Kompletny brak szacunku dla drugiego człowieka

Zawsze się zastanawiam skąd się bierze w niektórych ludziach permanentny brak szacunku dla innych. Miałam ostatnio okazję wracać ze szkolenia z jednym handlowcem, z którym mam pracować. Zawsze odnosił się do mnie powiedzmy z przymrużeniem oka, a w zasadzie nutką pogardy i przekonania, że nie cierpię na nadmiar inteligencji. Podczas, gdy sam nie potrafi robić podstawowych rzeczy związanych ze swoją pracą. Za to w stawianiu żądań i pokazywaniu palcem jest mistrzem. Jechał z nami jeszcze jeden kolega. I tak od słowa o słowa zostałam zapytana o wykształcenie. To jest zawsze mój ulubiony moment. Trzepoczę rzęsami, poprawiam grzywkę, odchrząkuję i wygłaszam słodkim głosikiem swoją historię magistersko-inżynierską. A potem patrzę na opadające kopary.

Koledzy się zdziwili. Jeszcze bardziej na wieść, że w całym tym procesie powstało urządzenie. Kolega handlowiec chyba się tym poddenerwował, bo przez pewien czas nie powiedział nic. Potem burczał jakby obrażony, że on też jest mgr inż… Ponieważ nie chciał zdradzić, jakie on zrobił urządzenie (wiedziałam, że żadne tylko lipny projekt na papierze), musiał się pochwalić innymi sukcesami. Szczerze, poczułam się zniesmaczona. Gdybym wiedziała, że takich mądrości wysłucham, nie zaczynałabym gadki. Zrobił wywód, że wszyscy mu zazdroszczą i że nie ma zamiaru być ani miły ani uśmiechnięty dla współpracowników, bo chce załatwiać swoje sprawy. A relacje? W dupie ma relacje. Szok. Zdradził, że ma wszystkich innych gdzieś. No nie chodzi o to, aby włazić każdemu w tyłek i kleić słodkie rozmówki, ale można nawiązać jakieś lepsze relacje niż ja władca-wy moi parobkowie. Tym bardziej, że żadnego stanowiska, które by go do tego obligowało, nie piastuje.

Niestety człowiek ten odnosi się do innych wyraźnie z góry. Nie umie prosić. Tylko rozkazuje. Jest młody, niczego nie osiągnął poza nazwiskiem rodziców. Praca dyplomowa zrobiona przez kogoś, obroty bliskie zeru… A mniemanie o sobie? Takie, że ja chciałabym mieć chociaż jedną dziesiątą tego. To wszystko to pikuś. Zebrało mi się na wymioty, gdy określił ludzi, którzy pracują na produkcji per ciecie. „Jak to cieć?” „No taki, który pracuje na produkcji, na montażu.” Już się nie odzywałam więcej. Co tu komentować? Jak można tak ludzi oceniać? On ma szczęście, bo jego rodzice mają prestiżowe zawody. A gdyby byli „cieciami”? To co wtedy? Albo gorzej, alkoholikami, czy zbieraczami złomu? Czy wtedy też by tak kozaczył?

Generalnie jestem tak zniesmaczona taką postawą, że nie umiem tego opisać w sposób wystarczająco wymowny. Rodzice zawsze w domu mi powtarzali, że nie tak się ocenia ludzi. Zresztą z moim światopoglądem to też jest sprzeczne. Nie umiem sobie wyobrazić, że dobierałabym sobie znajomych na podstawie prestiżu zawodowego, zasobności portfela i marce samochodu. No kurwa. Nadęty dupek. I teraz najciekawsze – czy to jego rodzice go tak wychowali i takim uczynili, czy jest tak nadęty sam z siebie? Chyba nigdy nie słyszał tego powiedzenia, że lepiej traktować ludzi fair podczas pięcia się w górą, bo może tak być, że to oni zdecydują, czy podadzą ci dłoń, gdy będziesz spadać w dół.

Wpuścić chamstwo na salony, czyli DKF z burakiem

W dzisiejszym wpisie chciałabym pozdrowić (środkowym palcem) Pana Buraka, który ostatnio zaszczycił seans filmu pt. „Dziewczyna w trampkach” wyświetlanego w ramach DKFu. Dla niektórych ludzi miejsca publiczne ewidentnie nie są stworzone… Wszyscy grzecznie siedzą na miejscach i czekają na film. Gdy się zaczął dało się słyszeć wrzaski „Przestań w końcu szeleścić! Odkąd tu weszłaś żresz jak świnia! Przeszkadzasz mi!” „Jak panu przeszkadza to może mi pan zwrócić uwagę trochę grzeczniej.” „Nie! Bo jesteś świnią! Szeleścisz i chrupiesz tymi chipsami!”I tak dalej. Dziewczyna się broni, a facet wyzywa, ubliża i wytyka brak kultury… Na koniec jeszcze rzuca „A teraz chyba piwo pije!” Cała sala w śmiech. Samozwańczy Strażnik Kina się uspokoił. Na szczęście.

