Zwierzę to nie prezent

Kiedyś zdarzyło mi się być z kotem u weterynarza w sylwestra rano. Byłam wtedy w szoku, bo przede mną było bardzo dużo ludzi ze zwierzętami. W większości były to szczeniaki i kociaki. Jedna pani znalazła na swojej posesji małego szczeniaka, który wyjadał jej bigos z garnka. Było to 29-go grudnia. Wzięła go do domu. Na drugi dzień zaczął puchnąć mu brzuch. Okazało się po prześwietleniu, że z głodu najadł się jakichś dziwnych rzeczy znalezionych przy śmietnikach. Na szyi miał jeszcze czerwoną kokardkę, gdy do niej trafił. Czytaj dalej

Próby wymuszeń

Dziś tak na szybko. O próbach wymuszeń. W pracy starej takowe mnie spotkały. Najpierw, gdy położyłam na stół swojego bezpośredniego przełożonego wypowiedzenie. Pomijam, że mi groził niepodpisaniem dokumentu i rozstaniem w niesmaku, a także powiadomieniem nowego pracodawcy o tym, jak odchodzę. Po kilku dniach zapytał się mnie, czy może zostanę na dłużej z nimi. A czy ja dostałam jakąś inną ofertę niż zastraszanie? Czytaj dalej

PrzeTRWAM walkę z radyjkiem babci

Ostatnio udało mi się wygrać walkę z radiową obsesją pani starszej z mojej klatki. Słyszałam wyraźnie, że oto nadaje u niej nadobna rozgłośnia z Torunia. Jak ktoś się modli to ok, ale godziny tej audycji delikatnie mówiąc denerwowały mnie – co dzień od 00.00 do 04.00 w nocy. Jak w zegarku. I w akompaniamencie głos staruszki wyjącej trzęsącym się głosem. Świetnie. Wstań sobie o 6.00 rano i idź do pracy. Gwarantuję, że po pewnym czasie zaczyna się chodzić bokiem. Co ciekawe, gdy miałam zwolnienia zauważyłam, że w dzień pani starsza nie słucha. Tylko w nocy. Wtedy, kiedy ludzie w wieku produkcyjnym chcieliby się wyspać.

Jednego razu nie pomogła nawet poduszka na głowie. Wkurzona, ubrałam się i pomaszerowałam do słuchaczki. Waliłam w drzwi tak długo, aż otworzyła. To była któraś z rzędu nieprzespana noc. Miałam zwyczajnie dość. Wystawiła nosa i wtedy przemówiłam „Dzień dobry. Proszę ściszyć radio, bo nie da się spać.” „Ale ja teraz chcę słuchać audycji.” „Można słuchać ciszej…” Syknęłam, bo już zaczynałam się gotować. „To takie piękne, że lepiej głośniej słuchać.” „Proszę ściszyć.” Otworzyła usta, żeby coś powiedzieć, a wtedy wycedziłam lodowato „To ja pracuję na pani emeryturę i to z moich składek wypłacają pani, więc proszę to dziadostwo ściszyć, bo jutro idę do pracy!” Obróciłam się na pięcie i poszłam do domu. Ściszyła. Byłam z siebie zadowolona.

Tylko, że kolejnej nocy znów było głośno… Punktualnie o północy włączyła radio i zaczęła te swoje godzinki. Więc ja znowu do niej. Tym razem mi nie otworzyła, tylko zrobiła jeszcze głośniej. Pomyślałam sobie, że jak chce wojny to proszę bardzo. Po nocach słucha, a w dzień, gdy w bloku cisza i wszyscy śpią, sama się wysypia. Zamieniła dzień z nocą, to zaserwuję jej pigułkę na niespanie. Rano włączyłam muzykę na cały regulator, ustawiłam czasowy wyłącznik i poszłam do pracy.

