Trzy ćwierci do śmierci

Chciałam dziś miło spędzić przedpołudnie na plaży. I spędziłam. Było zabójczo, bo dziś była ta najgorsza pogoda. Taka podstępna. Stopni 20 na termometrze, słońce w pełni, ani jednej chmurki na niebie i zimny wiatr. Taka pogoda zabija. Rozłożyliśmy sobie parawanik, kocyk i się wyłożyliśmy. Oczywiście byłam najbardziej blada na całej plaży. Gdybym była 15 kg grubsza, mogłabym uchodzić za turystkę z Anglii.

Posmarowałam się olejkiem z filtrem do opalania i modliłam się, aby słońce nie zaszło na widok mojej bladości i sadła. Nie zaszło. Naprawdę było miło. Szum fal, który relaksuje mój psychopatyczny umysł. Zaczęłam podsypiać i przestałam snuć wizje o powolnym uśmiercaniu „koleżanki” z zaopatrzenia. Wyciszyłam się. Pomyślałam sobie „make love not war”. Tak mi było miło! Wypróbowałam też nowe piwo z gatunku smakowych o niskiej zawartości alkoholu. Niestety nie jest w stanie zastąpić mojego ukochanego Redsiwa w żółtym, kwaśnym smaku… wycofanym z rynku kurwa mać!

Relaksowałam się tak z radością prawie trzy godziny. Pomyślałam, że to cudowny sen – mam wolny dzień i deszczem nie atakuje pogoda. Słońce też się nie schowało. Ono się nie schowało, bo postanowiło mnie do spółki z wiatrem załatwić. Zafundował mi takie dobre chłodzenie, że nie poczułam, jak spiekłam się niczym Austryjaczka na Majorce :/ Teraz siedzę i straszę.

Gębę mam czerwoną jak dupa pawiana. Napuchniętą jakbym piła wódę przez dwa tygodnie bez przerwy i to z gwinta na dodatek. Do tego telepie mnie na wszystkie strony. Raz mi zimno, raz gorąco. Mam czerwone strefy poparzeń chyba już drugiego albo trzeciego stopnia, bo mi się olejku nie chciało porządnie rozetrzeć. Słabo mi i w głowie mi się kręci. To jest udar słoneczny. Przeżywam to nie pierwszy i nie (zapewne) ostatni raz. Gdybym jednak przez najbliższe kilka dni nie zaśmieciła blogosfery wypocinami, powiadomcie odpowiednie służby, bo może moje zwłoki będą już gniły…

Pozdrawiam i życzę miłego weekendowania ;)

Obrzydliwe męskie pomysły

Faceci mają mnóstwo swoich dziwacznych zwyczajów, które można zwyczajnie olać, dopóki nie zamieszka się z takim pod jednym dachem. Wtedy te zwyczaje zaczynają uwierać jak za małe stringi albo za wąskie spodnie rurki. I to nie jest tak, że my marudne baby czepiamy się, bo lubimy komuś truć nad głową i zagęszczać atmosferę. Tu chodzi o to, że pewne rzeczy można by zrobić nieco inaczej i całego problemu by nie było.

Zacznę od tego, że nie jestem jakąś wielką estetką i pedantką. Nie mam obsesji białej rękawiczki ani nawet nie odkurzam co drugi dzień. Myślę, że podejście do sprzątania mam mniej więcej takie, jak statystyczny mężczyzna – sprzątam, jak jest brudno/zaczyna mi to przeszkadzać. Są przecież ciekawsze zajęcia niż latanie na szmacie całe popołudnie. Jedyna obsesja, jaką mam to wietrzenie mieszkania. Nie lubię tego ohydnego smrodku, jaki czuć u ludzi, którzy wietrzą od święta.

No, ale (przecież musi być to ale) pewne pomysły facetów są dla mnie niezrozumiałe. Takie małe, prawie nic nieznaczące paskudztwa. Co ciekawe, zauważyłam, że to jest norma dla większości męskiej populacji. Gdy chodzę do jakichś kolegów, widzę to u prawie każdego na chacie.

Najgorsze, dosłownie najpaskudniejsze jest smarkanie do zlewu. Naprawdę w głowie mi się to nie mieści. Po pierwsze dlatego, że te gile lecą przecież w losowo obranych kierunkach, więc można mieć taką wątpliwą ozdobę przykładowo na koszulce. No, ale jedni lubią pomarańcze, a inni zapach starych skarpet, więc sobie może tak smarkają i potem się dziwią na koniec dnia „skąd ten kawałek gluta na mojej koszulce?”. To mi lata koło zadka akurat, bo nie ja paraduję w takiej stroju. Najgorsze z tego wszystkiego jest to, że potem takie smarki można nagle zobaczyć przylepione w zlewie tuż przy odpływie albo na lusterku. Od razu łapie mnie jakiś niesmak i politowanie dla takiego smarkacza, który nie był na tyle dojrzały, żeby to sprzątnąć.

To samo tyczy się obsranych, obszczanych i obrzyganych kibli. Nieraz zdarzało mi się zastanawiać, dlaczego na męskich mieszkaniach i stancjach kibel jest przerażający jak sam Mordor. Pożółkły i śmierdzący. Oblepiony wydzielinami wszelkiej maści i specyficznym włosiem tak skutecznie, że trudno odgadnąć jego pierwotny kolor. Miałam takich znajomych u których sikanie było jednocześnie treningiem wytrzymania na bezdechu. I tak do dziś zastanawiam się nad tym, dlaczego faceci tak lubią załatwiać się do tak syfiastego kibla? Przecież tam jest strefa skażenia biologicznego.

A jeśli już jesteśmy przy załatwianiu się, to może wspomnę o sikaniu pod prysznicem albo do zlewu. No kurwa. Załamka. Jeszcze pod tym prysznicem to jestem w stanie jakoś zrozumieć, choć zniesmacza mnie dość konkretnie. Ale do zlewu?! Łot a fak?! Naprawdę nieraz i nie dwa słyszałam, jak koledzy opowiadali o takich wyczynach. W rodzince.pl też chyba był taki wątek, więc to musi być dość powszechne zjawisko. I tak tylko sobie myślę, jak potem taki delikwent myje zęby szczoteczką, na której są drobinki jego własnego szczocha? Totalna syfioza.

W kontekście takich kwiatków łażenie po mieszkaniu w butach, w których wcześniej wizytowało się zsyp, rozrzucanie skarpet po całej chałupie staje się lajcikowe i wcale nie gryzie ;) Albo taka pierdoła jak nieopuszczanie deski w kiblu też przestaje robić wrażenie. Pewnie o wielu innych obrzydzających sekrecikach i zwyczajach jeszcze nie wiem, ale chyba wolę pozostać w błogiej nieświadomości :)

Jestem wredną suką?

W. Gombrowicz, Ferdydurke: Daj mi teraz marzyć, daj – i już nikt nie wie, co jest realne, a czego w ogóle nie ma, gdzie prawda, gdzie złuda, co się czuje, czego się nie czuje, gdzie naturalność, a gdzie sztuczność, zgrywa i to, co powinno być, miesza się z tym, co nieubłagane jest, i jedno i drugie dyskwalifikuje, jedno drugiemu odbiera wszelką rację bytu, o, wielka szkoło nierzeczywistości.

Wszystko zaczęło się prozaicznie od tego, że dowiedziałam się, że Szef przenosi mnie od nowego miesiąca do innego działu. Przy okazji rozmowy powiedział mi, że mam nic nikomu nie mówić, bo on poinformuje ludzi, których to dotyczy. Było mi z tym naprawdę źle, że nie mogę powiedzieć współpracownikom, co się zaraz będzie działo. Że ja odejdę, a moje miejsce zajmie mój obecny przełożony.

Gdy dowiedziałam się, że zmieniam dział, ucieszyłam się niemiłosiernie. Bo po pierwsze mnie nie wyrzucili, po drugie przesunięto mnie do działu, który podobno jest najlepszy w firmie. Fajnie. Miałam tylko nadzieję, że Szef obwieści wszystko tak szybko, jak powiedział. Niestety w pracy wieści roznoszą się lotem błyskawicy. Już na drugi dzień wszyscy wiedzieli. Nikt mi tego nie powiedział prosto w twarz. Ale głucha i ślepa nie jestem, więc szybko się połapałam co pięć. No i wyszło, że jestem wredną suką, która ważne informacje trzyma dla siebie i udaje, że nic nie wie. Jestem fałszywa z tego wynika.

