Na urlopie komplikacje muszą być

Majówka w pełni. Przynajmniej u mnie. Musiałam wywalczyć sobie wolne, bo mimo że rok czasu nie byłam na żadnym (poza L-4), to teraz właśnie jestem najpotrzebniejsza. Wtedy, kiedy w sumie nic się nie dzieje. Rozmawiałam w styczniu o wolnym na ten weekend majowy. Było ok. W lutym też było ok. W marcu także. Dopiero z nadejściem kwietnia perspektywa urlopu zaczęła się oddalać. Ostatecznie w piątek rano miałam pewność, że na ten urlop pójdę. A po pracy miałam i tak i tak jechać. Stwierdziłam, że nieważne. Jadę i koniec. Tym bardziej, że mój wspaniały, nieomylny omnibus w postaci przełożonego powinien wszystko ogarnąć. Oj sorki, zapomniałam, że on nie umie nic zrobić w naszym systemie bazodanowym… Nie jestem pewna, czy umie go włączyć.

Z okazji tego, że mam wreszcie ten wywalczony i wyczekany urlop, musiało mi się zdarzyć kilka dziwnych akcji. Myślę, że to bonus od losu w nagrodę, że wreszcie wyjechałam gdziekolwiek. Pierwsze to moje kompletne niedostosowanie odzieży do warunków panujących na dworze. Zapakowałam sobie torbę ubrań… letnich! Ciężko je nawet nazwać wiosennymi. Byłam przekonana, że skoro jadę 270 km na południe od morza, to na bank będzie ciepło. Wzięłam nawet bikini, żeby się opalać. Pogoda przyjechała z nami, czyt. zimno i deszcz.

Postanowiłam także się wybrać do przychodni na pobranie krwi. Żeby tak niby sprytnie było. Tu niby na urlopie, zrobię sobie badania i potem nie będę musiała z pracy się zwalniać. Tak, marzenia ściętej głowy. Poszłam do przychodni, pani w rejestracji wskazała mi gabinet. Pod gabinetem przeżyłam szok. W całym swoim życiu nie widziałam takiej kolejki do zabiegowego. Było chyba ze trzydzieści kilka osób. Pytam jednej osoby „kto ostatni?”. Zero odzewu. I tak kolejnych kilka. Wreszcie odzywa się babka w ciąży „ja jestem ostatnia.” No to sobie za nią stanęłam. Wszystko szło dość sprawnie. Do czasu, aż przyszła inna dziewczyna w ciąży, której kolejkę zajął chłopak/mąż. Nie ważne już było, że miała zajętą kolejkę! Zaczęły się teksty, że powinna być ostatnia… I kto tak mówił? Oczywiście emerytki. Ludzie w wieku produkcyjnym stali w kolejce i podśmiewali się pod nosem.

Patrzyłam sobie z politowaniem na kolejkową awanturę i słuchałam mądrości, że za komuny to były długie kolejki, a młodzież to się teraz wciska wszędzie na chama, a powinna właśnie zawsze być na końcu, żeby zobaczyć prawdziwą kolejkę. Przestało mi być do śmiechu, gdy kobieta za którą byłam miała wejść do gabinetu. Najbardziej awanturne osobniki w wieku 70+ były jeszcze w kolejce. No i jak zwykle. Zostałam oskarżona o: tworzenie drugiej kolejki, sianie zamętu, wprowadzanie anarchii, wypaczanie kolejki i psucie krwi. Jeden mi nawet przepowiedział, że za mój brak wychowania, krew mi tak stężeje, że się nie nada do badania. Faktycznie, strasznie jestem niewychowana. Przychodzę, pytam każdego „kto ostatni”, znajduję taką osobę i grzecznie czekam ponad godzinę. Myślę, że to jest właśnie szczyt chamstwa i drobnomieszczaństwa.