Nie ukrywam, że byłam zadowolona ze swojej złośliwości. Pomyślałam sobie – chcesz się wyspać wredna babo? To zobacz jak się śpi, jak ktoś ci hałasuje. I tej nocy było faktycznie cicho. Na drugi dzień odebrałam telefon ze spółdzielni. Od razu wiedziałam o co chodzi – prukwa się poskarżyła. „Bo chodzi o to, że pani zakłóca ciszę.” „Jaką ciszę?” „Bardzo głośno pani puszcza muzykę.” „Niby kiedy?” „W godzinach takich siódma rano i do jedenastej. Mniej więcej tak.” „Wie pani co? Po pierwsze, to w tych godzinach nie obowiązuje cisza nocna, więc niczego nie zakłócam. A po drugie, to raczej nie możliwe, bo ja jestem wtedy w pracy. Głupio by było, żebym puszczała muzykę do pustego mieszkania. Zwyczajnie szkoda by mi było pieniędzy. Przecież za ten prąd musiałabym zapłacić.” Cisza. Konsternacja. „Yyyy… A pani **** wczoraj dzwoniła i mówiła, że to u pani.” „Ja pani jeszcze raz mówię, że to nie ja. Czy pani włącza muzykę wychodząc z domu?” „No nie…” „No właśnie! Może to tamtą panią warto by się zainteresować, skoro jej się wydaje, że słyszy muzykę w pustym mieszkaniu… Poza tym to myślę, że to zemsta.” „Zemsta? Za co?” „Za to, że niejednokrotnie ją upominałam za zakłócanie ciszy nocnej. Bardzo głośno słucha radia w nocy. Zagroziłam jej ostatnio, że jeszcze raz i zgłoszę sprawę na policję. A ona zadzwoniła do was. Ale to podłe…” Pani przeprosiła i powiedziała, że sprawą się zajmie.

Nakłamałam. Mój długi nos urósł jeszcze bardziej. Strasznie mi nieprzykro. Chciałam się dogadać po względnej dobroci. Nie zadzwoniłam od razu na policję. To postanowiła walczyć z taką oazą pokoju i empatii jak ja. No to dostała za swoje. A jeszcze raz włączy w nocy toruńskie radyjko, to zadzwonię do niebieskich stróżów prawa. Nie ma lekko.

Po pierwsze, po co ćwiczysz?

Przygód z różnymi formami aktywności fizycznej miałam już mnóstwo. Ale dopiero teraz odkryłam pewne oczywiste fakty. Może dla niektórych to jest jasne jak słońce, jednak dla mnie nie było- osoby szczupłej, której dobre wyniki przychodziły bez bólu. Dopiero przekroczenie bariery wieku 25+ i rozmiaru 36, pomogły mi przejrzeć na oczy. Po pierwsze, po co ćwiczę? Już nie dla efektów, tylko dla zdrowia i dlatego, że to lubię. Jeśli myśli się, że trzy-cztery godziny aerobiku/jogi w tygodniu to czas zmarnowany, to jak można czerpać z tego przyjemność mając jednocześnie świadomość straty czasu? Jak w ogóle aktywność fizyczna może być marnowaniem czasu?

Odkąd przestałam traktować zajęcia jako obowiązek, zaczęły sprawiać większą przyjemność. Fajnie jest mieć jakiś cel. Na przykład – chciałabym zmieścić się w swoje stare spodnie. OK. Tylko co, gdy już się zmieszczę? Przestanę ćwiczyć? Miałam już tak nie raz. Tylko, że po każdej przerwie przychodził moment, że się nie mieściłam. Szczerze, to w pewnym momencie powiedziałam sobie, że i tak w rozmiar 32 już nie wejdę nigdy, więc nie ma co się napinać. Zaczęłam ćwiczyć dla samego ćwiczenia. Paradoksalnie cała spina puściła i mam o wiele więcej przyjemności.

Technika i systematyczność są najważniejsze. Tej jesieni byłam po kolejnej przerwie i załamałam się na zajęciach. Co prawda, jazda na rowerze sprawiła, że wreszcie przestałam sapać jakby mnie ktoś dusił po trzech minutach zajęć, ale poza tym była totalna lipa. Na prawdę, ćwiczyłam najgorzej ze wszystkich. Zwykle, gdy coś mi nie wychodziło, to rezygnowałam z tego. Pomyślałam sobie, że koniec tego. Wymyśliłam sobie plan, że trzy razy w tygodniu to absolutne minimum. I co by się nie działo, zajęć nie omijam. Po trzech tygodniach wpadłam w rytm i teraz nie wyobrażam sobie, żeby nie chodzić.

