SuperW_logotyp

Miło czasem zrobić coś dobrego. Szlachetna Paczka :)

Dzisiaj chciałabym poświęcić te kilka (i więcej) bajtów danych na coś dobrego. I tutaj nie wiem, jak to wszystko napisać, żeby nie brzmiało patetycznie. No i jak nie przemycić moich głupawych żarcików… Zacznę więc może od sytuacji, która kiedyś mi się przydarzyła. Szłam sobie dumnym krokiem do swej niezmiernie ważnej pracy kelnerki w nadmorskiej smażalni. Nagle podbiła do mnie kobieta około trzydziestki z dziećmi. I zaczyna nawijać, żebym jej dała 20 pln. Z grubej rury zaczęła, nie tam od zetki, czy dwóch. Tak więc pytam „A dlaczego miałabym dać?” „Bo ja jestem samotną matką, nie mam pracy.” I standardowa nawijka, jak jej źle i jak to ciężko takie dzieci samej wychować (z tym akurat nie polemizuję). „A czemu pani nie pójdzie do pracy?” Zaczęła się krzywo wymigiwać. Już wiedziałam, czym to pachnie. „U nas w barze szukają pomocy kuchennej. Stawka jest dobra, to może pani odstawi dzieci i pójdzie, to zagadam z szefową?” Wykrzywiła się jak środa na piątek. „Żebym tak rybą śmierdziała, jak…” „No jak kto? Jak ja? Akurat co dzień chodzę do pracy. A nie stoję z wyciągniętą ręką na deptaku i czekam aż mi ktoś da.”

No i tu jest clue. Jak pomagać mądrze? Bo jak powiedział Ferdynand K. „kasę to by każdy chciał, a robić to ni ma komu!”. Skąd wiemy, że oddane przez nas rzeczy będą służyły komuś faktycznie potrzebującemu? Że trafią do takich osób, które są w kłopotach i mimo wszelkich starań nie dają rady z tego wybrnąć? Że nie mają recepty na życie „Jestem biedny, więc ktoś mi pomoże. W końcu to obowiązek pomagać biednym. A za 1500 to mi się robić nie opłaca. Wolę posiedzieć w domu.”?

Na takie akcje to ja nie idę. Dlatego naprawdę spodobała mi się idea SZLACHETNEJ PACZKI. To jest inteligentna pomoc. Chodzi o to, żeby dać wędkę, a nie rybę. Wiadomo, że nie każdy takiej wędki chce (jak ta kobieta, która nie chciała śmierdzieć rybą jak ja). Dlatego cały pic polega na tym, żeby znaleźć takich, którzy tej wędki będą chcieli. Takich, którzy znaleźli się w dołku tzw. niezawinionej biedy i pragną się z niej wyrwać. Jak to się robi? No właśnie, do tego potrzebni są Wolontariusze, którzy spotykają się z różnymi ludźmi. Rozmawiają, obczajają temat i w ten sposób wyłania się tych, którzy mądrej pomocy chcą. Oczywiście nie idzie się tak prosto z ulicy, tylko przechodzi szkolenia, które pozwalają nabyć obycia i względnej odporności na różne sytuacje.

Co robi taki Wolontariusz oprócz szukania potrzebującej osoby? Pośredniczy między nią, a Darczyńcą. Bo przecież nie każdy jest stworzony do tego, czym zajmuje się Wolontariusz. Można dać coś od siebie – czyli zmontować tę właśnie paczkę i  zostać Darczyńcą :) Zachęcam gorąco do jednego i drugiego! Ja zastanawiam się nad zostaniem Wolontariuszką. Nie chcę tu ściemniać, że na bank nią zostanę, ale sobie przemyślę sprawę. Nie bardzo mam co dać i mój budżet nie udźwignie zrobienia paczki dla kogoś, ale myślę, że znalazłabym w sobie tyle siły i chęci, żeby poświęcić drugiemu człowiekowi trochę swojego czasu w miejsce przeglądania demotów ;)

