Sunday blues – trochę stresu, trochę strachu, trochę niepewności

Właśnie mnie złapał sunday blues – boję się jutrzejszego poniedziałku. W sumie to już o szesnastej. Z tego wszystkiego zrobiłam porządek w szafie. Ułożyłam kupkę spodni i spódnic, które jeśli nie schudnę do lata, sprzedam na tablicy. Wygrzebałam kolejne rzeczy do sprzedania już dziś. I niestety nie uspokoiłam się ani trochę. Prysznic nie pomógł. Herbata też. Jestem zdenerwowana. Bo nie wiem, co zrobić. Nie wiem, czy zmienić tę pracę, czy nie.

Bo z jednej strony dobrze byłoby pozostać w tzw. „ciepłym kurwidołku”, bo pod pewnymi względami nim jest. Chorować można, zajść w ciążę można. Jest gdzie wrócić. Firma upadkiem raczej niezagrożona. Ale z drugiej strony praca nie jest ciekawa. Nie jest też dobrze płatna. W dodatku miałabym się zajmować papierami już w niedługiej przyszłości. Póki co jestem w logistyce, a papiery… Proszę, wszystko tylko nie to. Nie nadaję się do tego kompletnie. Nie umiem, nie potrafię, i nie chcę. Bo sprawy papierkowe są alogiczne. Czytam jakieś ustawy i nie wiem, co czytam. Jestem inżynierem, a nie urzędniczką albo papierologiem. No i tak sobie myślę co dzień, że nie jest to miejsce, w którym chciałabym zapuścić korzenie, bo nic ciekawego na mnie nie czeka.

W nowym miejscu czeka na mnie sama nie wiem co. Bo skąd mam wiedzieć? Na pewno dojazdy. Większa pensja o 25%. Podobno lepsza atmosfera pracy. Podwyżka coroczna… Praca w tzw. międzynarodowym zespole.

Do jutra muszę podjąć decyzję. Jestem w domu sama, bo mojego faceta nie ma. Nie mam więc z kim pogadać. Koty nie odpowiadają, jak do nich mówię. Pewnie mają to gdzieś, byle by tylko jedzonko w michach było. Z jednej strony czuję, że ta zmiana to dla mnie szansa. Z drugiej strony, wygodniej siedzieć na tzw. pewnym stołku. I tak się miotam w sobie. I kto by pomyślał, że będę nad tym rozmyślać, biorąc pod uwagę, że o zmianie usilnie rozmyślałam od dłuższego czasu. Rozum mówi – bierz nową pracę. Tchórz mówi – zostań tam, gdzie jesteś. No i co mam zrobić?

I tak mi się serce ściska, gdy Wujka widzę

Co jedna pomyłka może uczynić w życiu człowieka? Myślę sobie często o różnych osobach i o tym, jak potoczyło się ich życie. O swoim też. Zwykle nie oceniam i nie mówię nikomu o swoich przemyśleniach. Przecież to tylko moje refleksje. Ale gdy patrzę na swojego Wujka, to mi się przykro robi. I myślę sobie, że gdyby nie spotkał mojej Ciotki, to może by się to wszystko inaczej skończyło.

Nie będę się wgłębiać w historię ich małżeństwa, bo to nie jest serwis o związkach damsko-męskich. Stwierdzam tylko, że muszę odwołać swoje słowa krytyki pod adresem Wujka z wpisu pt. „Gala boksu”, w którym to objechałam go, że się za laską oglądał. A co mu w sumie w tym życiu zostało? Jakbym miała taką żonę, to też bym na inne kobitki zerkała. Dobrze, że chociaż na tzw. łajzy nie chadza, ale to chyba tylko dlatego, że nie ma odwagi.

