Archiwa kategorii: Bez kategorii

Mięsko na zlotach

Skończył się sezon majówki, więc temat chyba akuratni. Od razu na samiutkim począteczku zaznaczę, że nie jestem częstą bywalczynią zlotów VW, BMW, itd. Dlatego w swoich ocenach mogę się mylić lub kogoś przypadkiem urazić. Jeśli tak się stanie to… strasznie mi z tego powodu wszystko jedno. Ostatnia wizyta na zlocie natchnęła mnie takimi, a nie innymi refleksjami. Otóż chodzi o kwestię mięsa, którego jest tam dużo, momentami, aż za wiele. I nie o kiełbasie z grilla myślę.

Czytaj dalej

Po pierwsze, po co ćwiczysz?

Przygód z różnymi formami aktywności fizycznej miałam już mnóstwo. Ale dopiero teraz odkryłam pewne oczywiste fakty. Może dla niektórych to jest jasne jak słońce, jednak dla mnie nie było- osoby szczupłej, której dobre wyniki przychodziły bez bólu. Dopiero przekroczenie bariery wieku 25+ i rozmiaru 36, pomogły mi przejrzeć na oczy. Po pierwsze, po co ćwiczę? Już nie dla efektów, tylko dla zdrowia i dlatego, że to lubię. Jeśli myśli się, że trzy-cztery godziny aerobiku/jogi w tygodniu to czas zmarnowany, to jak można czerpać z tego przyjemność mając jednocześnie świadomość straty czasu? Jak w ogóle aktywność fizyczna może być marnowaniem czasu?

Odkąd przestałam traktować zajęcia jako obowiązek, zaczęły sprawiać większą przyjemność. Fajnie jest mieć jakiś cel. Na przykład – chciałabym zmieścić się w swoje stare spodnie. OK. Tylko co, gdy już się zmieszczę? Przestanę ćwiczyć? Miałam już tak nie raz. Tylko, że po każdej przerwie przychodził moment, że się nie mieściłam. Szczerze, to w pewnym momencie powiedziałam sobie, że i tak w rozmiar 32 już nie wejdę nigdy, więc nie ma co się napinać. Zaczęłam ćwiczyć dla samego ćwiczenia. Paradoksalnie cała spina puściła i mam o wiele więcej przyjemności.

Technika i systematyczność są najważniejsze. Tej jesieni byłam po kolejnej przerwie i załamałam się na zajęciach. Co prawda, jazda na rowerze sprawiła, że wreszcie przestałam sapać jakby mnie ktoś dusił po trzech minutach zajęć, ale poza tym była totalna lipa. Na prawdę, ćwiczyłam najgorzej ze wszystkich. Zwykle, gdy coś mi nie wychodziło, to rezygnowałam z tego. Pomyślałam sobie, że koniec tego. Wymyśliłam sobie plan, że trzy razy w tygodniu to absolutne minimum. I co by się nie działo, zajęć nie omijam. Po trzech tygodniach wpadłam w rytm i teraz nie wyobrażam sobie, żeby nie chodzić.

Przeniosłam się też na przód sali. Dosłownie do pierwszego rzędu, gdzie zawsze ćwiczyły najlepsze dziewczyny. To był chyba najlepszy pomysł. Chyba w końcu przestałam się przejmować tym, że wszystko wychodzi mi raczej średnio. Skoro ćwiczę dla siebie, to nic mnie nie interesuje, co sobie inni o mnie myślą. Będąc z przodu w końcu nauczyłam się kroków. Nie mam już problemów z choreografią, która kiedyś była dla mnie koszmarem. Przy robieniu wszystkich ćwiczeń w tzw. parterze podpatrzyłam u instruktorek różne myki i przyjrzałam się technice. Teraz mogę nieskromnie stwierdzić, że jestem jedną z lepiej ćwiczących osób. Ale przyłożyłam się do tego. Postawiłam sobie cel, że do czerwca będę w stanie iść na sześciogodzinny maraton fitness i nie wyjechać nogami do przodu. No i zostałam pochwalona przez instruktorkę. I to nie jedną. „Bierzcie przykład z IB, jeszcze dwa miesiące temu największy mięczak, a teraz jedna z najlepszych w grupie.” Po takim komplemencie jeszcze bardziej chce się ćwiczyć.

Nie można osiągnąć efektów, gdy ćwiczy się pojedyncze partie mięśniowe – takie moje najnowsze odkrycie. Ciało człowieka nie składa się z np. tylko mięśni brzucha albo pośladków, dlatego trzeba trenować wszystko. Zawsze unikałam i oszukiwałam na pompkach. Nie mogłam też wejść w pozycję deski. Pomyślałam sobie, że to bez sensu i zaczęłam próbować. Z bólem i frustracją. W końcu zaczęło wychodzić. Paradoksalnie, gdy wzmocniłam mięśnie brzucha, po wcześniejszym polepszeniu techniki.

Postanowiłam sobie, że za około trzy tygodnie, ćwiczenia w parterze będę wykonywać z ciężarkami na kostkach u nóg. W pracy koleżanki śmieją się ze mnie, że chyba trenuję do olimpiady i mam jakiś sezon życia. Ale ja wiem, po co ćwiczę. Na pewno, nie do olimpiady i nie dla odchudzenia. Ćwiczę dla siebie. Odkąd tak do tego podeszłam, w głowie ułożył się sam sensowny plan treningów i małe cele w drodze do celu głównego – nie przestać nigdy ćwiczyć.

Tak późno odkryłam sport, zawsze wolałam gnić z tyłkiem przed kompem. W sporcie jest jedna najważniejsza rzecz – uczy systematyczności i zdyscyplinowania, bez potu nie ma efektów. To nie jest tak, że nie ma się predyspozycji. To jest tak, że jedni potrzebują dużo treningu, a inni mniej.