Ale, kurwa, to nie tak! Skoro Szef prosił mnie, abym nie mówiła nikomu, to nie powiedziałam. Nie milczałam, dlatego że mam wszystkich w dupie. Naprawdę daleko mi od tego, żeby być takim małym, firmowym spiskowcem, który ciągle knuje. Nie robiłam nigdy niczego z myślą, żeby pogorszyć komuś. Chciałam tylko polepszyć sobie! No mam przecież prawo do tego, żeby korzystać z dobrej okazji bez względu na to, co myślą o tym inni. Podejrzewam, że większość osób skorzystałaby z propozycji, którą mi dano.

Zrozumiałam jednocześnie, że zrobiłam błąd. Mogłam powiedzieć, chociaż tyle, że niedługo nie będzie mnie w tym dziale. Nie musiałam tak milczeć. I chyba to, że nie powiedziałam tego, sprawiło, że niektórzy poczuli się nieciekawie. Na ich miejscu też bym była wściekła. Najgorsze jest to, że teraz to już nie mogę na to poradzić. Stało się i się nie odstanie. Doskwiera mi fakt, że wyszłam na taką zimną, wyrachowaną sukę. Zawsze myślałam, że nią nie jestem. Ale może jestem, skoro tak postąpiłam? Strasznie ciężko mi z tym.

I teraz siedzę i zastanawiam się nad chujowością swojego postępowania. Najgorzej mi z tego powodu, że przy tej okazji milcząc zraniłam osobę, która jest mi bliska. Wytworzyła się między nami fajna relacja, a ja swoją bezmyślnością wszystko popsułam. Gdybym tylko powiedziała „Słuchaj, nie mogę ci zdradzić szczegółów, ale mnie tu nie będzie już za półtora tygodnia.”, byłoby teraz inaczej. A ja milczałam jak grób, bo się bałam, że zestresuję tę osobę niepotrzebnie. Myślałam, że lepiej będzie jak się dowie później niż wcześniej. Ja bym wolała taką niefajną wieść dostać jak najpóźniej. Bo: a) krócej bym się denerwowała, b) miała bym mniej czasu snucie różnych domysłów, c) i tak nie mogłabym nic zrobić, więc lepiej wiedzieć później niż wcześniej.

Szkoda, że nie przewidziałam, że nie wszyscy są tacy jak ja, czyli „na ostatnią chwilę”, „spoko na luzie w bluzie, samo się zrobi” i „jakoś to będzie, a jak nie, to poleci spontan”. Nie pomyślałam, że pewni ludzie wolą oswajać się z informacjami i zwyczajnie je trawić. I teraz mam konsekwencje swojego chcenia dobrze. Najgorzej boli mnie to, że nie mogę już tego zmienić. Już nawarzyłam tego piwa. Zrobiłam kupę i muszę ją teraz wąchać, bo wsiąkła w wykładzinę. Taka puenta mi przychodzi do głowy. Zachowałam się jak typowa korporacyjna żmija, a nie tak miało być.

Naprawdę nie jestem taka podła i wredna. Staram się być szczera, nie wchodzę w układy i układziki, nie spiskuję, w pracy zajmuję się pracą. Nawet staram się nie przenosić znajomości z pracy na grunt towarzyski, żeby nie namieszać przypadkiem. No i co z tego, jak jednym małym przemilczeniem, niedopowiedzeniem doprowadziłam do takiego kwasu rodem z brazylijskiej telenoweli. Co ja kurwa narobiłam? Choćbym stanęła na głowie, to nie zmienię już nic.

I niestety, dla współpracowników już wredną suczą pozostanę. Takim czarnym bohaterem firmy. Taka mała blond suka, która chodzi i knuje. Z nikim się nie liczy! Pewnie wiele odcinków Mody na sukces upłynie zanim pozbędę się metki, którą sama sobie przykleiłam.

„człowiek jest najgłębiej uzależniony od swego odbicia w duszy drugiego człowieka, choćby ta dusza była kretyniczna. Zaprawdę, w świecie ducha odbywa się gwałt permanentny, nie jesteśmy samoistni, jesteśmy tylko funkcją innych ludzi, musimy być takimi, jakimi nas widzą”.

Juwe Juwenalia! Kto nie pije ten kanalia!

Dziś stara baba, czyli ja będzie wspominać. Oczywiście Juwenalia, które odcisnęły piętno na mojej psychice, a jeszcze większe na wątrobie. Czym są TKSy, dowiedziałam się dopiero na pierwszym roku studiów, gdy się zaczynały. Bo zawsze miałam spóźniony refleks i czasem kiepski ogar. Poszłam na imprezę w poniedziałek i… się schlałam. Poszłam na imprezę we wtorek i… też się znietrzeźwiłam. Piwo lało się strumieniami wszędzie, a w szczególności w tzw. miasteczku akademickim.

Jeśli chodzi o alkohol, to zawsze byłam dość ekonomiczna w temacie. Dwa piwa wystarczały mi do szczęścia. Generalnie w liceum często chodziłam na imprezy, ale mało piłam. Magiczną granicę ubzdryngolenia się przekroczyłam razem z koleżankami z grupy właśnie w Juwenalia. Nigdy nie porobiłam się do takiego stanu, żeby leżeć pod akademikiem w krzakach we własnych wymiocinach, jednak tamte dni i tak zapamiętałam do dziś. Głównie dlatego, że nigdy wcześniej nie byłam tyle razy na imprezach w ciągu niecałego tygodnia. W zasadzie to była jedna wielka impreza.

Wszystko odbywało się dość normalnie, nie było wielkich ekscesów, burd pijackich i innych przebojów. Widziałam tylko akcje typu kilku kolesi zwracających zupki chińskie z Radomia pod drzewami, ławkami i gdzie się dało. No i niesamowite ilości poniewierających się butelek i puszek. Piątek rano był końcem moich nierównych zmagań z TKSami. Obudziłam się nad ranem i trzepało mnie jakbym tydzień jadła tabletki z efedryną na katar. Koszmar. Myśli typu „Oj jak boli głowa, oj jak pić się chce.” Cały dzień dochodziłam do siebie. W sobotę też byłam przetrącona. Przechodząc koło sklepu musiałam odwracać głowę w drugą stronę, żeby przypadkiem nie ujrzeć gdzieś piwa. Na bank by mi się ulało. Cofało mnie na samą myśl o złotym trunku i jakimkolwiek innym.

Największe zdziwienie i szok przeżyłam, gdy dowiedziałam się jak brzmi rozwinięcie tajemnego skrótu TKS. Tydzień Kultury Studenckiej. Hmm… Z kulturą to ja się raczej nie zetknęłam. Owszem pamiętam jak przez mgłę koncert Jamala (współczuję mu, bo musiał chyba ze 20 razy bisować kawałek „policeman”, pewnie wzdryga go na wspomnienie tego do teraz), konkurs grillowania, domówkę u jakichś znajomych i konkurs karaoke. Współczuję wszystkim, którzy musieli wysłuchać dźwięków, jakie z siebie emitowałam pod wpływem. O! Pamiętam jeszcze, że zobaczyłam, jak pije się piwo w 20 sekund – odwrócić puszkę do góry nogami, trzeba zrobić niewielki otwór przy dnie puszki (w ściance), przyłożyć to do ust i obkręcić tak, aby była znów w „pozycji normalnej”, otworzyć ją i pić. Sama nie próbowałam, to nie wiem, jak żołądek to znosi.

Najśmieszniejsze jest to, że największy gnój robili nie studenci, tylko przypadkowi ludzie. Powywracane toi’toie i inne ciekawostki. Jedną studentkę zgwałcono pod budynkiem byłej stołówki. Oczywiście okazało się, że to nie był student. Porażka. Przez takie akcje Juwenalia były potem znacznie krótsze.

Zawsze uczestniczyłam w TKSach, może nie tak alko-aktywnie jak na pierwszym roku, ale jednak nie żałowałam sobie. Teraz, dwa lata po zakończeniu studiów ze zdziwieniem stwierdzam, że wcale mnie tam nie ciągnie. Wspominam to wszystko fajnie i z taką nawet łezką w oku, ale nie czuję, żeby chciało mi się tam iść. Dziwne. Może dlatego, że większości swoich znajomych tam nie spotkam już. Bo my już pracujemy i jesteśmy teraz tacy poważni. Prowadzimy dorosłe życie, pełne odpowiedzialności, w którym nie ma miejsca na głupoty. Taaa… jasne. Poważni. Hahaha.