Jak to się stało, że po roku tak mi się pogląd zmienił? Bo trochę z Mamą rozmawiałam o różnych rzeczach i o Wujku też. Nigdy nie wnikałam w jego życie, bo i po co? Wszystko zaczęło się od tego, że powiedziałam „Wiesz co? Spotkałam Wujka w sklepie i wyglądał jak jakiś no… dziad. Taki zapuszczony, wymiętoszony, w brudnych spodniach. Co się z nim dzieje w ogóle?” No i usłyszałam. Całą opowieść. Totalne zaskoczenie dla mnie, bo był zawsze facetem przebojowym, duszą towarzystwa z mnóstwem znajomych i biegających za nim babek. Generalnie kiedyś dobrze się ubierał, wyglądał i był zadbany. Grał w nogę, w pewnej drużynie w ekstraklasie, cały świat zwiedził… Nie, że się przechwalam. Chodzi o to, że świat stał przed nim otworem. Mógł mieć wszystko, co chciał.

A teraz? Ciotka, która sama za nim chodziła i prawie, że na kolanach błagała, aby się z nią ożenił, robi z niego dziada. Po pierwsze, wsiadła na kasę. Skąpi na wszystko. Na jedzenie nawet. Kiedyś zamiast gotować normalne zupy, robiła tylko chińskie i inne instant cuda. Dzień w dzień. „Przecież to taniej niż kupić kość i warzywa, i jeszcze doprawić.” W końcu się dorobił Wujas jakiejś alergii, której efektów pozbywał się prawie rok. Oczywiście wypominki były, że takie drogie te leki. Że jakby takim pieskiem francuskim nie był, to by mu nie zaszkodziło…

Na wczasach także mieli interesujące akcje. Ciotka po dwie, trzy kreacje na każdy dzień. A Wujek? Cztery koszulki na cały wyjazd? Dlaczego? Bo więcej podobno mu nie potrzeba. I tak sobie chodził po dwa dni w jednej i przepierał… A milejdi co rusz zmieniała kreacje. Jeszcze gorzej było, gdy miał ochotę na piwo. W barze hotelowym piwo kosztowało 1,2 euro. W sklepie obok 1 euro. Ciotka wymuszała kupowanie piwa w sklepie. No więc on kitrał te puszki i po tajniacku do pokoju wnosił. Pojechał facet na urlop i nawet piwka nie mógł na spokojnie wypić. Kawa? To samo! Musiał sobie w pokoju parzyć w czajniku przywiezionym prosto z polskiej ziemi. I nie dziwota, że wkurwiony chodził…

A poza tym wszystkim, jak to wygląda na co dzień? Chodzi w jakichś znoszonych ubraniach, natomiast ona wystrojona. On dostaje ubranka z głębokiej wyprzedaży. Najlepiej, żeby nie kosztowały więcej niż 50 zł. Ona biega w najnowszych kolekcjach. Poniżej 200 zł zwykle nie schodzi. Najgorsze jest to, że nawet na okulary korekcyjne mu żałuje. Powiedziała, że ma sobie odłożyć „jakoś”, bo ona takich rzeczy sponsorować nie będzie. Dlatego niesamowicie się ucieszył, gdy moi rodzice powiedzieli mu, że w ramach prezentu świątecznego dołożą mu do tych okularów. Czekam tylko, aż sama zacznie źle widzieć. Ciekawe, czy wtedy będzie taka mądra…

Nie wiem, jak to się stało z nim, że dał się tak wmanewrować i wysterować. Nie chcę się zastanawiać, czy sam jest sobie winien, czy nie. Nie o to tu chodzi. Jak osoba niby najbliższa może tak z drugiej zrobić swoje popychadło… Pomijać potrzeby i zdrowie? Jak dla mnie niepojęte. I dlatego mi smutno, kiedy patrzę na niego, takiego sponiewieranego.