Żeby nie było – nie chcę udawać Chodakowskiej, bo tak naprawdę nie interesuje mnie ona w ogóle. Od niej dużo bardziej cenię sobie swoje instruktorki fitnessu, które mają długoletni staż i dają dobry wycisk. Kilka razy robiłam sobie jej ćwiczenia z YT i zmęczyły mnie mniej niż treningi w klubie, do którego chodzę. Po prostu chciałam podzielić się swoimi, pewnie niezbyt odkrywczymi, przemyśleniami z innymi. Może ktoś ma tak samo, jak ja kiedyś, że myśli sobie „jaka ja jestem beznadziejna, nogi mi się plączą, brzuch wyłazi ze spodni, po 5 minutach jestem czerwona i zasapana – nie nadaję się do tego, pewnie cała sala ma ze mnie zwałę”. Ze mnie miały dziewczyny polewkę. Jedna nawet mi powiedziała „co robisz tam z przodu, jak tak koślawo ćwiczysz?”. Powiedziałam jej, że „Zobaczysz za jakiś czas.” Teraz to ona ćwiczy koślawo w porównaniu do mnie. Teraz już się nie śmieją. Bo gdy ja twardo cisnę wszystko bez przerwy, one leżą na matach i opuszczają kolejki. Fajnie by było, gdyby ktoś tak samo zakompleksiony jak ja, przeczytał to i się przełamał, a potem zaparł w sobie i zaczął ćwiczyć. I powoli małymi kroczkami ruszył do przodu. Takie małe sukcesy, pozwalają uwierzyć w siebie i dodają pewności. „Trzeba sporo pracy, by z grona partaczy zasilić wymiataczy.”

Pompujcie, pompujcie :)

Nawet keep calm nie pomoże w starciu ze sprzedażą piramidalną

Ostatnimi czasy usilnie staram się tłamsić w sobie to, że pewna dziewczyna zwyczajnie mnie wkurwia. Bo mam mnóstwo wspomnień związanych z jej osobą, naprawdę pozytywnych. Jest spoko osobą, tylko mamy poglądy tak wspólne jak Kaczyński z Palikotem. Czasami jak podjarana jej coś opowiadam, to patrzy na mnie z miną jak moja matka, gdy w gimnazjum próbowałam jej tłumaczyć, że powinno się zalegalizować marihuanę. I najczęściej nasze rozmowy tak właśnie się kończą jak tamte – spiną. Więc gdy zadzwoniła do mnie, żebym poszła z nią na pokaz kosmetyków, nie odmówiłam.

Nie pasował mi termin, który zaproponowała (byłam w samym środku przygotowań do panieńskiego i dzień po nabyciu szacownej kózki, a słoneczko świeciło…). Postanowiłam jednak poprzekładać wszystkie plany i pójść z nią. Dlaczego? Bo pomyślałam, że to miło, że mnie gdzieś zaprasza. Pomyślałam też, że warto razem gdzieś się wybrać, żeby wzajemne stosunki się ociepliły. Poza tym myślałam, że ten pokaz to będzie coś na zasadzie wizażu i omawiania kosmetyków. Coś w stylu pokazów, które są robione w dużych sieciach drogerii i perfumerii.

Oczywiście, jak zawsze, wprowadziłam się sama w błąd. Tak to jest, że słyszymy to, co chcemy słyszeć. Poczłapałam się grzecznie na miejsce, w którym się umówiłyśmy. Zdziwiłam się, że przyjechał po nas jakiś facet, żeby nas zawieźć na miejsce. Niewiele się zastanawiając wsiadłam z nią do tego samochodu. Facet po czterdziestce, z wielkim srebrnym łańcuchem na szyi. W duchu zaczęłam się śmiać, że to będzie jakieś nieudane porwanie do rumuńskiego burdelu. Trochę się zaniepokoiłam, gdy minęliśmy zjazd do galerii, a potem powoli zaczęliśmy wyjeżdżać za miasto. Nieco pożałowałam, że nie wzięłam noża do filetowania ryb (wyobraźnia pracuje – co piątek/sobota przez wiele lat indoktrynowałam się horrorami i thrillerami). Miałam tylko długopis i klucze, czyli kiepską broń. Moje rozważania przerwał mi dojazd na miejsce. Pod domek jednorodzinny na końcu ulicy, gdzie nawet wrony dupami szczekają, a psy zwracają ;)

Byłam już mocno zdegustowana, bo miałam buty na obcasie, a do pętli autobusowej było ok. 20 min na piechotę po jakimś żwirze i piachu. Pan zaprowadził nas pod drzwi domu, który otworzyła normalnie wyglądająca kobieta. Jednak byłam nadal czujna, bo najgorsi psychopaci mają właśnie bardzo przeciętny look. Zaprowadziła nas do salonu. I wtedy przysłowiowy chuj mi opadł. Bez picu. Na środku stał stół z kosmetykami, a wszędzie były rozstawione krzesła. Siedziały na nich kobiety w wieku 45+. Niby nic złego w kobietach siedzących w salonie, jak kwoki na grzędzie, ale ja już czułam pismo nosem.

Usiadłyśmy sobie na swojej grzędzie. Po jakimś czasie zebrały się już wszystkie babki. Wtedy weszła „Jolcia” ustrojona jak na sylwestra w remizie. Czerwona balowa suknia, bolerko z cekinów, tapir na włosach i ciężki makijaż pod kamerę. Idealny design na wtorkowe, sierpniowe popołudnie. Gdy już przyjęła ochy i achy od zgromadzonych zaczęła opowiadać o bajecznych kosmetykach.

