas zmarnowany, to jak można czerpać z tego przyjemność mając jednocześnie świadomość straty czasu? Jak w ogóle aktywność fizyczna może być marnowaniem czasu?

Odkąd przestałam traktować zajęcia jako obowiązek, zaczęły sprawiać większą przyjemność. Fajnie jest mieć jakiś cel. Na przykład – chciałabym zmieścić się w swoje stare spodnie. OK. Tylko co, gdy już się zmieszczę? Przestanę ćwiczyć? Miałam już tak nie raz. Tylko, że po każdej przerwie przychodził moment, że się nie mieściłam. Szczerze, to w pewnym momencie powiedziałam sobie, że i tak w rozmiar 32 już nie wejdę nigdy, więc nie ma co się napinać. Zaczęłam ćwiczyć dla samego ćwiczenia. Paradoksalnie cała spina puściła i mam o wiele więcej przyjemności.

Technika i systematyczność są najważniejsze. Tej jesieni byłam po kolejnej przerwie i załamałam się na zajęciach. Co prawda, jazda na rowerze sprawiła, że wreszcie przestałam sapać jakby mnie ktoś dusił po trzech minutach zajęć, ale poza tym była totalna lipa. Na prawdę, ćwiczyłam najgorzej ze wszystkich. Zwykle, gdy coś mi nie wychodziło, to rezygnowałam z tego. Pomyślałam sobie, że koniec tego. Wymyśliłam sobie plan, że trzy razy w tygodniu to absolutne minimum. I co by się nie działo, zajęć nie omijam. Po trzech tygodniach wpadłam w rytm i teraz nie wyobrażam sobie, żeby nie chodzić.

Przeniosłam się też na przód sali. Dosłownie do pierwszego rzędu, gdzie zawsze ćwiczyły najlepsze dziewczyny. To był chyba najlepszy pomysł. Chyba w końcu przestałam się przejmować tym, że wszystko wychodzi mi raczej średnio. Skoro ćwiczę dla siebie, to nic mnie nie interesuje, co sobie inni o mnie myślą. Będąc z przodu w końcu nauczyłam się kroków. Nie mam już problemów z choreografią, która kiedyś była dla mnie koszmarem. Przy robieniu wszystkich ćwiczeń w tzw. parterze podpatrzyłam u instruktorek różne myki i przyjrzałam się technice. Teraz mogę nieskromnie stwierdzić, że jestem jedną z lepiej ćwiczących osób. Ale przyłożyłam się do tego. Postawiłam sobie cel, że do czerwca będę w stanie iść na sześciogodzinny maraton fitness i nie wyjechać nogami do przodu. No i zostałam pochwalona przez instruktorkę. I to nie jedną. „Bierzcie przykład z IB, jeszcze dwa miesiące temu największy mięczak, a teraz jedna z najlepszych w grupie.” Po takim komplemencie jeszcze bardziej chce się ćwiczyć.

Nie można osiągnąć efektów, gdy ćwiczy się pojedyncze partie mięśniowe – takie moje najnowsze odkrycie. Ciało człowieka nie składa się z np. tylko mięśni brzucha albo pośladków, dlatego trzeba trenować wszystko. Zawsze unikałam i oszukiwałam na pompkach. Nie mogłam też wejść w pozycję deski. Pomyślałam sobie, że to bez sensu i zaczęłam próbować. Z bólem i frustracją. W końcu zaczęło wychodzić. Paradoksalnie, gdy wzmocniłam mięśnie brzucha, po wcześniejszym polepszeniu techniki.

Postanowiłam sobie, że za około trzy tygodnie, ćwiczenia w parterze będę wykonywać z ciężarkami na kostkach u nóg. W pracy koleżanki śmieją się ze mnie, że chyba trenuję do olimpiady i mam jakiś sezon życia. Ale ja wiem, po co ćwiczę. Na pewno, nie do olimpiady i nie dla odchudzenia. Ćwiczę dla siebie. Odkąd tak do tego podeszłam, w głowie ułożył się sam sensowny plan treningów i małe cele w drodze do celu głównego – nie przestać nigdy ćwiczyć.

Tak późno odkryłam sport, zawsze wolałam gnić z tyłkiem przed kompem. W sporcie jest jedna najważniejsza rzecz – uczy systematyczności i zdyscyplinowania, bez potu nie ma efektów. To nie jest tak, że nie ma się predyspozycji. To jest tak, że jedni potrzebują dużo treningu, a inni mniej.

Żeby nie było – nie chcę udawać Chodakowskiej, bo tak naprawdę nie interesuje mnie ona w ogóle. Od niej dużo bardziej cenię sobie swoje instruktorki fitnessu, które mają długoletni staż i dają dobry wycisk. Kilka razy robiłam sobie jej ćwiczenia z YT i zmęczyły mnie mniej niż treningi w klubie, do którego chodzę. Po prostu chciałam podzielić się swoimi, pewnie niezbyt odkrywczymi, przemyśleniami z innymi. Może ktoś ma tak samo, jak ja kiedyś, że myśli sobie „jaka ja jestem beznadziejna, nogi mi się plączą, brzuch wyłazi ze spodni, po 5 minutach jestem czerwona i zasapana – nie nadaję się do tego, pewnie cała sala ma ze mnie zwałę”. Ze mnie miały dziewczyny polewkę. Jedna nawet mi powiedziała „co robisz tam z przodu, jak tak koślawo ćwiczysz?”. Powiedziałam jej, że „Zobaczysz za jakiś czas.” Teraz to ona ćwiczy koślawo w porównaniu do mnie. Teraz już się nie śmieją. Bo gdy ja twardo cisnę wszystko bez przerwy, one leżą na matach i opuszczają kolejki. Fajnie by było, gdyby ktoś tak samo zakompleksiony jak ja, przeczytał to i się przełamał, a potem zaparł w sobie i zaczął ćwiczyć. I powoli małymi kroczkami ruszył do przodu. Takie małe sukcesy, pozwalają uwierzyć w siebie i dodają pewności. „Trzeba sporo pracy, by z grona partaczy zasilić wymiataczy.”