Przeczytałam prawie całą stronę SuperW oraz Szlachetna Paczka i mogę z czystym sumieniem stwierdzić, że mi się to podoba. Bardzo, bardzo. Przy tej okazji napomknę, że czytając te wszystkie materiały, spociło mi się oko (tak tak, nawet taki twardziel jak ja, się wzrusza). Są już realne wyniki działań z poprzednich lat – w 2012 roku udało się dotrzeć do 13 235 rodzin! Pan Karol otrzymał wózek, dzięki któremu pierwszy raz od wielu lat zobaczył krakowski rynek. Pani Jadwiga znalazła pracę. Pan Zbyszek ma z kim porozmawiać. Ciężko mojemu rozumkowi ogarnąć, jak trudno musi być człowiekowi zamkniętemu w czterech ścianach, samotnie…

Chyba można śmiało powiedzieć, że poziom naszej empatii jest całkiem dobrym wykładnikiem naszego człowieczeństwa… No i z samego dna często lepiej widać Twoją twarz :) Mam nadzieję, że także będziecie chcieli pomóc :)

Linki do Szlachetnej paczki zamieściłam już w tekście, ale jakby co to: www.superw.pl i www.szlachetnapaczka.pl ;)

Pozdro i pamiętać, że na Was liczę!!

Jakby trochę lepsze życie dzięki rewelacyjnej diecie

Ostatnio mi się polepszyło. Dlaczego? Bo jeżdżę więcej na kozie :) Swoją drogą, taka mała anegdotka. Stoję sobie na przejściu, czekam na zielone. Obok stoi skin ze swoją skin-dupą. „Eeee… patrz jaki ma fajny rower!” Przyznam, że nieco mnie zmroziło. Ciemno jak w dupie, nikogo oprócz mnie i nich, więc moja paranoja się aktywowała. A pan skin mówi „A co w nim fajnego? Jaka blondi taki rower.” Dalej stoję cicho, bo lubię swoje zęby. Na to pani dupa skina „Ale jest biało czerwony! Idealne polskie barwy. Też bym taki chciała. Napisałabym sobie Polska dla Polaków.” No i moja gęba się odezwała. Sama, chociaż prosiłam ją, żeby siedziała cicho. „Chyba go przemaluję. Stop rasizmowi.” I pojechałam. No musiałam to powiedzieć. Musiałam. Jakoś to było silniejsze ode mnie.

A wracając do polepszenia, to już wiem skąd się wzięło pogorszenie. Od radykalnego zmniejszenia ruchu, kawy, alkoholu, frustrującego życia zawodowego. Ostatnio tak sobie myślę, że chcę się przebranżowić i wrócić do swojej poprzedniej drogi zawodowej. Ja to lubiłam i byłam w tym dobra. W swojej obecnej tyrce się nie odnajduję. Umowy, papiery, faktury, przetargi… To nie mój świat. Żadnej mechaniki, żadnych zagwostek konstrukcyjnych, żadnych wykluczających się parametrów… Moje serce inżyniera krwawi w tym kieracie. Owszem praca jest miliony razy mniej odpowiedzialna i w sumie luźna, ale dupa mnie już boli od przyspawania do krzesła przez osiem godzin. Ja tak nie umiem. Czuję taką tęsknotę. Jak dziki zwierz w klatce. Niby mu lepiej, bo ma pełną michę i ciepłe posłanie, a gdzieś coś ciągnie… Nie potrafię żyć bez produkcji. Niby chujowy pieniądz, niby zjebka goni zjebkę, ale są emocje. Coś z czegoś powstaje. A nie kolejne segregatory.

Naprawdę jest ze mną lepiej. Wiem już czego chcę. To chyba większa część sukcesu. I czuję się z tym wspaniale. Tak jakby ktoś zapalił mi światło w ciemnym korytarzu. Tak jak bohater metro2033 czuł zawsze ulgę widząc, że tunel się kończy i dociera do stacji. :) Do mojej radości przyczyniły się też efekty mojej diety. Dieta ta jest cudowna i wprawia wszystkich dietetyków w osłupienie, że sami na to nie wpadli. W ciągu miesiąca schudłam z 59-60 do ca. 55 kg. Zdradzę nazwę tej diety – MŻ, czyli Mniej Żreć. Proste i szybko przynosi efekty. Jem tylko wtedy, gdy jestem głodna. Cztery posiłki dziennie. I schudłam. Proste. Można? Można. Nawet wyciągnęłam z dna szafy część ciuchów.