Cudowność tych kosmetyków była nie do ogarnięcia moim skromnym umysłem. Po pierwsze – jedne z najlepszych na świecie! Po drugie tylko z naturalnych składników (których skład nie był napisany na etykietach), kupowanych na specjalnym targu w Paryżu. Zaczęło mnie zastanawiać, jak to jest możliwe przy ogromnej sprzedaży na skalę światową (wg opowiadającej Jolci) w przypadku np. kremu nawilżającego na bazie róży pustynnej… Było mnóstwo innych niesamowitych cudów, jak puder wystarczający na dwa lata i utrzymujący idealny wygląd cery przez nawet 48 h. Niesamowite. Chyba można zaoszczędzić na wodzie :)

Jednak po pewnym czasie ten absurd zaczął mnie po prostu nudzić. Bo jak trzy razy ktoś Ci wciska ciemnotę, to można się pod nosem śmiać. Przy dziesiątym takim bzdecie zaczynasz po prostu rzygać przysłowiową tęczą. Mija jedna godzina, potem druga, a jakaś wypacykowana baba wpiera rzadki kit… Na dłuższą metę jest to zwyczajnie beznadziejne. Chętnie wstałabym i zabrałabym się to domu, ale droga mnie przerażała. Pewnie celowo wybrali taką daleką lokalizację, aby nikt nowy nie uciekł z krzykiem.

Patrzyłam za okno na piękną pogodę, myślałam o kozie zacumowanej w piwnicy i zalewała mnie ciecz będąca pomieszaniem krwi i żółci. Groteska tego wyjścia sięgnęła do zenitu, gdy Jolcia wyjęła najnowsze (tak! prosto z fabryki) pudry i kremy. Kwoki zatrzęsły się na swoich krzesłach. Wybałuszyły gały i wyciągnęły ręce. Czułam się mega dziwnie. To wyglądało okropnie. Kiedyś oglądałam program, w którym wolontariusz rozdawał narkomanom metadon. Zachowanie tych kobiet nie różniło się za wiele. Jak można dać się tak omotać i zaślepić? Płacić astronomiczne kwoty za zwykłe kosmetyki? Sprzedawane w tak dziwnym systemie?

Dobra, te baby to niech sobie kupują. Ale moja koleżanka? Po studiach? I zapisała się do tego syfu? Jej mąż także wykształcony… I dali się nabrać na wszystkie chwyty takiej sprzedaży. Rzekomą elitarność (tylko zapisani mogą kupić), luksus (trzecie na świecie), naturalne i jednocześnie rzadkie składniki wykorzystywane w produkcji masowej (wtf?), pozytywna opinia będącego na pokazie eksperta (tu lekarz dermatolog). Podręcznikowe sygnały ostrzegawcze  przed piramidą. Olała je. OK. Po co mnie w to próbuje wciągać? Mogła chociaż powiedzieć, że zabiera mnie na taki performance głupoty – Amway.

Światełka w tunelu raczej nie widać

Nie lubię pisać takich rzeczy. Ale miałam plany. Nawet co do postów. Chciałam napisać o swoich wakacjach w Amsterdamie. Już miałam wybrane fotki. Ale tego nie będzie.

Bo znowu to mnie napadło. Najpierw myślałam, że to tak jak co miesiąc, czyli przed okresem – ogólny kryzys, dół i marazm. Myślałam, że przejdzie. Nie przeszło. Jest coraz gorzej. Już nie nastąpiła radość i względne zadowolenie…  Ja się zwyczajnie boję. Boję się, że pewnego dnia zrobię to, o czym coraz częściej myślę. Nawet myślałam, jak to zrobię. Kiedyś zdarzało się to rzadko. Z cztery pięć razy w roku. Teraz myślę, o tym co dzień. Po kilka razy.

Co dzień płaczę. Z jakiejś takiej bezsilności. Wszystko mnie przygnębia. Nawet muzyka, którą lubię. Nic nie ma sensu i nic nie poprawia humoru. Nic mi się nie podoba. Tak jakby ktoś podmienił mi mózg. Sama siebie nie poznaję. Wszystko mnie denerwuje i dołuje. Każdemu źle życzę. Nigdy tak nie miałam. Cieszę się jak jest brzydka pogoda. Joga nie pomaga. Doprowadza mnie do płaczu. Pilates to samo.

Czuję się tak jakby z każdym dniem i każdym oddechem umierała mała cząstka mnie. Komórka po komórce. Z każdą chwilą znikam. Stara ja, wesoła optymistka. Pojawia się pozbawione jakiejkolwiek chęci życia pudełko, w którym już nic nie ma. I naprawdę nie wiem, co mam zrobić. Nie potrafię sobie pomóc. Wszystkie moje sposoby zawiodły.

Obserwacja

Taki żarcik na dzień dobry. Oczywiście w kwaśnym stylu ;)

Studentów medycyny I roku, profesor zabiera na zajęcia do prosektorium.
- Proszę Państwa, jeżeli chcecie zostać dobrymi lekarzami musicie zapamiętać dwie podstawowe
zasady w medycynie. Pierwsza brzmi: dla lekarza nie ma pojęcia obrzydzenie…
W tym momencie profesor zakłada rękawiczki, podchodzi do zwłok i wkłada palec do odbytu, wyciąga i …oblizuje.
- Proszę, teraz Państwo….
Studenci po kolei z różnokolorowymi twarzami podchodzą i powtarzają czynności, kilku nie dało rady i
odjechało „pośpiesznym do Wymiotkowa”, kiedy przeszła cała kolejka profesor kontynuuje wywód…
- Jak Państwo pamiętają powiedziałem, że są dwie podstawowe zasady, druga to dokładna obserwacja. Ja włożyłem palec serdeczny, a oblizałem środkowy…

Delikatna poprawa

A więc mili Państwo stwierdziłam, że jeszcze nie umrę. Znalazłam motywację do dalszej egzystencji. Jest tyle osób, które wkurwię dalszym poruszaniem się po tejże planecie, że sobie jeszcze pożyję. Zrobię im na złość. Doszłam też do wniosku, że należy ogarnąć swoje sprawy, skoro jeszcze się nie wybieram na tamtą stronę. Spisałam to wszystko na kartce. W zasadzie to mój facet spisał, gdy ja zawodziłam nad beznadziejnością swojej sytuacji. I tak np. od listopada mam nieważne badanie techniczne pojazdu. Jest dość nowy, sprawny i wspaniały, więc chyba moja podświadomość uważa, że takie badanie nie jest potrzebne. A czy w zasadzie jest? Skoro nawet, gdybym miała rzępolącego trupa, który dławi się i staje co pięć metrów, to i tak bym mogła mieć podbite badanie. Poszłabym do jakiegoś Gienka tudzież Józka i za flaszkę, bym temat załatwiła. A tak muszę wyłożyć stówę, żeby jakiś facet powiedział, że mój pojazd może jeździć.