Dopisane 25-05-2013. Browar! Wóda! Polibuda!           Seks! Muzyka! Politechnika!

Obserwacja

Taki żarcik na dzień dobry. Oczywiście w kwaśnym stylu ;)

Studentów medycyny I roku, profesor zabiera na zajęcia do prosektorium.
- Proszę Państwa, jeżeli chcecie zostać dobrymi lekarzami musicie zapamiętać dwie podstawowe
zasady w medycynie. Pierwsza brzmi: dla lekarza nie ma pojęcia obrzydzenie…
W tym momencie profesor zakłada rękawiczki, podchodzi do zwłok i wkłada palec do odbytu, wyciąga i …oblizuje.
- Proszę, teraz Państwo….
Studenci po kolei z różnokolorowymi twarzami podchodzą i powtarzają czynności, kilku nie dało rady i
odjechało „pośpiesznym do Wymiotkowa”, kiedy przeszła cała kolejka profesor kontynuuje wywód…
- Jak Państwo pamiętają powiedziałem, że są dwie podstawowe zasady, druga to dokładna obserwacja. Ja włożyłem palec serdeczny, a oblizałem środkowy…

Oglądaliśmy dziecko

Jakiś czas temu nasza koleżanka z działu urodziła dziecko. Siedziała w takim pokoju, gdzie plemniki pełzają po podłodze, bo po kolei każda zachodzi. Szczęście, że ja siedzę daleko, to może jeszcze się trochę uchowam. Wracając do tematu, jak już urodziła, to była dla niej zrzutka. Kupiliśmy jej jakiś kojec dla dziecka, pieszczotliwie nazwany karcerem. Wyszło dziwnie, bo prawie trzy miesiące zbieraliśmy się, żeby pójść i ten karcer jej wręczyć. W końcu jedna z nas zadzwoniła do niej, że przyjdziemy z podarkiem. Zdziwiliśmy się trochę, bo zaproponowała, że ona go z pracy sama odbierze. Dopiero argumenty, że jest to ciężki pakunek, sprawiły, że zaproponowała, żebyśmy przyszli.

Wydaje mi się, że nasza wizyta była jej nie na rękę. Pewnie nie chciała w swoim domu hord znajomych z pracy, którzy będą oglądać jej pociechę. Ja to właściwie do końca miałam nadzieję, że nie dojdzie ta wizyta do skutku. Z jednej strony lubię tę koleżankę bardzo. Jest sympatyczna, inteligentna, uśmiechnięta, pomocna i ogólnie ma taki pozytywny flow. Ale dzieci to ja już nie koniecznie lubię. Nie tyle co nie lubię, tylko nie umiem się nimi zachwycać. Nie potrafię się cieszyć na widok małego dziecka i do niego robić min i gulgotać jak ono. Dlatego obawiałam się tej wizyty. Bałam się, że mój brak entuzjazmu sprawi, że wszyscy będą myśleć, że dziecko mi się nie podoba. Po prostu nie chciałam sprawić potencjalnej przykrości koleżance, swoją nieumiejętnością komunikacji z maluchami. Jako świeżo upieczona mama, mogłaby się poczuć jakoś dotknięta moją koślawą powściągliwością. Oczywiście pół nocy nie spałam zastanawiając się, co mówić i jak się zachowywać.

Spotkanie doszło do skutku i poszliśmy do niej. Na szczęście jej dziecko spało, więc oglądanie odbywało się we względnej ciszy. Szczerze, to się zdziwiłam. Zdziwiłam się, że małe dzieci są takie małe! Teraz już wiem, że serialowe noworodki mają chyba z pięć miesięcy. Takie malutkie było to dziecko! A dziewczyny mówiły mi, że „już jest duże! no nie udawaj, że aż tak się nie znasz!”. A ja się nie znam. Skąd mam się znać.

Posiedzieliśmy chwilę u niej. Pogadaliśmy o pierdołach. Było fajnie. Tylko nasz jeden kolega (ten od podrywu na cmentarzu) zachowywał się dziwnie. Odniosłam wrażenie, że próbował ją poderwać! Wiem, że brzmi to idiotycznie, bo kto o zdrowych zmysłach podrywałby świeżo upieczoną matkę i do tego szczęśliwą mężatkę? No właśnie, on chyba nie ma do końca zdrowych zmysłów. Po nim bym się tego spodziewała. I tak ją nagabywał na imprezę. Żeby zostawiła mężowi dziecko pod opieką i poszła z nim na balet. Szok! Co tym facetom się czasem w głowie roi. Nie tylko moje było takie wrażenie nt. jego zachowania. Koleżanki na drugi dzień też mówiły, że on się zachowywał, jakby chciał ją poderwać.

I tym sposobem zobaczyłam dwie rzeczy jakich jeszcze nigdy nie wiedziałam. Takie malutkie dziecko. Wiem, że zabrzmi to idiotycznie, ale taki malusieńki człowieczek wielkości naszej kotki robi mega wrażenie. No i kolejną odsłonę podrywu z cyklu „żadnych wyzwań się nie boję.” Generalnie, było okej.

Plażowanie w Mielnie

Pojechaliśmy sobie w sobotę do Mielna. Najbliższa plaża od domu. Było jakoś grubo po piętnastej, jak dojechaliśmy na miejsce. Położyliśmy się i opalaliśmy się. Było idealnie. Wiał lekki wiaterek, nie potrzeba było parawanu, słońce fajnie grzało. Podobało mi się. Plaża jest jeszcze dość szeroka i nie ma hord turystów z Poznania, Bydgoszczy, Warszawy i Łodzi, więc można sobie poleżeć spokojnie.

To znaczy, tak mi się wydawało, że jeszcze jest spokojnie. Akurat zaczęłam przysypiać na słoneczku, a tam słyszę, że jakichś dwóch typków niedaleko nas łazi. Otworzyłam oko i spojrzałam w ich stronę. Podeszli do dziury w siatce odgradzającej wydmy od plaży i rozpoczęli dialog na poziomie. „Tyyyy… ale jestem najebany!!” „Nooo… ja też. A słońce jak nakurwia!” „W Mielnie jesteśmy, to świeci! Ja już nie dam rady iść dalej. Leję tutaj!” „Taaa… Nie jesteś taki kozak!” „Jestem!” I po chwili wytrzeszczyłam oczy, bo faktycznie opuścił majtki i odlał się centralnie na plaży. Nie wierzyłam. Potem było jeszcze grubiej. Podciągnął gacie i oznajmił „Wszystkie dupy na plaży na mnie patrzą!” Jasne, każdy w pobliżu spojrzał się siłą rzeczy na durnia, który publicznie oddawał mocz.

Jego kolega okazał się jego godnym towarzyszem. Chociaż nie, on był pijanym durniem. Potknął się o własne końcówki i wpadł prosto w świeżutkie szczyny swojego koleżki. Zanosząc się od śmiechu potoczyli się w stronę swojego legowiska. Okazało się, że leżą całkiem blisko nas. Zaintrygowana ich głupotą zerkałam sobie co jakiś czas, co tam wyczyniają ci erudyci. Wbiegali na siebie, kopali się z wyskoku najczęściej, wbiegali do wody wrzeszcząc na całe gardło. Ale najważniejsze, że ciągle wlewali w siebie browar. I co chwilę wymieniali złote myśli „Ale się najebałem!!” „Ja też!! W chuj się najebałem!” „Ja najbardziej. Już bardziej się nie da!” „Dobra skończ kocie z oklapłymi uszami! Idź wąchać siki!” I tak w kółko. W zasadzie to na plaży w Mielnie normalna gadka. W sezonie czasami trudno usłyszeć coś innego.

Gdy wychodziliśmy z plaży też ich napotkaliśmy. Zdziwiłam się, bo był z nimi ojciec jednego. Pijany w sztok ledwo powłóczył nogami. Cały był czerwony jak burak i szedł z opuszczoną głową. Gadali, że zjedzą obiad i pójdą się napić, a potem na imprezę. Takie typowe chamy i buraki. Szła z naprzeciwka dziewczyna. Zapytali jej czy idzie na balet wieczorem. Odpowiedziała, że tak, a wtedy oni do niej „My też, ale nie z tobą! Hahahaha!” Później cieszyli się, że jej „dołożyli tekstem”. Faktycznie.

