Nowa członkini rodziny

Zaczął się sezon wakacyjny, a wraz z nim każdy szanujący się Polaczek, pozbywa się zbędnych zabawek. Poczynając od niemodnych już klapek plażowych z zeszłego sezonu, poprzez nowe fele i warstwę szpachli do swojej bumy pamiętającej prezydenturę Wałęsy, a kończąc na prezentach gwiazdkowych i urodzinowych. Takich małych puchatych prezencikach, które były idealne do słit foci z dziubkiem. Takich słitaśnych puszków, które potem porosły i zrobiły się kłopotliwe. Szczególnie uciążliwe stały się, gdy trzeba było wyruszyć na letni lans w Mielnie. Tak więc co się robi z zabawkami, które się znudziły? No wiezie się do lasu, wyrzuca przez okno albo wywozi gdziekolwiek np. pod sklep monopolowy.

Tak właśnie było z Młodą. Około trzech tygodni temu dołączyła do naszej Starej. Szliśmy sobie naszym ekskluzywnie obsranym przez psy blokowiskiem na piwo. Koło osiedlowego monopolu zauważyliśmy jakieś poruszenie. Sprzedawczyni razem z jakimś klientem i grupką widzów zaglądali pod wszystkie samochody i wołali „kici kici”. Gdy podeszliśmy bliżej usłyszeliśmy głośne miauczenie. Okazało się, że kot, którego szukali był na pobliskim drzewie. Głośno płakał, bo bał się zejść. Po wielu próbach udało nam się go zdjąć z drzewa.

Myśleliśmy, że to sprzedawczyni zwierzak, bo miała wystawione dla niego miski z wodą i jedzeniem. Powiedziała nam, że tego dnia pod sklep podjechał szybko jakiś samochód. Zahamował z piskiem, trzasnęły drzwi i szybko odjechał. Po chwili do sklepu wbiegł miauczący sierściuch. Nie wiedziała co ma z nim zrobić, bo sama ma już cztery. „Zostawię mu miski w krzakach na noc i może jakoś dożyje jutra.” Tak to się właśnie robi ze swoimi zwierzakami w lato. Wyrzuca się pod sklepem, jak śmieci.

Przy okazji napatoczył się jakiś menel, który wrzeszczał, że może kotu łeb ukręcić chętnie, jak nikt nie wie co z nim zrobić. Zrobiło nam się go szkoda (kota nie menela, jakby ktoś nie skumał) i postanowiliśmy go wziąć do naszej Starej, która nudzi się po całych dniach jak jesteśmy w pracy. Część drogi udało się nieść na rękach, potem szła przy nodze. Swoją drogą zaskakujące, gdy kot idzie ci koło nogi jak pies. Jeszcze tylko brakowało merdania ogonem :)

Niestety Stara nie przyjęła jej zbyt miło. Warczenie i syczenie. A potem szybkie czmychnięcie pod łóżko. Za to Młoda (wtedy myśleliśmy, że to ok. 5-cio miesięczny kocurek) najpierw wyczyściła michy z jedzenia, a potem ułożyła się na kanapie. Stwierdziliśmy, że oddamy ją do schroniska. Zadzwoniliśmy i po jakichś czterdziestu minutach przyjechali. Przywieźli transporter bez zamknięcia i byli zdziwieni, że kot wychodzi. „Bo pani mówiła, że jest w złym stanie.” „Mówiłam, że wychudzony strasznie!” „Aaa…” Rozdziawił paszczę i jakoś zabrał kota. Umówiliśmy się tak, że jeśli przez pięć dni, nikt nie przygarnie kota, przyjedziemy i weźmiemy ją na dom tymczasowy.

No i wzięliśmy. Dziwiłam się tylko, dlaczego co dzień wydzwaniają za mną, żebym kota zabrała. „Wie pani, na pewno coś złapie.” „Jak ma złapać, jak podobno jest w izolatce?” Potem zobaczyłam tę izolatkę. Ręce mi opadły. W sumie to, jak mówi mój znajomy – chuj opada. Zdrowego kota wsadzili do małej klatki w części kociarni przeznaczonej dla chorych kotów. Takich z kaliciwirozą, hesperwirusem, grzybicą, pod kroplówkami… No to nie dziwota, że mógł tam coś podłapać.

Zaintrygowało mnie też to, że nagle zagubiły się papiery Młodej, na których miały być jej wyniki badania weterynaryjnego. Po dwóch dniach od przywiezienia do domu zaczęły jej bardzo łzawić oczy, pojawił się katar i zrobiła się bardzo ospała. Pojechaliśmy do weta – koci katar. Do takiego stadium musiał rozwijać się już kilka dni, czyli w momencie kiedy dawali mi kotkę (nie musiałam płacić, a zawsze trzeba przy adopcji) była chora. Nie będę komentować takiej postawy pracowników schroniska. Tak czy siak, choroba okazała się na tyle zjadliwa, że po tygodniu leczenia, wiozłam kota prawie nieżywego na kolejną wizytę. Mina weterynarza mówiła wszystko – jest źle. Zdecydowaliśmy się na jej „uśpienie jej”, rentgen, badanie krwi i kroplówki. Po czterech dniach zabrałam ją do domu. Trochę jeszcze posmarkała i wyzdrowiała. Stara także zaraziła się od niej, ale na szczęście zaszczepiliśmy ją jak była mała i skończyło się tylko na lekkim katarku i kichaniu.

