Państwo policyjne

Zawsze mówiłam, że Polska to państwo policyjne. Na każdym kroku stoi Pan Policjant, który zerka podejrzliwym wzrokiem. Najczęściej na małolatów, bo jak będzie szło dwóch albo trzech karków, to nagle znajdzie uciechę w zadzieraniu głowy do góry i podziwianiu nieboskłonu. Jak sobie siądziesz na oparciu ławki, to też nagle wyskoczy zza krzaków, wylegitymuje, a potem wlepi mandat. Jeśli będziesz pić sobie piwo, to też dostaniesz bilecik. Generalnie są wszędzie i czają się na takie właśnie grube afery jak palenie blanta albo jazda na rowerze chodnikiem.

Ostatnio podłamałam się dość konkretnie. Całe gadanie o wielkim bracie jakoś mnie bawiło. Myślałam, że to gadanie ludzi, którzy dotarli w zbyt ciemne zakamarki sieci. Co prawda nie zrobiłam sobie paszportu, bo był obowiązkowy ten biometryczny, ale śmiać mi się chciało z paniki pt. „jesteśmy wszędzie kamerowani”. Do czasu. Przyszedł list do moich Rodziców, bo tam jestem zameldowana. Po otwarciu okazało się, że to nic innego tylko mandat.

Generalnie ten mandat jest bez sensu i organizacja świateł wymusza łamanie przepisów. Chodzi o to, że światła są tak zorganizowane, że na jednym skrzyżowaniu stoisz na czerwonym. Ruszasz i jedziesz przepisowe 50km/h. A na kolejnym, które jest może 800-1000 m dalej, musisz stać. I to bardzo długo. Jedyna metoda, żeby nie kisnąć na czerwonym, to szybko ruszyć i jechać więcej niż nakazuje ustawa o ruchu drogowym. Zresztą nie oszukujmy się, że każdy jeździ po mieście tak jakby to wynikało ze znaków.

No więc, ja sobie właśnie tak jechałam, żeby zdążyć na zielone. A ponieważ jechała przede mną jakaś pokraczna pinda (30 km/h) i musiałam ją wyprzedzić, to zeszło mi dłużej niż zwykle. Zobaczyłam, że zapala się żółte i zaczęłam (jak większość) przyspieszać. Gdy wjechałam na skrzyżowanie, zapalało się czerwone. I przejechałam dość szybko. Każdy tam tak robi, bo gdyby nie robił, to korek byłby przez całe miasto, aż do wylotówki na Poznań, gdyby tak każdy sobie stał. No nie moja wina, że jakiś papudrun programował te światła i wyszła kołomyja.

Tak, czy srak, dostałam piękny mandat. 85 na 50-tce i jazda na czerwonym. Jedyne co udało mi się wynegocjować to zejście do najniższej kwoty do zapłaty i spłata na raty. No cóż. Wściekłam się, bo z jednej strony ktoś do dupy ustawia te wszystkie światła i nie da się po mieście normalnie jechać, a z drugiej co chwilę fotoradar albo kamery. Porażka! Chcesz jechać jak człowiek, to w efekcie dostajesz mandat. Szkoda gadać.

A co do państwa policyjnego, to ostatnio przeżyłam szok. Wpadli do nas znajomi, żeby pójść na dach wieżowca. Wzięliśmy sobie piwo. Chcieliśmy obejrzeć zachód słońca i posiedzieć. Kiedyś spędzałam tam mnóstwo czasu. Chodziło się właśnie zapalić i wypić browarek. Co najwyżej jakaś czujna emerytka dzwoniła po krawężników, ale zawsze udawało im się uciec. Teraz było zaskoczenie jak przy filetowaniu fląder. Wchodzimy na górę, a tam dwóch typów. Wyglądali tak nie za sympatycznie – stwierdziliśmy, że idziemy w lewo, skoro oni są z prawej. Niestety z lewej nie było okna rozwiernego. No więc my w prawo. Z takim powątpiewaniem patrzyłam na nich, bo nie chciałabym im wejść w drogę. Nawet sobie pomyślałam, że dobrze, że mam w domu telefon, a nie przy sobie.

Nagle oni do nas „Stójcie! Policja kryminalna!” I machają do nas szmatą. Masakra jakaś! Oczywiście było standardowe trzepanie kierman, plecaków i sprawdzanie przez radio. Jeden nawet próbował mi wmawiać, że jestem niepełnoletnia. Po jakiejś pół godzinie kazali nam iść. Sprawdzali nas przez radio i nic na nas nie mieli. Chyba się zawiedli. Kazali się nie kręcić po jedenastym i po dachu. Ja jebię, czy to już nawet na dach nie można sobie wyjść? I co się na tym osiedlu dzieje, że tyle kryminalnej. Przecież wiadomo, że nie byli tam patrzeć, czy po dachach się nie biega. Do takich głupot przysyłają zwykły patrol.