W sumie to taki mieleński standard. Zaczynam się powoli zastanawiać, z czego to wynika, że tacy ludzie przyjeżdżają akurat do Mielna. Może nie tyle co „tacy ludzie”, a w takim celu, czyli najebać się w chuj i iść na balet. Nawet już na parkingu widzieliśmy gościa, który niósł sobie flaszkę i colę w reklamówce. Zataczał się, ale wrzeszczał, że idzie się zrobić jeszcze bardziej. Gdy byłam w liceum byłam zajarana jeżdżeniem na imprezy do Mielna. Czasem byłam tam kilka razy w tygodniu. Teraz mi się nie chce i jeżdżę coraz rzadziej. Na plażę też mi się nie chce w sezonie jechać. Tłok, nie ma gdzie ręcznika położyć. Wolę korzystać, gdy sezon nie jest w pełni. Poza tym, tam jest fajnie. Mi może to spowszedniało, bo mam to na co dzień. Zachęcam wszystkich do przyjazdu w celach plażowania, picia i melanżu. Tylko uważajcie, bo na dłuższą metę Mielno niszczy każdego!

Nie warto studiować, ani starać się w pracy

Wczoraj wyszłam z siebie, stanęłam obok, potem poszłam na długi spacer i chyba do siebie wróciłam. Ale nie jestem pewna, bo łeb mnie boli, jakby ktoś mnie w nie zdzielił łopatą. Ale to nie była żadna łopata, tudzież szpadel, tylko bolesna prawda. Kurewsko bolesna. Spłynęło na mnie objawienie.

Kiedy zaczęłam pracować w swojej obecnej pracy niewiele ponad rok temu, byłam pełna zapału i chęci. Pomyślałam sobie, że mam już za sobą mały koszmarek i gorzej być nie może, więc na bank będzie lepiej. Zaczęłam na stanowisku specjalisty ds. organizacji produkcji. Dostałam niezbyt wysoką stawkę. Nie weszłam na wyższe wynagrodzenie niż w poprzedniej firmie, ale odpadły mi dojazdy. No i użeranie się z niektórymi pojebami.

Pracowałam sobie niespełna miesiąc. Nie poznałam dobrze asortymentu naszego działu, specyfiki pracy, działania systemu, na którym pracujemy, budowy wyrobów, technologii produkcji. Jednym słowem byłam zielona, jak marchewka na wiosnę. Pewnego dnia zostałam wezwana na rozmowę. Zrobiono mnie kierownikiem, przy okazji zreorganizowano brygady. Łatwo sobie wyobrazić, jaki sprzeciw wzbudziło to na brygadach. Przyszła sobie jakaś gówniara i będzie teraz wydawać polecenia? Przecież ja wiem wszystko najlepiej.

No i jedna brygada zastrajkowała kompletnie. Przez około 4 miesięcy produkowali 25% tego, co mogli. Inni notorycznie nie wywiązywali się ze swojej pracy. Wynikało to też z tego, że nie do końca wiedziałam co jest grane. Pomyślałam sobie, że to dla mnie szansa i nie można się poddać. Brałam do domu dokumentację, żeby ogarnąć te wyroby. Przez praktycznie rok rzadko wychodziłam z pracy punktualnie. Oczywiście nigdy nie zobaczyłam pieniędzy za nadgodziny, bo podobno muszę wywiązać się ze swoich obowiązków. Szkoda, ze to samo nie tyczy się ludzi na brygadach. Jak nie zrobi to i tak idzie do domu i gówno można mu zrobić. Nigdy też nie zobaczyłam żadnej premii, bo mi jako kierowniczce premia nie przysługuje. No kurwa sorry, ale głupszych argumentów nie słyszałam.

Kiedy zgłaszałam jakiś pomysł albo problem miałam wrażenie, że odbijam się od ściany. Zawsze słyszałam jakieś dyrdymały typu „no tak, ale wie pani to taka specyfika pracy na produkcji” „No tak, ale w tym zakładzie to tak właśnie funkcjonuje.” A po niecałym tygodniu musiałam się tłumaczyć z tego, czemu próbowałam zapobiec, ale każdy wyżej miał to w dupie. Jednak byłam na tyle głupia, że dalej się starałam dać z siebie jak najwięcej.

W międzyczasie dali mi obecnego przełożonego. Sytuacja jest na tyle chora, że miał być moim przełożonym nieformalnie. Bo niedługo idzie na emeryturę i miał nas nauczyć pewnych rzeczy. Na rozmowie z Szefem usłyszałam „On będzie z wami kilka miesięcy. Pomoże wam uporządkować pewne sprawy, popchnąć tematy do przodu. On ma wam pomagać, wspierać i doradzać. Nie przejmuje w żadnym wypadku kontroli nad waszym zespołem.”

W praktyce wyszło jednak zupełnie inaczej. Na każdym kroku próbował wprowadzać swoje porządki. Zastopował wszystkie moje działania. Nie pozwolił na przyjęcie nowych pracowników. Nie pozwalał zwalniać ludzi, którzy notorycznie nie przychodzą albo nie wywiązują się z zadań. „To na pewno ty im źle pracę zorganizowałaś. Ty nie potrafisz robić swojej roboty.” Gdy teraz przekonał się, że na niego mają kompletnie wyłożone, zaczął chodzić po firmie i pierdolić, jakie to on reformy przeprowadzi. Wymyślił jakiś swój program na zmianę ludzi, który jest toczka w toczkę moim pomysłem. Tym, który zastopował jakiś czas temu.

Facet ciągle się pastwi. Niedawno przeczytałam artykuł na temat mobbingu. To co on robi, to jest właśnie klasyczny mobbing. A ja myślałam, że on po prostu jest pojebany! Skłócił mnie z zaopatrzeniowcem. Próbował skłócić z podwładnymi. Nawet przez jakiś czas mu wychodziło. Dzień w dzień po pracy płakałam. Były dni, że jadąc myślałam sobie „Chciałabym mieć jakiś wypadek, żeby leżeć w szpitalu z miesiąc i nie chodzić do pracy.” Gdy uświadomiłam sobie, co ja sobie myślę, byłam przerażona. Do czego on potrafił mnie doprowadzić w kilka tygodni? Miałam ciągłe bóle brzucha i zaczęły się znane mi problemy żołądkowe. Jednak dalej nie poddawałam się, bo chciałam swoją pracę dobrze wykonywać. Myślałam, że żaden wredny typ mi w tym nie przeszkodzi.

W końcu miałam już serdecznie dość tego, że ten facet na każdym kroku próbuje mnie spacyfikować i pomiata. Nie takie przecież były ustalenia. Poszłam do Szefa. Powiedziałam mu, że nie jest tak jak było ustalone. Opowiedziałam o paru incydentach. Stwierdził, że faktycznie sytuacja jest chora i musi coś pomyśleć.

Wczoraj zawołał mnie Prezes całej produkcji. Godzinna gadka szmatka. „Jak pani to dalej widzi?” „Pani to została skrzywdzona tym awansem. Byłem mu przeciwny, bo chciałem, żeby pani sobie z rok spokojnie popracowała. A tak rzucono panią w takie wyzwanie, z którym wiele doświadczonych osób sobie nie poradziło.” „Jakby pani widziała siebie w tym zespole, gdyby to pan XXX został jego szefem?” „A jeśli się pani nie widzi w tym zespole, to co wtedy? Jakie miejsce w firmie by pani dla siebie widziała?” Żygać mi się zachciało. Wkurwiłam się tak strasznie, że do końca dnia byłam kompletnie bezproduktywna. Po pracy położyłam się i odpłynęłam na prawie dwie godziny. Zauważyłam, że w dużym stresie zwyczajnie przesypiam cały swój czas wolny. Potem dostałam napadu płaczu i chyba astmy, bo nie mogłam długo złapać powietrza. Od jakiegoś czasu mam wrażenie, jakby coś mi w sercu bulgotało i czasem nieregularnie bije. Proszę, do tego właśnie doprowadził mnie rok pracy w takich, a nie innych warunkach.

Taki jest kurwa efekt. Najpierw ktoś nieodpowiedzialnie stawia ci zadanie, które cię przerasta. Od początku wiedziałam, że moje szanse są niewielkie. Miałam wrażenie, że przepycham się ze ścianami. Poświęcałam swój prywatny czas, żeby nauczyć się tego, czego nie pozwolono mi się nauczyć. Nie oszukujmy w miesiąc nikt się nie nauczy. Wczoraj Prezes powiedział, że w zasadzie to jest zdziwiony, że poszło mi tak dobrze. To dlaczego chcą mnie zdegradować? Dlatego, że się starałam? Podobno ten grzyb, który po kilka razy dziennie robi mi przytyki i awantury, przyczynił się do polepszenia sytuacji. Na bank się przyczynił. Ale to nie jest tylko i wyłącznie jego zasługa. Pracuje na to cały zespół. Ciągle trzeba mu jakieś zestawienia i dane przygotowywać, bo on nawet nie umie się zalogować do naszego systemu.