W końcu weszłam do tego gabinetu, ale tylko dlatego, że po części się przepchnęłam, a po części kobieta w ciąży była wiarygodna dla emeryckiej braci, gdy powiedziała „tak, ta pani za mną była!”. Za drzwiami zaczęła się spełniać klątwa, którą „miły” pan mi rzucił. Najpierw okazało się, że muszę zapłacić za badanie, bo tu się płaci, dostaje paragon i odbiera gotówkę z wynikami. Generalnie jestem dość odporna na stres, ale nie na kolejkowe przepychanki. Nie lubię tego i zawsze tracę część zmysłów po takiej sytuacji. Tak było tym razem. Wyjęłam pierwszą kartę, żeby zapłacić. Odmowa. No mogło tak być. Wyciągnęłam drugą, tzw. pewniaka. Błędny pin. „Ale pani jest zdenerwowana. Może ja pani pobiorę krew i potem pani zapłaci. Nie ma się czego bać. Każdemu zdarza się zapomnieć pinu.”

Podwinęłam rękaw i pielęgniarka zaczęła pobierać krew. Oczywiście nie było widać żyły. „Ojej jakie malutkie żyłki. Jak u dziecka. Da pani drugą rękę.” W drugiej ręce coś się pokazało. „No już po sprawie. Niech pani tam siądzie za parawanem, bo kiepsko pani wygląda.” Siedziałam z dziesięć minut. Przypomniał mi się pin. Uradowana oznajmiłam to pielęgniarce. Powtórzyłyśmy próbę zapłaty. „Karta przeterminowana.” Myślałam, że spalę się ze wstydu. Jeszcze wczoraj płaciłam, a dziś już się karta przeterminowała! Całe szczęście mój chłopak krążył po mieście, to przywiózł mi gotówkę. Niestety pieniędzy nie zwrócą mi przy odbiorze moich wyników, a w oddziale zachodnio-pomorskiego NFZu.

Jakby tamtych komplikacji było mało – skończyła mi się ważność karty w telefonie. Mimo, że miałam 35 zł na koncie. Tylko dlatego, że jak skończyła mi się mikstura, to nie zaniosłam wypowiedzenia umowy. Tak mi zresztą doradziła konsultantka „Jak już pani wydzwoni wszystkie doładowania, to samo się rozwiąże. Niech się pani tylko zaloguje przez internet i ustawi sobie ofertę na kartę i zniżki.” Zrobiłam tak i teraz w efekcie musiałam doładować konto jeszcze raz i przedłużać umowę przez internet. Ciekawa jestem, czy paczka zdąży przyjść na mój „wczasowy” adres. Aha, może być tak jeszcze, że paczki nie dostanę, bo dane do umowy mam ze starego dowodu, a w momencie, gdy zrobiłam przedłużenie on-line pobrały się one do listu przewozowego. Nawet jak zmienię je teraz w punkcie dane, to kurier ma stare dane. Co za kołomyja urlopowa :)

Kto z jakim przystaje, takim się staje?

Pisałam nieraz o moim „wspaniałym” przełożonym. Ten człowiek, nazwijmy go Przełożony nr 1, działa na mnie lepiej niż dwie mocne kawy. Jedną zagrywką potrafi mi tak podnieść ciśnienie, że zaczynam się dosłownie gotować z wściekłości i frustracji. Oprócz niego jest jeszcze jeden przełożony (nasz wspólny – Przełożony nr 2). Obydwoje także się nie trawią. Generalnie w trójkę się nie tolerujemy zbytnio. I ostatnio właśnie z tej przyczyny doszło do kolejnych kwasów.

Zatrudniliśmy nowego pracownika. Jakiś czas było dobrze. Jednak, gdy dostał umowę o pracę na trzy miesiące (sic!), zaczął kozaczyć. Notorycznie opuszcza miejsce pracy bez powiadomienia nikogo. Zdarza mu się zaspać. Raz nawet spóźnił się prawie dwie godziny. Nie miał nic na swoje usprawiedliwienie poza bardzo arogancką postawą, którą można odczytać „odpierdol się ode mnie”. Nie omieszkał też mruknąć tego pod nosem. Stwierdziłam, że za takie coś należy się upomnienie pisemne, tym bardziej że facet krótko pracuje. Jak będzie mu się pozwalać na takie akcje, szybko „rozwinie skrzydełka”. Tego samego dnia kolejny raz wyszedł sobie w czasie pracy nie informując nikogo. Byłam już pewna swojej decyzji. Nie można tolerować takich zachowań. Napisałam podanie o upomnienie.