Czarny piątek

Miniony piątek był dla mnie koszmarny. Nawet przez moment się zastanawiałam, czy po moich wywodach nt. zarobków zaraz po studiach, nie zostałam poczęstowana porcją wirtualnego złorzeczenia. Zaczęło się od tego, że od samego rana bolał mnie żołądek i byłam zestresowana. Po pierwsze, dlatego że czekałam na telefon (wynik rozmowy), a po drugie, miałam jakieś złe przeczucia. Czułam, że stanie się coś złego. W pracy byłam jakaś taka rozbita i ciężko było mi się skupić. Dosłownie cały czas byłam rozklekotana.

Po jakimś czasie zaczęło się pasmo porażek. Najpierw wyszły babole na wierzch. Zwyczajnie zamówiłam za dużo sprzętu… Na szczęście on się sprzeda, więc nie ma zmartwienia wielkiego kalibru. Chodzi tu bardziej o zjebkę i wywody, które  mnie spotkają, a niekoniecznie marzę o ich wysłuchaniu. Cóż, takie uroki pracy u kogoś… Czym dalej przesuwała się wskazówka na osi, tym bardziej byłam podłamana. W końcu telefon miał zadzwonić niezależnie od wyniku. A nie zadzwonił.

Za to dostałam sms, że moja Mam zasłabła i jest w szpitalu. Od razu wyszłam z pracy i pojechałam do szpitala. Jakoś niekoniecznie mnie w tej chwili obchodziło, co powie na to szef. Swoich wrażeń i odczuć ze szpitalnego oddziału ratunkowego opisywać nie będę, bo to temat na oddzielny wpis. Przyznam, że przeraziłam się tym wydarzeniem. Niby wiadomo, że jak ktoś jest w wieku 50+, to problemy zdrowotne zaczynają się nasilać. Ale zawsze jakoś tak nie przewiduje się, że dotknie to kogoś bliskiego. W końcu, gdy takie coś się przydarza, człowiek jest wstrząśnięty.

Uświadomiłam sobie, że nadchodzi ten czas w moim życiu, kiedy to powoli ja zacznę bać się o moich rodziców, a nie oni o mnie. I że to właśnie ja będę im częściej potrzebna do pomocy niż kiedyś. Świadomość tego wbiła mnie dosłownie w siedzenie. To nie jest tak, że o nieuchronnej sprawie się nie myśli w ogóle. Myśli się, tylko w kategoriach dalekiej przyszłości, która nadejdzie nie wiadomo kiedy. A gdy już nadchodzi i tak i tak jest się porażonym… Nie wspominam nawet o zwykłym strachu o bliską osobę, bo to oczywiste dla każdego normalnego człowieka. Schodzą na dalszy plan różne kłótnie i konflikty z przeszłości.

Jadąc do tego szpitala byłam cała roztrzęsiona i zapłakana. Najbardziej bałam się tego, że może okazać się, że już nigdy więcej się nie zobaczymy. Okropne. Takie przeszywające i ściskające w dołku. Powtarzałam sobie w głowie, że to niemożliwe, a jakiś złośliwy głosik piszczał mi z tyłu głowy „Możliwe możliwe, a z każdym rokiem prawdopodobieństwo tego wzrasta.” I taka dyskusja toczyła się mojej głowie. Nawet przelatywały mi takie myśli, że może lepiej nie mieć rodziny i nikogo bliskiego w ogóle, żeby nie przeżywać takiego strachu o bliską osobę…

Dopiero gdy po przyjściu ze szpitala do domu, siadłam na kanapie, uświadomiłam sobie, że to głupie tak myśleć, a w konsekwencji żyć, jak krab pustelnik. Szczęście rośnie, gdy dzieli się je z bliskimi, a nie z samym sobą.