No, ale niech im tam będzie. Zasilę lokalną gospodarkę. W końcu każdy wydatek to moja mała cegiełka w walce z kryzysem. Niech żyje konsumpcja! I tym hasłem się ostatnio podparłam. Wybrałam się na zakupy. Stwierdziłam, że skoro nie chce mi się żyć, to chociaż ładnie się ubiorę na te ostatnie dni. I tak w Bershce na wyprzedaży za niecałe 300 pln zakupiłam: kożuszek do pasa, płaszcz (to chyba jest trencz, what ever, w stylu lat 60), dwie pary spodni, dwie koszulki, jedną bluzkę, torebkę, apaszkę. I te zakupy poprawiły mi humor.

Potem doszłam do wniosku, że może czas zadbać o kondycję. Nieco to niespójne z moimi wcześniejszymi wizjami samobójczymi. Tak, czy siak wybrałam się na ten fitness i na inne tortury. I też mi się nastrój polepszył. Może jestem masochistką? Potem poszłam już tylko za ciosem i zrealizowałam receptę na okulary. Teraz wreszcie widzę, jak daleko są nadjeżdżające pojazdy. W ogóle więcej widzę. Co prawda kolory dalej słabo rozróżniam, ale kij tam z kolorami. Podstawowe znam :)

Odmieniona tym wszystkim z chęcią do życia na poziomie pięciu procent odnalazłam papiery od starego lapka (dwuletniego) i oddałam dziada do serwisu. Jak wróci to go puszczę na alledrogo. Potem szło tylko lepiej. Znalazłam umowę z funduszem emerytalnym i wreszcie zaktualizuję dane. Proszą mnie od około czterech lat. Myślę, że skoro są tak wytrwali, mogę im tę łaskę uczynić.

Dodatkowo poszłam w sobotę na piwo do znajomych. I dałam się wyciągnąć na imprezę. Było zajebiście. Co tu dużo mówić. Fajna muza, znajomi, których dawno nie widziałam. Odstresowałam się. Tylko na drugi dzień, śniły mi się jakieś dysze i króćce. Potem miałam bliskie spotkanie z kiblem. Tak się kończą imprezy z dawno niewidzianymi znajomymi. „No ze mną piwka nie wypijesz? No weeeeź. Postawię Ci.” „No dobra. Jak już tak nalegasz.” Słaba ze mnie zawodniczka do pijaństwa, dlatego zawsze umieram na drugi dzień.

Miałam też wizję wielkich mew ze sprężarkami zamiast głów. Nie pytajcie skąd to. Nie wiem! Tylko latają te mendy 12km w głąb lądu od linii brzegowej. Niedobrze, bo nie dość, że niszczą głowę po tym jak człowieka poniesie melanż, to jeszcze rozpiżdżają lokalny ekosystem. W naszym mieście było kiedyś mnóstwo wróbli. A teraz ich nie ma. Są MEWY. Pewnie zeżarły te biedne wróble. Jak mi te małe szaraczki za oknem śpiewały, to było miło. A teraz strach okno otworzyć. Drze się to jak poronione całe poranki. Do tego wyjadają suchą karmę, którą rzucam bezpańskim kotom. To mnie wkurwia najbardziej.

Jak więc widzicie, wracam do formy. Nawet byłam dziś u lekarza pierwszego kontaktu. Dał mi antybiotyk do smarowania na mojego parcha. I skierowanie na usg jamy brzusznej. I zupełnie niepotrzebne tabletki na refluks. Zastanawiam się, czy jest sens się truć. I leczyć na coś, co mi nie dolega. Rozważałam wybranie się do psychologa. Postanowiłam wstrzymać się i oszczędzić jego/jej psychikę. Swój mrok wewnętrzny i obłęd zachowam na razie dla siebie.

Wracam do świata żywych :)

Nie było, a jest

Już myślałam, że ze mną wszystko OK. A jednak nie OK. Wróciłam do stanu sprzed roku. Kompletna depresja. Chciałabym coś napisać na blogu, a nie mogę się w sobie zebrać. Chce mi się tylko siedzieć i płakać. A najchętniej spać. Co rano toczę ze sobą walkę, żeby w ogóle wyleźć z łóżka. Wbijam sobie do głowy, że jednak warto, bo jak nie wyjdę, to będzie jeszcze gorzej. I tylko z obaw przed konsekwencjami wychodzę. Czas przecieka mi przez palce i jestem wiecznie zmęczona. Jeszcze dobrze oczu nie otworzę, a już myślę o tym, żeby iść spać!

Pogrążyłam się w jakimś dołku rezygnacji. Mimo wszelkich starań – tyję dalej. Już chyba nie ma co się łudzić, że w swoją starą garderobę zmieszczę dupsko. Lepiej wydać te ubrania biednym dzieciom – dorosła kobieta raczej się w ten rozmiar 32/34 nie zmieści. Przez dłuższy czas bałam się, że mam guza wątroby. Kiedyś na badaniu USG lekarz przypadkiem wychwycił torbiele. Ale zapewnił mnie, że 3/4 dorosłej populacji takowe posiada i nie są niczym strasznym. No więc się nie martwiłam. Do swego ostatniego badania u lekarza rodzinnego. Miętolił mi brzuch i nagle w okolicach wątroby się zatrzymał. Orzekł, że niedobrze, bo mocno napuchnięta.

