Koza poprawiła mi humor. Panieński też.

Tak, właśnie tak. Poprawił mi się humor. No zupełnie przypadkiem. Naprawdę. I wszystko w jedną sobotę. Najpierw zadzwoniła moja Mama. Cały tydzień nie odzywałam się do niej (w sumie to dłużej), a od Taty dowiedziała się, że kompletnie nie miała racji z samochodem. Było jej głupio, ale nie powiedziała ani słowa. Nic w  stylu „wiesz nie miałam racji, to jak tam było z tym samochodem? Zgłosiłaś sprawę do ubezpieczyciela?” Zamiast tego zapytała się mnie, czy idę na zakupy. Powiedziałam, że nie. A ona na to „To ja Ci mogę coś kupić.” Najpierw chciałam unieść się honorkiem i powiedzieć, żeby sobie sama poszła. Później jednak pomyślałam, że jak dają to tylko głupi nie bierze. W efekcie stałam się posiadaczką sukienki, nowych szpilek (niebieskich zamszowych), dwóch par leginsów. Swoje dalej myślę i swoje wiem, ale gifty trzeba przyjmować. No cóż, zrobiłam się podła.

Jak wróciłam do domu, wzięłam się z koleżanką za organizację wieczoru panieńskiego. Całe popołudnie jeździłyśmy po sklepach w poszukiwaniu ginu, wódki i przepoju. W zasadzie kupiłyśmy wszystko. Nawet zamówiłyśmy prezent i wybrałyśmy klub, żeby zrobić rezerwację. Poszło szybko i sprawnie. Nie ukrywam, że byłam w swoim żywiole. Uwielbiam takie sprawy organizacyjne. Wtedy czuję, że żyję. Poczułam się potrzebna i ogarnięta. I jakoś mi się polepszyło. Z mega czarnej dziury przetransportowałam się do dziury czarnej. Oczywiście o nastrój chodzi.

Jednak wczoraj poprawiło mi się najbardziej. Kupiłam sobie rower. Nie jakiś tam mega zajebisty albo lansiarski. Takiego zwykłego makrokesza. Dobra, sama tej nazwy nie wymyśliłam – wyczytałam na forum. Była to ostatnia sztuka przeceniona o połowę. Taka tam koza, holenderka. Wcześniej chciałam kupić Gazelle Basic, ale odstraszyła mnie cena (2499 pln) i świadomość, że mogłaby zdematerializować się w mojej piwnicy. A tu za mniej niż jedną trzecią tej ceny kupiłam podróbkę ze Świebodzina (chamsko zerżniętą z G.). Na moją częstotliwość jazdy będzie OK. Jak kiedyś zamieszkamy gdzieś, gdzie tak nie kradną, to sobie kupię Gazellę.

Wczoraj nawet jeździłam na swoim rumaku. Trochę za duży, ale i tak fajny. Jeździliśmy dość długo i bardzo mi się podobało. Mam tylko jeden mały problem… Nie umiem ruszać. Powaga. W moim starym góralu (zwanym Złomkiem), mogłam sobie ustawić pedał w odpowiedniej pozycji, gdy stałam. A tu jak rower stoi to pedały ani drgną… Do tyłu nie można ich przekręcić, bo jak kręci się do tyłu, to się hamuje. Także jeśli macie jakieś porady, jak sprawnie ruszać na kozie, to chętnie je przyjmę. Bo teraz to trochę siara, jak nie umiem na skrzyżowaniu ruszyć na światłach. A tak poza tym rower jest super. Ma zabudowany łańcuch i błotniki, dzięki czemu będę mogła jeździć w kiecce. Siedzi się prosto, kierownica jest duuuuża i wygodna. Ma nawet fajną blokadę na tylne koło – wyjmiesz kluczyk, nie pojedziesz, dobre oświetlenie z dynamo. Naprawdę, super zakup. Cieszę się bardzo, bardzo!

Światełka w tunelu raczej nie widać

Nie lubię pisać takich rzeczy. Ale miałam plany. Nawet co do postów. Chciałam napisać o swoich wakacjach w Amsterdamie. Już miałam wybrane fotki. Ale tego nie będzie.

Bo znowu to mnie napadło. Najpierw myślałam, że to tak jak co miesiąc, czyli przed okresem – ogólny kryzys, dół i marazm. Myślałam, że przejdzie. Nie przeszło. Jest coraz gorzej. Już nie nastąpiła radość i względne zadowolenie…  Ja się zwyczajnie boję. Boję się, że pewnego dnia zrobię to, o czym coraz częściej myślę. Nawet myślałam, jak to zrobię. Kiedyś zdarzało się to rzadko. Z cztery pięć razy w roku. Teraz myślę, o tym co dzień. Po kilka razy.