Nie podpiszę papierka degradacyjnego. Nie pójdę na żadną ugodę. Mam dość zabawy moją osobą, co wczoraj powiedziałam do Prezesa. Zwyczajnie pobawili się moim życiem. Przez ten rok straciłam mnóstwo nerwów i tym samym na pewno zdrowia. I co z tego mam? Dużo zmian i usprawnień, które wprowadzałyśmy razem z moją koleżanką, przypisał sobie ten stary dziad. Wczoraj przyszedł do mnie i powiedział mi wprost, że źle rozliczam ludzi i wypłacam im za dużo pieniędzy. Zażądał kart rozliczeń brygad za ostatni kwartał. Do tego kazał mi zrobić jakieś dziwaczne zestawienie nadgodzin. Dałam mu te dane, ale wiem, że w poniedziałek będzie próbował mnie tym pogrążyć. To robiłam dobrze i wiem, że to on źle rozlicza ludzi.

Nie wyobrażam sobie tego, że mam być jego podwładnym formalnie. Nie wyobrażam sobie tej degradacji. Jestem wkurwiona. Nie będę pracowała z tym facetem, który non stop będzie próbował mnie poniżać. Teraz będzie miał jeszcze większe pole manewru. Doprowadził jednego faceta do odejścia z firmy. Drugi nabawił się przez niego problemów z sercem. Coś czuję, że mnie to czeka, jeśli będę pod nim pracować.

Moje rozgoryczenie jest wielkie jak nigdy dotąd. Pracuję za śmieciową stawkę. Pani na kasie w Lidlu na dzień dobry dostaje trochę mniej. Ale z dodatkami wychodzi tyle samo. Jestem kierownikiem. Mam skończone studia, a spawacz w naszej firmie dostaje kafla więcej ode mnie w podstawie. Do tego dochodzą pełnopłatne nadgodziny i ryczałt za wyroby. Czasem wychodzi, że zarabiają ponad dwa razy tyle co my – inżynierowie, kierownicy i ludzie organizujący im pracę. Bez nas nie mogliby pracować. Bo sama praca się im nie zorganizuje.

Mówią na nas per krzesełka. Mówią, że siedzimy całymi dniami na kompach i nic nie robimy. Tylko, że to my wiecznie zapierdalamy na niepłatnych nadgodzinach. My nie dostajemy prowizji, gdy oni wyjdą na plus. Oni dostają ryczałt. Przecież to nasza praca składa się na to, że mogą w danym miesiącu zrobić więcej. Ich prawa pracownicze są przestrzegane. Nasze niekoniecznie. Słabo mi się robi jak na to patrzę. Przecież my też musimy zrobić więcej, żeby oni zrobili więcej! Bez nas ich by nie było. To dlaczego nasza praca jest mniej warta? No bo jest mniej warta w oczach Zarządu, skoro nam się gówno płaci.

Żałuję, że studiowałam. Żałuję, że nie poszłam do zawodówki. Miałabym sześć lat nauki mniej. Często bezsensownych i niepotrzebnych rzeczy. Nie musiałabym też użerać się z wykładowcami prezentującymi stanowisko, że kobieta to może być co najwyżej kosmetyczką. Pracowałabym sobie też pewnie na produkcji. Zarabiałabym więcej, miałabym wszystko w dupie, bo przecież jak kooperant zawali i nie ma materiału to nie moja brocha. Pierdolę nie robię byłoby moją dewizą. Siedziałabym sobie i nic nie robiła, gdyby czegoś brakowało. Po wyjściu z pracy miałabym wszystko szeroko i głęboko. Byłabym zawsze wyluzowana i miałabym więcej kasy. Bo teraz to jest tak, jak widziałam na jakimś demotywatorze. „Operator koparki 3800 zł, inżynier budowy 2000 zł”. Naprawdę nie ma sensu studiować w takim wypadku.

Na dzień dzisiejszy mogę o sobie powiedzieć. Jestem inżynierem, pracuję na stanowisku kierownika produkcji, zarabiam ponad połowę mniej od spawacza, mój przełożony stosuje wobec mnie mobbing. Dziękuję, miłego dnia. Dzieci – nie idźcie na studia, bo byle kto będzie potem wami pomiatał!

Placebo

Gadałam w pracy cały czas o pierogach. Jakie są smaczne i super (ruskie). No i jaki znam kozacki przepis, a do niego patenty, żeby wyszły niepowtarzalne. Oczywiście, znam ten przepis i patenty, ale tylko w teorii, bo sama nigdy nie robiłam pierogów. Mam za małą kuchnię i nawet nie mam stolnicy ani wałka. Sama jestem jak ten wałek hahaha. Tak po prawdzie, to ja nie mam chęci, żeby uprawiać się z tymi pierogami sto lat. Najpierw ciasto, potem farsz… i cała niedziela zmarnowana. A potem jedzenie tych pierogów dwa tygodnie i wciskanie wszystkim na siłę, odsmażanie… eeee… szkoda lasu i atłasu.

Tak czy siak, moje wywody o ruskich pierogach, jakie powinny być, jak muszą smakować, wyglądać, pachnieć, stały się tak sławne, że wszyscy doszli do wniosku, że na bank te pierogi robiłam i to nie raz. Taaaa robiłam, ale z Babcią na zasadzie „podaj to”, „pomieszaj tamto”, „weź jeszcze pieprzu dosyp”. I stąd wiem, jak to powinno być. Ale żebym sama zrobiła, to raczej niemożliwe. Jednak wszyscy ogłosili mnie ekspertem od pierogów. Babki przychodziły pytać, jakie ziemniaki kupić, jakie jajka, jak cebulkę zesmażyć, itp. itd. I to żeby przychodziły takie lalki w moim wieku! Nie! Przychodziły kobiety, które mogły by być moimi matkami.

Porady okazały się podobno skuteczne. Zaczęły się regularne pytania, podziękowania i polecenia. Wszystkim wychodziło to na zdrowie, więc nie wyprowadzałam z błędu nikogo. Po co? Zresztą głupio by było powiedzieć „Wiecie co? Fajnie, że sobie wszystkie pichciłyście te pierogi, ale ja tak naprawdę nigdy żadnych samodzielnie nie zrobiłam!” Po co ludziom psuć nastrój. Nikt mnie nie spytał konkretnie, ile razy sama zrobiłam te pierogi, więc w zasadzie nikogo nie okłamałam. Sami sobie dopowiedzieli resztę. Ja tylko powiedziałam, że znam zajebisty przepis i parę patentów, a resztę doklecili sobie sami.

To były tylko niedomówienia. Dzika akcja wyszła, gdy przyniosłam do pracy pierogi. Ruskie. Tyle, że zakupione w tesco albo innej takiej padlinie. Wyglądały dość dobrze, skład też nie przypominał tablicy mendelejewa, widać było, że ręcznie robione. Byłam głodna jak kupowałam, więc przegięłam z ilością. I potem musiałam to dziadostwo żreć na siłę przez prawie tydzień. Z keczupem. Z musztardą. Z chrzanem. Z ćwikłą. Z sosem chilli. Ze wszystkim. Nawet podgrzane z serem żółtym. No wymiotować się chciało na sam widok!

Wzięłam je do pracy. Wszystkie. Pomyślałam, że może kogoś poczęstuję, jak będzie chciał. Nawet nie miałam zamiaru kłamać, że sama zrobiłam. Przyszła pora przerwy. Wyciągnęłam na talerzyk porcyjkę i bach do mikrofali! Zaraz rozszedł się zapach. Zlecieli się wszyscy. „Mmmm! Jak pięknie pachnie!” „Oooo! Chyba pierożki ruskie.” „Blondyna, a masz jeszcze na zbyciu?” Ku radości wielu osób miałam. Żeby to dla jednej osoby! Najadło się chyba z pięcioro delikwentów. Dałam pojemnik i powiedziałam, żeby sobie nakładali już do końca.

