Za 2000 PLN po studiach nie warto pracować?

Pewien mój kolega wygłosił pogląd, że człowiek jak skończył studia, to powinien od razu ze trzy kanty na rękę zarabiać. „A czemu akurat aż trzy kanty?” „Bo dwa to mało przecież, a nawet tego na wejściu nie dają.” „Może to nie jest jakaś zawrotna suma, ale czemu miałoby być więcej?” „Przecież po tylu latach trudnych studiów coś się należy.”

No właśnie. Niby się należy, a jednak się nie należy. Gdy szłam na studia, to myślałam, że po ich ukończeniu z palcem w dupce otrzymam pracę w jakiejś korpo i będę liczyć wpływający na konto hajs. Niestety, a raczej stety, szybko wyleczyłam się z tego złudzenia. Po pierwsze, jeśli rok rocznie na mojej uczelni, ten kierunek kończyło ponad 100 osób, to łatwo wydedukować, że na rynku pracy jest nas nadmiar.

Pomogły mi w tym też prace sezonowe. Myślałam, że skoro jestem studentką, to dostanę fajny wakacyjny staż (czyt. w banku na stanowisku analityka) albo równie fajną pracę. Szybko się okazało, że wymarzone staże są pozajmowane przez absolwentów, bądź studentów ostatnich lat, czyli takich, którzy umieją coś więcej niż policzyć wymyślne całki. O stołkach obsadzonych po znajomości nie wspominam. Tak naprawdę pozostały tylko opcje przedstawiciela handlowego dla dziwnych firm, które swoje siedziby miały zwykle w opuszczonych budynkach/magazynach/domkach jednorodzinnych. Na takie ryzyko nie poszłam. Pozostała ambitna praca w fastfoodzie. Wtedy dojrzałam do myśli, że fakt bycia studentką nie czyni mnie nikim wartościowym na rynku pracy.

Po sprowadzeniu na ziemię, doszłam do wniosku, że w trakcie studiów raczej trzeba pracować tam, gdzie będą mnie chcieli i za ile będą chcieli, abym pracowała. Nie wyniosłam z takich prac za wiele, ale zrozumiałam, że nie chcę do końca życia podawać frytek i hamburgerów, bo jest to zwyczajnie monotonne. Zrozumiałam też, że obecnie rynek pracy jest tak skonstruowany, że bez fachu w rękach nie ma za wielkiego pola manewru.

Kolejny zimny prysznic dostałam, gdy uzyskałam tytuł magistra ekonomii, a drugie studia były na końcówce. Wiedziałam, że jest kiepsko (dlatego szukałam pracy wcześniej), ale nie wiedziałam, że jest aż tak źle. Na około 250 wysłanych cv i listów motywacyjnych było tylko kilka odpowiedzi, z czego większość to jakieś absurdy polegające na naciąganiu pracownika. Nie będę ukrywać, że wpędziło mnie to w stan na pograniczu depresji. Zastanawiałam się, co ze sobą pocznę i czy w ogóle był sens iść na te studia. Większość ogłoszeń wymagało doświadczenia w branży, którego nie miałam.

W końcu po ponad dziewięciu miesiącach szukania, dostałam pierwszą pracę. Z 1500 zł na rękę, 50 km od domu. Z perspektywy czasu wspominam to z lekkim śmiechem. Byłam spięta jak gumka w przymałych majtkach. Denerwowałam się totalnie wszystkim, przejmowałam każdą byle pierdołą. Dawałam każdemu sobą pomiatać, bo bałam się, że wylecę i znowu będę w domu siedzieć i dosłownie błagać o przyjęcie do pracy. Niestety, ale z punktu widzenia pracodawcy spora większość absolwentów jest niewiele warta. Trzeba ich przyjąć i uczyć wszystkiego. Oznacza to średnio trzy miesiące szkolenia i niskiej produktywności pracownika, oczywiście w zależności od stanowiska i indywidualnych predyspozycji. Za to przyjmując na to samo stanowisko pana Stanisława w wieku 40+ i z doświadczeniem w branży, jest gwarancja szybkiego wdrożenia. No i spójrzmy na to obiektywnym okiem – czy takiemu absolwentowi, należy się więcej niż 1500-2000 zł w pierwszej pracy? Biorąc pod uwagę przeciętne zarobki w tym kraju…

Nie twierdzę, że powinno się pracować wiecznie za małe wynagrodzenie, ale kiedyś doświadczenia trzeba nabyć. Pierwsza praca to w dużej mierze nauka poruszania się na realnym rynku pracy oraz nabywanie podstawowych kompetencji. Nie ma co się zrażać ciężkimi początkami, tak chyba musi być. Sama byłam przerażona perspektywą tego, że tak „może być do końca życia”.