Co tam jeszcze dobrego? Wznowiłam chodzenie do kosmetyczki – trzeba trochę o siebie zadbać. I nabyłam… srajfona. Tak. Ja zdecydowany przeciwnik obgryzionych owoców. I stwierdzam, że jest spoko. Jestem wręcz zachwycona. Miałam kilkanaście telefonów. Żaden nie spełniał moich oczekiwań w takim stopniu jak ten. Dobra koniec tych przechwałek.

Pozdrawiam i dobrej nocy życzę!

Kilka słów o kawie i alkoholu

Jestem właśnie w trakcie trzeciego tygodnia detoksu. Od kawy i alkoholu. Jakoś tak samo wyszło. Pewnego poranka otworzyłam oczy. Bolała mnie głowa w okolicach zatok. Gardło paliło. Język miałam żółty, wory pod oczami. Całe szczęście to była sobota. Bo odbijało mi się piwem i chipsami. Nie wiem, jakbym poszła do pracy. Mam już za sobą kilkanaście epizodów, kiedy ledwo siedziałam w pracy, bo piekło mnie w żołądku, chciało mi się spać, pić, jeść i bolało mnie gdzieś za oczami. Do tego zaczęłam notorycznie zapominać. I przekładać na jutro. Zrobiłam się powolna, jak na swoje możliwości.

Zjadłam śniadanie i popiłam kawą. Liczyłam, że się obudzę, bo chciałam coś załatwić. Skończyło się na tym, że zważyłam się już kompletnie do reszty. Dochodziłam do siebie do godziny siedemnastej. Krótko mówiąc cały dzień z dupy. Jakby tego było mało, standardowo rozbolała mnie wątroba. Jak zawsze (ostatnimi czasy) po kawie. Takie uczucie jakby ktoś na wysokości przepony wciskał mi tępe narzędzie pomiędzy żebra i mieszał flaczki. To nie był kac morderca. Miałam różne zejścia nie raz i wiem, czym to pachnie. To był głos mojego organizmu mówiący „weź dobry rozbieg i pierdolnij głową w ścianę, bo się wykończysz.”

Tamtego dnia nie czułam się najgorzej w swoim życiu. Nie umiem tego opisać. Poczułam się jak wykręcona gąbka do podłogi. Taka szara, brudna i śmierdząca. Miałam autentycznie dość. Nie robiłam żadnych dziwnych postanowień poprawy. Wieczorem chciałam wypić piwo – w końcu sobota. Odpuściłam sobie po połowie. Nie smakowało mi. Tak po prostu. Na drugi dzień z rana czułam się w miarę ok. Po śniadaniu napiłam się kawy. Znowu rozbolała mnie wątroba i żołądek…

I przyszedł dzień, kiedy w pracy rano nie zrobiłam sobie kawy. Tylko zieloną herbatę z miętą. Co ciekawe, nie miałam kryzysu o godzinie 13. Cały dzień przepracowałam jak człowiek. Jeszcze po południu było nie najgorzej. Przyznam, że ten tydzień (pierwszy) był chyba najgorszym w ostatnim czasie. Byłam jakaś taka naciśnieniowana. Chodziłam jak bomba. Wszystko mnie wkurwiało. Niewiele jest osób, którym nie wbiłam jakiejś szpili w postaci wyrafinowanej złośliwości. Chyba zdążyłam wszystkim zajść za skórę. No trudno się mówi. Nikt nie powiedział, że zerwanie z wieczornym piwkiem to łatwa sprawa.