I wtedy zaczęłam się zastanawiać nad sobą. Ciągle czuję gorycz w ustach, której nie sposób niczym zagryźć. Język mam żółty, a nie palę. Myślałam, że to od herbaty. No i boli mnie we wskazanym przez lekarza miejscu. A jak z tych torbieli wyrosło nagle jakieś niewiadomo co? Przecież walą do tego żarcia teraz jakieś chemiczne ulepszacze, spulchniacze, zagęstniki, antyzbrylacze i chuj znajet co jeszcze. Równie dobrze można się nażreć nawozu i wyjdzie na to samo. Jak ta biedna wątroba ma to wszystko przerobić? Nic dziwnego, że w wieku lat niecałych trzydziestu wysiada.

Ostatnio pogorszyło mi się nawet tak, że jak rano wstawałam to już mnie bolała wątroba… Nic miłego. I tak się męczę w nieświadomości, a do lekarza zwyczajnie boję się iść.

Do tego mój dołek psychiczny sięgnął tych rozmiarów, że nawet zaniechałam chodzenia na fitness. Co prawda przez tydzień, ale zawsze. Nawet nie odwiedzam blogów, które lubię, bo nie chce mi się lapka włączać.

Mam nadzieję, że uda mi się z tego wygrzebać i wrócić do świata żywych. Bo teraz autentycznie nie chce mi się żyć i nie widzę sensu w czymkolwiek.

Dół dna

Dawno już tak kiepsko nie było. Czuję się tak podle i źle, że piszę ten wpis tylko po to, aby uporządkować jakoś myśli. Generalnie nie ma czego porządkować. Ostatnio bywam tak zmęczona, że nie mam siły iść do łazienki i ogarnąć się do spania. Tak więc siedzę i oglądam sobie tv albo neta przez dwie lub trzy godziny. I myślę sobie „muszę zaraz wstać z tej kanapy”. I sobie kurwa nie wyobrażam dalszego życia w tym pięknym kraju. Bo skoro będąc w kwiecie wieku, nie mam już sił na nic, to jak ja mam dożyć emerytury?! I jak ja mam się w ogóle nie załamać? Przychodzę z pracy i mam tak wyeksploatowany mózg, że nie wiem jak mój kot się nazywa. To jak jeszcze ogarnąć coś w chacie i ogarnąć siebie? Jak tak dociągnąć do trzydziestki? Bo o czterdziestce nie myślę.

Jakby tego było mało, wlazły na moją fizyczność plagi wszelakie. A więc uczulenie. Podobno pokarmowe. Pokryłam się egzemą na całych rękach i nogach. Strasznie to to swędzi i rozplenia się w tempie wykładniczym. Nie mogę ze sobą nic zrobić. Boję się nogi ogolić, bo jeszcze rozniosę to dalej, na te miejsca gdzie samo nie dotarło. Dobrze, że to nie lato, bo ludzie by myśleli, że małpa z zoo uciekła. Na jodze też cisnę ubrana w długi rękaw i pocę się jak głupek. Ale to wynika z mojego dobrego serca. Nie chcę ludzi tym wykwitem straszyć. Taka jestem dbała o wrażenia estetyczne współćwiczących! Do tego chciała mnie rozłożyć grypa, ale się nie dałam. No i doszedł kolejny produkt, po którego zjedzeniu nie mogę oddychać…. Do tej pory mogłam podduszać się słodzikiem. Teraz jeszcze serek typu feta/bałkańskiego.

Ponarzekałabym z chęcią jeszcze, ale kończę. Bo muszę się pod kolanami podrapać. Poza tym nie chcę na raz wyczerpać wszystkich tematów, na które mogłabym poujadać. Pozdrawiam i życzę wszystkim spokoju i nie wchodzenia w stan umysłowego zombie, jak ja :)

Głosujcie! Wpiszcie E00415 i wyślijcie sms na nr 7122 (1,23zł z VAT)

Dawno mnie tu nie było. Na nic nie mam czasu. Teraz także piszę notkę w locie. Mój blog nie jest godzien wysyłania smsów na niego. JEST ZA TO COŚ, CO WAM POLECAM KARMELKOVA.BLOG.PL

Reszta jak w tytule :) Jak minął Wam tydzień? U mnie wariacko i szybko… Mam nadzieję, że uda mi się niedługo wreszcie coś nasmarować.

Pozdrawiam i życzę miłego weekendu!!

bubu

Bubu bez oczka szuka domu – pomóżcie go znaleźć

Dzisiaj tak szybciutko. Przypadkiem trafiłam wczoraj na to na FB i bardzo mnie to wzruszyło. Nie będę ściemniać, pobeczałam się po przeczytaniu tego. Smutne i tragiczne. Nie rozumiem niektórych ludzi. Może jakiś kociarz na to trafi. Śliczny koteczek. Do takich biało czarnych mam szczególny sentyment. Opis poniżej, zdjęcie kocurka i do tego link.

Bubu to około półroczny wykastrowany kocurek, którego zabraliśmy z jednego z zakładów pracy. Bubu był tam atrakcja, nie ma nic bardziej zabawnego niż kot, który chcąc wyjść wali głową w ścianę. Bubu początkowo bardzo się bał, teraz jednak okazał się ogromnym pieszczochem, który uwielbia głaskanie po brzuszku. Bubu bez problemu trafia do kuwety i do miseczki z jedzonkiem. Kot poznaje mieszkanie, uczy się jak skakać z tapczanu na podłogę. Wychodzi mu to coraz lepiej, jednak czasem trzeba go asekurować. Nie widzi na oba oczka. Na pewno potrzebuje przynajmniej na początku więcej uwagi niż kot, który widzi. Czy znajdzie się ktoś kto pokocha kota, który widzi sercem?
Kot znajduje się w domu tymczasowym w Tarnowskich Górach, jest pod opieką Fundacji Pomocy Zwierzętom Bezdomnym „Szara Przystań”.
Bubu jest zaszczepiony i wykastrowany. Jest przyjacielski w stosunku do innych kotów.
Kontakt w sprawie adopcji: tel. 514-413-521 lub e-mail: kotkibaziowe@gmail.com

Bubu

Więcej informacji na stronie -  https://www.facebook.com/JaPaczeSercem

 

Pozdrawiam i życzę miłego wieczoru. Oraz żebyście w te mrozy okazali serce bezdomnym zwierzakom!!