Poszłam teraz na rozmowę kwalifikacyjną i było znacznie łatwiej mając już jakieś konkretne umiejętności w cv. W końcu pracowałam już więcej niż w jednym miejscu. Przyjemniej się rozmawia, gdy opisujesz to, co umiesz, czym się zajmowało/zajmuje. Jakie zna się programy i jakie obowiązki pełniło. Człowiek jest wtedy znacznie mniej zestresowany i nie musi głupkowato powtarzać „Nie umiem, ale łatwo mogę się nauczyć.” Sama mówiłam to często, i wiem teraz, że jeśli nie jest to poparte niczym konkretnym, brzmi jak bujda na resorach. Ze swojej obecnej perspektywy mogę stwierdzić, że na chwilę obecną obawiam się konkurencji, ale nie tak bardzo jak kiedyś. Mogę także liczyć na to, że moja aplikacja nie wyląduje od razu w koszu. Dopiero teraz wiem, na ile mogę realnie wycenić swoją pracę. Myślę też, że potrzeba mi jeszcze 3-4 lat, aby mieć satysfakcjonujące zarobki. Może to i smutne, ale tak niestety jest, że po studiach 2000 zł na rękę to duża kwota. Ten, który ją dostaje, powinien być zadowolony.

45 myśli nt. „Za 2000 PLN po studiach nie warto pracować?”

  1. Cóż, chyba każdy musi przejść tą ścieżkę.. Ja po swoich doświadczeniach mogę powiedzieć, że najgorsze są pierwsze 2 lata, jeśli w tym czasie się rozwinęliśmy i mamy doświadczenie i wiedzę, to będzie tylko z górki :-)

    1. Właśnie, tak jak piszesz. Te dwa lata to czas, kiedy ciężko się nie podłamać… I ciężko też nie pomyśleć – po co mi to? Kelnerując zarobię więcej, a stresu będzie dużo mniej…
      Fakt, po tych nieszczęsnych dwóch latach, zaczyna być lepiej ;)

  2. Po studiach to ja 1.600 zł wziąłbym z pocałowaniem ręki, ale mój (na szczęście były) kolega z pracy twierdził, że „nie po to się studiowało, by nie mieć prawa żądać minimum 2.000 zł”. Aha, on był po filozofii i mając 27 lat mieszkał w akademiku.

  3. Początki bywają trudne, ale jak się już rozkręci to jest ok. Tak to już w życiu jest. Nie załamywać się głowa do góry i do przodu:)
    Pozdro

  4. Miło czyta się taki artykuł – oby jakiś student go przeczytał i przede wszystkim – zrozumiał. Miałem podobny problem będąc na końcówce studiów lecz całkowicie go nie rozumiałem. Jak mnie studentowi informatyki może być ciężko znaleźć pracę? Przecież wszędzie krzyczano, że kierunek jest taki przyszłościowy a pracodawcy zabijają się o nas absolwentów. Wtedy nie rozumiałem że rynek jest nami przesycony (politechnika wypuszczała kilkuset informatyków rocznie) A pierwsza praca? Umowa zlecenie 12 miesiące za 2000 brutto była ciosem i tak na prawdę sprawiła że przestałem wierzyć w siebie i swoje umiejętności… których nie oszukujmy się – de facto nie było (bo niestety ale program studiów nijak się miał do oczekiwań pracodawców). Na szczęście po 5 latach szukania swojego miejsca na rynku informatycznym (również pracy dla potentatów na rynku światowym oferującym bardziej ładnie wyglądający wpis w CV niż możliwość utrzymania się przy zakupionym na kredyt mieszkaniu) doszedłem do wniosku że to bez sensu. Schowałem dyplom głęboko do szafy i zmieniłem branżę – zacząłem robić to czego nauczył mnie ojciec kiedy byłem dzieckiem – zacząłem spawać (!) Nie obeszło się oczywiście bez rocznej nauki na kursach i BEZPŁATNYCH stażach. Ale teraz przynajmniej jestem w stanie utrzymać siebie i rodzinę. Fakt faktem – trzeba było się pogodzić z wyjazdem do północnych sąsiadów ale nie żałuję. Z perspektywy czasu mogę jedynie dodać, że moim błędem było niezrozumienie rynku na którym przyjdzie mi pracować. Nie rozumiałem, że rynek pracy w moim mieście (jak i chyba całej Polski) jest rynkiem wyrobników. Wytwarzamy produkty zagranicznych firm i nasz rynek potrzebuje bardziej pracownika fizycznego niż umysłowego. Oby wielu młodych ludzi zrozumiało to wcześniej niż ja – czyli po zakończeniu studiów.