Zaniosłam je do Przełożonego nr 2. Pokiwał głową. „Czy to pierwsza taka sytuacja?” „Nie.” „To co pani wcześniej zrobiła?” „Rozmawiałam z nim na ten temat.” „I co?” „Jak widać nie pomogło.” „A mówiła mu pani, czym to grozi?” „Tak.” „Na pewno?” „Tak.” „To teraz czas na pisemną karę?” „Tak.” Akurat nie było Przełożonego nr 1, był w delegacji. Moim zdaniem nie było na co czekać. Trzeba karać i nagradzać od razu, żeby człowiek wiedział za co to.

Jak bardzo się zdziwiłam, gdy po powrocie Przełożonego nr 1 temat upomnienia został znów podjęty. Rano chciałam mu powiedzieć, że taka sytuacja miała miejsce. Zbył mnie jednak „Nie zawracaj mi głowy takimi pierdołami. Takie rzeczy załatwiaj bezpośrednio z Przełożonym nr 2.” OK. Nie chciał słuchać, to nie. Około południa na naradzie Przełożony nr 2 wyciągnął mój wniosek o upomnienie. Znowu zaczęli mnie przepytywać z tego, czy rozmawiałam z pracownikiem. Czy aby na pewno to była pierwsza taka sytuacja. Czułam, że mają mnie za kretynkę. Pięć razy powtarzałam to samo. Przypominało to przesłuchanie na policji. Ja swoje, oni swoje i totalne powątpiewanie w moje słowa. Miałam wrażenie, że za chwilę zaczną mi wmawiać, że ja to nie ja.

Do tego P nr 1 wściekł się. „Jak mogłaś dać ten papier bez mojej wiedzy?” „Tak się składa, że pana akurat nie było w firmie.” „Ale dziś jestem.” „Sam pan dziś powiedział, że nie chce o takich sprawach rozmawiać.” Poczerwieniał w jednej sekundzie. Potem patrzył na mnie tak, jakby chciał mnie zabić. Zresztą tak jest zawsze. W końcu padło stwierdzenie „Przecież tutaj każdy wychodzi, kiedy i jak chce.” „Czy to znaczy, że mamy tolerować takie coś? Sam pan mówił, że to choroba tej firmy i trzeba to eliminować.” „No tak, ale jak będziemy dawać im upomnienia, to nic to nie da. Na pewno pani z nim rozmawiała?” „Na pewno. Skoro pan mi nie wierzy, proszę zapytać innych, czy takie rozmowy były.” „Ech… to nie o to chodzi, żebym panią sprawdzał. Niech lepiej Przełożony nr 1 z nim pogada.” Bla bla bla. I tak w kółko. Myślałam, że to jest jakiś kabaret, a nie narada!

Oczywiście P nr 1 nie omieszkał mnie poczęstować porcją niby przerażających tekstów w cztery oczy. Wzruszyłam ramionami i powiedziałam „Panu tak się tylko wydaje.” Po czym poszłam w swoją stronę. Jednak co się zdenerwowałam, to już moje. Potem zadzwonił do mnie na mój prywatny (jak zawsze) telefon i powiedział, że mam wyznaczyć osobę do przyjścia do pracy w sobotę i niedzielę. Był piątek g. 13.00. Oczywiście, jak do jakiejś gównianej misji, to wysyła zawsze mnie.

Podreptałam do ludzi i wyłożyłam im kawę na ławę. Debatowaliśmy trochę na ten temat. Nikt nie chciał przyjść. Wcale się nie dziwię. Też bym nie chciała, gdyby ktoś próbował mnie wmanewrować w takie maliny dwie godziny przed weekendem. „To co jest ktoś chętny do przyjścia? Wiecie, że ja nigdy nikogo nie zmuszam do nadgodzin. Wasza decyzja.” Nikt nie chciał. Poszłam do swojego pokoju. Po minucie wleciał Przełożony nr 1. „I co? Załatwiłaś kogoś na weekend?” W tej chwili nastąpił we mnie jakiś przełom. Zaczęło mi sprawiać przyjemność komplikowanie mu jego planów. Ze stoickim spokojem powiedziałam „Nie.” „Echh… Ty… Niby dlaczego? Pytałaś w ogóle?” Z uśmiechem jak z reklamy Colgate powiedziałam „Tak, pytałam. Nie ma chętnych.” „Nic nie umiesz załatwić. Zawołaj mi ich tu. Sam to załatwię, a ty patrz i ucz się. Może coś zapamiętasz.” „OK.”