Dopiero zdałam sobie sprawę, że dwa piwa wieczorem to nie jest takie nic. Przecież jak byłam na studiach, to nie piłam tak często. Raz w tygodniu. Góra dwa. Jakie miałam problemy, żeby wstać rano! Jaka byłam nieogarnięta! A teraz fundowałam sobie takie coś prawie co dzień przez ostatnie dwa lata. Doszłam do wniosku, że sama sobie komplikowałam życie. Więc winko i piwko zostaje tylko na weekendy. Chociaż szczerze powiem, że specjalnie to nie mam ochoty na alkohol. W ogóle mi już nie smakuje…

I tak sobie trzeci tydzień egzystuję w odmętach zielonej herbaty, miętowej, czerwonej i innych dziwnych naparów. Jest spoko. Chyba zaczynam być sobą. Taką sprzed trzech lat. Skończyły się moje problemy z koncentracją. Może nie jest idealnie, ale nie jest tak jak po kawie. Gdy wypiję za dużo kawy mam dziwne zerwania filmu. Robię jedno, drugie, trzecie, niczego nie chce mi się kończyć. Zaczynam, przerywam, wracam, w końcu sama nie wiem co i po co robię. W moim przypadku kawa sprawdza się tylko na weekendy i to tylko na dni, kiedy nie muszę robić nic konstruktywnego.

Może to dziwne, ale dwie niewinne z pozoru używki jak piwo i kawa, potrafią posiekać mózg. Kiedy nie piję, czuję się autentycznie lepiej. Przez ostatnie trzy tygodnie wypiłam może ze trzy kawy i trzy piwa. I tak jest dobrze. Szczerze polecam. Dobrej nocy :)

Blondynka za kółkiem – coroczna letnia stłuczka part 3

Mam taką swoją „małą” coroczną tradycję letnią. Dodam, że jest to tradycja komunikacyjna. W każde lato muszę mieć stłuczkę. Bez tego porządek Wszechświata na bank by się rozpieprzył w drobny mak. Zaczęło się wszystko dwa lata temu, kiedy do pracy co dzień dojeżdżałam 50 km (no i tyle samo na powrót). To nie jest daleko, ale biorąc pod uwagę fotoradar co kilometr, przejścia dla pieszych, brak pobocza, jadące ciągniki i inne cuda, trochę czasu zajmowało. Poniżej 0,5 h nigdy nie udało mi się zejść. Raz jechałam wąską, krętą drogą Dobiesławską. Posiada ona jeden szczególnie urokliwy zakręt. Ja mam raczej ciężką nogę (chociaż z wiekiem coraz mniej), ale na tym zakręcie zawsze zwalniam do ok. 20 km/h. Pokusiłam się nawet o zdjęcie z google earth.

Zakręt wygląda niepozornie, ale jest zdradliwy i kiepsko wyprofilowany. Wtedy akurat zaczęło strasznie lać. Zastanawiałam się, czy mam jechać dalej (i tak już bardzo zwolniłam), czy może stanąć i liczyć na to, że nikt we mnie nie wjedzie. To było jak deszcz z horroru, kiedy największe zło budzi się do życia. Jakiś monsun okrutny. Kompletnie nic nie widziałam. Myślałam sobie, że jak przejadę tę drogę bez stłuczki to będzie cud i zacznę chodzić do Kościoła w ramach zadość uczynienia. Są takie chwile, kiedy wiesz, że skończy się do dupy… No i nadjechałam do tego wspaniałego zakrętu. Mniej więcej za połową (zachęcam do obejrzenia go w całości na GE, jaki jest podstępny) wpadłam w lekki poślizg. Trochę wyrzuciło mnie na drugi pas. Widziałam, że z naprzeciwka jechało tico. Byłam pewna, że widząc mnie i moją sytuację zatrzyma się albo stanie, bo ja mogłam co najwyżej wjechać w przystanek. No i się kurde pomyliłam.