Naprawdę nastajaszcza lipa. Z każdej strony kamery, patrole, suki. I trzepią tak człowieka za nic. Szczerze, to wkurwia mnie to strasznie. Z jakiej racji byle kto może do mnie podejść i mnie spisać w swoim kajeciku? Bo co? Bo sobie idę na jedenaste piętro? Albo stoję pod klatką? Nikomu nic złego nie robię. A nie czuję się bezpiecznie. Bo mi się wydaje, że zaraz zza rogu wyskoczy mundurowy i zacznie węszyć aferę tam, gdzie jej nie ma. A najgorsze jest to, że tych całych kryminalnych, na pierwszy rzut oka nie poznasz tak łatwo. Miłego weekendu bez mandatów i policyjnych patroli!

Kto jest kto – rozwiązanie zagadki

Ostatni miesiąc to dla mnie istna burza. Jedna mała zmiana sprawiła, że zmieniło się dla mnie prawie wszystko. A przy okazji dowiedziałam się co nieco o swoich współpracownikach. Po tym, jak powoli rozniosło się o mojej zmianie działu, wszystko trochę przycichło i nastał względny spokój. Czułam się dość dziwnie. Żeby nie skłamać – jak intruz na własnym podwórku. Z chłopakami gadałam już tylko o niesłużbowych sprawach. Przestałam też wydawać im polecenia. Niby z jakiej racji, skoro zaraz mnie tam miało i tak nie być?

Parę dni przed moim odejściem wezwał mnie na rozmowę Przełożony nr 1 i oznajmił mi, że coś mi opowie. Taka bajka o spawaczu. Ciekawa z niej nauka popłynęła i jednocześnie rozjaśniło mi się w głowie. Generalnie chodziło o to, że jak sam był młodym kierownikiem, to miał spawacza, który był cholernie dobry, a jednocześnie był okrutnym pijakiem. Łapał ciągi, nie przychodził do pracy albo był po wpływem. Potem zawsze błagał na kolanach, żeby go nie zwalniać, bo on już nie będzie, bo kto rodzinę utrzyma, bo on bardzo przywiązany do tego zakładu, srututut pęczek drutu i dwie krzywe elektrody. Jednak klasyczne branie na litość przynosiło pożądane efekty. Po każdej wtopie i tak zostawał w robocie. W końcu nadeszły czasy solidarności i strajki. Ten właśnie spawacz, który tylko dzięki miękkiemu sercu kierownika, nie został wyrzucony na zbity pysk, jako pierwszy wstał i krzyknął „Na taczki z kierownikiem!”. Na koniec Przełożony nr 1 powiedział do mnie „Rozumie pani? Jeżeli ktoś nie spełnia swoich obowiązków i bierze panią na litość, będzie pierwszym, który rzuci w panią kamieniem.”

Wtedy mnie olśniło! Chodziło o naszą wiecznie zapłakaną, nieszczęśliwą „koleżankę” z zaopatrzenia. Nieraz pomagałam jej w obowiązkach, bo się nie wyrabiała. Zawsze pozwalałam jej się zwolnić na totalne gówna typu „pół godzinki wcześniej, bo idę z córcią do kina”. Nadmienię, że sama rzadko kiedy zostawała po godzinach. Dostawała ode mnie nie tylko plan miesięczny, ale także co dzień objaśniałam jej, co ma zrobić. A jak się później dowiedziałam, chodziła po firmie i gadała, że ma beznadziejną kierowniczkę i nie wie, co ma robić.

Potrafiła się popłakać, bo niby za dużo ma roboty. Wyszło też szydło z worka, zę to ona powiedziała, że nie może ze mną już dłużej pracować. Rozpowiedziała wszystkim, że znęcam się nad nią psychicznie. Dla niej znęcaniem było wydanie jej polecenia służbowego i jego egzekwowanie. Z perspektywy czasu, gdy o tym myślę, żałuję, że nie jechałam z nią jak ze szmatą. Czyli tak, jak na to zasługiwała. Wkurwiła mnie. Do tej pory żółć mnie zalewa. To ja się nad nią litowałam, a ona wykręcała mi takie numery?! Żałuję wszystkich tych chwili, kiedy gryzłam się w język. Pomyślałam sobie, że jeśli kiedykolwiek znów ześlą mnie do tego działu dam jej szkołę życia. I albo się dostosuje, albo niech się zwolni.