Już dawno nie zestresowałam się tak jak w piątek. Momentalnie straciłam apetyt. Ledwo wypiłam herbatę i zjadłam jakieś ciastka. Bardziej odruchowo niż z potrzeby. Nawet nie udało mi się zrobić obiadu – miałam w głowie pustkę i zero pomysłów. Teraz przypominam sobie, że nie jestem w stanie odtworzyć tego dnia w całości. Mam jakieś pourywane kawałki. Dzień w pracy, droga do szpitala, czekanie na oddziale, dziura, siedzenie na kanapie, wizyta w Burgerze, urywki z sklepu, dziura, wieczór i sen. Nie życzę nikomu takiego piątku, ani żadnego dnia tygodnia. A dziś ściska mnie w brzuchu. Nie wiem, dlaczego boję się jechać jutro do pracy. Na samą myśl mdli mnie.

Za 2000 PLN po studiach nie warto pracować?

Pewien mój kolega wygłosił pogląd, że człowiek jak skończył studia, to powinien od razu ze trzy kanty na rękę zarabiać. „A czemu akurat aż trzy kanty?” „Bo dwa to mało przecież, a nawet tego na wejściu nie dają.” „Może to nie jest jakaś zawrotna suma, ale czemu miałoby być więcej?” „Przecież po tylu latach trudnych studiów coś się należy.”

No właśnie. Niby się należy, a jednak się nie należy. Gdy szłam na studia, to myślałam, że po ich ukończeniu z palcem w dupce otrzymam pracę w jakiejś korpo i będę liczyć wpływający na konto hajs. Niestety, a raczej stety, szybko wyleczyłam się z tego złudzenia. Po pierwsze, jeśli rok rocznie na mojej uczelni, ten kierunek kończyło ponad 100 osób, to łatwo wydedukować, że na rynku pracy jest nas nadmiar.

Pomogły mi w tym też prace sezonowe. Myślałam, że skoro jestem studentką, to dostanę fajny wakacyjny staż (czyt. w banku na stanowisku analityka) albo równie fajną pracę. Szybko się okazało, że wymarzone staże są pozajmowane przez absolwentów, bądź studentów ostatnich lat, czyli takich, którzy umieją coś więcej niż policzyć wymyślne całki. O stołkach obsadzonych po znajomości nie wspominam. Tak naprawdę pozostały tylko opcje przedstawiciela handlowego dla dziwnych firm, które swoje siedziby miały zwykle w opuszczonych budynkach/magazynach/domkach jednorodzinnych. Na takie ryzyko nie poszłam. Pozostała ambitna praca w fastfoodzie. Wtedy dojrzałam do myśli, że fakt bycia studentką nie czyni mnie nikim wartościowym na rynku pracy.

Po sprowadzeniu na ziemię, doszłam do wniosku, że w trakcie studiów raczej trzeba pracować tam, gdzie będą mnie chcieli i za ile będą chcieli, abym pracowała. Nie wyniosłam z takich prac za wiele, ale zrozumiałam, że nie chcę do końca życia podawać frytek i hamburgerów, bo jest to zwyczajnie monotonne. Zrozumiałam też, że obecnie rynek pracy jest tak skonstruowany, że bez fachu w rękach nie ma za wielkiego pola manewru.

Kolejny zimny prysznic dostałam, gdy uzyskałam tytuł magistra ekonomii, a drugie studia były na końcówce. Wiedziałam, że jest kiepsko (dlatego szukałam pracy wcześniej), ale nie wiedziałam, że jest aż tak źle. Na około 250 wysłanych cv i listów motywacyjnych było tylko kilka odpowiedzi, z czego większość to jakieś absurdy polegające na naciąganiu pracownika. Nie będę ukrywać, że wpędziło mnie to w stan na pograniczu depresji. Zastanawiałam się, co ze sobą pocznę i czy w ogóle był sens iść na te studia. Większość ogłoszeń wymagało doświadczenia w branży, którego nie miałam.