No i nakładali. A potem się zajadali. Znowu nikt nie zapytał, skąd mam. Faktycznie, dawały nawet radę te ruski, więc chyba stwierdzili, że to domowe. Przychodzili do mnie i mówili, że smaczne. Jeden kolega stwierdził, że on by trochę więcej pieprzu dosypał. Drugi powiedział, że może bym mu dała wskazówki robienia pierogów, a on mi zapłaci nawet, bo jego żona to nie umie takich robić. Wszyscy się zachwycali. Oczywiście nikt nie zapytał, czy kupne. W końcu zaczęło mnie to bawić i nic nie mówiłam.

Do teraz chce mi się śmiać, jak to sobie przypominam. Minęło kilka miesięcy i często słyszę pytania „kiedy znowu robisz pierogi?”. Wzruszam tylko ramionami i nic nie mówię. Swoją drogą ciekawe, że każdy taki znawca, a jak przychodzi co do czego, to nie odróżnią przysłowiowego gówna od twarogu. To jest właśnie efekt placebo ;)

Do samego końca?

Ostatnio martwię się o swoją koleżankę z pracy. Już myślałam, że ja jestem największym pracoholikiem, ale ona wyprzedza mnie w tym nałogu bez porównania. Jest w ciąży, w sumie to już końcówka. Niedługo ma termin porodu. I twardo chodzi do pracy. Zastanawiam się, skąd się u niej bierze ta determinacja i samozaparcie. Przysługuje jej przecież urlop z tytułu ciąży. Tym bardziej, że jest już mocno zaawansowana.

Do tego ma stresującą pracę. Bardzo stresującą. Można oszaleć, ciągłe pretensje, awantury i inne atrakcje. Ciężko to znieść normalnie, a w ciąży to pewnie już całkiem popaprana sytuacja. Taka jazda bez trzymanki. Tak myślałam sobie, że ona może jest po prostu bardzo odporna psychicznie i potrafi się wyłączyć.

Ostatnio jednak zaczęła się źle czuć. Jak rozmawiałyśmy na korytarzu, tak sobie dziwnie przysiadła. W ogóle była cała blada jak córka młynarza. W pierwszej chwili nie zwróciłam na to uwagi, bo ona miała kiedyś problemy zdrowotne i często była wręcz przezroczysta. Więc byłam przyzwyczajona do takiego koloru cery.

Potem dowiedziałam się, że ona czuje się tragicznie. W głowie jej się kręci, słabo jej i kilka razy myślała, że zemdleje. Generalnie kiepsko z nią ostatnio. Mówiła też, że opadł jej brzuch. Z tego co słyszałam, to w takiej sytuacji trzeba leżeć. Ja bym już na w takiej sytuacji była w domku i wylegiwała się w łóżku, dbała o siebie i dziecko.

Nie rozumiem tego jej chodzenia do pracy tym bardziej, że u nas jest fajna sytuacja dla kobiet w ciąży. Mogą iść na wszystkie przysługujące im urlopy i mają gdzie wrócić. Co więcej, nikt nie robi im z tego tytułu problemów, ani wymówek. Pod tym względem jest OK.  Albo dotknął ją straszny pracoholizm albo nie wiem co. Dziwię się, że ona się nie boi jakiegoś przedwczesnego porodu albo innych strasznych historii. Wszyscy mówią jej, żeby nie chodziła do pracy, bo w takim stanie już nie warto, a ona dalej chodzi. Bezsensowne poświęcenie, bo takich rzeczy potem nikt nie pamięta i nie docenia.

Co komu przystoi?

Czasem myślę sobie, że niektórzy ludzie mają wybujałe mniemanie o sobie. I to w dodatku na podstawie niczego albo byle czego. Czują się lepsi od ogółu, tylko dlatego, że są tym kim są. Co gorsza, potrafią to okazać innym bez mrugnięcia okiem. Brzmi to zagmatwanie, ale już wyjaśniam, o co mi chodzi.

Spotkałyśmy się z koleżankami ostatnio na piwo i pogaduchy. Przy okazji postanowiłam poszukać towarzyszki na nową formę fitnessu, którą przypadkiem znalazłam na fb. Do naszego małego, zaściankowego wręcz miasta dotarło (wreszcie) pole dance, czyli taniec na rurze. Ale nie taki w klubie ze striptizem, tylko normalny fitness na rurce. Czyli w zasadzie gimnastyka wymagająca od ćwiczącej/ego dużo wysiłku i angażująca wszystkie mięśnie.

Przy tej okazji powiem, że mi osobiście taniec na rurze bardzo, bardzo się podoba. Nie chodzi mi o tu o wulgarne wypinanie dupy i obcieranie się cyckami o stalowy kształtownik o okrągłym przekroju. Mam na myśli taki taniec, jaki można zobaczyć np.. na mistrzostwach świata pole dance, jakie corocznie odbywają się w Brazylii. To właśnie na filmikach z tego wydarzenia zobaczyłam pierwszy raz, że to jest naprawdę piękne, trudne i zapierające dech. Tak w zasadzie kopara mi opadła, że takie rzeczy można robić.

Jakiś czas temu słyszałam o pewnej znajomej, która na taki taniec się zapisała. Podobno bardzo sobie to chwali, a do tego mocno schudła. Nie oszukujmy się, że to byłby zdecydowany plus. Nie pogniewałabym się, gdyby mi się udało zrzucić z dziesięć kilo i ładnie wyrzeźbić sylwetkę, a przy okazji nauczyć się czegoś nowego. Tylko jakoś tak, chciałabym chodzić na to z kimś znajomym. Sama nie lubię, więc rzuciłam temat. Myślałam, że będę musiała nakręcać, a tu dwie koleżanki były chętne od razu. Odstraszyła nas tylko cena (wychodzi 30 pln za zajęcia). Poza tym, byłyśmy podjarane.

Oczywiście zauważyłam, że jedna z nas siedzi cicho jak karaluch w trakcie odrobaczania piwnic. W sumie, to nawet nie podeszła do laptopa popatrzeć. Zapytałam, więc czemu nie patrzy. Wzruszyła ramionami i powiedziała, że nie bardzo ją to interesuje. Nie interesuje, to nie. Każdy może sobie lubić, co chce. My dalej oglądałyśmy. W końcu wypowiedziała magiczne słowa do drugiej koleżanki „A ty nie boisz się, że ktoś cię tam zobaczy? Inż-Bl pracuje na produkcji, to nie musi. Ale ty?” „Czemu ja?” „No nie boisz się, że potem będzie wstyd, że urzędniczka ZUSu tańczy na rurze?”

Poczułam się rozjebana. WTF?! Co jest nieprzyzwoitego w takim fitnessie? Przecież nie tańczy na rurze w barze go-go po godzinach. I dlaczego niby mi to przystoi, a jej nie? Co ja jestem gorsza, bo nie pracuję w urzędzie, tylko prywatnej firmie?! Bez sensu. Jakoś nigdy nie czułam się lepsza od nich (urzędniczek-moich koleżanek), bo jestem kierowniczką, a one nie. Nigdy nie myślę w takim kontekście o ludziach, że ja lepsza, a ty gorszy bo „ja mam studia, a ty nie”. Myślenie kategoriami, że pracownica urzędu jest od reszty lepsza i dlatego jej coś nie przystoi jest żałosne. Zmierziło mnie to totalnie. Zaśmierdziało stereotypami i absurdem.

Wcale nie czuję się gorsza od ludzi pracujących w urzędach. Nie czuję się też lepsza. Każdy z nas wybrał inną drogę. Jedni z przypadku, inni z wyboru. Mogłam pracować w urzędzie, ale nie chciałam. Nie podoba mi się to i mnie nie kręci w żaden sposób. Nie po to też byłam na studiach technicznych. Nie czaję kompletnie, dlaczego ona uważa, że jest gdzieś wyżej w hierarchii, którą pewnie sama sobie wymyśliła? Co to za wielki prestiż i splendor niby na nią spłynął? Szczerze, to wolałabym pracować w fast-foodzie niż na jej miejscu.

Osobiście uważam, że taka praca w 80% przypadków nie jest rozwojowa i nie daje perspektywy na zmianę branży. Nie nabywa się zbyt wielu umiejętności, które zostaną docenione na rynku pracy. Nie słyszałam o zbyt wielu przypadkach, by ktoś po kilku latach pracy w urzędzie stał się fachowcem w jakiejś dziedzinie i był rozchwytywany. Na pewno są takie sytuacje, ale to raczej wielkości rzędu promili.

