Kto z jakim przystaje, takim się staje?

Pisałam nieraz o moim „wspaniałym” przełożonym. Ten człowiek, nazwijmy go Przełożony nr 1, działa na mnie lepiej niż dwie mocne kawy. Jedną zagrywką potrafi mi tak podnieść ciśnienie, że zaczynam się dosłownie gotować z wściekłości i frustracji. Oprócz niego jest jeszcze jeden przełożony (nasz wspólny – Przełożony nr 2). Obydwoje także się nie trawią. Generalnie w trójkę się nie tolerujemy zbytnio. I ostatnio właśnie z tej przyczyny doszło do kolejnych kwasów.

Zatrudniliśmy nowego pracownika. Jakiś czas było dobrze. Jednak, gdy dostał umowę o pracę na trzy miesiące (sic!), zaczął kozaczyć. Notorycznie opuszcza miejsce pracy bez powiadomienia nikogo. Zdarza mu się zaspać. Raz nawet spóźnił się prawie dwie godziny. Nie miał nic na swoje usprawiedliwienie poza bardzo arogancką postawą, którą można odczytać „odpierdol się ode mnie”. Nie omieszkał też mruknąć tego pod nosem. Stwierdziłam, że za takie coś należy się upomnienie pisemne, tym bardziej że facet krótko pracuje. Jak będzie mu się pozwalać na takie akcje, szybko „rozwinie skrzydełka”. Tego samego dnia kolejny raz wyszedł sobie w czasie pracy nie informując nikogo. Byłam już pewna swojej decyzji. Nie można tolerować takich zachowań. Napisałam podanie o upomnienie.

Zaniosłam je do Przełożonego nr 2. Pokiwał głową. „Czy to pierwsza taka sytuacja?” „Nie.” „To co pani wcześniej zrobiła?” „Rozmawiałam z nim na ten temat.” „I co?” „Jak widać nie pomogło.” „A mówiła mu pani, czym to grozi?” „Tak.” „Na pewno?” „Tak.” „To teraz czas na pisemną karę?” „Tak.” Akurat nie było Przełożonego nr 1, był w delegacji. Moim zdaniem nie było na co czekać. Trzeba karać i nagradzać od razu, żeby człowiek wiedział za co to.

Jak bardzo się zdziwiłam, gdy po powrocie Przełożonego nr 1 temat upomnienia został znów podjęty. Rano chciałam mu powiedzieć, że taka sytuacja miała miejsce. Zbył mnie jednak „Nie zawracaj mi głowy takimi pierdołami. Takie rzeczy załatwiaj bezpośrednio z Przełożonym nr 2.” OK. Nie chciał słuchać, to nie. Około południa na naradzie Przełożony nr 2 wyciągnął mój wniosek o upomnienie. Znowu zaczęli mnie przepytywać z tego, czy rozmawiałam z pracownikiem. Czy aby na pewno to była pierwsza taka sytuacja. Czułam, że mają mnie za kretynkę. Pięć razy powtarzałam to samo. Przypominało to przesłuchanie na policji. Ja swoje, oni swoje i totalne powątpiewanie w moje słowa. Miałam wrażenie, że za chwilę zaczną mi wmawiać, że ja to nie ja.

Do tego P nr 1 wściekł się. „Jak mogłaś dać ten papier bez mojej wiedzy?” „Tak się składa, że pana akurat nie było w firmie.” „Ale dziś jestem.” „Sam pan dziś powiedział, że nie chce o takich sprawach rozmawiać.” Poczerwieniał w jednej sekundzie. Potem patrzył na mnie tak, jakby chciał mnie zabić. Zresztą tak jest zawsze. W końcu padło stwierdzenie „Przecież tutaj każdy wychodzi, kiedy i jak chce.” „Czy to znaczy, że mamy tolerować takie coś? Sam pan mówił, że to choroba tej firmy i trzeba to eliminować.” „No tak, ale jak będziemy dawać im upomnienia, to nic to nie da. Na pewno pani z nim rozmawiała?” „Na pewno. Skoro pan mi nie wierzy, proszę zapytać innych, czy takie rozmowy były.” „Ech… to nie o to chodzi, żebym panią sprawdzał. Niech lepiej Przełożony nr 1 z nim pogada.” Bla bla bla. I tak w kółko. Myślałam, że to jest jakiś kabaret, a nie narada!

Oczywiście P nr 1 nie omieszkał mnie poczęstować porcją niby przerażających tekstów w cztery oczy. Wzruszyłam ramionami i powiedziałam „Panu tak się tylko wydaje.” Po czym poszłam w swoją stronę. Jednak co się zdenerwowałam, to już moje. Potem zadzwonił do mnie na mój prywatny (jak zawsze) telefon i powiedział, że mam wyznaczyć osobę do przyjścia do pracy w sobotę i niedzielę. Był piątek g. 13.00. Oczywiście, jak do jakiejś gównianej misji, to wysyła zawsze mnie.