W końcu po ponad dziewięciu miesiącach szukania, dostałam pierwszą pracę. Z 1500 zł na rękę, 50 km od domu. Z perspektywy czasu wspominam to z lekkim śmiechem. Byłam spięta jak gumka w przymałych majtkach. Denerwowałam się totalnie wszystkim, przejmowałam każdą byle pierdołą. Dawałam każdemu sobą pomiatać, bo bałam się, że wylecę i znowu będę w domu siedzieć i dosłownie błagać o przyjęcie do pracy. Niestety, ale z punktu widzenia pracodawcy spora większość absolwentów jest niewiele warta. Trzeba ich przyjąć i uczyć wszystkiego. Oznacza to średnio trzy miesiące szkolenia i niskiej produktywności pracownika, oczywiście w zależności od stanowiska i indywidualnych predyspozycji. Za to przyjmując na to samo stanowisko pana Stanisława w wieku 40+ i z doświadczeniem w branży, jest gwarancja szybkiego wdrożenia. No i spójrzmy na to obiektywnym okiem – czy takiemu absolwentowi, należy się więcej niż 1500-2000 zł w pierwszej pracy? Biorąc pod uwagę przeciętne zarobki w tym kraju…

Nie twierdzę, że powinno się pracować wiecznie za małe wynagrodzenie, ale kiedyś doświadczenia trzeba nabyć. Pierwsza praca to w dużej mierze nauka poruszania się na realnym rynku pracy oraz nabywanie podstawowych kompetencji. Nie ma co się zrażać ciężkimi początkami, tak chyba musi być. Sama byłam przerażona perspektywą tego, że tak „może być do końca życia”.

Poszłam teraz na rozmowę kwalifikacyjną i było znacznie łatwiej mając już jakieś konkretne umiejętności w cv. W końcu pracowałam już więcej niż w jednym miejscu. Przyjemniej się rozmawia, gdy opisujesz to, co umiesz, czym się zajmowało/zajmuje. Jakie zna się programy i jakie obowiązki pełniło. Człowiek jest wtedy znacznie mniej zestresowany i nie musi głupkowato powtarzać „Nie umiem, ale łatwo mogę się nauczyć.” Sama mówiłam to często, i wiem teraz, że jeśli nie jest to poparte niczym konkretnym, brzmi jak bujda na resorach. Ze swojej obecnej perspektywy mogę stwierdzić, że na chwilę obecną obawiam się konkurencji, ale nie tak bardzo jak kiedyś. Mogę także liczyć na to, że moja aplikacja nie wyląduje od razu w koszu. Dopiero teraz wiem, na ile mogę realnie wycenić swoją pracę. Myślę też, że potrzeba mi jeszcze 3-4 lat, aby mieć satysfakcjonujące zarobki. Może to i smutne, ale tak niestety jest, że po studiach 2000 zł na rękę to duża kwota. Ten, który ją dostaje, powinien być zadowolony.

Czego nie wypada robić w Dzień Niepodległości?

Pewna sąsiadka skłoniła mnie do refleksji nt. czego nie wypada robić w Dzień Niepodległości. Tak się składa, że jako szczęśliwa posiadaczka dwóch kotek, jestem jednocześnie szczęśliwą posiadaczką syfu w domu. Niestety, ale odkurzanie co drugi dzień jest więcej niż wskazane. Bo inaczej wszędzie fruwa sierść, która opada samoistnie (kot niewychodzący systematycznie zrzuca futro przez cały rok) oraz w wyniku kocich bójek. Na podłodze wala się także tynk ze ściany, ponieważ „baranek” itp. to idealne podłoże do wspinaczki. Grysik z kuwety nosi się w futrzastych łapkach na dwa metry od kuwety, a jedzenie jest notorycznie wygrzebane z misek. Małe, skaczące łapki roznoszą ten brud wszędzie – na stół, na kanapę, na blat kuchenny.

Mimo, że zwykle staram się nie odkurzać w święta i niedziele, to są takie dni, że nie mam już siły czekać dnia następnego. Tak było dziś. Po pierwsze zmęczył mnie gust muzyczny sąsiadki – disco polo pomieszane z anglojęzyczną wersją tego gatunku. Po drugie drażnił mnie skrzypiący pod kapciami tynk i żwirek. A do tego kłęby futra atakujące przy każdym ruchu powietrza. Pomyślałam sobie, że jak się tego nie pozbędę, to chyba się uduszę. Wzięłam odkurzacz i przystąpiłam do czynu. Pomyślałam sobie, że skoro można dziś łupać dziwną muzą na cały regulator, to pięciominutowe odkurzanie nikomu nie zaszkodzi.