Pompujcie, pompujcie :)

Cmentarna wizja lokalna

Uwielbiam wyprawy na cmentarz pierwszego listopada. To jest po prostu niepowtarzalny dzień i okazja do obserwacji ludzi. Skupiska ludzkie mają to do siebie, że można zaobserwować ciekawe zjawiska. Jako zwierzęta stadne tworzymy całkiem ciekawą menażerię. Oprócz obserwacji socjologicznych można doznać cudownego orzeźwienia i wytelepania przez zimne listopadowe powiewy wiatru i mżawkę. Szczególnie jeśli dzień wcześniej udawało się Amerykanina i świętowało Halloween pijąc polskie piwo albo wódkę.

Dlatego już od dawna cieszyłam się, że odwiedzę cmentarz w tzw. szczycie sezonu. Czułam, że zobaczę coś ciekawego. I się nie zawiodłam. No przede wszystkim liczyłam na rewię mody. Ponieważ Vogue stał się już bardzo mainstreamowy, to go nie kupuję. Wolę streetwear i oczywiście jego najbardziej hardcoreowe wydanie, czyli gróbwear. Wiedziałam, że coś podpatrzę. To, że na cmentarz trzeba się odjebać, wiedziałam nie od wczoraj. Nie ma być wygodnie. Nie ma być ciepło. Ma być tak, żeby przypadkowo spotkane znajome, sąsiadki, koleżanki pozazdrościły. Cóż, prawdziwa moda wymaga poświęcenia i bólu. Tym bardziej ta cmentarna moda. W tym roku na cmentarnym catwalku królowały szpilki klasyczne, szpilki z platformą z przodu i lakierki o długości nieco za kostkę. Do tego obowiązkowo czarne rajstopki i spodnie lub spódniczka odsłaniające łydeczkę, kolanko… Sam seks. Oczywiście krótka, pikowana kurteczka do takiej stylizacji to mus. Warto też natapirować włosy, aby wyglądać jakby się przypadkiem włożyło palec do kontaktu. Reasumując, nie ma to jak błyskanie nóżką, uchylanie rąbka pośladka przy schylaniu się oraz świecenie plecami przy mogile. Do tego obowiązkowo kiep w ryju. Taka seksualna niebezpieczna na cmentarzu.

W zeszłym roku nauczyłam się, że przy okazji Wszystkich Świętych można przyoszczędzić i bezceremonialnie zajebać srajkę z toytoya albo poderwać kogoś na seks. W tym roku także spłynęły na mnie nowe nauki. Można sobie chapnąć kiełbaskę w przerwie pomiędzy układaniem zniczy i kwiatów. Widziałam taką właśnie babeczkę, która przy grobie jadła sobie z wiktuały z reklamówki. Takie tam wspólne śniadanko ze zmarłym. Nie można zapominać o cykaniu fotek grobów, żeby potem wrzucić je na instagram. A co! Niech cały świat wie, że postawiło się znicz. Niech sypią się lajki!

No i na koniec takie prozaiczne sprawy. Po pierwsze, jeśli chcesz dograć biznesowe sprawy, to idealnym miejscem jest właśnie cmentarz. „Dzień dobry!” „A witam panie Mirku! Oglądał pan może katalog?” „Tak patrzyłem. Dość ciekawa oferta.” „To ja panu rabat dam! I na przelew!” Tak działają rekiny bizesu. Nie ważny dzień, nie ważna okazja, ważny jest obrót. Po drugie, jak mówi pewna reklama – kradzione nie tuczy. Dlatego nie warto się frajerować i kupować kwiatów, ani zniczy. Lepiej po tajniacku się rozejrzeć i capnąć z kwatery sąsiada. W ten oto sposób zrozumiałam tajemnicę znikających „ozdób”. Przykładowo uciekły nam tak krzak róż, dwie tuje, wrzosy, chryzantemy, itd.. Co roku coś znikało. Już nawet zaczynałam podejrzewać działalność zombie. A to zwyczajnie przedsiębiorczy inaczej…

A jak Wam się udał grobbing w tym roku?

Letnia nostalgia w październiku, czyli summertime sedness

Dziś było wyjątkowo ciepło. Jak na październik. O godzinie siódmej, gdy wyjeżdżałam do pracy było czternaście stopni. Jadąc na rowerze, poczułam lato i zapach frytury z McD. Popatrzyłam na opadające resztki mgły i nieśmiało wyglądające słońce zza horyzontu. Pomyślałam sobie, że odkąd skończyłam studia, moje życie stało się nudniejsze i jakieś takie mdłe. I pomyśleć, że kiedyś irytowało mnie gadanie Rodziców, że jeszcze się napracuję w życiu i lepiej, żebym korzystała z tego, że nie muszę tyrać na etacie… Teraz rozumiem już, co mieli na myśli.

Czasy studiowania faktycznie były najlepszymi w moim życiu. Zaczynając od roku akademickiego w październiku, poprzez sesję, którą zwykle przechodziłam bez większych problemów, a kończąc na wakacjach. Właśnie wakacje były najlepsze w tym wszystkim. Od maja szukałam pracy. Później w sesji kursowałam pomiędzy egzaminami, a „dniami próbnymi”. Narzekałam na brak czasu, ale cieszyłam się na hajs, za który mogłam później melanżować z kumplami, kupować ciuchy, mp3-kę i mnóstwo innych rzeczy. Bez tłumaczenia się policji skarbowej w postaci Rodziców.

Teraz w każde lato żal dupę ściska, że mam to za już bezpowrotnie za sobą. Do pracy chodziłam na totalnej wyjebce. W końcu podawanie hamburgerów i frytek do tego przez 10-11 godzin dziennie to nic wymagającego skupienia. Przyznam, że dość frustrujące, kiedy gość nieumiejący poprawnie sklecić prostego zdania mówił do swojej dziuni, bądź równie inteligentnych koleżków, „Jaka głupia dupa. Mądra być nie może, skoro tu pracuje.” Początkowo wściekałam się. Potem kolega zdradził mi sekret, co robi się z takimi burakami albo innymi niemiłymi klientami. Po pierwsze jest się miłym do obrzydzenia. Po drugie, zagląda się na kuchnię, mówi tajne hasło i objaśnia, o które kanapki chodzi. Reszta robi się sama. Po trzecie, obserwuje się jak delikwent zajada się. Czym? Najróżniejszymi rzeczami. Tą słodką tajemnicę zostawię dla siebie. Dlatego pamiętajcie, żeby nie pomiatać tym, kto podaje Wam jedzenie. Zemsta bywa sroga i okrutna.