    1. Kiedy to było? Podaż na rynku programistów jest znacząco niższa niż popyt i to dysproporcja raczej rośnie niż spada. Tak samo jest na całym świecie, nie tylko w pl. Chyba, że to była praca jako „informatyk – instalator windows”, ale na takich też jest popyt. Ja się od ofert zmiany pracy opędzić nie mogę.
      A na marginesie praca jako spawacz czy inny tego typu fachowiec też jest teraz w cenie. Takich ludzi brakuje (zwłaszcza jeśli są dobrzy).

    2. Miło się czyta taką „cietą” ripostę, a przy okazji opinie karierowiczów.
      Zrezygnowanie z gruszek na wierzbie, a zadowolenie się tym co leży pod drzewem, uważam za sensowny Sposób na Szycie
      Pzdr

  5. Nie ma co się użalać.Taki jest teraz rynek pracy.Najlepsza posada to państwówka.Oczywiście najpomocniejsze będą też dobre znajomości.A tak na prawdę to najważniejsze to brać sprawy w swoje ręce.
    2000zł na rękę przy 40 godzinnym trybie pracy to na prawdę dobre pieniądze.
    Ja siedzę zza granicą w kraju skandynawskim i nie narzekam.

  6. myślę, że to akurat jest dla ludzi jasne…dużo trudniej mi zrozumieć dlaczego ktoś z wykształceniem wyższym furą podyplomówek i 20letnim doświadczeniem zarabia 1800 na rękę i mimo ustawicznego szukania innej pracy ta sytuacja nie ulega zmianie

  7. Zależy od branży. Możesz zdradzić Swoją? Nie studiowałem informatyki, tylko elektronikę i telekomunikację, ale pracuję jako programista. Orientuje się ile dostawali koledzy w pierwszych pracach. W korporacjach (po ewentualnym okresie próbnym) pensja mieściła się w granicach 4-5 tys. brutto. I zaznaczam, że mówimy tutaj o ludziach przeciętnych, takich, którzy szukali pierwszej pracy tuż po studiach, albo mając zdobyte absolutorium i ‚tylko’ pracę magisterską na głowie. Czyli tak od połowy 5 roku. Ci lepsi, którzy pracowali już od 3-4 roku studiów zarabiali zwykle więcej. Ale jak pisałem, to zależy od branży musieliśmy się lekko „przebranżować” , bo w czystej elektronice pracy jest jak na lekarstwo. A i zarobki są dużo słabsze.

  8. Ja przez pierwsze 3 miesiące zarabiałam 1000 zł na rękę. Po ponad 3 latach nadal nie dobiłam do dwóch. Ale wiem, że u mnie w mieści i tak ciężko będzie o cokolwiek innego. Widzę jak koleżanki po przeróżnych studiach szukają pracy i widzę ile jest oszustów, ile pracodawców daje tylko pracę, ale płacę to już nie zawsze w terminie i na razie wolę bezpiecznie siedzieć tam gdzie siedzę.

  9. Jestem w trakcie studiowania i wiem, że to nijak nie ułatwi mi startu w życie, bo nie niesie ze sobą nic – co jest wartościowe dla pracodawców.

    Jednak jeśli mój szef byłby mądrym i uczciwym człowiekiem, to wziąłbym każdą pracę (nawet za 1000zł). Pod warunkiem, że chciałby mnie szkolić tak, aby z czasem stał się ważnym elementem jego firmy/zakładu ect.