Wyjątkowo to nie ja byłam bohaterką. Jakiś facet zaczął mieszać z błotem dziewczynę, bo jadła w kinie chipsy. Z tego co mi wiadomo, w kinie można jeść i pić. Nawet są bary kinowe, które sprzedają ten cały syf w postaci popcornu i innych cudów. Nawet w szkole podstawowej, gdy chodziliśmy na seanse, wychowawczyni mówiła, że można jeść, byle w miarę cicho. A jak nam przeszkadza, że ktoś inny je, to kulturalnie go poprosić, aby przestał… A jak tamtemu panu kinowe realia nie odpowiadają, to niech zostanie w domu i wypożyczy sobie film na DVD. Uchroni się wtedy przed świńskimi chipsami.

Także Samozwańczy Strażnik Kina na moje zrobił z siebie buraka i pokazał, jakim prymitywem sam jest. Przy czym sam wspominał o swoim wysokim poziomie. Jakoś strasznie drażnią mnie tacy ludzie. Takie wieprze w kołnierzykach. Postawa pt. jestem najlepszy i kulturalny, więc mogę pomiatać innymi. Szczyt kultury, nie ma co. Panu Burakowi chciałabym jeszcze przekazać, że wychodząc z kina był tematem numer 1. Nie sytuacja kobiet w Arabii Saudyjskiej (jak mogłoby z filmu wynikać), a jego przygłupie zachowanie, które stało się pośmiewiskiem.

Mam nadzieję, że więcej tego typa nie spotkam na DKFie. Boże uchowaj przed takimi kulturalnymi. Miłej nocy!!

Proste sposoby na poprawienie nastroju

Nagle odkryłam, że mam coraz lepszy humor. Pomijając pewne dołki, jest ok. Wiadomo, że spadkowa forma się zdarza, ale to już nie to co kiedyś. Wszystko zmieniło się po pozbyciu się jednego złego nawyku, a reszta stała się sama. Nie, spoko, nie będzie o Amway’u, ani żadnym innym syfie. Tak sobie o tym myślałam, dlaczego ostatnio jestem innym człowiekiem. Postanowiłam to zebrać i sobie zapisać, żeby nie zapomnieć. A jakby co, to mieć ściągawkę, żeby sobie przypomnieć. No to jadę z tematem.

1. Picie ograniczone w stopniu bardziej niż znacznym. Było tak, że piłam prawie co dzień i to czasem dwa piwa. Wydaje się, że niby to nic takiego. A jednak jakoś chodzi się na drugi dzień zmulonym i spuchniętym. Teraz piję piwo znacznie rzadziej, w weekendy – piątek/ sobota. Łatwiej się wstaje, lepiej wysypia, bo organizm w nocy się regeneruje, a nie trawi i rozkłada na części pierwsze alkohol. Humor także staje się mniej wisielczy. Generalnie, człowiek wyspany to człowiek zadowolony.

2. Ruch przynajmniej trzy razy w tygodniu. Nie będę ukrywać, że czasy szczytowej formy i jędrnego tyłeczka to raczej mam za sobą. Nie jest ze mną źle, ale nie jest tak dobrze, jakby mogło być. Dlatego warto ruszać się przy każdej okazji. Najlepiej na świeżym powietrzu. Tak się składa, że jak już jest się w tygodniu wyspanym i nieskacowanym, łatwiej wstać 20 minut wcześniej, żeby pojechać na rowerze. Poranek jest zupełnie inny, gdy jedzie się te 15-20 min. Nie uskuteczniam jakichś porannych treningów, tylko rozkoszuję się świeżym zapachem spalin i obcowaniem z pieszymi na ścieżce rowerowej. Wraca się fajnie po południu. Dotlenienie też dobrze wpływa na trzeźwość umysłu i ogólną witalność.

3. Koniec z kawą. Nie taki „koniec-koniec”, ale zostawiam sobie ten trunek na weekend albo na jakieś popołudnie. Doszło do tego, że piję raz, góra dwa w tygodniu. Zawsze dla smaku i towarzystwa, nigdy w pracy. Smakuje lepiej. O wiele lepiej. Jakby porównać pomidorówkę z paczki (kawa w pracy) i taką ugotowaną przez babcię z robionym w domu makaronem (w kawiarni/domu). Wszystko jest dla ludzi, nie ma co się tak napinać i nie pić wcale, a potem dorwać się jak głupi i pić dzień w dzień. Gdy rzadko pije się kawę i alkohol poprawia się cera, jest mniej pryszczy i cienie pod oczami znikają.