Wracając do tematu, pracą zbytnio się nie przejmowałam. Bywało, że wpadałam prosto z imprezy. Albo totalnie zrobiona albo totalnie skacowana. Z reguły w okolicy połowy sierpnia albo września rzucałam robotę w wielkim stylu. „Jak wam się nie podoba, to pocałujcie mnie w sam środek. Nie przychodzę do pracy, ani jutro, ani po jutrze. Nie mogę dostać wolnego, to rzucam tę robotę. Hmmm… A w zasadzie, to chyba dziś też w pracy nie zostanę. Astalavistabejbi!” I rzucałam wypowiedzenie temu kierownikowi, którego nie lubiłam. Oczywiście w dzień, kiedy był największy tłok. Uwielbiałam tę niezależność. Świadomość tego, że w każdej chwili mogę trzasnąć drzwiami i mieć to gdzieś. I wiecie co Wam powiem? Jeśli możecie sobie pozwolić na taki luksus, róbcie to. Później może być za późno. Teraz nie mogę powiedzieć szefowi „Panie, jak się Panu nie podoba, że się spóźniam, a nie widzi Pan darmowych nadgodzin, które tu odbębniam charytatywnie, to pocałuj mnie w sam środek i sam sobie tu siądź. Astalavistabejbi!”

Co jeszcze było takiego wspaniałego w tamtych wszystkich wakacjach? Sraczka. Tak, stara poczciwa sraczunia. W gastronomii dyskwalifikuje Cię w pracy. Niepodważalna przez lekarza i pracodawcę. Szczególnie cudowna, gdy pracujesz na umowę o pracę i świeci słońce, a słupek rtęci dawno przekroczył 30 stopni. Na miejscu był zawsze mój najlepszy kumpel. Sms rano „Siema parówo, jedziemy na plażę?” sprawiał, że automatycznie czułam się „chora”. No i odpowiedź zwrotna w tempie natychmiastowym „Siema parówo. No raczej.” Szybka wizyta u lekarza, a potem dostarczenie zwolnienia do miejsca pracy. Oczywiście kumpel stawał się moim kuzynem na tę okazję. Zapewniam, że zimne piwko na plaży smakuje najlepiej, właśnie wtedy, gdy 80% pensji i tak wpada Ci na konto. Leżysz na kocyku, grzejesz odwłok, pełen relaks, a tu pensja i tak wchodzi na konto. Lepiej pachnieć morzem i plażą, niż frytkami. Małe sprostowanie. Nigdy nie robiłam takich numerów w weekend. Po pierwsze, za duży ruch i nie byłam aż taka podła dla swoich przełożonych, żeby narażać ich na utratę najlepszej kasjerki. Po drugie, na plaży w weekend też jest zbyt tłoczno. Najlepiej jest w tygodniu…

Uwielbiałam sierpień i wrzesień. Wtedy nad morzem jest najlepsza pogoda. Woda jest ciepła, a powietrze specyficznie pachnie. Ludzi też jest nieco mniej… Zwykle wtedy też zrzucałam balast roboty, której nie lubiłam. Mogłam pozwolić sobie na jeżdżenie w nocy nad jezioro ze znajomymi. Na grille i spotkania. Robiłam co chciałam i kiedy chciałam. Właściwie mój kumpel był osobą, z którą głównie spędzałam czas. Jeździliśmy razem na wszystkie imprezy i pizzę z bigosem. Spędzaliśmy godziny na szwędaniu się po mieście i komisach samochodowych. Na kolędowaniu po znajomych… Nie było bunkrów, ale i tak było zajebiście.

Teraz pracuję i nie mam wakacji. Co najwyżej tydzień, dwa lub trzy. Nie mogę robić tego, co mi się żywnie podoba. Kumpel wyjechał i praktycznie się nie widujemy. Do tego ma laskę, więc i tak nie dałoby rady spędzać tyle czasu razem. Spotkania wspólnie, to nie to samo. Każdy o tym, wie. Co tu ściemniać. Tęsknię za przyjacielem, którego przez dorosłość straciłam. Tęsknię za słońcem, plażą. Generalnie za wolnością. Takiej, której już nie doświadczę. Co najśmieszniejsze, ta wolność pachnie frytkami.

SuperW_logotyp

Miło czasem zrobić coś dobrego. Szlachetna Paczka :)

Dzisiaj chciałabym poświęcić te kilka (i więcej) bajtów danych na coś dobrego. I tutaj nie wiem, jak to wszystko napisać, żeby nie brzmiało patetycznie. No i jak nie przemycić moich głupawych żarcików… Zacznę więc może od sytuacji, która kiedyś mi się przydarzyła. Szłam sobie dumnym krokiem do swej niezmiernie ważnej pracy kelnerki w nadmorskiej smażalni. Nagle podbiła do mnie kobieta około trzydziestki z dziećmi. I zaczyna nawijać, żebym jej dała 20 pln. Z grubej rury zaczęła, nie tam od zetki, czy dwóch. Tak więc pytam „A dlaczego miałabym dać?” „Bo ja jestem samotną matką, nie mam pracy.” I standardowa nawijka, jak jej źle i jak to ciężko takie dzieci samej wychować (z tym akurat nie polemizuję). „A czemu pani nie pójdzie do pracy?” Zaczęła się krzywo wymigiwać. Już wiedziałam, czym to pachnie. „U nas w barze szukają pomocy kuchennej. Stawka jest dobra, to może pani odstawi dzieci i pójdzie, to zagadam z szefową?” Wykrzywiła się jak środa na piątek. „Żebym tak rybą śmierdziała, jak…” „No jak kto? Jak ja? Akurat co dzień chodzę do pracy. A nie stoję z wyciągniętą ręką na deptaku i czekam aż mi ktoś da.”

No i tu jest clue. Jak pomagać mądrze? Bo jak powiedział Ferdynand K. „kasę to by każdy chciał, a robić to ni ma komu!”. Skąd wiemy, że oddane przez nas rzeczy będą służyły komuś faktycznie potrzebującemu? Że trafią do takich osób, które są w kłopotach i mimo wszelkich starań nie dają rady z tego wybrnąć? Że nie mają recepty na życie „Jestem biedny, więc ktoś mi pomoże. W końcu to obowiązek pomagać biednym. A za 1500 to mi się robić nie opłaca. Wolę posiedzieć w domu.”?