    Wydaje mi się, że ze świecą szukać kogoś takiego. Wokół tylko korporacje, dla których nie jesteś człowiekiem tylko trybikiem w maszynie…

  10. Niestety w pełni zgadzam się i potwierdzam to co napisał ScupiDu. W Polsce firmy to głównie zagraniczne korporacje, które składają u nas produkty na taśmie montażowej.

  11. Mi się akurat udało. Po pracach sezonowych, dla agencji pracy tymczasowej udało mi się znaleźć pracę, która mi daje jakąś satysfakcję. Jestem na swojej działalności. Współpracuję z polską firmą, ale zlecenie wykonuję w Niemczech. Na początek dostałem 1000Euro + ok. 500 prowizji. Samochód służb., telefony itd, itp, mieszkanie. Po pół roku podstawę udało mi się wynegocjować do 2000Euro. Potem zmienił się skład kadry zarządzającej i o podwyżkę nie jest łatwo, ale ja coś z niego jeszcze wyciągnę. Ale jak sami widzicie. Trzeba mieć farta. Nie mówię o tym, że jednak jestem na obczyźnie…

  12. Wiecie dlaczego za granica brakuje inzynierów? A dlatego że ludzie tam dobrze zarabiają i nie ma potrzeby studiować…

  13. Zarabiam trochę więcej i ledwo mi starcza, nic nie odkładam bo po prostu nie daję rady. No ale staram się, robię co mogę – zapisałem się ostatnio na angielski, uczę się w Progresie w szkole policealnej. Chcę iść jeszcze na kurs rachunkowości. Może jak skończę szkołę i kursy to moja sytuacja się polepszy.

  14. ble,ble ble każdy główkuje, produkuje się a do pracy potrzebna jest siła robocza i twarde łokcie a nie intelektualiści.

  15. Oj lewus, zachowaj takie poglądy dla siebie. Zero pojęcia. Żadne studia nie zapewnią pracy. Jeśli ktoś tak myśli to naiwniak z niego/niej. Studia to dopiero początek, dają pewną bazę. Reszty trzeba samemu szukać, szkolić się i uczyć. Bezrobotni informatycy mnie zastanawiają. Chyba, że te 3,5 roku robiło się minimum z minimum to nie ma co oczekiwać :)

  16. Są studia i studia. Zarządzanie, a elektrotechnika. Krajoznawstwo, a mechatronika. Stosunki międzynarodowe, a automatyka. Ahh, prawda jest inna nigdzie nie dostaniecie więcej niż 4000 netto na rękę, Panowie inżynierowie. Chyba, że u SIEBIE>

  17. Witam, mi się udalo po ekonomii dostać do skarbówki, potem przeniesiono mnie do cła. Jestem urzędnikiem i po 20 latach pracy wyciągam 6 koła..ciężko jest ale miałem farta i stąd raczej pracy nie zmienię…

  18. Niestety….papier przydaje się w wc.Ważne co się umie a nie co napisało się kiedyś ze ściągi.Za wielu mamy specjalistów do zarządzania a za mało ludzi do wykonywania ich poleceń.Efektem tego jest to że bez szkoły „operator łopaty” ma 2-3tyś na rękę a „wykształconemu” absolwentowi szkoły wyższej zostaje całowanie po rękach kierownika dyskontu że dał mu pracę na kasie i aż 1600zł brutto

  19. Pokora. Ważna rzecz. Też jej musiałam się nauczyć. Zrozumieć, dojrzeć. Samo to nie przyszło. To największa korzyść, jaka odniosłam z bycia przedsiębiorcą. O stratach już mi się nawet pisać nie chce. I tych finansowych i zdrowotnych – każdemu niepokornemu mówię załóż swoją firmę i zasmakuj szczęścia. Zobaczycie, czy to kraina miodem płynąca czy piekło. Dopiero jak się ma w sobie pokorę można mieć uszy otwarte na to, co mówią autorytety. Wystarczy ich poszukać. Oni mówią, że możemy zarabiać tyle co Niemcy, Duńczycy. Oczywiście kiedyś, ale ten czas nie może być czasem czekania tylko wspólnego działania. Polecam wam – pokornym http://www.pomysloprzyszlosci.org.