4. Dieta MŻ. Czyli Mniej Żreć. A w zasadzie żreć tylko jak jest się głodnym. Po co żałować sobie bułki słodkiej? Lepiej zamiast kanapki ją zjeść i tyle. To samo ze słodyczami. Kilka kostek czekolady raz kiedyś nie szkodzi tak jak dwie tabliczki po trzech miesiącach nietykania niczego słodkiego. Cukier nie jest dobry, ale bywa potrzebny. Po małym obiedzie łatwiej zabrać się do czegoś konstruktywnego, niż po dwu-dokładkowej torturze. Nie mogę pominąć swojego ulubionego wywodu – unikanie mięsa. A w szczególności wieprza. No to jest niefajne i niezdrowe. Staram się jeść jak najmniej. I też jest mi lepiej.

5. Fitness albo coś innego. Ćwiczyć trzeba i basta. Żeby mieć ładniejszą postawę, czuć się lepiej i być zdrowszym. Jedna godzina ćwiczeń poprawia humor niesamowicie. Wychodzi się spoconym, ale szczęśliwym. Gdy człowiek szczęśliwy, a do tego po aktywności fizycznej, wysypia się znacznie lepiej.

6. Zielona herbata i złote myśli Buddy. W tym miejscu nie chcę siać żadnej ideologii. Ani nikogo do żadnej wiary przekonywać. Sama nie jestem Buddystką. Po prostu czytam sobie losowe myśli. Traktuję to jak filozofię taką samą jak każda inna. Gdyby podobał mi się przekaz Platona, to bym sobie jego wywody czytała. A Budda to mega pozytywny gość i wyluzowany. Tak wywnioskowałam po jego maksymach. I stwierdziłam, że też chcę taka być. Wprowadzam spokój do swojej głowy. I każdemu polecam. Otwiera oczy na bardzo prozaiczne sprawy, o których łatwo zapomnieć w pędzie dnia codziennego. Zielona herbata jest spoko.

7. Wyjebka na pracę. Praca to tylko praca. Trzeba się przykładać, wiadomo. Pracę trzeba szanować. Też wiadomo. Ale nie ma co żyć w strachu i trząść portami za każdym razem, gdy powinie nam się noga. Albo beczeć, jak jest zjebka. Trzeba się ogarnąć i poprawiać swoje błędy. I nie przejmować się zbytnio. Zamykam drzwi biura, zamykam szufladkę w głowie. I zajmuję się sobą. Uczyłam się tego dwa lata. I wreszcie wychodzi. Po co tyrać sobie głowę robotą, gdy można porobić coś fajnego po południu…

8. Zrozumienie własnej wartości. To chyba przychodzi jakoś ze wszystkim, co wcześniej. I chyba nie wymaga wyjaśnień. Odpowiednia postawa i pewność siebie pomaga. Bardzo.

No i gra gitara :)

Letnia nostalgia w październiku, czyli summertime sedness

Dziś było wyjątkowo ciepło. Jak na październik. O godzinie siódmej, gdy wyjeżdżałam do pracy było czternaście stopni. Jadąc na rowerze, poczułam lato i zapach frytury z McD. Popatrzyłam na opadające resztki mgły i nieśmiało wyglądające słońce zza horyzontu. Pomyślałam sobie, że odkąd skończyłam studia, moje życie stało się nudniejsze i jakieś takie mdłe. I pomyśleć, że kiedyś irytowało mnie gadanie Rodziców, że jeszcze się napracuję w życiu i lepiej, żebym korzystała z tego, że nie muszę tyrać na etacie… Teraz rozumiem już, co mieli na myśli.

Czasy studiowania faktycznie były najlepszymi w moim życiu. Zaczynając od roku akademickiego w październiku, poprzez sesję, którą zwykle przechodziłam bez większych problemów, a kończąc na wakacjach. Właśnie wakacje były najlepsze w tym wszystkim. Od maja szukałam pracy. Później w sesji kursowałam pomiędzy egzaminami, a „dniami próbnymi”. Narzekałam na brak czasu, ale cieszyłam się na hajs, za który mogłam później melanżować z kumplami, kupować ciuchy, mp3-kę i mnóstwo innych rzeczy. Bez tłumaczenia się policji skarbowej w postaci Rodziców.