Na takie akcje to ja nie idę. Dlatego naprawdę spodobała mi się idea SZLACHETNEJ PACZKI. To jest inteligentna pomoc. Chodzi o to, żeby dać wędkę, a nie rybę. Wiadomo, że nie każdy takiej wędki chce (jak ta kobieta, która nie chciała śmierdzieć rybą jak ja). Dlatego cały pic polega na tym, żeby znaleźć takich, którzy tej wędki będą chcieli. Takich, którzy znaleźli się w dołku tzw. niezawinionej biedy i pragną się z niej wyrwać. Jak to się robi? No właśnie, do tego potrzebni są Wolontariusze, którzy spotykają się z różnymi ludźmi. Rozmawiają, obczajają temat i w ten sposób wyłania się tych, którzy mądrej pomocy chcą. Oczywiście nie idzie się tak prosto z ulicy, tylko przechodzi szkolenia, które pozwalają nabyć obycia i względnej odporności na różne sytuacje.

Co robi taki Wolontariusz oprócz szukania potrzebującej osoby? Pośredniczy między nią, a Darczyńcą. Bo przecież nie każdy jest stworzony do tego, czym zajmuje się Wolontariusz. Można dać coś od siebie – czyli zmontować tę właśnie paczkę i  zostać Darczyńcą :) Zachęcam gorąco do jednego i drugiego! Ja zastanawiam się nad zostaniem Wolontariuszką. Nie chcę tu ściemniać, że na bank nią zostanę, ale sobie przemyślę sprawę. Nie bardzo mam co dać i mój budżet nie udźwignie zrobienia paczki dla kogoś, ale myślę, że znalazłabym w sobie tyle siły i chęci, żeby poświęcić drugiemu człowiekowi trochę swojego czasu w miejsce przeglądania demotów ;)

Przeczytałam prawie całą stronę SuperW oraz Szlachetna Paczka i mogę z czystym sumieniem stwierdzić, że mi się to podoba. Bardzo, bardzo. Przy tej okazji napomknę, że czytając te wszystkie materiały, spociło mi się oko (tak tak, nawet taki twardziel jak ja, się wzrusza). Są już realne wyniki działań z poprzednich lat – w 2012 roku udało się dotrzeć do 13 235 rodzin! Pan Karol otrzymał wózek, dzięki któremu pierwszy raz od wielu lat zobaczył krakowski rynek. Pani Jadwiga znalazła pracę. Pan Zbyszek ma z kim porozmawiać. Ciężko mojemu rozumkowi ogarnąć, jak trudno musi być człowiekowi zamkniętemu w czterech ścianach, samotnie…

Chyba można śmiało powiedzieć, że poziom naszej empatii jest całkiem dobrym wykładnikiem naszego człowieczeństwa… No i z samego dna często lepiej widać Twoją twarz :) Mam nadzieję, że także będziecie chcieli pomóc :)

Linki do Szlachetnej paczki zamieściłam już w tekście, ale jakby co to: www.superw.pl i www.szlachetnapaczka.pl ;)

Pozdro i pamiętać, że na Was liczę!!

Kilka słów o kawie i alkoholu

Jestem właśnie w trakcie trzeciego tygodnia detoksu. Od kawy i alkoholu. Jakoś tak samo wyszło. Pewnego poranka otworzyłam oczy. Bolała mnie głowa w okolicach zatok. Gardło paliło. Język miałam żółty, wory pod oczami. Całe szczęście to była sobota. Bo odbijało mi się piwem i chipsami. Nie wiem, jakbym poszła do pracy. Mam już za sobą kilkanaście epizodów, kiedy ledwo siedziałam w pracy, bo piekło mnie w żołądku, chciało mi się spać, pić, jeść i bolało mnie gdzieś za oczami. Do tego zaczęłam notorycznie zapominać. I przekładać na jutro. Zrobiłam się powolna, jak na swoje możliwości.

Zjadłam śniadanie i popiłam kawą. Liczyłam, że się obudzę, bo chciałam coś załatwić. Skończyło się na tym, że zważyłam się już kompletnie do reszty. Dochodziłam do siebie do godziny siedemnastej. Krótko mówiąc cały dzień z dupy. Jakby tego było mało, standardowo rozbolała mnie wątroba. Jak zawsze (ostatnimi czasy) po kawie. Takie uczucie jakby ktoś na wysokości przepony wciskał mi tępe narzędzie pomiędzy żebra i mieszał flaczki. To nie był kac morderca. Miałam różne zejścia nie raz i wiem, czym to pachnie. To był głos mojego organizmu mówiący „weź dobry rozbieg i pierdolnij głową w ścianę, bo się wykończysz.”

Tamtego dnia nie czułam się najgorzej w swoim życiu. Nie umiem tego opisać. Poczułam się jak wykręcona gąbka do podłogi. Taka szara, brudna i śmierdząca. Miałam autentycznie dość. Nie robiłam żadnych dziwnych postanowień poprawy. Wieczorem chciałam wypić piwo – w końcu sobota. Odpuściłam sobie po połowie. Nie smakowało mi. Tak po prostu. Na drugi dzień z rana czułam się w miarę ok. Po śniadaniu napiłam się kawy. Znowu rozbolała mnie wątroba i żołądek…

I przyszedł dzień, kiedy w pracy rano nie zrobiłam sobie kawy. Tylko zieloną herbatę z miętą. Co ciekawe, nie miałam kryzysu o godzinie 13. Cały dzień przepracowałam jak człowiek. Jeszcze po południu było nie najgorzej. Przyznam, że ten tydzień (pierwszy) był chyba najgorszym w ostatnim czasie. Byłam jakaś taka naciśnieniowana. Chodziłam jak bomba. Wszystko mnie wkurwiało. Niewiele jest osób, którym nie wbiłam jakiejś szpili w postaci wyrafinowanej złośliwości. Chyba zdążyłam wszystkim zajść za skórę. No trudno się mówi. Nikt nie powiedział, że zerwanie z wieczornym piwkiem to łatwa sprawa.