Co dzień płaczę. Z jakiejś takiej bezsilności. Wszystko mnie przygnębia. Nawet muzyka, którą lubię. Nic nie ma sensu i nic nie poprawia humoru. Nic mi się nie podoba. Tak jakby ktoś podmienił mi mózg. Sama siebie nie poznaję. Wszystko mnie denerwuje i dołuje. Każdemu źle życzę. Nigdy tak nie miałam. Cieszę się jak jest brzydka pogoda. Joga nie pomaga. Doprowadza mnie do płaczu. Pilates to samo.

Czuję się tak jakby z każdym dniem i każdym oddechem umierała mała cząstka mnie. Komórka po komórce. Z każdą chwilą znikam. Stara ja, wesoła optymistka. Pojawia się pozbawione jakiejkolwiek chęci życia pudełko, w którym już nic nie ma. I naprawdę nie wiem, co mam zrobić. Nie potrafię sobie pomóc. Wszystkie moje sposoby zawiodły.

Toksyczna relacja

Każdy wie, że po wyfrunięciu od rodziców, stosunki dziecko-rodzic jakoś regulują się i jest znacznie lepiej niż wcześniej. Kończą się awantury o głupoty, a znacznie rzadszy kontakt owocuje poprawą relacji. Łatwo wtedy zapomnieć o tym, co złe i pamiętać to, co dobre. Tak też było w moim przypadku. Całkiem wyleciało mi z głowy, jak źle mi było z własną matką. Co najdziwniejsze, dopiero teraz w wieku lat prawie trzydziestu poczułam, że moja matka nie może tak wiecznie mną dyrygować i pomiatać. Nie musi tak być, że wiecznie będę robiła, czego ona chce.

Nawet nie wiem, jak do tego doszło. Ponad dwa lata nie miałam z nią takiej karczemnej awantury, więc się rozchwiałam emocjonalnie na ponad dwa dni. Odzwyczaiłam się po prostu. Kiedyś też miałam takie jazdy w domu, ale szybko dochodziłam do siebie. Po godzinie, góra dwóch było OK. Łatwo się jednak od tego odzwyczaić. Co najgorsze terror psychiczny to coś, co zawsze w człowieku pozostaje. Zmienia psychikę tak, że do końca pozostaje się zwichrowanym. Tak sobie myślę, że moje depresyjne nastroje i skłonność do obwiniania siebie za wszystko, nie wzięły się znikąd.

Siadłam do tego wpisu po to, żeby po kolejny sobie coś przeanalizować i w jakiś sposób oczyścić siebie. Uporządkowanie myśli zawsze pomaga. Chociaż trochę. Przez ostatnie dni życie przelatuje mi przed oczami. Generalnie zawsze źle układało mi się z moją matką. Powiem szczerze, że nawet nie czułam się kochana. Miałam wrażenie, że ona mnie nienawidzi. Nie wiem, czy to były wytwory mojej wyobraźni, czy trafna podpowiedź intuicji. Powiem tylko, że moja matka nie jest z gruntu złą osobą. Jest… sama nie wiem jaka. W każdym razie ja taka nie chciałabym być.

Razem z moimi znajomymi nazywaliśmy ją Despotyczną Wróżką. Dlaczego? Bo nie dopuszczała myśli, że zrobię cokolwiek innego niż ona przewiduje. Jeśli zrobiłam, spotykała mnie sroga kara. Niewspółmierna do czynu i niespotykana u moich znajomych. Dlaczego wróżka? Bo Ona i tak zawsze wiedziała lepiej. Co zrobiłam, co powiedziałam, co myślałam i co chciałam zrobić.

Od małego słuchałam, jaka jestem egoistyczna, podła, samolubna. Nawet będąc czteroletnim dzieckiem. Nie wiem nawet czym mogłam sobie wtedy zasłużyć na takie teksty. Wiecznie musiałam też odbębniać pokutę, że jestem jedynaczką. A czy to tak naprawdę ode mnie zależało? To, że nie miałam rodzeństwa? Czy ona w ogóle kiedykolwiek pomyślała, jak ja się czułam jako dziecko słysząc takie słowa? Albo teksty o tym, że ona zaharowuje się dla mnie, a ja jestem taka beznadziejna i niewdzięczna…