Zabolało mnie to, że osoba, która tę pracę wzięła, bo naprawdę nic innego nie było, okazuje mi teraz coś na pograniczu pogardy. Dużo musiałam się uczyć na studiach, a w pracy ciężko pracuję, wręcz zapierdalam. Ona ma czas na oglądanie filmów, czytanie książek i serwisów plotkarskich siedząc za biurkiem (sama o tym mówiła). Ja mam tylko jedną przerwę, w czasie której jem i piję. Często zdarza się, że poza tym nie ma czasu, żeby wypić cokolwiek innego. Ja na jej miejsce mogłabym być przyjęta, ona na moje nie, bo nie ma wykształcenia technicznego.

Nic z tego nie rozumiem, co jej się w głowie roi. Że niby jest lepsza? Dobre sobie. Ja też nie jestem lepsza. Robimy różne rzeczy i jesteśmy po prostu inne i raczej nieporównywalne. Jesteśmy z dwóch różnych bajek. Nie ma ludzi lepszych i gorszych. Jednak mi podobno przystoi pole dance, bo nie jestem urzędniczką.

Czy to normalne?

Pracować trzeba. To nie podlega dyskusji. Chyba, że jest się dziedziczką ogromnej fortuny i się śpi na hajsie. Albo jak jest się czyjąś utrzymanką i uprawiasz legalną formę prostytucji pt. ty jesteś moim bogatym mężem, a ja daję ci raz kiedyś i chwalisz się znajomym, jaką masz zajebistą laskę. Ale jak się jest zwykłą kobietą, to trzeba chodzić do tyrki. Szczególnie, jak się mieszka w województwie z czołówki najwyższego odsetka bezrobocia. No i wtedy, gdy nie chce się być na zasiłku.

Przecież praca sama w sobie nie jest taka zła. Jest spoko. Idziesz, robisz coś mniej lub bardziej sensownego, obcujesz z innymi ludźmi, nabywasz kompetencji tzw. miękkich… Niby fajnie, przecież jak człowiek zakisza ogóra w domu, to gnuśnieje. A co jeśli po 8 dniach urlopu budzę się cała spocona i przerażona, bo w poniedziałek mam iść do pracy? I nie chodzi o to, że się lenię. Po prostu ogarnęło mnie przerażenie i blady strach. Około godziny starałam się uspokoić, zanim znów zasnęłam.

Niedziela cała też beznadziejna. Wracaliśmy z urlopu, a ja już całkowicie rozdygotana. Wspaniale. Dziś to samo. Od rana wiedziałam, że to będzie beznadziejny dzień. I się nie pomyliłam. Od rana Przełożony nr 1 musiał na mnie drzeć ryja. Za byle co. Miałam wrażenie, że nawet chwilowe zachmurzenie okaże się moją winą. Najlepsze dla mnie jest, gdy daje mi dwa sprzeczne polecenia na raz. Takie, że nie da się ich wykonać razem i w tym samym czasie. Potem oczywiście ma pretensje.

Po niecałym dniu byłam już tak zniszczona przez to wszystko, że całe życie nabrało kolorów sraczki. Nic już mi się nie podoba, nic już mi się nie chce. Jedyne na co czekam, to piątek. Żeby mieć dwa dni spokoju. Przecież to jakiś absurd. Żeby co chwilę w pracy zastanawiać się, za co znowu będzie zjebka. Ciekawa jestem, czy wszyscy tak mają. Że nie mogą przestać myśleć o pracy? Że nad ranem budzą się spoceni i zastanawiają się, czy wytrzymają ten jeszcze jeden dzień?

Ile to można znieść, jak ktoś się na Ciebie drze? Mówię „proszę na mnie nie krzyczeć.”, a on odpowiada „ja nie krzyczę, ja tak mówię”. Przy okazji czerwienieje jak burak i wrzeszczy jeszcze głośniej. I zawsze daje mi zadania niemożliwe do wykonania. Albo jak jest problem, to ucieka. Wtedy zostaję z pasztetem sama. Mam centralnie dość. Chciałam dziś pierdolnąć wypowiedzenie. Nie dać wypowiedzenie, ale pierdolnąć. Kto miał już pracy po dziurki w nosie, wie w czym tkwi subtelna różnica. Powstrzymuje mnie tylko to, że nie mam na oku innej pracy.

Autentycznie, chce mi się wyć i płakać, gdy myślę, że znowu mam tam iść. Pomijam, że już dziewięć miesięcy czekam na obiecaną podwyżkę. Ciągle mnie jakoś omija. To dokłada się do ogólnego poziomu mojego zniesmaczenia i frustracji. Kiepsko się czuję. Po jednym dniu. Czy to normalne? Chyba nie. Mam dość tej toksycznej, chorej sytuacji. Nie wiem, co robić.

Kultura hejtowania

Ostrzeżenie: w tym poście nadużywa się słowa „hejtować”. Jeśli jesteś na nie uczulony/a – nie czytaj.

Czytałam ostatnio, że jednym z najbardziej denerwujących neologizmów jest „hejtować”. Od razu wytłumaczę się, że przeczytałam to na jakimś nieopiniotwórczym i nieeksperckim portalu. Zaglądam czasem na takie słabe strony i nie będę się tu kreować na intelektualistkę, która przegląda tylko witryny NBP, PAN i NASA. Wracając jednak do neologizmów, lubię ich używać. Sama tworzę wiele i podłapuję je, gdy gdzieś usłyszę. To hejtowanie weszło mi w nawyk jakoś tak samo. Przykładowo, jak mi kotka narozrabiała, to mówiłam do niej „Czarnuchu, ale ja cię dziś hejtuję.” Nie powiem tak np. do przełożonego w pracy albo w rejestracji do lekarza. „Nie ma wolnych terminów? Nie mogę dziś? To ja was hejtuję.” Brzmi co najmniej groteskowo w takiej sytuacji. Generalnie trzeba wiedzieć, jakich słów kiedy używać. W szczególności neologizmów.

OCB?

Przy okazji tego całego hejtowania w internecie, postanowiłam poszperać trochę na ten temat. Chciałam się dowiedzieć w jakim kontekście ludzie tego (nad)używają, bo muszą nadużywać, skoro tym denerwują internautów. No i wyszło szydło z worka. W internecie w większości jesteśmy rasowymi hejterami z krwi i kości. W zasadzie wszystko nas mierzi i wkurwia. Czy jest źle, czy dobrze, jak się coś zmienia i jak długo jest tak samo. Jak się komuś powiedzie, to tym bardziej. Sama czasem łapię się na takim hejterskim podejściu. Potem z reguły przywołuję się do porządku i tłukę w czapę, że się zagalopowałam. Jednak są tacy, którzy nie mogą się powstrzymać od ciśnięcia na wszystko i wszystkich.

Hejted: …………. (Tu wpisz nazwę swego miasta/miejscowości)

Zaczęłam na FB wpisywać hejted. Pokazywały mi się wszystkie miasta, Kraków, Warszawa, Szczecin, itd.. Bez problemu znalazłam swoje rodzinne miasto. Sama za nim nie przepadam ze względu na wysokie bezrobocie, brak przemysłu i brak strefy rozrywkowej, szczególnie dla młodzieży. Gdy byłam w gimnazjum naprawdę nie było nic lepszego do roboty niż siedzenie na ławce. Spodziewałam się, że na profilu hejted będą leciał pociski i petardy, ale to co zobaczyłam przeszło moje najśmielsze oczekiwania.

„Napisz do nas, a my opublikujemy Twoje żale anonimowo”

Taki napis można znaleźć na każdym profilu hajted. No więc wszyscy mogą trollować i obrażać anonimowo na FB. Wreszcie! Bo wcześniej trzeba było się liczyć ze słowami. W końcu widać było imię, nazwisko i fotkę. Te hejty nie są nawet konstruktywne. Taka sztuka dla sztuki. Aż zacytuję i nie skomentuję. Uwaga! Pisownia oryginalna.

Co hejter miał na myśli?

„Chcę shejtować pana, który łaził za mną po parku i walił konia… Dziękuje za mile spędzony spacer z moim psem. Niezapomniane wrażenia…”

„Witam.
Hejtuje dzisiejszą młodzież, zwłaszcza dziewczyny! Ogarnijcie się, kurwa picie w samo południe? DZIEWCZYNY to nic fajnego. Dzisiaj się napotkałam na takie dwie, była 13, 13 kurwa. Pani w czarnej kurtce i Pani w zielonej, siedziały na schodkach przed kamienicą i żłopały piwo. Ogarnijcie się to nie jest miejsce na picie i czas. Jeśli to czytacie, weźcie sobie to do serca, bo ja nie mam ochoty wyglądać przez okno i patrzeć na dwie dziewczyny z piwem. Dziękuje.”