Dopiero zdałam sobie sprawę, że dwa piwa wieczorem to nie jest takie nic. Przecież jak byłam na studiach, to nie piłam tak często. Raz w tygodniu. Góra dwa. Jakie miałam problemy, żeby wstać rano! Jaka byłam nieogarnięta! A teraz fundowałam sobie takie coś prawie co dzień przez ostatnie dwa lata. Doszłam do wniosku, że sama sobie komplikowałam życie. Więc winko i piwko zostaje tylko na weekendy. Chociaż szczerze powiem, że specjalnie to nie mam ochoty na alkohol. W ogóle mi już nie smakuje…

I tak sobie trzeci tydzień egzystuję w odmętach zielonej herbaty, miętowej, czerwonej i innych dziwnych naparów. Jest spoko. Chyba zaczynam być sobą. Taką sprzed trzech lat. Skończyły się moje problemy z koncentracją. Może nie jest idealnie, ale nie jest tak jak po kawie. Gdy wypiję za dużo kawy mam dziwne zerwania filmu. Robię jedno, drugie, trzecie, niczego nie chce mi się kończyć. Zaczynam, przerywam, wracam, w końcu sama nie wiem co i po co robię. W moim przypadku kawa sprawdza się tylko na weekendy i to tylko na dni, kiedy nie muszę robić nic konstruktywnego.

Może to dziwne, ale dwie niewinne z pozoru używki jak piwo i kawa, potrafią posiekać mózg. Kiedy nie piję, czuję się autentycznie lepiej. Przez ostatnie trzy tygodnie wypiłam może ze trzy kawy i trzy piwa. I tak jest dobrze. Szczerze polecam. Dobrej nocy :)

Nowa członkini rodziny

Zaczął się sezon wakacyjny, a wraz z nim każdy szanujący się Polaczek, pozbywa się zbędnych zabawek. Poczynając od niemodnych już klapek plażowych z zeszłego sezonu, poprzez nowe fele i warstwę szpachli do swojej bumy pamiętającej prezydenturę Wałęsy, a kończąc na prezentach gwiazdkowych i urodzinowych. Takich małych puchatych prezencikach, które były idealne do słit foci z dziubkiem. Takich słitaśnych puszków, które potem porosły i zrobiły się kłopotliwe. Szczególnie uciążliwe stały się, gdy trzeba było wyruszyć na letni lans w Mielnie. Tak więc co się robi z zabawkami, które się znudziły? No wiezie się do lasu, wyrzuca przez okno albo wywozi gdziekolwiek np. pod sklep monopolowy.

Tak właśnie było z Młodą. Około trzech tygodni temu dołączyła do naszej Starej. Szliśmy sobie naszym ekskluzywnie obsranym przez psy blokowiskiem na piwo. Koło osiedlowego monopolu zauważyliśmy jakieś poruszenie. Sprzedawczyni razem z jakimś klientem i grupką widzów zaglądali pod wszystkie samochody i wołali „kici kici”. Gdy podeszliśmy bliżej usłyszeliśmy głośne miauczenie. Okazało się, że kot, którego szukali był na pobliskim drzewie. Głośno płakał, bo bał się zejść. Po wielu próbach udało nam się go zdjąć z drzewa.

Myśleliśmy, że to sprzedawczyni zwierzak, bo miała wystawione dla niego miski z wodą i jedzeniem. Powiedziała nam, że tego dnia pod sklep podjechał szybko jakiś samochód. Zahamował z piskiem, trzasnęły drzwi i szybko odjechał. Po chwili do sklepu wbiegł miauczący sierściuch. Nie wiedziała co ma z nim zrobić, bo sama ma już cztery. „Zostawię mu miski w krzakach na noc i może jakoś dożyje jutra.” Tak to się właśnie robi ze swoimi zwierzakami w lato. Wyrzuca się pod sklepem, jak śmieci.

Przy okazji napatoczył się jakiś menel, który wrzeszczał, że może kotu łeb ukręcić chętnie, jak nikt nie wie co z nim zrobić. Zrobiło nam się go szkoda (kota nie menela, jakby ktoś nie skumał) i postanowiliśmy go wziąć do naszej Starej, która nudzi się po całych dniach jak jesteśmy w pracy. Część drogi udało się nieść na rękach, potem szła przy nodze. Swoją drogą zaskakujące, gdy kot idzie ci koło nogi jak pies. Jeszcze tylko brakowało merdania ogonem :)

Niestety Stara nie przyjęła jej zbyt miło. Warczenie i syczenie. A potem szybkie czmychnięcie pod łóżko. Za to Młoda (wtedy myśleliśmy, że to ok. 5-cio miesięczny kocurek) najpierw wyczyściła michy z jedzenia, a potem ułożyła się na kanapie. Stwierdziliśmy, że oddamy ją do schroniska. Zadzwoniliśmy i po jakichś czterdziestu minutach przyjechali. Przywieźli transporter bez zamknięcia i byli zdziwieni, że kot wychodzi. „Bo pani mówiła, że jest w złym stanie.” „Mówiłam, że wychudzony strasznie!” „Aaa…” Rozdziawił paszczę i jakoś zabrał kota. Umówiliśmy się tak, że jeśli przez pięć dni, nikt nie przygarnie kota, przyjedziemy i weźmiemy ją na dom tymczasowy.

No i wzięliśmy. Dziwiłam się tylko, dlaczego co dzień wydzwaniają za mną, żebym kota zabrała. „Wie pani, na pewno coś złapie.” „Jak ma złapać, jak podobno jest w izolatce?” Potem zobaczyłam tę izolatkę. Ręce mi opadły. W sumie to, jak mówi mój znajomy – chuj opada. Zdrowego kota wsadzili do małej klatki w części kociarni przeznaczonej dla chorych kotów. Takich z kaliciwirozą, hesperwirusem, grzybicą, pod kroplówkami… No to nie dziwota, że mógł tam coś podłapać.

Zaintrygowało mnie też to, że nagle zagubiły się papiery Młodej, na których miały być jej wyniki badania weterynaryjnego. Po dwóch dniach od przywiezienia do domu zaczęły jej bardzo łzawić oczy, pojawił się katar i zrobiła się bardzo ospała. Pojechaliśmy do weta – koci katar. Do takiego stadium musiał rozwijać się już kilka dni, czyli w momencie kiedy dawali mi kotkę (nie musiałam płacić, a zawsze trzeba przy adopcji) była chora. Nie będę komentować takiej postawy pracowników schroniska. Tak czy siak, choroba okazała się na tyle zjadliwa, że po tygodniu leczenia, wiozłam kota prawie nieżywego na kolejną wizytę. Mina weterynarza mówiła wszystko – jest źle. Zdecydowaliśmy się na jej „uśpienie jej”, rentgen, badanie krwi i kroplówki. Po czterech dniach zabrałam ją do domu. Trochę jeszcze posmarkała i wyzdrowiała. Stara także zaraziła się od niej, ale na szczęście zaszczepiliśmy ją jak była mała i skończyło się tylko na lekkim katarku i kichaniu.