Co można zaobserwować na L-4

No to dzisiaj jadę z grubej rury. Na początek cytuję klasyka „Jak żyć?!” Takie mam ostatnio przemyślenia. Dlaczego? Bo jestem na L-4. A wtedy mam nadmiar czasu. Wszystko co mam do zrobienia, zdążę zrobić. Obiadek ugotuję. Nawet coś posprzątam. Piszę swoją powieść. No żyć, nie umierać. Przychodzi mój facet jemy sobie razem obiadek… Człowiek wypoczęty, zrelaksowany, wyspany. Tak bym mogła co dzień. Jeszcze byłoby mnóstwo czasu, żeby o siebie zadbać. Zrobić sobie pazurki, iść do fryzjera, strzelić mejkap dokładnie, a nie na szybko jak co rano.

Normalnie byłabym wtedy jak te wszystkie zadbane laseczki, które mają bogatych mężów i nie muszą pracować. Tak jak jedna moja znajoma z podstawówki. Chodziłyśmy razem do klasy, ale nie kumplowałyśmy się zbytnio. Potem poszłyśmy do innych gimnazjów i nasze drogi się rozeszły. Spotkałam ją dopiero na studiach, gdy pracowałam w popularnej sieci fast food. „Ooo! Cześć! Co tam u ciebie?” „Hej. Spoko. Studiuję i pracuję przez wakacje tutaj.” „A co studiujesz? Bo ja studiowałam trochę kosmetologię, ale przestałam, bo mi się nie chciało.” Powiedziałam, co studiowałam. Musiałam wyjaśnić, na czym to polega. „Ojej! To strasznie trudne. Że też chce ci się. I jeszcze tutaj pracujesz. Przecież to trochę wstyd podawać hamburgery.” „Czy ja wiem? Wstyd to chyba stać przy drodze i czekać, aż jakiś napalony kierowca się zatrzyma.” „Hahaha! No, ale wiesz? Współczuję Ci bardzo. Ciężkie masz życie. Jesteś na jakichś dziwnych studiach, pracujesz w hamburgerach…” „Nie patrzyłam na to w ten sposób.” „A widzisz, ja się ustawiłam. Mam bogatego męża. Co dzień mam, ile kasy chcę na swoje wydatki i nie muszę się męczyć jak Ty.” Wtedy pomyślałam sobie, że ciekawe ma koleżanka podejście do życia. Nic nie robić, tylko doić bogatego faceta z kasy. W pewnym sensie frajera, bo biedak nie widzi, że jest tylko i wyłącznie bankomatem do zaspokajania potrzeb swojej kobiety. Jeszcze wyszła za niego za mąż, aby przypadkiem źródełko sponsoringu nie uschło.

Stwierdziłam, że ja nie chciałabym być taki pasożytem liczącym na łaskę i niełaskę męża. Lepiej mieć mniej, ale swoich pieniędzy, uczciwie zarobionych. Teraz widzę, że suma sumarum koleżanka wychodzi na swojej legalnej formie prostytucji dużo lepiej niż ja. Nie wstaje na komendę, nie stresuje się w pracy, nie użera się z nikim i pewnie nigdy nie jest zmęczona. Za to zawsze zadbana i pachnąca… Tak myślałam w pierwszym dniu zwolnienia lekarskiego. W drugim zaczęłam się już nieco nudzić. Na trzeci dzień odechciało mi się siedzieć w domu i czekać nie wiadomo na co. Zupełnie bez sensu. W ciągu dnia zrobi się tyle samo, co jakby się było w pracy. A wolny czas się dłuży i dłuży. Ileż to można te paznokcie malować?

Co więcej, nie mając po południu już kompletnie nic swojego do roboty, zaobserwowałam coś, czego wcześniej nie miałam czasu zauważyć. Po pracy przychodziłam do domu, ucinałam sobie drzemkę, a potem brałam się za obiad. Przed siedemnastą wracał mój facet i jedliśmy razem. Potem robiłam różne rzeczy. A to pranie, prasowanie, blogowanie, joga, fitness, spotkanie z koleżankami… A teraz zjadaliśmy obiad razem. Po zjedzeniu mój mężczyzna siada do komputera i sprawdza. Demotywatory, Facebook, Wykop, WP, Onet, Joemonster… Długo by jeszcze wymieniać. Albo zajmuje się swoimi tematami. Naiwnie myślałam, że zjemy obiad i porobimy coś razem. Tylko dlatego, że ja mam nadmiar wolnego czasu. A on zajęty swoimi sprawami. No tak. Wcześniej tego nie zauważałam, bo też byłam zajęta.

Naszła mnie z tej okazji taka oto konkluzja – lepiej pracować i mieć swoje życie. Opieranie swojej egzystencji w zupełności na drugiej osobie musi być strasznie nudne. Nie ważne, czy to w kwestiach finansowych, czy wspólnego spędzania czasu. Kiedyś ta druga osoba może się zniechęcić. Jeżeli związek był z miłości, to prawdopodobnie obie strony będą próbowały o niego walczyć. A jak tylko dla pieniędzy, to „bankomat” może się ocknąć i olać temat. Także po raz kolejny stwierdzam, że moje życie nie jest takie złe i że koleżanka nie miała racji. To raczej ja jej współczuję. W zasadzie współczujemy sobie nawzajem. Ja jej tego, że musi liczyć na łaskę pana, a ona mi że mam dużo mniej czasu dla siebie. Każdy kij ma dwa końce.