  20. Jest tu tylko jeden absurd!
    ” czy takiemu absolwentowi, należy się więcej niż 1500-2000 zł w pierwszej pracy?”
    Wynika z tego, że doświadczonemu pracownikowi należy się więcej a wcale tak nie jest i w miarę zdobywanego doświadczenia nie dostaje się podwyżki albo jest ona po prostu śmieszna więc lepiej zacząć z wysokiego progu aby potem nie płakać.

  21. Ja myślę, że najbardziej w osiągnięciu dużych zarobków pomaga ukończenie dobrego kierunku. Mam znajomego, który totalnie wszystko olewa, ledwo skończył studia, miał beznadziejne oceny, pracę mgr ktoś za niego napisał. Ale skończył informatykę i od razu po studiach dostał pracę za 4.000. Mam znajomą, która skończyła studia humanistyczne, ale też kilka podyplomówek i różnych kursów i zarabia 2.000 po 10 latach pracy..
    Pozdrawiam:)

  22. Doskonale rozumiem! Ja również myślałam, że po pierwsze skoro skończyłam studia i mam tytuł magistra ekonomii to już jestem do przodu, bo 2 z przodu na pewno będzie, tylko problem może być z konkurencją. Pojechałam później na staż za granicę- po tym mówię sobie, no nie ma bata, żebym nie dostała szybko pracy i troszkę się rozczarowałam. przez 3 miesiące szukałam i niestety tylko kilka rozmów ale i tak przegrałam najwyraźniej z innymi… Jestem obecnie na praktykach…. bezpłatnych ;) Ale nie zrażam się, od czegoś należy zacząć, a ja wymyśliłam sobie zupełnie nowy temat więc nie mam co oczekiwać, że od razu ktoś weźmie mnie na specjalistę ;)….a jak będę mocno pracować to i tak szybko dojadę do tych moich 2000+ by ostatecznie przynajmniej 4000+ :) Warto marzyć, wówczas człowiek działa zupełnie inaczej, bardziej efektywnie :)

  23. Zależy w jakim mieście. W Warszawie z 2-3 tysiące można bez studiów ani doświadczenia wyciągnąć… Szczerze mówiąc jakbym miał iść na studia, żeby dostać po nich pracę, to chciałbym co najmniej z 4000 zarabiać tuż po studiach, a z doświadczeniem to co najmniej 6-8k, bo to śmieszne, żeby specjalista w jakiejś dziedzinie zarabiał tyle co nuworysz, prawda?

    Co nie znaczy, że mam jakąś super postawę roszczeniową – pracowałem już za grosze, roznosząc ulotki, pracowałem w magazynie za kilka zł za godzinę, rozumiem także że są różne sytuacje i czasem zamiast pracy w „zawodzie” trzeba na kasie siedzieć w markecie. A czasem praca w zawodzie też jest niskopłatna, bo się nie ma doświadczenia, kontaktów.

    To z czym się nie zgadzam, że należy się z tym godzić i nie być ambitnym. Za 2000-30000zł może *trzeba* czasem pracować, ale jest to cholernie mało jak na pracę, która wymaga jakiejś specjalistycznej wiedzy. Można zarobić więcej. Kwestia kontaktów, autoprezencji na rozmowie kwalifikacyjnej, przebojowości itp.

  24. No racja, zawsze można coś dodatkowego robić, ale prawda jest taka, że to zamknięte koło. W pracy chcą mieć młodego i jednocześnie doświadczonego pracownika. Ciężko o taką symbiozę od razu po studiach :(

  25. Żałosne, czytać się nie chce komentarze wszechobecnej oburzonej na płace absolwenckiej zaściankowości, nie kumających, że 5letnie wakacje zakończone papierem toaletowym nadaje się najwyżej do podtarcia jak zabraknie tego w rolce. Naprawdę żaden wykładowca Wam nie mówił, że to co jest na wykładach jest to wiedza wymagana do zaliczenia egzaminu na 3?
    Ja takim nierobom też bym nie dał więcej jak tysiaka z dobrego serca. I to tylko dlatego, że cenię ludzi pracowitych, którzy potrafią inwestować swój czas po wykładach w lepsze inwestycje jak picie piwa z kolegami z akademika.

  26. Kolega zyje trochę w nierealnym świecie. Odkąd namnożyło się tyle szkół prywatnych, które produkują magistrów studia znaczą niewiele. Jeżeli w ogóle coś znaczą… Smutne ale prawdziwe.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>