No i się jak zwykle pomyliłam. Nasz blokowy asortyment to z reguły moherki, bądź rodziny z małymi dziećmi. W takim otoczeniu chyba trudno nikomu nie przeszkadzać. Po niecałych dwóch minutach usłyszałam walenie w drzwi. Od razu wyłączyłam odkurzacz i poleciałam pod judasza, żeby zobaczyć, kogo tam tak przypiliło, że próbuje rozwalić cieniutkie, dźwięko-przepuszczalne,  ekonomiczne drzwi z casto. „Niech pani otworzy! Natychmiast!” Lubię, jak mi ktoś tak rozkazuje. Od razu wiadomo, że zapowiada się ciekawa, kulturalna i merytoryczna wymiana zdań.

Przede mną stała kobieta w wieku 50+. „Czyś ty zwariowała?!” „Eeee… od kiedy jesteśmy na ty? Raczej się nie znamy.” „To nic nie ma do rzeczy. Nie można odkurzać w święto, bo to nie ładnie.” Miałam ochotę zapytać, czy kupy też nie można robić w święto, bo to też nieładna sprawa. Ugryzłam się w język. „Rozumiem, że dziś jest święto, ale czy nie po to ludzie kiedyś walczyli, aby teraz być wolnym i móc odkurzać, kiedy jest taka potrzeba?” „Odkurzanie hałasuje i zakłóca świętowanie innym!” „Temu nie przeczę, ale jak mi koty narobiły syfu, to mam czekać do jutra? Zaraz skończę i wszyscy będą zadowoleni.” „To nie przystoi! Zakończ natychmiast.” „A przystoi, jak sąsiadka z naprzeciwka łupie tą muzyką?” Zamyśliła się i odpowiedziała „Tak! Bo ona świętuje.” „Ale ona głośniej słucha, niż mój odkurzacz wyje. I to pani nie przeszkadza. A jak chwilę poodkurzam, to przeszkadza. Niech pani się zastanowi, czy cztery minuty odkurzania są bardziej uciążliwe, niż godzina disco polo na cały regulator. Żegnam!” I zamknęłam drzwi.

I stąd moja cała rozkminka. Co można i nie można robić w taki dzień jak dziś? Czy naprawdę odkurzanie to taka zbrodnia? Rozumiem, że jakieś prace remontowo budowlane mogłyby drażnić. I ciekawa jestem, czy jakby tej kobiecie rozbiła się doniczka z kwiatem, to czekałaby do jutra z odkurzaniem? Bo muza na cały regulator jest ok. Podejrzewam, że tylko dlatego, że jest zgodna z gustem tej kobiety. Gdyby to był metal albo coś innego, to i pewnie z tym chciałaby zrobić porządek. A może bardziej na miejscu byłoby gdybym zalała się w trupa i zasnęła z flaszką na kanapie?

Nie chcę w tym miejscu nawoływać do robienia porządków akurat w święta, ale daleka też jestem od popadania w skrajności. To, że jest dziś taki, a nie inny dzień, nie prowadzi chyba do tego, że powinniśmy dusić się jak niewolnicy we własnym domu. Szczerze powiedziawszy nie do końca mam pomysł, jak świętować w Dzień Niepodległości. Można wywiesić flagę, można iść na pochód. Chociaż to drugie jest chyba coraz mniej popularne. Abstrahując od tego wszystkiego, patriotą powinno się chyba być na co dzień, a nie raz do roku.