Wszystko przez Hobbita i pieczone banany

Pfyyy! O tyle mam dziś do powiedzenia. Wszystko mnie strasznie wpienia. Nie, nie zbliża mi się okres. Chyba taka jestem, że cyklicznie muszę bredzić, marudzić i pomstować. Chciałam dziś napisać, jaka to we mnie przemiana zaszła. Że niby już nie jestem tak sfiksowana, jak rok temu i kładę lachę na wszystko wiodąc żywot zacny i spokojny. Bo jak człowiek jest wyluzowany i nie spina zbytnio żelka, to mu jakoś łatwiej wszystko idzie. A i owszem. Ostatnimi czasy wcale się nie denerwuję pracą. Będzie, co ma być. W końcu pracuje się by żyć, a nie żyje by pracować. No, ale jakbym nie narzekała na nic, to czytelnik wchodzący na mojego bloga, na bank myślałby, że gdzieś zbłądził. Tak miło i wesoło, ociekające lukrem wpisy. Jeszcze tylko słitfoci brakuje z dziubkiem.

A tu zonk. Dziś się zeźliłam mili państwo. A wczoraj utknęłam w refleksyjno-marzycielskim szambie. Mieszanka wybuchowa i niebezpieczna. I to tylko dlatego, że wybrałam się na Hobbita. Uwielbiam fantasy, więc nie mogłam się doczekać tego wyjścia. Nawet byłam przezorna i mało piłam z rańca, żeby do kibla nie ganiać na filmie. Opłaciło się. Cały film obejrzałam. Z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że to najlepszy film, na jakim byłam w ciągu ostatnich kilku lat. Jeśli chodzi o efekty 3D sądzę, że osławiony Avatar wymięka w przedbiegach. Fabuła – ekstra. Do gry aktorskiej też nie mogę się przyczepić. Nie czytałam wcześniej książki, więc nie miałam wrażenia, że ktoś podeptał jedyną słuszną wizję ekranizacji, czyli moją. Oczywiście znajdą się ludzie, którzy powiedzą, że w tym filmie idą, idą, idą… i idą. No a co mają robić w filmie fantasy? Jechać, jechać, jechać jak w Fast & Furious?

To jest taka opowieść, która pokazuje, że ważny jest nie tylko cel podróży, ale ona sama. Nie zawsze daje się iść wytyczonym na początku szlakiem. Trzeba z niego zboczyć, trochę zbłądzić i wpaść w mnóstwo tarapatów. Dzięki temu wszyscy integrują się ze sobą, zaprzyjaźniają i potrafią zaryzykować swoje życie, by pomóc przyjaciołom. Tu nie chodzi o to, że Bilbo, Gandalf i krasnoludy IDĄ. Tu chodzi o to, w jakiej sprawie idą i że zawsze stają po stronie dobra. Wiem, że zawijam na okrętkę, ale nie chcę zdradzać fabuły, gdyby jednak ktoś zamarzył obejrzeć ten film. A warto. Jak dla mnie to jeden z takich, które zabrały mi kawałek duszy. Takie dziwne uczucie, kiedy pokazują się napisy, a ja myślę sobie „No nie! To już?” I cały dzień jestem myślami gdzieś indziej. Tak jakby ktoś zabrał kawałek mnie i włożył do tamtego świata w Śródziemiu. Aż nie chce się być tu i teraz, tylko tam i wtedy. Ostatni raz miałam coś takiego, gdy przeczytałam „Ziemie jałowe” z sagi Mroczna Wieża S. Kinga. A wcześniej po „Eragonie”.

Uwielbiam w tych historiach to, że zwykły, szary człowieczek, taki jak ja i setki tysięcy innych, nagle staje w obliczu czegoś, o czym nie może powiedzieć swoim znajomym. Ba! Nikomu! Raz, że mu nie uwierzą, dwa, że lepiej dla nich jak nie wiedzą. I taki zwyklak rusza nagle w nieznane, doświadczając przygód, o jakich nawet nie marzył. Spotyka na swojej drodze istoty, zjawiska, których istnienia nie podejrzewał. Całe dzieciństwo marzyłam, że nagle znajdę jakiś magiczny artefakt, za pomocą którego będę mogła się przenieść do innej magicznej krainy. Szukałam też specjalnych drzwi, które tylko ja będę mogła otworzyć. To samo tyczy się portali. Oprócz książek, gier (ukochane Diablo II) i filmów nie ma niczego, co daje taką możliwość… I to jest strasznie smutne. Chciałabym wierzyć (tak jak kiedyś), że to wszystko możliwe. Chciałabym, aby pewnego dnia przyszedł do mnie taki Gandalf z fajkowym zielem i wyruszyć w taką misję. Z tego wszystkiego najmniejszym problemem jest fajkowe ziele. A reszta… cóż. Mogę gdzieś w głębi duszy wkręcać sobie, że może jednak, kiedyś? Taa… pewnie w psychiatryku ;) Jeśli ktoś chce obudzić w sobie tzw. wewnętrzne dziecko – polecam ten film. Z góry ostrzegam, że konfrontacja z bolesną ZWYKŁĄ I NIEMAGICZNĄ rzeczywistością jest równie przyjemna jak upadek tyłkiem na lód.