Musieliśmy jeszcze wykastrować Młodą. Wyszło, że była kotna, co wyjaśniało jej ogromny apetyt. Co do jej wieku też się pomyliłam. Ma około roku, a nie pięć miesięcy, ale to wina tego, że bardzo chuda jest. Pod palcami czuć każdą kosteczkę kręgosłupa i żeber. Taki mały, chudy, czarny złodziejaszek. I pijak, bo każdy pijak to złodziej ;P

W efekcie mamy w domu dwa czarne koty, dwa komplety kuwet i misek. No i syf nastajszczy, który wytwarzają z wielką pasją. Młodą rozpiera ciągła energia i sieje zniszczenie. Kopie w kwiatkach, rwie chusteczki higieniczne, obgryza moje zasuszone róże, które dostałam na pożegnaniu z produkcją… Goni Starą, dokucza jej i ciągle zaczepia wprawiając ją w nieustanną dezaprobatę. Ale nie żałuję, że ją wzięliśmy. Bardzo lgnie do ludzi i w końcu pewnie ktoś by jej zrobił krzywdę. Zapytał mnie spec od junkersa „I co będziesz pani brała tak wszystkie koty?”. Nie, nie będę brała, bo wszystkich na świecie nie uratuję, ale tym, którym pomogę uratuję cały świat. Czy jakoś tak to szło. Pozdrawiam!!

Dzień świra, cz. 2.

Są takie dni, kiedy od samego rana zastanawiam się, czy ten świat już zszedł na psy, czy może ludzie są tak beznadziejnie durni, czy może ja jestem tak zajebista, że całą resztę odbieram jako bagno. Potem wraz z rozwojem sytuacji często zaczynam podejrzewać, że to jakaś farsa na wzór Truman Show. Bo durnych sytuacji można w ciągu dnia mieć dwie, trzy. A ja dziś miałam ich mnóstwo. Wystarczyło wystawić łeb z klatki. Oczywiście poranek uraczył mnie dalszym wyglądem dziecka najbardziej hardcore’owej menelki i dupy pawiana. Do tego przez noc wyszły dodatkowe czerwone plamy. Postanowiłam to chociaż stylizacją (ach jak ładnie) nieco przyćmić. Ubrałam się naprawdę fajnie, bo moja Mama powiedziała „Nono, dobrze ci robi oglądanie tego Top Model, w końcu się zaczynasz ubierać jak człowiek.”

Tak czy inaczej to nie mój ubiór robił wrażenie. Tylko czerwony, spuchnięty ryj i różowe łaty na całym ciele. Naprawdę żałowałam, że nie jestem Muzułmanką, to bym się przynajmniej ukryła w jakimś hidżabie, czy co one tam noszą. A wracając do sytuacji, to proszę, pojadę po kolei.

Wychodzę za drzwi swojego ekskluzywnego mieszkania. Patrzę do skrzynki, żeby ulotki wywalić. Na to te małe szympansy i orangutany, notorycznie psujące wszystko co się da na klatce, krzyczą „tyyy, paaa na jej nogi! Łaciate! Samo mleko!” Spojrzałam nienawistnie. „A wy w szkole nie powinniście być?!” „Mamy dzisiaj wolne! A pani chyba wczoraj była na plaży, bo wygląda pani jak czerwony burak!” Machnęłam ręką i poszłam. Wyszłam z klatki, a tam nie lepiej. Dwie gorące nastolatki na widok mojego dupo-gębia, które jeszcze przedwczoraj było twarzą, ryknęły śmiechem. „Ale się zjarała!” Doszłam do wniosku, że z gówniarami nie ma co dyskutować, bo się skończy na wyzwiskach i awanturze. Wiem, jaka sama byłam w ich wieku. Lepiej nie tykać gówna, bo śmierdzi.

Szłam dalej twardo przez parking. Dwóch na oko siedemnastolatków jarało szlugi pod drzewem. „Ej, Jaro patrz!” „Na co?” „Na tamtą dupeczkę.” „Fajna nawet…” „Nooo… tylko kurewsko blada! Mogłaby się opalić trochę i było by ekstra.” „Ciszej! Słyszy chyba, bo buraka skleiła.” Nawet na nich nie spojrzałam. Rozdarłam się tylko, że odbiorę to jako komplement i żeby tyle szlug nie jarali, bo potem będą mieli problemy z potencją.

Później spostrzegłam, że wreszcie łatają dziury w naszym parkingu. W końcu, bo myślałam, że mieszkam na księżycu, a jadąc samochodem wyobrażałam sobie, że jestem w kosmicznej ekspedycji i sobie jadę eksplorerem jakimś albo czymś. Z nutką nostalgii patrzyłam na kratery, których już do następnej zimy nie zobaczę. Z zamyślenia wyrwały mnie gwizdy i okrzyki „Maniek! Rąbałbyś?” „Aż by wióry leciały!” „Ale kurwa dobra!” I inne takie. Nie pozostałam dłużna i odkrzyknęłam „Nie dla psa kiełbasa! Kultury trochę! Rąbać to by każdy chciał, a dziur drogowych to łatać nie ma komu! Znam żonę waszego szefa! Zaraz zadzwonię i powiem, jak to się pracuje!” Nikogo nie znam, ale udało się chyba podnieść ciśnienie :) Na chwilę zamilkli. Potem jeden do drugiego. „Wygadana, nie ma co zaczepiać. Nową ofiarę sobie zaraz znajdziemy!”

To jest fenomen drogowców. Że oni w swoim stadzie zachowują się jak banda napalonych knurów, które na widok jakiejkolwiek kobiety tracą zmysły. Ciekawe, czy taką kulturkę wynieśli z domu, czy na warsztatach w budowlance mieli przedmiot pt. „Jak robić z siebie debila na widok kobiet przy kładzeniu asfaltu.”. Zastanawiam, czy przy swoich dziewczynach/żonach też tak robią? Czy może należą do jakichś gildii i żyją bez seksu, co potem prowadzi do takich zachowań?