Cmentarna wizja lokalna

Uwielbiam wyprawy na cmentarz pierwszego listopada. To jest po prostu niepowtarzalny dzień i okazja do obserwacji ludzi. Skupiska ludzkie mają to do siebie, że można zaobserwować ciekawe zjawiska. Jako zwierzęta stadne tworzymy całkiem ciekawą menażerię. Oprócz obserwacji socjologicznych można doznać cudownego orzeźwienia i wytelepania przez zimne listopadowe powiewy wiatru i mżawkę. Szczególnie jeśli dzień wcześniej udawało się Amerykanina i świętowało Halloween pijąc polskie piwo albo wódkę.

Dlatego już od dawna cieszyłam się, że odwiedzę cmentarz w tzw. szczycie sezonu. Czułam, że zobaczę coś ciekawego. I się nie zawiodłam. No przede wszystkim liczyłam na rewię mody. Ponieważ Vogue stał się już bardzo mainstreamowy, to go nie kupuję. Wolę streetwear i oczywiście jego najbardziej hardcoreowe wydanie, czyli gróbwear. Wiedziałam, że coś podpatrzę. To, że na cmentarz trzeba się odjebać, wiedziałam nie od wczoraj. Nie ma być wygodnie. Nie ma być ciepło. Ma być tak, żeby przypadkowo spotkane znajome, sąsiadki, koleżanki pozazdrościły. Cóż, prawdziwa moda wymaga poświęcenia i bólu. Tym bardziej ta cmentarna moda. W tym roku na cmentarnym catwalku królowały szpilki klasyczne, szpilki z platformą z przodu i lakierki o długości nieco za kostkę. Do tego obowiązkowo czarne rajstopki i spodnie lub spódniczka odsłaniające łydeczkę, kolanko… Sam seks. Oczywiście krótka, pikowana kurteczka do takiej stylizacji to mus. Warto też natapirować włosy, aby wyglądać jakby się przypadkiem włożyło palec do kontaktu. Reasumując, nie ma to jak błyskanie nóżką, uchylanie rąbka pośladka przy schylaniu się oraz świecenie plecami przy mogile. Do tego obowiązkowo kiep w ryju. Taka seksualna niebezpieczna na cmentarzu.

W zeszłym roku nauczyłam się, że przy okazji Wszystkich Świętych można przyoszczędzić i bezceremonialnie zajebać srajkę z toytoya albo poderwać kogoś na seks. W tym roku także spłynęły na mnie nowe nauki. Można sobie chapnąć kiełbaskę w przerwie pomiędzy układaniem zniczy i kwiatów. Widziałam taką właśnie babeczkę, która przy grobie jadła sobie z wiktuały z reklamówki. Takie tam wspólne śniadanko ze zmarłym. Nie można zapominać o cykaniu fotek grobów, żeby potem wrzucić je na instagram. A co! Niech cały świat wie, że postawiło się znicz. Niech sypią się lajki!

No i na koniec takie prozaiczne sprawy. Po pierwsze, jeśli chcesz dograć biznesowe sprawy, to idealnym miejscem jest właśnie cmentarz. „Dzień dobry!” „A witam panie Mirku! Oglądał pan może katalog?” „Tak patrzyłem. Dość ciekawa oferta.” „To ja panu rabat dam! I na przelew!” Tak działają rekiny bizesu. Nie ważny dzień, nie ważna okazja, ważny jest obrót. Po drugie, jak mówi pewna reklama – kradzione nie tuczy. Dlatego nie warto się frajerować i kupować kwiatów, ani zniczy. Lepiej po tajniacku się rozejrzeć i capnąć z kwatery sąsiada. W ten oto sposób zrozumiałam tajemnicę znikających „ozdób”. Przykładowo uciekły nam tak krzak róż, dwie tuje, wrzosy, chryzantemy, itd.. Co roku coś znikało. Już nawet zaczynałam podejrzewać działalność zombie. A to zwyczajnie przedsiębiorczy inaczej…

A jak Wam się udał grobbing w tym roku?