Podreptałam do ludzi i wyłożyłam im kawę na ławę. Debatowaliśmy trochę na ten temat. Nikt nie chciał przyjść. Wcale się nie dziwię. Też bym nie chciała, gdyby ktoś próbował mnie wmanewrować w takie maliny dwie godziny przed weekendem. „To co jest ktoś chętny do przyjścia? Wiecie, że ja nigdy nikogo nie zmuszam do nadgodzin. Wasza decyzja.” Nikt nie chciał. Poszłam do swojego pokoju. Po minucie wleciał Przełożony nr 1. „I co? Załatwiłaś kogoś na weekend?” W tej chwili nastąpił we mnie jakiś przełom. Zaczęło mi sprawiać przyjemność komplikowanie mu jego planów. Ze stoickim spokojem powiedziałam „Nie.” „Echh… Ty… Niby dlaczego? Pytałaś w ogóle?” Z uśmiechem jak z reklamy Colgate powiedziałam „Tak, pytałam. Nie ma chętnych.” „Nic nie umiesz załatwić. Zawołaj mi ich tu. Sam to załatwię, a ty patrz i ucz się. Może coś zapamiętasz.” „OK.”

Zawołałam. Przyszli. Przełożony nr 1 rozparł się jak basza na krześle. Był pewien, że jemu nikt nie odmówi. „No co? Kto z was przyjdzie w sobotę?” „Nikt.” „Dlaczego?” „Bo mamy już plany.” „To je zmieńcie.” „Nie możemy, bo już opłacone te plany.” Jemu mina zrzedła. A oni wyszli. Widziałam, jak nachmurzył się momentalnie. Wyglądał, jakby go coś ugryzło. Oj bolała porażka. Myślał, że znowu udowodni mi nieudolność i beznadziejność. Był pewien, że tak beznadziejnego polecenia ode mnie nie przyjmą, a jego się wystraszą i przyjmą. Kiedyś zawsze tak było, a teraz już nie. Olali go. A był taki pewien, że mu nie odmówią. Wyszedł na durnia. Szczerze? W środku tańczyłam z radości. Jeden z niewielu razy poniewieranie mnie, nie wyszło.

Potem jeszcze dowiedział się ode mnie, że jego ludzie poszli sobie do domu. „Jak to poszli?” „No nie ma ich od 10 rano.” „Dlaczego poszli?” „Nie wiem, to pana ludzie. Myślałam, że pan wie, co się dzieje w pana brygadach.” „Kłamiesz. Ja ich nie zwalniałem.” „Niech pan idzie sprawdzi.” Poszedł. Wrócił z nietęgą miną. „Ty…” „Tak słucham?” „Wiedziałaś, że sobie idą?” „Widziałam jak wychodzili.” „To czemu ich nie pytałaś, gdzie idą?” „Bo to pana ludzie. Nie moi. Byłam pewna, że pan potrafi swoich upilnować na tyle, żeby nie wychodzili bez pytania. Myślałam, że skoro idą, to pan na pewno o tym wie.” Wściekł się. Dosłownie widziałam, jak się gotował.

Tak się kreował na wspaniałego, nieomylnego. Punktuje mi wszystko! Nawet tematy, na które nie mam wpływu. Wysyła mnie na najbardziej gówniane misje. Sam spija śmietankę. Gdy pojawia się problem, wali teksty „Ty jesteś tu kierowniczką, to załatw to!”. A jak wszystko się wali, ucieka jak szczur z tonącego okrętu. Taki przełożony od spraw przyjemnych. I teraz napiszę coś bardzo prymitywnego. Cieszyłam się jak głupia z jego dwóch porażek. Wreszcie karta odwróciła się chociaż trochę. Zauważyłam, że gdy ktoś jest cały czas opieprzany i sponiewierany, a nie może nic zrobić, bo dopuszcza się do tego przełożony, staje się niezwykle szczęśliwy, gdy ten przełożony wreszcie się potyka. To jest żałosne, ale prawdziwe. W końcu ile można znieść poniżania na każdym kroku? W dodatku, gdy nic się nie daje z tym zrobić? Nie wiem, jak jeszcze długo tak pociągnę. Ale wiem, że nie jest taki wspaniały, na jakiego się kreuje.

6 myśli nt. „Kto z jakim przystaje, takim się staje?”

  1. Zarąbista trójca:) Nie ma co. A na froncie całkiem fajnie. Nareszcie coś się ruszyło.
    Chętnie bym zobaczył tę jego nietęgą minę. Ale dobrze wyszło. Tak trzymać.
    Pozdrawiam

    1. Mina mu tak się trzęsła. Trochę jak galaretka truskawkowa postawiona na głośniku :) Ruszało się nieraz, ale teraz przyliczył dwie porażki w ciągu dnia. Cieszyłam się jak głupi do sera.

  2. Ja miałem też przeboje z przełożonymi , co prawda nie byłem kierownikiem tylko zwykłym pracownikiem ale mobbing był klasyczny :) Była przełożona nr1 i wspólny przełożony nr2 . Po drugiej obniżce pensji odszedłem a po roku dostałem propozycję powrotu :). Zastanawiam się czy wracać , wiem że ten stary babsztyl będzie mnie gnębił :) Lubię wyzwania , najwyżej po 3 miesiącach nie podpiszę następnej umowy .

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>