Zawsze było pod górkę. To znaczy mi z nią. Wpierdol pasem za obgryzanie paznokci. W wieku pięciu lat. Zero tłumaczenia. Tylko nakaz, a za niestosowanie się do niego bęcki. Potem powtórka. Pamiętam tą sytuację jak dziś. Tyłek bolał mnie chyba przez całą noc. A paznokcie przestałam obgryzać dopiero jako nastolatka. To było silniejsze ode mnie. Za czwórkę w szkole – baty. Za co dostawałam czwórki? Za charakter pisma. Zawsze pisałam okropnie. A więc, żeby dostać piątkę, siedziałam długie godziny przy biurku i ćwiczyłam literki. W tym czasie dzieci bawiły się w piaskownicy. Ja smarowałam kolejne zeszyciki z literkami. Aż zaczęłam pisać na piątkę. W trzeciej klasie miałam problem z ortografią. Recepta? Kara na całe wakacje. Siedziałam do południa w domu i robiłam zadania z listy od rodziców. Zawsze było tyle, że miałam szczelnie zapełniony grafik do ich powrotu. O wyjściach na dwór też nie było mowy. Jak to wpłynęło na moje stosunki z dzieciakami na podwórku? Wiadomo. Zostałam osiedlowym wyrzutkiem. W końcu to dziwne jak dzieciak wiecznie siedzi w domu i nigdy nie wychodzi.

Dostałam kiedyś tróję z geografii, bo nie wiedziałam, że Madagaskar należy do Afryki. Dwa dni matka powtarzała mi jaka jestem tępa, głupia, niewydarzona, jakim jestem  nieukiem i leniwcem…  I standardowa śpiewka, że wszyscy dla mnie się poświęcają, a ja nie potrafię nawet podstawowych obowiązków ogarnąć. Potem zaczęły się zakazy zadawania się. Najpierw z moją jedną przyjaciółką. Dlaczego? Bo podobno przez zadawanie się z nią miałam gorsze oceny. Musiały być tragiczne, skoro miałam świadectwo z paskiem.

Później były zakazy spotykania się z wieloma znajomymi. Szczególnie w gimnazjum. Żeby to jeszcze był jakiś element. Ale to były zwykłe dzieciaki, takie jak ja. Gdy tylko wychodziło na jaw, że oni mogą robić to, czego ona nie chciała, abym ja robiła, wprowadzała zakaz spotykania się. Zakazy umiała wyegzekwować. Łącznie takich osób na czarnej liście było około siedmiu. Nie pamiętam dokładnie. Z wiekiem bicie przestało robić na mnie wrażenie. Toteż ustało. Zaczął się czas wjeżdżania na psychikę.

Chciałam iść do gimnazjum plastycznego. Zmusiła mnie do zwykłego. Krzyczała, że do plastyka chcę iść, żeby ćpać i pić. Zamurowało mnie. Chciałam tam iść, żeby nauczyć się malować na płótnie i poznać inne techniki komunikacji wizualnej. Ona jednak wiedziała lepiej. Z wyborem liceum było tak samo. Chciałam iść do technikum fryzjerskiego albo mechanicznego. Darła się, że tam skończę jako menel i zero. Że zawsze robię głupie wybory. I że ona już mi wybrała szkołę – liceum najlepsze w mieście. Zmusiła mnie, żeby tam iść. Nie czułam się tam dobrze. Wagarowałam, jak często mogłam. Gdybym wiedziała, że tak to się potoczy zawaliłabym testy kompetencji. W efekcie po trzech latach nauki nie wyniosłam ze szkoły prawie nic. Podejrzewam, że gdybym poszła do szkoły, do której chciałam, przyłożyłabym się do nauki, bo zwyczajnie, by mnie to interesowało. Ze studiami było tak samo. Chciałam iść na informatykę. Były wrzaski, że jestem za głupia, że sobie nie poradzę, że jestem za leniwa. Codzienne szantaże i awantury. I w końcu mi nie wyszło z tą informatyką. Nic dziwnego, przy takim wsparciu.

Były też inne akcje. Takie na maksa głupie i dziecinne. Potrafiła sobie ogolić nogi maszynką ojca i nic nie powiedzieć. Gdy ten rano próbował się golić i nie mógł, bo maszynka była tępa, mówiła, że to ja, bo widziała wczoraj jak goliłam nogi! Czułam się strasznie bezsilna, bo nie mogłam udowodnić swojej racji. Oprócz tego było mi bardzo przykro. Nawet nie umiem dobrze stwierdzić, co wtedy czułam i myślałam. Raz nie udało jej się, bo miałam akurat nieogolone nogi. Powiedziałam do niej „Czy na pewno wczoraj mnie widziałaś, jak to robiłam?” „No tak. Czego łżesz kłamczucho?” „Bo tak się składa, że mam nieogolone nogi!” Wtedy ojciec się wściekł. Na nią. Przyszła do mnie do pokoju i powiedziała „Co ty kurwa narobiłaś głupia gówniaro!” Od tego czasu przestała robić mi kanapki do szkoły. Bez sensu, ale ok. Nie wnikam co jej w głowie siedziało.