Przetarłam jego bok. I zatrzymałam się, żeby spisać oświadczenie (bądź, co bądź to ja jechałam jego pasem). Miałam wgnieciony zderzak i stłuczony reflektor. Za to jak zobaczyłam jego auto, to ręce mi opadły. Cały bok dosłownie zgnieciony. Miał problem, żeby w ogóle drzwi otworzyć. Na dzień dobry zajęczał „No nie!! Ja się spieszę do pracy, a pani mnie tu przeciera!” „A ja to się nie spieszę do pracy, niby? Bardzo pana przepraszam, stało się i tyle. Spiszemy oświadczenie i każdy jedzie w swoją stronę.” Chłopak był całkiem OK. Nie bluzgał, nie wrzeszczał, wszystko przebiegło spokojnie i bez nerwów. Na koniec zapytałam go „Czemu pan nie hamował? Przecież widział Pan mnie z daleka.” „Bo myślałem, że się zmieszczę.” Hehe.

W tym roku już na samej końcóweczce Sierpnia cieszyłam się, że ominie mnie ta „przyjemność” stłuczki. Niestety. Jechałam do pracy (zawsze tak jest – wniosek praca szkodzi zdrowiu). Nagle słyszę jakieś puknięcie. Rozglądam się co to, bo sama nic nie poczułam i widzę jak koleś w aucie za mną mówi „o kurwa”. Wiedziałam już, że wjechał mi w tył. Wyszłam z auta. Od razu zaczął mi wkręcać, że porysowany zderzak to nic takiego, bo on ma stłuczony reflektor. Zamiast „Przepraszam, moja wina, jak to załatwimy?” Przez moment miałam ochotę wezwać policję, żeby zrobić mu na złość. Potem mi przeszło i dogadaliśmy się, że poprzestaniemy na oświadczeniu.

Spotkaliśmy się jeszcze raz po południu, bo wcześniej jęczał coś o zniżkach. Pomyślałam, że jak da trochę kasy, to mu odpuszczę i naprawię to bez zgłaszania do ubezpieczyciela. Jednakże przybył ze swoją Lejdi, która już na dzień dobry zaczęła wyzywać. „Tak! Bo tak to kurwa jest, jak tępa blondynka wsiądzie do auta!” „Ja pierdolę! Nie damy Ci żadnej kasy! Mówiłam, że to wałek jest.” Tak sobie popatrzyłam, jak rzucała się jak gówno w przeręblu i śmiać mi się zachciało. Powiedziałam jej, że nie jesteśmy na ty i nie mam zamiaru z nią w ogóle rozmawiać. Ona tymczasem była wytrwała i dalej gadała takie głupoty, że zaczęło mi być jej autentycznie szkoda. Szkoda, że jest tak ograniczona i pusta, że nie wie na dany temat nic, a się wypowiada i do tego jeszcze mnie wyzywa. Przykładowo twierdziła, że zanim podpiszemy oświadczenie musimy jechać do rzeczoznawcy na mój koszt, bo to ja chcę spisywać oświadczenie. Większej głupoty dawno nie słyszałam.

W końcu miałam jej dość i powiedziałam, że skoro nie chcą spisywać oświadczenia, dzwonię na policję zgłosić zdarzenie i ucieczkę z miejsca wypadku. I tu też wkręcali mi, że to można tylko od razu. Gówno prawda – na zgłoszenie takiej szkody mamy 10 dni. Dziewczyna była tak wulgarna i przekonana o swojej racji, że w końcu powiedziałam do tego chłopaka „Słuchaj, masz ostatnią szansę. Podpiszemy oświadczenie, ale tylko wtedy jak pańska, hmm… dziewczyna, zostanie w samochodzie.” „OK.” „Dlaczego ja mam zostać?!” „Bo tworzy pani kiepski klimat pod jakiekolwiek rozmowy.” Uwierzcie mi, że największą satysfakcję miałam wtedy, gdy kazał jej w tym samochodzie zostać. Jej mina była tak durna, jak ona sama. Gdy tylko znikła z horyzontu, wszelkie rozmowy poszły gładko.