No i jeszcze jedno. Jestem niemożliwie leniwa. Więc jak coś robię, to chcę, żeby było zajebiście. I tak np. jest z gotowaniem. Nie potrzebuję książek kucharskich, żeby zrobić potrawy, które już jadłam. Schab w sosie kurkowym? Golonka? Łosoś zapiekany z papryką i sosem śmietanowo-koperkowym? Żaden problem. Jedyne czego nie umiem to ciasta. Mogę skutecznie schrzanić nawet takie z paczki… Ale nie o tym. Miało być o moich talentach kucharskich. Jestem już na tym levelu, że gardzę tajemniczymi miksturami z paczki pt. „Pomysł na”. Kupa. Dosłownie. Tylko brzuch po tych szczypie i odbija się ogniem piekielnym. Łatwiej i taniej zrobić samemu. Tak więc postanowiłam dziś swojemu mężczyźnie odstawić kozacki obiad w postaci wyżej rzeczonego łososia. I nawet się szarpnęłam na deser w postaci pieczonych bananów z czekoladą i lodami waniliowymi. A ta bezczelna gadzina najadła się i zawinęła zadek do kumpla! Wrrr… Gandalfie, gdzie jesteś?! Posiadam doskonałe umiejętności nekromanty i czarodziejki. Umiem zabijać różne stworzenia magiczne i niemagiczne. Radzę sobie dobrze w rozpoznawaniu żywiołów przeciwnika. Sporządzam zajebiste trucizny w postaci karpatki. Myślę, że dałabym radę upichcić nawet starego goblina… W drużynie pierścienia będę jak znalazł. I’m waiting!

Bydgoscy lansiarze. Popieram antyfunpage!

Z nieukrywaną radością przeczytałam dziś o założycielu stronki, na której wszyscy jadą po lansiarzach z pewnego bydgoskiego LO nr 1. Wspomnienia stanęły mi przed oczami, jak żywe. Też chodziłam do LO nr 1. Tyle, że w innym mieście. Też było niby najlepsze wg jakiegoś tam kryterium. I też lansiarzy tam nie brakowało. Można by nawet wyróżnić kilka ich grupek. Najbardziej biło mnie po oczach i mózgu wszechogarniające poczucie wyższości nad resztą, czyli tymi, którzy do innych szkół uczęszczali. Najgorzej, jak były to zawodówki… Mój blond móżdżek nie był w stanie ogarnąć, jak otrzymanie legitymacji z magiczną pieczątką potrafiło dodać punktów w samoocenie. Nagle z szarej myszki ktoś stawał się elitarnym uczniem elitarnej szkoły. Ciekawe czy równie elitarnie załatwiał swoje potrzeby na sedesie?

Wiecznie obkuci, wyryci na pamięć pseudonaukowcy, szczycący się czytaniem encyklopedii do kolacji i nauką do olimpiady za dwa lata… To byłby jakby pierwszy podgatunek lansu z jakim spotkałam się w swoim elitarnym LO. Drugi to były prawie wszystkie dzieci naszych miejskich lekarzy, ortodontów, dentystów, prawników i przedsiębiorców oraz innych gwiazd naszego miasteczka. Ci byli lepsi od innych niekoniecznie w nauce. Oni mieli najnowsze ciuchy, telefony, co zimę jeździli na narty w Alpy, a co lato to jakieś fajne wyjazdy tu i tam. No i tym się lansowali. Z biedniejszymi raczej się nie zadawali.

Kim byłam ja? Osobą, która poszła do elitarnej szkoły raczej z przymusu. Dostałam się, więc musiałam tam iść – taka presja rodziny, żeby dobrą szkołę skończyć. Skutkowało to tym, że więcej mnie tam nie było, niż byłam. Bo jak byłam to słuchałam wywodów grona pedagogicznego, jacy powinniśmy być szczęśliwi, że się do owej szkoły dostaliśmy. Jakby łaska niebiańska na nas spłynęła. Jednocześnie słuchałam, jacy to w zawodówkach i technikach są niedouczeni bezwartościowi przyszli robole. Wspaniały przykład oświaty na poziomie. Tylko jakim? Nauczyciele, którzy zamiast zacierać podziały, pogłębiali stereotypy? Porażka.

Autor stronki piętnującej równych i równiejszych ma moje pełne poparcie. Co prawda sypią się na niego gromy, że wszczyna nienawiść w sieci. Na moje niczego nie wszczyna. Założył stronę, niczyich danych osobowych nie ujawnił, nikogo nawet nie obraził. Zwyczajnie sprowokował. Gdyby elitarna i tak światła młodzież, za jaką się uważają, faktycznie taka była nie dałaby się sprowokować. Byliby ponad tym i nie odpowiedzieliby na zaczepkę. Zadziałał tu prosty mechanizm znany od wieków pt. uderz w stół a nożyce same się odezwą. Śmieszy mnie natomiast fakt, że ociera się to już o prokuraturę… Nikt przecież nie został znieważony, oczerniony, bądź pomówiony z imienia i nazwiska…

Gdy czytam wszystkie doniesienia na temat tego całego antyfunpage’a, jak żywe stają mi obrazy z mojej szkoły. Nie twierdzę, że wszyscy byli do d**y, ale sporej części przydałby się wtedy taki kubeł zimnej wody na głowę. Spotkałam tam wielu wartościowych i fajnych ludzi, którym też nie odpowiadało zachowanie pewnych osób. Obnażanie pewnych zachowań i wystawianie ich na światło dzienne nie jest niczym złym. Także wielkie brawa dla autora! Nie daj się i ciśnij ich tam dalej. Skoro dali się wkręcić, mają coś na sumieniu!

Autor tej stronki wykazał się moim zdaniem dużą odwagą. Rodzice uczniów, których sprowokował, są tzw. „szychami” w mieście, a szkoła jest uznawana za elitarną. Z tego tytułu zapewne wiele osób w mieście liczy się z opinią ciała pedagogicznego i dyrekcji tej szkoły. To samo pewnie tyczy się „ustawionych” rodziców. Mimo to chłopak odważył się pokazać i ośmieszyć pewne zdjęcia w sieci. Wyśmiał też pewne postawy. Zrobił to nie anonimowo, a z imienia i nazwiska na FB. Każdy mógł to zobaczyć. Zapewne liczył się z tym, że nie będzie łatwo. A jednak zrobił tę stronkę i nie zamierza przepraszać, ani jej usunąć…