Każde moje wyjście ze znajomymi było okupione awanturą w domu. Leciały teksty, że na pewno się puszczam z tymi wszystkimi swoimi kolegami. Że się szlajam po ulicach, ćpam i piję! Było zamykanie mnie w domu. Raz jak wróciłam, czekała na mnie w drzwiach, powitała mnie słowami „Znowu się gdzieś łajdaczyłaś!”, a potem natrzaskała po twarzy i najspokojniej w świecie poszła spać. Lubiłam swoich znajomych i wychodziłam z nimi, zawsze bojąc się powrotu. Bo za każdym razem czekała na mnie awantura i wyzwiska.

Kiedyś dostałam od babci koszulę nocną. Nie lubiłam w czymś takim spać, więc włożyłam ją do szafy. Nie powiedziałam nikomu w domu, że dostałam taki prezent. Zwyczajnie zapomniałam. Gorzko tego pożałowałam. Po powrocie od znajomych zastałam pokój z wywalonymi wszystkimi rzeczami z szafek na środek pokoju. Wszystkie plakaty (łącznie z tymi z autografami Molesty) miałam pozrywane ze ściany i podarte w drobny mak. Potem stek wyzwisk, szarpanina. I trzy dni ciszy. Byłam zdruzgotana i nie wiedziałam, o co chodzi. W końcu wpadłam do rodziców do pokoju zaryczana i zaczęłam się pytać, o co chodzi. „O to, że się kurwisz!” Wrzeszczała. Zupełnie nic nie rozumiałam. Wtedy wyciągnęła tę nieszczęsną koszulę. „A to ci niby po co?! Gadaj skąd to masz!” „Od babci dostałam.” „Tak jasne! Jeszcze łżesz!” I kolejny lep w twarz. „To zadzwoń do babci i zapytaj!” Szczena jej opadła. Zadzwoniła. Skleiła buraka i nic nie powiedziała. Nigdy nie usłyszałam za to żadnych przeprosin. Stwierdziła tylko, że jestem sama sobie winna, bo nie powiedziałam, że mam tę koszulę…

Nigdy też nie pozwoliła mi przekłuć sobie uszu, bo „to jest obleśne”. Zero rozmowy na ten temat. Nie i koniec. Nie chciała pozwolić mi iść do kosmetyczki. W końcu zrobiłam sobie dziurki sama. Urządziła mi za to piekło. Stwierdziłam, że w takim razie skoro za dwie dziurki mam taką jazdę, zrobię sobie więcej, bo gorzej być nie może. Zrobiłam sześć w lewym uchu i cztery w prawym. I tak miałam przesrane. W wieku dziewiętnastu lat zrobiłam kolczyk w pępku. Miałam standardową awanturę i wyzwiska. „Zobaczysz, zgnije ci ta dziura.” Nie zgniła do tej pory. Odkąd w wieku dwudziestu trzech lat zrobiłam sobie tatuaż, nie byłyśmy razem na plaży ani nad jeziorem. Zwyczajnie powiedziała, że się mnie wstydzi. Że wyglądam jak tania dziwka i nie pokaże się ze mną publicznie. Nie musi jej się to podobać. Ale nie musi się do mnie w taki sposób odzywać.

Z ciuchami też był problem. Jak się coś jej nie podobało to nie mogłam tego dostać. Nie i koniec. Dlatego od najmłodszych lat brałam jakieś prace, chociażby zbieranie truskawek, żeby sobie kupić to, co mi się podobało. Gdy byłam na studiach przestałam brać pieniądze od niej w ogóle. Już w ostateczności, gdy nie miałam, to prosiłam. Wtedy musiałam zrobić różne rzeczy w zamian. Musiałam też słuchać wypominania nawet do pół roku wstecz. Dlatego wolałam chodzić z przecierającymi się na dupie spodniami, niż wysłuchiwać monologów.

A o co poszło teraz? O to, że miałam stłuczkę. Facet wjechał mi w tył. Ona jednak stwierdziła, że to moja wina. Ona to wie. Mimo, że jej tam nie było. I nie widziała tego! Ale dowiedziałam się, że niczego nie szanuję i że niczego już od niej nie dostanę. Dostałam też kilka smsów. Że jestem chamska. Że nie umiem jeździć i powinnam zacząć jeździć autobusem. Że mam zabrać kota, bo odda go do schroniska (!sic)

Po przemyśleniu wszystkiego stwierdziłam, że nie można tak całe życie wybaczać. Nie chcę się z nią widywać. Nie chcę niczego od niej. Samochód po naprawie odstawię. Niech sobie patrzy na niego, jak stoi pod domem. Ja się przesiądę na rower. Nie chcę niczego już od tej kobiety. Mam już po prostu zwyczajnie dość. Ja chcę tylko spokoju.