Po tych wszystkich sytuacjach mam kilka wniosków :) Zawsze trzeba mieć w samochodzie teczkę z gotowym wzorem oświadczenia (kilka kopii, w razie pomyłki w tych całych emocjach) i długopis. Najfajniej mieć telefon z aparatem, żeby na gorąco sfotografować auta, w szczególności jak się jest sprawcą. Nie podpisywać klauzuli „i wszelkich innych szkód powstałych w wyniku zdarzenia”, bo ludzie są bardzo sprytni i potrafią pociągnąć za portfel. Zachować zimną krew, nawet jeśli ma się do czynienia z bezczelnym kretynem/kretynką. Można kogoś zgasić kulturalnie – ochhh jaka frajda! No i jeśli jest się poszkodowanym, a zachowanie sprawcy w jakikolwiek sposób nam się nie podoba, dzwonić po policję. Najlepiej jak najszybciej.

W tych wszystkich przypadkach komunikacyjnych mnie najbardziej mierzi ludzkie zachowanie. Wrzaski, wyzwiska. Beata Tyszkiewicz (uwielbiam!) w jednym z wywiadów powiedziała kiedyś, że chamstwa nie usprawiedliwiają żadne emocje. Nawet te wielkie. A jak Wy macie? Bardziej stresująca jest stłuczka, czy późniejsze perturbacje z uczestnikami? Pozdrawiam!

Nawet keep calm nie pomoże w starciu ze sprzedażą piramidalną

Ostatnimi czasy usilnie staram się tłamsić w sobie to, że pewna dziewczyna zwyczajnie mnie wkurwia. Bo mam mnóstwo wspomnień związanych z jej osobą, naprawdę pozytywnych. Jest spoko osobą, tylko mamy poglądy tak wspólne jak Kaczyński z Palikotem. Czasami jak podjarana jej coś opowiadam, to patrzy na mnie z miną jak moja matka, gdy w gimnazjum próbowałam jej tłumaczyć, że powinno się zalegalizować marihuanę. I najczęściej nasze rozmowy tak właśnie się kończą jak tamte – spiną. Więc gdy zadzwoniła do mnie, żebym poszła z nią na pokaz kosmetyków, nie odmówiłam.

Nie pasował mi termin, który zaproponowała (byłam w samym środku przygotowań do panieńskiego i dzień po nabyciu szacownej kózki, a słoneczko świeciło…). Postanowiłam jednak poprzekładać wszystkie plany i pójść z nią. Dlaczego? Bo pomyślałam, że to miło, że mnie gdzieś zaprasza. Pomyślałam też, że warto razem gdzieś się wybrać, żeby wzajemne stosunki się ociepliły. Poza tym myślałam, że ten pokaz to będzie coś na zasadzie wizażu i omawiania kosmetyków. Coś w stylu pokazów, które są robione w dużych sieciach drogerii i perfumerii.

Oczywiście, jak zawsze, wprowadziłam się sama w błąd. Tak to jest, że słyszymy to, co chcemy słyszeć. Poczłapałam się grzecznie na miejsce, w którym się umówiłyśmy. Zdziwiłam się, że przyjechał po nas jakiś facet, żeby nas zawieźć na miejsce. Niewiele się zastanawiając wsiadłam z nią do tego samochodu. Facet po czterdziestce, z wielkim srebrnym łańcuchem na szyi. W duchu zaczęłam się śmiać, że to będzie jakieś nieudane porwanie do rumuńskiego burdelu. Trochę się zaniepokoiłam, gdy minęliśmy zjazd do galerii, a potem powoli zaczęliśmy wyjeżdżać za miasto. Nieco pożałowałam, że nie wzięłam noża do filetowania ryb (wyobraźnia pracuje – co piątek/sobota przez wiele lat indoktrynowałam się horrorami i thrillerami). Miałam tylko długopis i klucze, czyli kiepską broń. Moje rozważania przerwał mi dojazd na miejsce. Pod domek jednorodzinny na końcu ulicy, gdzie nawet wrony dupami szczekają, a psy zwracają ;)