Byłam też z Mamą w sklepie, żeby kupić mi jakieś nowe ubrania, bo „mam za wąskie i wyglądam jak po młodszej siostrze.” Naprawdę szło dobrze. Do czasu, gdy prosto do przymierzalni wlazło mi jakieś babsko. Stałam właśnie w samych spodenkach i staniku, próbowałam włożyć bluzkę nie drapiąc poparzeń. I mało co zawału nie dostałam! Odsłoniła kotarę ukazując wszystkim moją groteskową opaleniznę. Rozdarłam się „A co mi tu pani?!” „Bo ja siostrę zgubiłam!” „To niech pani się zgłosi do zaginionych albo Rutkowskiego!” Próbowałam zasłaniać kotarę, żeby ukryć się przed zaciekawionymi spojrzeniami. A ta bezmyślna blondi odsłaniała. „Niech pani to puści! Nie potrafi pani zapytać kto w środku!” „Chciałam zobaczyć!” „Co chyba gołą dupę w czerwone ciapki!” Wszyscy faceci czekający na swoje kobiety gruchnęli śmiechem. Dopiero wtedy się opamiętała i sobie poszła.

Jaki z tego morał? Że dupo-gębie czerwone przysparza przygód. Niekoniecznie pożądanych. Przez to wszystko zrezygnowałam z wycieczki do casto. Węża prysznicowego kupię kiedy indziej.

Trzy ćwierci do śmierci

Chciałam dziś miło spędzić przedpołudnie na plaży. I spędziłam. Było zabójczo, bo dziś była ta najgorsza pogoda. Taka podstępna. Stopni 20 na termometrze, słońce w pełni, ani jednej chmurki na niebie i zimny wiatr. Taka pogoda zabija. Rozłożyliśmy sobie parawanik, kocyk i się wyłożyliśmy. Oczywiście byłam najbardziej blada na całej plaży. Gdybym była 15 kg grubsza, mogłabym uchodzić za turystkę z Anglii.

Posmarowałam się olejkiem z filtrem do opalania i modliłam się, aby słońce nie zaszło na widok mojej bladości i sadła. Nie zaszło. Naprawdę było miło. Szum fal, który relaksuje mój psychopatyczny umysł. Zaczęłam podsypiać i przestałam snuć wizje o powolnym uśmiercaniu „koleżanki” z zaopatrzenia. Wyciszyłam się. Pomyślałam sobie „make love not war”. Tak mi było miło! Wypróbowałam też nowe piwo z gatunku smakowych o niskiej zawartości alkoholu. Niestety nie jest w stanie zastąpić mojego ukochanego Redsiwa w żółtym, kwaśnym smaku… wycofanym z rynku kurwa mać!

Relaksowałam się tak z radością prawie trzy godziny. Pomyślałam, że to cudowny sen – mam wolny dzień i deszczem nie atakuje pogoda. Słońce też się nie schowało. Ono się nie schowało, bo postanowiło mnie do spółki z wiatrem załatwić. Zafundował mi takie dobre chłodzenie, że nie poczułam, jak spiekłam się niczym Austryjaczka na Majorce :/ Teraz siedzę i straszę.

Gębę mam czerwoną jak dupa pawiana. Napuchniętą jakbym piła wódę przez dwa tygodnie bez przerwy i to z gwinta na dodatek. Do tego telepie mnie na wszystkie strony. Raz mi zimno, raz gorąco. Mam czerwone strefy poparzeń chyba już drugiego albo trzeciego stopnia, bo mi się olejku nie chciało porządnie rozetrzeć. Słabo mi i w głowie mi się kręci. To jest udar słoneczny. Przeżywam to nie pierwszy i nie (zapewne) ostatni raz. Gdybym jednak przez najbliższe kilka dni nie zaśmieciła blogosfery wypocinami, powiadomcie odpowiednie służby, bo może moje zwłoki będą już gniły…

Pozdrawiam i życzę miłego weekendowania ;)

Plażowanie w Mielnie

Pojechaliśmy sobie w sobotę do Mielna. Najbliższa plaża od domu. Było jakoś grubo po piętnastej, jak dojechaliśmy na miejsce. Położyliśmy się i opalaliśmy się. Było idealnie. Wiał lekki wiaterek, nie potrzeba było parawanu, słońce fajnie grzało. Podobało mi się. Plaża jest jeszcze dość szeroka i nie ma hord turystów z Poznania, Bydgoszczy, Warszawy i Łodzi, więc można sobie poleżeć spokojnie.

To znaczy, tak mi się wydawało, że jeszcze jest spokojnie. Akurat zaczęłam przysypiać na słoneczku, a tam słyszę, że jakichś dwóch typków niedaleko nas łazi. Otworzyłam oko i spojrzałam w ich stronę. Podeszli do dziury w siatce odgradzającej wydmy od plaży i rozpoczęli dialog na poziomie. „Tyyyy… ale jestem najebany!!” „Nooo… ja też. A słońce jak nakurwia!” „W Mielnie jesteśmy, to świeci! Ja już nie dam rady iść dalej. Leję tutaj!” „Taaa… Nie jesteś taki kozak!” „Jestem!” I po chwili wytrzeszczyłam oczy, bo faktycznie opuścił majtki i odlał się centralnie na plaży. Nie wierzyłam. Potem było jeszcze grubiej. Podciągnął gacie i oznajmił „Wszystkie dupy na plaży na mnie patrzą!” Jasne, każdy w pobliżu spojrzał się siłą rzeczy na durnia, który publicznie oddawał mocz.

Jego kolega okazał się jego godnym towarzyszem. Chociaż nie, on był pijanym durniem. Potknął się o własne końcówki i wpadł prosto w świeżutkie szczyny swojego koleżki. Zanosząc się od śmiechu potoczyli się w stronę swojego legowiska. Okazało się, że leżą całkiem blisko nas. Zaintrygowana ich głupotą zerkałam sobie co jakiś czas, co tam wyczyniają ci erudyci. Wbiegali na siebie, kopali się z wyskoku najczęściej, wbiegali do wody wrzeszcząc na całe gardło. Ale najważniejsze, że ciągle wlewali w siebie browar. I co chwilę wymieniali złote myśli „Ale się najebałem!!” „Ja też!! W chuj się najebałem!” „Ja najbardziej. Już bardziej się nie da!” „Dobra skończ kocie z oklapłymi uszami! Idź wąchać siki!” I tak w kółko. W zasadzie to na plaży w Mielnie normalna gadka. W sezonie czasami trudno usłyszeć coś innego.