Teraz w każde lato żal dupę ściska, że mam to za już bezpowrotnie za sobą. Do pracy chodziłam na totalnej wyjebce. W końcu podawanie hamburgerów i frytek do tego przez 10-11 godzin dziennie to nic wymagającego skupienia. Przyznam, że dość frustrujące, kiedy gość nieumiejący poprawnie sklecić prostego zdania mówił do swojej dziuni, bądź równie inteligentnych koleżków, „Jaka głupia dupa. Mądra być nie może, skoro tu pracuje.” Początkowo wściekałam się. Potem kolega zdradził mi sekret, co robi się z takimi burakami albo innymi niemiłymi klientami. Po pierwsze jest się miłym do obrzydzenia. Po drugie, zagląda się na kuchnię, mówi tajne hasło i objaśnia, o które kanapki chodzi. Reszta robi się sama. Po trzecie, obserwuje się jak delikwent zajada się. Czym? Najróżniejszymi rzeczami. Tą słodką tajemnicę zostawię dla siebie. Dlatego pamiętajcie, żeby nie pomiatać tym, kto podaje Wam jedzenie. Zemsta bywa sroga i okrutna.

Wracając do tematu, pracą zbytnio się nie przejmowałam. Bywało, że wpadałam prosto z imprezy. Albo totalnie zrobiona albo totalnie skacowana. Z reguły w okolicy połowy sierpnia albo września rzucałam robotę w wielkim stylu. „Jak wam się nie podoba, to pocałujcie mnie w sam środek. Nie przychodzę do pracy, ani jutro, ani po jutrze. Nie mogę dostać wolnego, to rzucam tę robotę. Hmmm… A w zasadzie, to chyba dziś też w pracy nie zostanę. Astalavistabejbi!” I rzucałam wypowiedzenie temu kierownikowi, którego nie lubiłam. Oczywiście w dzień, kiedy był największy tłok. Uwielbiałam tę niezależność. Świadomość tego, że w każdej chwili mogę trzasnąć drzwiami i mieć to gdzieś. I wiecie co Wam powiem? Jeśli możecie sobie pozwolić na taki luksus, róbcie to. Później może być za późno. Teraz nie mogę powiedzieć szefowi „Panie, jak się Panu nie podoba, że się spóźniam, a nie widzi Pan darmowych nadgodzin, które tu odbębniam charytatywnie, to pocałuj mnie w sam środek i sam sobie tu siądź. Astalavistabejbi!”

Co jeszcze było takiego wspaniałego w tamtych wszystkich wakacjach? Sraczka. Tak, stara poczciwa sraczunia. W gastronomii dyskwalifikuje Cię w pracy. Niepodważalna przez lekarza i pracodawcę. Szczególnie cudowna, gdy pracujesz na umowę o pracę i świeci słońce, a słupek rtęci dawno przekroczył 30 stopni. Na miejscu był zawsze mój najlepszy kumpel. Sms rano „Siema parówo, jedziemy na plażę?” sprawiał, że automatycznie czułam się „chora”. No i odpowiedź zwrotna w tempie natychmiastowym „Siema parówo. No raczej.” Szybka wizyta u lekarza, a potem dostarczenie zwolnienia do miejsca pracy. Oczywiście kumpel stawał się moim kuzynem na tę okazję. Zapewniam, że zimne piwko na plaży smakuje najlepiej, właśnie wtedy, gdy 80% pensji i tak wpada Ci na konto. Leżysz na kocyku, grzejesz odwłok, pełen relaks, a tu pensja i tak wchodzi na konto. Lepiej pachnieć morzem i plażą, niż frytkami. Małe sprostowanie. Nigdy nie robiłam takich numerów w weekend. Po pierwsze, za duży ruch i nie byłam aż taka podła dla swoich przełożonych, żeby narażać ich na utratę najlepszej kasjerki. Po drugie, na plaży w weekend też jest zbyt tłoczno. Najlepiej jest w tygodniu…

Uwielbiałam sierpień i wrzesień. Wtedy nad morzem jest najlepsza pogoda. Woda jest ciepła, a powietrze specyficznie pachnie. Ludzi też jest nieco mniej… Zwykle wtedy też zrzucałam balast roboty, której nie lubiłam. Mogłam pozwolić sobie na jeżdżenie w nocy nad jezioro ze znajomymi. Na grille i spotkania. Robiłam co chciałam i kiedy chciałam. Właściwie mój kumpel był osobą, z którą głównie spędzałam czas. Jeździliśmy razem na wszystkie imprezy i pizzę z bigosem. Spędzaliśmy godziny na szwędaniu się po mieście i komisach samochodowych. Na kolędowaniu po znajomych… Nie było bunkrów, ale i tak było zajebiście.