„pro elo hejtuje babkę , która ostatnio chciała sie popisać przed jakimiś gimnazjalistami i zwyzywała mnie od szmat bo tylko stałam i czekałam na autobus dziękuję jej i niech sie pocałuje w swoją dużą dupkę :* pis joł gall anonim ..”

” Hejtuję wszystkie szczoty, którym w życiu nie wyszło i chcą ułożyć je innym.”

„Hejtuje pana na stacji benzynowej, Orlen, który chyba sobie walił konia bo tak jęczał w toalecie …”

Hejt na p. Anne M. za chujowy charakter. Mysli, ze jest slodka i dobra nauczycielka, a jej uczniowie rzygaja ale nie tecza tylko nia.

Hejtuje pewną dziewczynę na z drugiej klasy w koperniku. DZIEWCZYNO przestań ubierać te pieprzone leginsy bo odciska Ci się cipsko i ohydnie to wygląda!!
Pozdrawiam :)

Jak widać, hejterzy są kulturalni, bo jednocześnie hejtują i pozdrawiają. Taki profil jest idealnym miejscem do wylewania gorzkich żali. Czapki z głów, bo nawet ja nie umiem tak biadolić i na wszystko pomstować.

Stylówy

Tego tu w zasadzie nie powinno być. Chociaż pojęciowo pasuje. Neologizm – ubiory, tudzież ałtfity (ang. outfit). Na tych profilach można pokazać ubiór, ale nie swój, który naszym zdaniem beznadziejny. Cykamy szybko fotkę telefonem i wysyłamy do właściciela profilu, oczywiście w odpowiednim mieście. Jeśli jesteś teraz np. w Bydgoszczy, to znajdujesz sobie profil bydgoskie stylówy. Nie, no po co zaprezentować światu siebie, swoją stylizację i wystawić się na publiczne hejtowanie? To już jest passe! Teraz obśmiewa się z innych anonimowo.

Po co to komu?

Fakt, że niektóre ubiory są koszmarkami. Szpilki z czubem, fioletową skarpetą, i getrami w panterę. Albo lakierowany płaszcz i kapcie. To, że ktoś wygląda mocno średnio albo beznadziejnie, znaczy, że trzeba go wrzucić na neta? Może taka osoba ma zupełnie odjechane poczucie stylu? A może nie ma go wcale? A może ma tak pusto w kiermanie, że ubiera tylko to, co znajdzie?

Nie podobają mi się takie inicjatywy. Po pierwsze, dlatego że na „hejted:” nie ma żadnej konstruktywnej krytyki. No dobra, może jest jakiś ułamek procenta. Jednak wszystko rozmywa się o gówniarskie zagrywki i chamskie teksty typu „cipsko ci się odciska”. Po drugie, dlatego że na „stylówach” zaczyna się piętnować prawo odmienności każdego człowieka, nawet pod względem ubioru. Tak naprawdę, co kogo obchodzi, czy ktoś ma kurtkę w panterkę, czy groszki? I co w takim razie jest stylowe, a co nie, skoro w markowych sklepach można zobaczyć ubrania szpetne jak dno zsypu na śmieci? Wydaje mi się, że takie profile są wirtualnym miejscem, gdzie pielęgnuje się nienawiść, niechęć i pogardę dla wszystkich za wszystko. Dlatego powinny być zamykane, bo produkują bezpodstawne i niczym nieuzasadnione negatywne uczucia.

Majówkowe przemyślenia

Zauważyłam, że dużo bardziej od gospodarki w majówkę cierpią portfele i konta bankowe. Może nie wszystkich, ale mój i moich znajomych na pewno. Wyjazdy, grille, wycieczki i inne atrakcje kosztują. Ostatnio ze zgrozą spojrzałam na rachunek z supermarketu opiewający na 84 pln. Woda, piwo, warzywa, węgiel, chleb, musztarda i kilka innych drobiazgów. Do tego jeszcze osobny rachunek za mięso. Wszystko zjedzone i wypite w jedno w zasadzie popołudnie. Nie twierdzę, że spotkania ze znajomymi nie są tego warte, ale jakoś tak drogo wychodzi…

Najtrudniejsza majówka jest dla wątroby. W tych dniach wolnych wzrasta spożycie alkoholu. I jakbym się nie starała, nie da się nie pić. Brzmi to co najmniej głupio, ale niestety tak jest. Spotyka się dawno niewidzianych znajomych albo pojawiają się inne okazje. Ja miałam tak przykładowo wczoraj. Z mojego planu nie picia już więcej alkoholu pozostało nic.

Dwa dni wcześniej postanowiłam sobie, że koniec z popijaniem piwka, winka, bo się po prostu marszczę i starzeję. Nie od wczoraj wiadomo, że alkohol bardziej szkodzi kobietom niż mężczyznom. Niestety mam niezbite dowody, gdy patrzę w lustro. Prowadzę tryb życia bliższy statystycznemu mężczyźnie niż statystycznej kobiecie i definitywnie nie wychodzę na tym dobrze. Poza tym, gdzieś w głowie dzwoni mi ostrzegawczy dzwonek, że po prostu piję za dużo. Piwko tu, piwko tam i tak wychodzi, że czuję się jak jakaś alkoholiczka.

Właśnie przy okazji majówki dotarło do mnie, że w naszym kraju jest bardzo duże społeczne przyzwolenie na picie alkoholu i w zasadzie to ciężko go nie pić. Staliśmy w sklepie w kolejce do kasy i zaczęłam zerkać, co ludzie mają w koszykach. Praktycznie każdy miał jakieś browary, a co niektórzy wódę. Jedna para miała cały koszyk Hainekenów. Gdy kasjerka zaczęła liczyć, wyszło 120 butelek! Może to na jakieś większe spotkanie, bo wątpię, że wypiliby to sami. Tak, czy inaczej wszędzie jest ten alkohol, a w majówkę widać to najdobitniej. I najtrudniej odmówić. Każdy ciągle namawia, a to na piwko, a to na coś innego i na dobrą sprawę człowiek mógłby chodzić pijany jak bąk cały czas.

Właśnie dlatego, że nie chcę pić już tak dużo, postanowiłam sobie zrobić 100 dni bez alkoholu. I po drugim dniu poniosłam klęskę. Odczuwam w związku z tym niesmak i pogardę w stosunku do własnej osoby. Co by się stało, gdybym odmówiła? Na pewno nie miałabym dziś kaca i potwornego bólu żołądka. Miałabym też mniejszą pewność, że jestem bardzo podatna na różnego rodzaju „-holizmy” i „-manie”. Chyba czas w końcu wydorośleć i pod względem melanżu. To już nie gimnazjum, liceum ani studia, że można sobie chodzić na bombie tak ni z gruchy ni z pietruchy.

Dopiero teraz, gdy bliżej mi do 30 niż do 20 zrozumiałam, że na pogadankach profilaktycznych nie kłamali. Do opowieści o problemach zdrowotnych i szybszym starzeniu podchodziłam na zasadzie „jeszcze jestem młoda, wyglądam dużo młodziej niż na swój wiek, mi to nie zaszkodzi”. Teraz widzę, że zaszkodziło. Najgorsze jest to, że nie wyobrażam sobie swojego życia bez melanży. Chociaż do końca sama już nie wiem, co rozumiem przez to słowo. Od długiego czasu mam wrażenie, że jedyne co robię to umieram. Powoli co dnia i po kawałku. Żyję tak, jakby jutra miało nie być.

Sama wpędzam siebie do grobu. Chujowym żarciem, piciem, używkami różnej maści od kawy począwszy, a na chipsach skończywszy, robotą której serdecznie nienawidzę, mieszkaniem w mieście, o którym mówi się, że „tutaj ludzie umierają”. Jeszcze trochę w ten sposób i skoczę z wieżowca. Chociaż póki co, jestem na to zbyt wielkim tchórzem. Boję się tego, co jest po drugiej stronie, a jeszcze bardziej boję się tego, że np. spadłabym jakoś koślawo i poskładaliby mnie do kupy i do końca życia byłabym podłączona do jakiejś aparatury i robiła za obrzydliwy ciężar dla bliskich. Także póki co nie skaczę, tylko staram się ograniczyć spożycie.