Aż strach powiedzieć, ale te wydarzenia sprawiły, że znowu zrobiłam się bardziej bezwzględna. Nie popuszczę jej. Nie zasłużyłam sobie, aby okazała się dla mnie taką szują. Teraz ja z chęcią pokażę jej na co mnie stać. Przykro mi, ale life is brutal. O tym, że robiła mi koło dupy, utwierdziła mnie nasza ostatnia rozmowa. „No wiesz, życzę ci, aby było ci tam lepiej niż tu. W ogóle jacy tutaj wszyscy to świnie! Nie powiedzieli mi, że jest pożegnalna składka dla ciebie i dlatego się nie złożyłam…” Stwierdziłam, że przy tej okazji chętnie sprawdzę, czy odezwą się przysłowiowe nożyce. Uderzyłam w stół. „Wiesz, ja jestem przekonana, że tam będzie mi lepiej. Poza tym na rozmowie z P. nr 1 dowiedziałam się kto i co na mnie mówił. Może jest jeszcze taka ewentualność, że tu wrócę, wtedy będzie można zagrać w otwarte karty.” Widziałam jak krew odpływała jej z twarzy, a ja z satysfakcją głosem ociekającym lukrem ciągnęłam dalej. „Nie należę do mściwych osób, także do nikogo nie chowam urazy. Jednak z tej lekcji wyciągnęłam naukę, jak należy postępować z podwładnymi, którzy nie pracują w satysfakcjonujący dla mnie sposób.” Po tym zdaniu broda zaczęła jej chodzić (zawsze tak miała na minutę przed puszczeniem beksy), więc z rozkoszą dobiłam ją „Och wiesz, do składki nie dorzucaj się. I tak poczęstuję cię ciastem, jeśli coś jeszcze zostało.” Skleiła buraka i sobie poszła. Wiem, bywam suką. Ale tylko, gdy ktoś sobie na to zasłuży.

Poza tym incydentem, pożegnanie przebiegało bardzo miło. Nawet się popłakałam ze wzruszenia. Dostałam piękne róże i fajny komplet do kawy. Idealnie trafili w mój pokręcony gust :) Nie spodziewałam się. Naprawdę. Tyle co wrzeszczałam na chłopaków albo bluzgałam szpetnie, że znowu źle i nie na czas… A tu proszę, taka miła niespodzianka! Poczułam wtedy, że będę za nimi tęsknić i za tym całym kołchozem także. Dość długo nie mogłam przestać się mazać. Cały weekend o nich rozmyślałam.

Teraz po paru tygodniach stwierdzam, że tęsknię za ludźmi, ale nie za pracą w tamtym miejscu. W nowym dziale jest przede wszystkim spokojniej. Do domu przychodzę wyluzowana, uśmiechnięta, mam siłę na robienie obiadu i inne tematy. Zaczęłam nawet zauważać takie rzeczy jak śpiew ptaków, zapach powietrza rano i wieczorem, smak świeżych bułek… Generalnie, jestem bardzo zadowolona ze zmiany. Tylko mnie tyłek boli od siedzenia na krześle cały dzień. Jednak suma sumarum transfer uważam za niezwykle udany. A wszyscy, którzy chcieli zrobić mi gorzej, zrobili mi dobrze :D

Uroki ogłoszeń lokalnych

Ostatnio tyle się u mnie dzieje, że nie mam czasu nawet swoich 7 skrzynek mailowych sprawdzić. Gdybym chciała wszystko w jednym poście opisać, siedziałabym mega długo i nikt nie dotrwałby do końca. No więc wyrażę tylko tradycyjnie swoje zniechęcenie. Czym jestem zniechęcona? Serwisem ogłoszeń lokalnych tablica. Nie żebym miała coś do funkcjonowania samego strony. Tylko ludzie, którzy się tam logują… No bywają skończonymi debilami. Sorry, ale tak jest.

Wychodzę z założenia, że lepiej nie chomikować gratów po domu. Jaki będę miała pożytek ze starego żelazka, którego nie używam leżącego w szafie? Żaden. Ale na pewno pożytek będzie miała osoba, której nie stać na zakup nowego, a potrzebuje.