Teraz pracuję i nie mam wakacji. Co najwyżej tydzień, dwa lub trzy. Nie mogę robić tego, co mi się żywnie podoba. Kumpel wyjechał i praktycznie się nie widujemy. Do tego ma laskę, więc i tak nie dałoby rady spędzać tyle czasu razem. Spotkania wspólnie, to nie to samo. Każdy o tym, wie. Co tu ściemniać. Tęsknię za przyjacielem, którego przez dorosłość straciłam. Tęsknię za słońcem, plażą. Generalnie za wolnością. Takiej, której już nie doświadczę. Co najśmieszniejsze, ta wolność pachnie frytkami.

HWDP – Chwała Wam Dobrzy Policjanci

No cóż… Kto dawno nie narzekał?? No kto? Ja. Tak się nawet zastanawiam nad zmianą nicku na Grumpy Girl :) Tak czy inaczej mam nowy powód do pomstowań i narzekań. Wszystko działo się prawie tydzień temu. Siedziałam wieczorem w domu sama, strasznie się nudziłam. Kogo nie chciałam wyciągnąć na rower, spacer, piwo, kino. Akurat każdy był zajęty. W końcu ostatni kolega odezwał się, że może wyjść na rower po pracy. Podjechałam do niego, żeby było szybciej.

Przed wyjściem miałam jakieś przebłyski przeczuć albo kobiecej intuicji. Zwał jak zwał. Było zimno, więc założyłam grube skarpety za kolana na leginsy, skórzane rękawiczki i kurtkę z kożuchem. Zastanawiałam się, czy aby za grubo się nie ubrałam, ale było niecałe 7 stopni. I bardzo dobrze, że się tak pozawijałam jak mumia, bo to uratowało moje nędzne cztery litery przed grubszą kontuzją. Stało się to w zasadzie na samym początku tripu.

Jechaliśmy osiedlową uliczką i w zasadzie jeszcze dobrze nie opuściliśmy rewiru, gdy popisałam się zwinnością na skalę światową. Pokonał mnie krawężnik o zawrotnej wysokości niecałych pięciu centymetrów. Zlekceważyłam go i nie skręciłam kierownicy wystarczająco mocno. Przednie koło ześlizgnęło się ze wspomnianego przeciwnika, a prędkość z jaką jechałam, zrobiła swoje. Z impetem wywaliłam się jak kłoda na chodnik. Do tego kawałek jeszcze przejechałam polerując płytki betonowe. Było to przy samym przejściu dla pieszych. Nie dość, że łupnęłam na ziemię jak worek ziemniaków, to jeszcze koza postanowiła mnie przygnieść i dźgnąć pedałami oraz kierownicą. Gleba była tak mocna, że nie mogłam się nawet przewrócić przez chwilę nawet na plecy.

Byłam pewna, że złamałam nogę, bo jeszcze nigdy tak nie zabolało mnie kolano. Gdy tak sobie leżałam na zimniutkim chodniczku o godzinie wieczornej i trochę podziwiając gwiazdy na niebie i te w mojej głowie, a także spanikowaną minę kolegi, przejechała koło nas tzw. suka. Panowie policjanci zwolnili i patrzyli. Popatrzyli, popatrzyli i… pojechali. Fascynujące, zaiste. Leży sobie bezwładnie dziewczyna na chodniku. Obok rower, przy samej ulicy. Ale nie jest to wystarczające, żeby się zatrzymać i sprawdzić, czy żyje, czy nie. Przecież mógł mnie wcześniej potrącić samochód albo zwyczajnie mogłam potrzebować pomocy.

Jednakże dla tych funkcjonariuszy chyba nie było to interesujące. Przecież to jest służba publiczna i powinna także pomagać. A nie tylko dybać na mandaty. Gdy siedzisz na ławce na oparciu w listopadzie, policja wyrasta nie wiadomo skąd. Jeśli pijesz piwo pod chmurką, też się zatrzymają, aby wręczyć bilecik. Włączysz muzę po dwudziestej drugiej, patrol także odwiedzi imprezę. Ale gdy leżysz i kwiczysz na skrzyżowaniu, a do tego nie możesz się ruszyć z bólu, jakoś nie będą chętni do kontaktu… Komentować nie będę, bo swoje zdanie nt. ww. służb już wyrażałam nieraz. Tym razem przyznaję kolejne -50 punktów do użyteczności publicznej. Miłej nocy i piąteczku :)