Musieliśmy jeszcze wykastrować Młodą. Wyszło, że była kotna, co wyjaśniało jej ogromny apetyt. Co do jej wieku też się pomyliłam. Ma około roku, a nie pięć miesięcy, ale to wina tego, że bardzo chuda jest. Pod palcami czuć każdą kosteczkę kręgosłupa i żeber. Taki mały, chudy, czarny złodziejaszek. I pijak, bo każdy pijak to złodziej ;P

W efekcie mamy w domu dwa czarne koty, dwa komplety kuwet i misek. No i syf nastajszczy, który wytwarzają z wielką pasją. Młodą rozpiera ciągła energia i sieje zniszczenie. Kopie w kwiatkach, rwie chusteczki higieniczne, obgryza moje zasuszone róże, które dostałam na pożegnaniu z produkcją… Goni Starą, dokucza jej i ciągle zaczepia wprawiając ją w nieustanną dezaprobatę. Ale nie żałuję, że ją wzięliśmy. Bardzo lgnie do ludzi i w końcu pewnie ktoś by jej zrobił krzywdę. Zapytał mnie spec od junkersa „I co będziesz pani brała tak wszystkie koty?”. Nie, nie będę brała, bo wszystkich na świecie nie uratuję, ale tym, którym pomogę uratuję cały świat. Czy jakoś tak to szło. Pozdrawiam!!

Ciężkie jest życie stażystki

Zaczęły się wakacje, a razem z nimi sezon staży i praktyk. Do naszej firmy przychodzi naprawdę wielu stażystów. Co prawda, gdy byłam na produkcji, nie widywałam tych tabunów żądnych wiedzy studenciaków. No ale, któż pokalałby swe inżynierskie/magisterskie ręce praktyką w Pionie Produkcji? Tam jakoś chętnych nie było. Za to w marketingu, IT i serwisie jest ich naprawdę sporo.

Moją uwagę przykuła jedna dziewczyna. Zaczęła jakoś niedawno. W pierwszy dzień, gdy przyszła, zagadała nieśmiało do naszej koleżanki, bo od godziny chodziła po korytarzu i nikt na nią nie spojrzał. Sama widziałam, że ktoś się szwenda, ale stwierdziłam, że skoro nie wie, po co przyszła, to niech się namyśla dalej. I dłubałam swoje. Później wyszło, że dziewczyna ma odbywać praktyki m.in. w naszym dziale. Ponieważ nikt nas nie poinformował, że zacznie, nic dla niej nie przygotowaliśmy.

Każdy siedział cichutko, żeby tylko nie dostać zgniłego jajka w postaci stażystki. W tym i ja. Tak serio, to nikt nic do niej nie miał. Po prostu każdy chce robić swoje, a nie tracić czas na naukę, kogoś kto i tak nie zostanie w firmie. Po jakimś czasie padło na mnie, żebym ją oprowadziła po produkcji, bo tam p r z e c i e ż  p r a c o w a ł a m. No więc poszłyśmy. Opowiadałam jej to i owo. Przy okazji wypytałam, co chciałaby robić. Okazało się, że umie (podobno) spawać i mogłaby nawet iść na spawalnię. Szacun. Ja spawać nie potrafię. Ze dwa razy zdarzyło mi się stać koło wyłączonego migomatu. Generalnie wydawała mi się dość ogarnięta.

Zrobiło mi się jej szkoda. Przecież wiadomo, że nikt do niczego jej nie dopuści. A tym bardziej do spawania. Pomyślałam o swoim byłym przełożonym. Jakie miał podejście do kobiet. Gdyby mu powiedzieć, że ona może spawać, chyba udławiłby się ze śmiechu. Dlaczego? Bo jego światopogląd nie dopuszcza takich perwersji. A nawet gdyby, to szkoda mi nawet pomyśleć, jak bardzo pracujący na brygadzie faceci by z niej szydzili. Przynajmniej na początku.

Koniec końców trafiła do serwisu. I tam… Siedzi. I chyba nic nie robi. Ostatnio widziałam, jak siedziała i przeglądała jakieś foldery i dokumentację. Innym razem robiła coś w swoim telefonie. Dziś kazali czyścić jej jakiś sprzęt po targach, czy tam wypożyczeniu. I tu rozbijamy się o kluczowe pytanie – na chuj jej ten kaktus?! Po co jej taki staż? Co ona się na nim nauczy? Korzystać ze szmaty i środka czyszczącego zapewne umiała wcześniej. Przeglądać foldery też. Będzie tak pętać się cztery tygodnie w te i wewte. A do tego tracić ładną pogodę.

Jakby to powiedzieć? Stażyści robią nic. Bo z jednej strony, kto ma czas tracić na nich cenne godziny w pracy? A z drugiej, nie wiadomo, czy ktoś ci nie spieprzy roboty, nawet mając dobre chęci. I tak toczy się błędne koło, kiepskiej edukacji. Nawet tej podobno praktycznej. Nikt stażysty nie chce uczyć, stażysta wychodzi z praktyk głupi, jak był wcześniej. Dodatkowo bardziej rozczarowany i z poczuciem zmarnowanych wakacji.

Żeby chronić się przed takim absurdem, zawsze w lato pracowałam. Miałam mało ambitne zajęcia, ale przynajmniej nie za darmo. O frytkach, hamburgerach i rybach wiem wszystko, hehe. Nie zmęczyłam się zbytnio, a do tego był hajs na imprezy i inne potrzeby. Nie udawałam też, że wykonuję niezwykle istotne dla świata i potomnych zajęcia na stażu. Był czas, że żałowałam swojej „fast-foodowej” kariery. Myślałam, że może jednak warto było iść na jakiś staż i się czegoś nauczyć. Teraz widzę, że jednak lepiej było smażyć fryty i podawać hamburgery, bo i tak bym niczego się nie dowiedziała. Co do stażystki, jutro powiem jej, żeby policzyła mi ulotki w szafie, bo mi się nie chce.