Gdy wychodziliśmy z plaży też ich napotkaliśmy. Zdziwiłam się, bo był z nimi ojciec jednego. Pijany w sztok ledwo powłóczył nogami. Cały był czerwony jak burak i szedł z opuszczoną głową. Gadali, że zjedzą obiad i pójdą się napić, a potem na imprezę. Takie typowe chamy i buraki. Szła z naprzeciwka dziewczyna. Zapytali jej czy idzie na balet wieczorem. Odpowiedziała, że tak, a wtedy oni do niej „My też, ale nie z tobą! Hahahaha!” Później cieszyli się, że jej „dołożyli tekstem”. Faktycznie.

W sumie to taki mieleński standard. Zaczynam się powoli zastanawiać, z czego to wynika, że tacy ludzie przyjeżdżają akurat do Mielna. Może nie tyle co „tacy ludzie”, a w takim celu, czyli najebać się w chuj i iść na balet. Nawet już na parkingu widzieliśmy gościa, który niósł sobie flaszkę i colę w reklamówce. Zataczał się, ale wrzeszczał, że idzie się zrobić jeszcze bardziej. Gdy byłam w liceum byłam zajarana jeżdżeniem na imprezy do Mielna. Czasem byłam tam kilka razy w tygodniu. Teraz mi się nie chce i jeżdżę coraz rzadziej. Na plażę też mi się nie chce w sezonie jechać. Tłok, nie ma gdzie ręcznika położyć. Wolę korzystać, gdy sezon nie jest w pełni. Poza tym, tam jest fajnie. Mi może to spowszedniało, bo mam to na co dzień. Zachęcam wszystkich do przyjazdu w celach plażowania, picia i melanżu. Tylko uważajcie, bo na dłuższą metę Mielno niszczy każdego!

Placebo

Gadałam w pracy cały czas o pierogach. Jakie są smaczne i super (ruskie). No i jaki znam kozacki przepis, a do niego patenty, żeby wyszły niepowtarzalne. Oczywiście, znam ten przepis i patenty, ale tylko w teorii, bo sama nigdy nie robiłam pierogów. Mam za małą kuchnię i nawet nie mam stolnicy ani wałka. Sama jestem jak ten wałek hahaha. Tak po prawdzie, to ja nie mam chęci, żeby uprawiać się z tymi pierogami sto lat. Najpierw ciasto, potem farsz… i cała niedziela zmarnowana. A potem jedzenie tych pierogów dwa tygodnie i wciskanie wszystkim na siłę, odsmażanie… eeee… szkoda lasu i atłasu.

Tak czy siak, moje wywody o ruskich pierogach, jakie powinny być, jak muszą smakować, wyglądać, pachnieć, stały się tak sławne, że wszyscy doszli do wniosku, że na bank te pierogi robiłam i to nie raz. Taaaa robiłam, ale z Babcią na zasadzie „podaj to”, „pomieszaj tamto”, „weź jeszcze pieprzu dosyp”. I stąd wiem, jak to powinno być. Ale żebym sama zrobiła, to raczej niemożliwe. Jednak wszyscy ogłosili mnie ekspertem od pierogów. Babki przychodziły pytać, jakie ziemniaki kupić, jakie jajka, jak cebulkę zesmażyć, itp. itd. I to żeby przychodziły takie lalki w moim wieku! Nie! Przychodziły kobiety, które mogły by być moimi matkami.

Porady okazały się podobno skuteczne. Zaczęły się regularne pytania, podziękowania i polecenia. Wszystkim wychodziło to na zdrowie, więc nie wyprowadzałam z błędu nikogo. Po co? Zresztą głupio by było powiedzieć „Wiecie co? Fajnie, że sobie wszystkie pichciłyście te pierogi, ale ja tak naprawdę nigdy żadnych samodzielnie nie zrobiłam!” Po co ludziom psuć nastrój. Nikt mnie nie spytał konkretnie, ile razy sama zrobiłam te pierogi, więc w zasadzie nikogo nie okłamałam. Sami sobie dopowiedzieli resztę. Ja tylko powiedziałam, że znam zajebisty przepis i parę patentów, a resztę doklecili sobie sami.

To były tylko niedomówienia. Dzika akcja wyszła, gdy przyniosłam do pracy pierogi. Ruskie. Tyle, że zakupione w tesco albo innej takiej padlinie. Wyglądały dość dobrze, skład też nie przypominał tablicy mendelejewa, widać było, że ręcznie robione. Byłam głodna jak kupowałam, więc przegięłam z ilością. I potem musiałam to dziadostwo żreć na siłę przez prawie tydzień. Z keczupem. Z musztardą. Z chrzanem. Z ćwikłą. Z sosem chilli. Ze wszystkim. Nawet podgrzane z serem żółtym. No wymiotować się chciało na sam widok!

Wzięłam je do pracy. Wszystkie. Pomyślałam, że może kogoś poczęstuję, jak będzie chciał. Nawet nie miałam zamiaru kłamać, że sama zrobiłam. Przyszła pora przerwy. Wyciągnęłam na talerzyk porcyjkę i bach do mikrofali! Zaraz rozszedł się zapach. Zlecieli się wszyscy. „Mmmm! Jak pięknie pachnie!” „Oooo! Chyba pierożki ruskie.” „Blondyna, a masz jeszcze na zbyciu?” Ku radości wielu osób miałam. Żeby to dla jednej osoby! Najadło się chyba z pięcioro delikwentów. Dałam pojemnik i powiedziałam, żeby sobie nakładali już do końca.

No i nakładali. A potem się zajadali. Znowu nikt nie zapytał, skąd mam. Faktycznie, dawały nawet radę te ruski, więc chyba stwierdzili, że to domowe. Przychodzili do mnie i mówili, że smaczne. Jeden kolega stwierdził, że on by trochę więcej pieprzu dosypał. Drugi powiedział, że może bym mu dała wskazówki robienia pierogów, a on mi zapłaci nawet, bo jego żona to nie umie takich robić. Wszyscy się zachwycali. Oczywiście nikt nie zapytał, czy kupne. W końcu zaczęło mnie to bawić i nic nie mówiłam.

Do teraz chce mi się śmiać, jak to sobie przypominam. Minęło kilka miesięcy i często słyszę pytania „kiedy znowu robisz pierogi?”. Wzruszam tylko ramionami i nic nie mówię. Swoją drogą ciekawe, że każdy taki znawca, a jak przychodzi co do czego, to nie odróżnią przysłowiowego gówna od twarogu. To jest właśnie efekt placebo ;)