Przeniosłam się też na przód sali. Dosłownie do pierwszego rzędu, gdzie zawsze ćwiczyły najlepsze dziewczyny. To był chyba najlepszy pomysł. Chyba w końcu przestałam się przejmować tym, że wszystko wychodzi mi raczej średnio. Skoro ćwiczę dla siebie, to nic mnie nie interesuje, co sobie inni o mnie myślą. Będąc z przodu w końcu nauczyłam się kroków. Nie mam już problemów z choreografią, która kiedyś była dla mnie koszmarem. Przy robieniu wszystkich ćwiczeń w tzw. parterze podpatrzyłam u instruktorek różne myki i przyjrzałam się technice. Teraz mogę nieskromnie stwierdzić, że jestem jedną z lepiej ćwiczących osób. Ale przyłożyłam się do tego. Postawiłam sobie cel, że do czerwca będę w stanie iść na sześciogodzinny maraton fitness i nie wyjechać nogami do przodu. No i zostałam pochwalona przez instruktorkę. I to nie jedną. „Bierzcie przykład z IB, jeszcze dwa miesiące temu największy mięczak, a teraz jedna z najlepszych w grupie.” Po takim komplemencie jeszcze bardziej chce się ćwiczyć.

Nie można osiągnąć efektów, gdy ćwiczy się pojedyncze partie mięśniowe – takie moje najnowsze odkrycie. Ciało człowieka nie składa się z np. tylko mięśni brzucha albo pośladków, dlatego trzeba trenować wszystko. Zawsze unikałam i oszukiwałam na pompkach. Nie mogłam też wejść w pozycję deski. Pomyślałam sobie, że to bez sensu i zaczęłam próbować. Z bólem i frustracją. W końcu zaczęło wychodzić. Paradoksalnie, gdy wzmocniłam mięśnie brzucha, po wcześniejszym polepszeniu techniki.

Postanowiłam sobie, że za około trzy tygodnie, ćwiczenia w parterze będę wykonywać z ciężarkami na kostkach u nóg. W pracy koleżanki śmieją się ze mnie, że chyba trenuję do olimpiady i mam jakiś sezon życia. Ale ja wiem, po co ćwiczę. Na pewno, nie do olimpiady i nie dla odchudzenia. Ćwiczę dla siebie. Odkąd tak do tego podeszłam, w głowie ułożył się sam sensowny plan treningów i małe cele w drodze do celu głównego – nie przestać nigdy ćwiczyć.

Tak późno odkryłam sport, zawsze wolałam gnić z tyłkiem przed kompem. W sporcie jest jedna najważniejsza rzecz – uczy systematyczności i zdyscyplinowania, bez potu nie ma efektów. To nie jest tak, że nie ma się predyspozycji. To jest tak, że jedni potrzebują dużo treningu, a inni mniej.

Żeby nie było – nie chcę udawać Chodakowskiej, bo tak naprawdę nie interesuje mnie ona w ogóle. Od niej dużo bardziej cenię sobie swoje instruktorki fitnessu, które mają długoletni staż i dają dobry wycisk. Kilka razy robiłam sobie jej ćwiczenia z YT i zmęczyły mnie mniej niż treningi w klubie, do którego chodzę. Po prostu chciałam podzielić się swoimi, pewnie niezbyt odkrywczymi, przemyśleniami z innymi. Może ktoś ma tak samo, jak ja kiedyś, że myśli sobie „jaka ja jestem beznadziejna, nogi mi się plączą, brzuch wyłazi ze spodni, po 5 minutach jestem czerwona i zasapana – nie nadaję się do tego, pewnie cała sala ma ze mnie zwałę”. Ze mnie miały dziewczyny polewkę. Jedna nawet mi powiedziała „co robisz tam z przodu, jak tak koślawo ćwiczysz?”. Powiedziałam jej, że „Zobaczysz za jakiś czas.” Teraz to ona ćwiczy koślawo w porównaniu do mnie. Teraz już się nie śmieją. Bo gdy ja twardo cisnę wszystko bez przerwy, one leżą na matach i opuszczają kolejki. Fajnie by było, gdyby ktoś tak samo zakompleksiony jak ja, przeczytał to i się przełamał, a potem zaparł w sobie i zaczął ćwiczyć. I powoli małymi kroczkami ruszył do przodu. Takie małe sukcesy, pozwalają uwierzyć w siebie i dodają pewności. „Trzeba sporo pracy, by z grona partaczy zasilić wymiataczy.”

Pompujcie, pompujcie :)