Właśnie od rzeczonego żelazka się zaczęła moja przygoda z oddawaniem/sprzedawaniem za bezcen. Potem był dywan. Mężczyzna, który go odebrał był szczęśliwy, że będzie miał dywan w pokoju syna. Następnie buty. Akurat przyszły duże śniegi i mróz. Dziewczyna, które je wzięła. Przyniosła mi czekoladę. Też miło. Naprawdę mnie to podkręciło, że pomagam innym. Jak kiedyś pisałam, walczę z zakupoholizmem. Z tego tytułu mam mnóstwo ubrań, których już nie noszę (np. za małe). Po co mieć je na półce? Sprzedam taniej, a ktoś będzie z nich zadowolony.

Wszystko bierze się z tego, że lubię zarabiać pieniądze, lubię je wydawać i lubię pomagać innym. Chyba zwyczajnie lubię obracać gotówką. Nie jestem materialistką. Dobra, koniec automarkietingu :P

Bo jakby to powiedzieć, przy okazji tego wystawiania (głównie ciuchów) ogłoszeń, nerwów jest co nie miara. Przykładowo ostatnio umówiłam się z babką, że jej córka przyjdzie kupić ode mnie bluzkę za 3 złote. Nadmienię, że wystawiam tanio ciuchy w dobrym/bardzo dobrym stanie. Ale wyszło, że akurat wybuchła mi gaśnica w aucie i nie dałabym rady dojechać na umówione spotkanie. Zadzwoniłam do kobiety i powiedziałam, że miałam wypadek z autem i nie mogę dziś, ale mogę jutro. Odpowiedź powaliła mnie z nóg „Ty jesteś kurwa niepoważna. Umawiasz się i co? Chuj mnie twój wypadek.” Rozłączyłam się.

Albo inna akcja. Oddawałam buty. Dostałam zjebkę, że to rozmiar 36, gdy gwiazda potrzebuje 39. Takich przykładów mogłabym cytować mnóstwo. Sprzedaję nowe buty za 15 zł i delikwentka jeszcze wyznacza mi datę i godzinę. No i miejsce. Musiałabym dymać przez całe miasto. Gdy zapraszam do siebie – wyzywa od zmanierowanych lalek. Zaraz, zaraz? A kto chce kupić nowe buty po taniości? Chyba jak się coś chce za darmo albo za pół darmo to można szanowne cztery litery ruszyć? A nie czekać aż samo z nieba spadnie! Hitem było, gdy kobieta do mnie napisała, żebym się z pracy zwolniła i zawiozła jej do domu leginsy. Cena dwa złote. Napisałam, że nie ma takiej opcji. Odpowiedź? „To chcesz paniusiu sprzedać? Czy jaja sobie robisz?” Jakbym nie wiadomo, jakie biznesy kręciła.

Nie rozumiem tego podejścia. Dajesz coś komuś za pół darmo. Wystarczy kawałek podejść. To dlaczego, skoro ja wyciągam do kogoś pomocną dłoń, mam jeszcze do tego dokładać? I tak jestem w plecy na tym całym interesie. Czasem mam wrażenie, że niektórzy siedzą przed tym monitorem i myślą, że wszystko im się należy. Że nic nie muszą robić i każdy ma obowiązek pomagania im, bo mają mało. Strasznie mnie to mierzi. Jak to powiedział Ferdek, ciuchy to by każdy chciał, a robić to ni ma komu!

Dzień świra, cz. 2.

Są takie dni, kiedy od samego rana zastanawiam się, czy ten świat już zszedł na psy, czy może ludzie są tak beznadziejnie durni, czy może ja jestem tak zajebista, że całą resztę odbieram jako bagno. Potem wraz z rozwojem sytuacji często zaczynam podejrzewać, że to jakaś farsa na wzór Truman Show. Bo durnych sytuacji można w ciągu dnia mieć dwie, trzy. A ja dziś miałam ich mnóstwo. Wystarczyło wystawić łeb z klatki. Oczywiście poranek uraczył mnie dalszym wyglądem dziecka najbardziej hardcore’owej menelki i dupy pawiana. Do tego przez noc wyszły dodatkowe czerwone plamy. Postanowiłam to chociaż stylizacją (ach jak ładnie) nieco przyćmić. Ubrałam się naprawdę fajnie, bo moja Mama powiedziała „Nono, dobrze ci robi oglądanie tego Top Model, w końcu się zaczynasz ubierać jak człowiek.”

Tak czy inaczej to nie mój ubiór robił wrażenie. Tylko czerwony, spuchnięty ryj i różowe łaty na całym ciele. Naprawdę żałowałam, że nie jestem Muzułmanką, to bym się przynajmniej ukryła w jakimś hidżabie, czy co one tam noszą. A wracając do sytuacji, to proszę, pojadę po kolei.