Byłam już mocno zdegustowana, bo miałam buty na obcasie, a do pętli autobusowej było ok. 20 min na piechotę po jakimś żwirze i piachu. Pan zaprowadził nas pod drzwi domu, który otworzyła normalnie wyglądająca kobieta. Jednak byłam nadal czujna, bo najgorsi psychopaci mają właśnie bardzo przeciętny look. Zaprowadziła nas do salonu. I wtedy przysłowiowy chuj mi opadł. Bez picu. Na środku stał stół z kosmetykami, a wszędzie były rozstawione krzesła. Siedziały na nich kobiety w wieku 45+. Niby nic złego w kobietach siedzących w salonie, jak kwoki na grzędzie, ale ja już czułam pismo nosem.

Usiadłyśmy sobie na swojej grzędzie. Po jakimś czasie zebrały się już wszystkie babki. Wtedy weszła „Jolcia” ustrojona jak na sylwestra w remizie. Czerwona balowa suknia, bolerko z cekinów, tapir na włosach i ciężki makijaż pod kamerę. Idealny design na wtorkowe, sierpniowe popołudnie. Gdy już przyjęła ochy i achy od zgromadzonych zaczęła opowiadać o bajecznych kosmetykach.

Cudowność tych kosmetyków była nie do ogarnięcia moim skromnym umysłem. Po pierwsze – jedne z najlepszych na świecie! Po drugie tylko z naturalnych składników (których skład nie był napisany na etykietach), kupowanych na specjalnym targu w Paryżu. Zaczęło mnie zastanawiać, jak to jest możliwe przy ogromnej sprzedaży na skalę światową (wg opowiadającej Jolci) w przypadku np. kremu nawilżającego na bazie róży pustynnej… Było mnóstwo innych niesamowitych cudów, jak puder wystarczający na dwa lata i utrzymujący idealny wygląd cery przez nawet 48 h. Niesamowite. Chyba można zaoszczędzić na wodzie :)

Jednak po pewnym czasie ten absurd zaczął mnie po prostu nudzić. Bo jak trzy razy ktoś Ci wciska ciemnotę, to można się pod nosem śmiać. Przy dziesiątym takim bzdecie zaczynasz po prostu rzygać przysłowiową tęczą. Mija jedna godzina, potem druga, a jakaś wypacykowana baba wpiera rzadki kit… Na dłuższą metę jest to zwyczajnie beznadziejne. Chętnie wstałabym i zabrałabym się to domu, ale droga mnie przerażała. Pewnie celowo wybrali taką daleką lokalizację, aby nikt nowy nie uciekł z krzykiem.

Patrzyłam za okno na piękną pogodę, myślałam o kozie zacumowanej w piwnicy i zalewała mnie ciecz będąca pomieszaniem krwi i żółci. Groteska tego wyjścia sięgnęła do zenitu, gdy Jolcia wyjęła najnowsze (tak! prosto z fabryki) pudry i kremy. Kwoki zatrzęsły się na swoich krzesłach. Wybałuszyły gały i wyciągnęły ręce. Czułam się mega dziwnie. To wyglądało okropnie. Kiedyś oglądałam program, w którym wolontariusz rozdawał narkomanom metadon. Zachowanie tych kobiet nie różniło się za wiele. Jak można dać się tak omotać i zaślepić? Płacić astronomiczne kwoty za zwykłe kosmetyki? Sprzedawane w tak dziwnym systemie?

Dobra, te baby to niech sobie kupują. Ale moja koleżanka? Po studiach? I zapisała się do tego syfu? Jej mąż także wykształcony… I dali się nabrać na wszystkie chwyty takiej sprzedaży. Rzekomą elitarność (tylko zapisani mogą kupić), luksus (trzecie na świecie), naturalne i jednocześnie rzadkie składniki wykorzystywane w produkcji masowej (wtf?), pozytywna opinia będącego na pokazie eksperta (tu lekarz dermatolog). Podręcznikowe sygnały ostrzegawcze  przed piramidą. Olała je. OK. Po co mnie w to próbuje wciągać? Mogła chociaż powiedzieć, że zabiera mnie na taki performance głupoty – Amway.