Wychodzę za drzwi swojego ekskluzywnego mieszkania. Patrzę do skrzynki, żeby ulotki wywalić. Na to te małe szympansy i orangutany, notorycznie psujące wszystko co się da na klatce, krzyczą „tyyy, paaa na jej nogi! Łaciate! Samo mleko!” Spojrzałam nienawistnie. „A wy w szkole nie powinniście być?!” „Mamy dzisiaj wolne! A pani chyba wczoraj była na plaży, bo wygląda pani jak czerwony burak!” Machnęłam ręką i poszłam. Wyszłam z klatki, a tam nie lepiej. Dwie gorące nastolatki na widok mojego dupo-gębia, które jeszcze przedwczoraj było twarzą, ryknęły śmiechem. „Ale się zjarała!” Doszłam do wniosku, że z gówniarami nie ma co dyskutować, bo się skończy na wyzwiskach i awanturze. Wiem, jaka sama byłam w ich wieku. Lepiej nie tykać gówna, bo śmierdzi.

Szłam dalej twardo przez parking. Dwóch na oko siedemnastolatków jarało szlugi pod drzewem. „Ej, Jaro patrz!” „Na co?” „Na tamtą dupeczkę.” „Fajna nawet…” „Nooo… tylko kurewsko blada! Mogłaby się opalić trochę i było by ekstra.” „Ciszej! Słyszy chyba, bo buraka skleiła.” Nawet na nich nie spojrzałam. Rozdarłam się tylko, że odbiorę to jako komplement i żeby tyle szlug nie jarali, bo potem będą mieli problemy z potencją.

Później spostrzegłam, że wreszcie łatają dziury w naszym parkingu. W końcu, bo myślałam, że mieszkam na księżycu, a jadąc samochodem wyobrażałam sobie, że jestem w kosmicznej ekspedycji i sobie jadę eksplorerem jakimś albo czymś. Z nutką nostalgii patrzyłam na kratery, których już do następnej zimy nie zobaczę. Z zamyślenia wyrwały mnie gwizdy i okrzyki „Maniek! Rąbałbyś?” „Aż by wióry leciały!” „Ale kurwa dobra!” I inne takie. Nie pozostałam dłużna i odkrzyknęłam „Nie dla psa kiełbasa! Kultury trochę! Rąbać to by każdy chciał, a dziur drogowych to łatać nie ma komu! Znam żonę waszego szefa! Zaraz zadzwonię i powiem, jak to się pracuje!” Nikogo nie znam, ale udało się chyba podnieść ciśnienie :) Na chwilę zamilkli. Potem jeden do drugiego. „Wygadana, nie ma co zaczepiać. Nową ofiarę sobie zaraz znajdziemy!”

To jest fenomen drogowców. Że oni w swoim stadzie zachowują się jak banda napalonych knurów, które na widok jakiejkolwiek kobiety tracą zmysły. Ciekawe, czy taką kulturkę wynieśli z domu, czy na warsztatach w budowlance mieli przedmiot pt. „Jak robić z siebie debila na widok kobiet przy kładzeniu asfaltu.”. Zastanawiam, czy przy swoich dziewczynach/żonach też tak robią? Czy może należą do jakichś gildii i żyją bez seksu, co potem prowadzi do takich zachowań?

Byłam też z Mamą w sklepie, żeby kupić mi jakieś nowe ubrania, bo „mam za wąskie i wyglądam jak po młodszej siostrze.” Naprawdę szło dobrze. Do czasu, gdy prosto do przymierzalni wlazło mi jakieś babsko. Stałam właśnie w samych spodenkach i staniku, próbowałam włożyć bluzkę nie drapiąc poparzeń. I mało co zawału nie dostałam! Odsłoniła kotarę ukazując wszystkim moją groteskową opaleniznę. Rozdarłam się „A co mi tu pani?!” „Bo ja siostrę zgubiłam!” „To niech pani się zgłosi do zaginionych albo Rutkowskiego!” Próbowałam zasłaniać kotarę, żeby ukryć się przed zaciekawionymi spojrzeniami. A ta bezmyślna blondi odsłaniała. „Niech pani to puści! Nie potrafi pani zapytać kto w środku!” „Chciałam zobaczyć!” „Co chyba gołą dupę w czerwone ciapki!” Wszyscy faceci czekający na swoje kobiety gruchnęli śmiechem. Dopiero wtedy się opamiętała i sobie poszła.

Jaki z tego morał? Że dupo-gębie czerwone przysparza przygód. Niekoniecznie pożądanych. Przez to wszystko zrezygnowałam z wycieczki do casto. Węża prysznicowego kupię kiedy indziej.