Zawołałam. Przyszli. Przełożony nr 1 rozparł się jak basza na krześle. Był pewien, że jemu nikt nie odmówi. „No co? Kto z was przyjdzie w sobotę?” „Nikt.” „Dlaczego?” „Bo mamy już plany.” „To je zmieńcie.” „Nie możemy, bo już opłacone te plany.” Jemu mina zrzedła. A oni wyszli. Widziałam, jak nachmurzył się momentalnie. Wyglądał, jakby go coś ugryzło. Oj bolała porażka. Myślał, że znowu udowodni mi nieudolność i beznadziejność. Był pewien, że tak beznadziejnego polecenia ode mnie nie przyjmą, a jego się wystraszą i przyjmą. Kiedyś zawsze tak było, a teraz już nie. Olali go. A był taki pewien, że mu nie odmówią. Wyszedł na durnia. Szczerze? W środku tańczyłam z radości. Jeden z niewielu razy poniewieranie mnie, nie wyszło.

Potem jeszcze dowiedział się ode mnie, że jego ludzie poszli sobie do domu. „Jak to poszli?” „No nie ma ich od 10 rano.” „Dlaczego poszli?” „Nie wiem, to pana ludzie. Myślałam, że pan wie, co się dzieje w pana brygadach.” „Kłamiesz. Ja ich nie zwalniałem.” „Niech pan idzie sprawdzi.” Poszedł. Wrócił z nietęgą miną. „Ty…” „Tak słucham?” „Wiedziałaś, że sobie idą?” „Widziałam jak wychodzili.” „To czemu ich nie pytałaś, gdzie idą?” „Bo to pana ludzie. Nie moi. Byłam pewna, że pan potrafi swoich upilnować na tyle, żeby nie wychodzili bez pytania. Myślałam, że skoro idą, to pan na pewno o tym wie.” Wściekł się. Dosłownie widziałam, jak się gotował.

Tak się kreował na wspaniałego, nieomylnego. Punktuje mi wszystko! Nawet tematy, na które nie mam wpływu. Wysyła mnie na najbardziej gówniane misje. Sam spija śmietankę. Gdy pojawia się problem, wali teksty „Ty jesteś tu kierowniczką, to załatw to!”. A jak wszystko się wali, ucieka jak szczur z tonącego okrętu. Taki przełożony od spraw przyjemnych. I teraz napiszę coś bardzo prymitywnego. Cieszyłam się jak głupia z jego dwóch porażek. Wreszcie karta odwróciła się chociaż trochę. Zauważyłam, że gdy ktoś jest cały czas opieprzany i sponiewierany, a nie może nic zrobić, bo dopuszcza się do tego przełożony, staje się niezwykle szczęśliwy, gdy ten przełożony wreszcie się potyka. To jest żałosne, ale prawdziwe. W końcu ile można znieść poniżania na każdym kroku? W dodatku, gdy nic się nie daje z tym zrobić? Nie wiem, jak jeszcze długo tak pociągnę. Ale wiem, że nie jest taki wspaniały, na jakiego się kreuje.

Na poprawę humoru

Dziś musiałam z bólem powiedzieć sobie „oddaj fartucha!”. Nie gustuję w daniach z tzw. paczki, czyt. fixach i pomysłach na. Ale jest jeden taki, który lubię robić, bo smakuje mojemu facetowi. No i dziś miał taki być. Jednak wszelkie znaki na niebie i ziemi dawały mi do zrozumienia, żebym tym razem się za to nie brała.

Zaczęło się od tego, że nie mogłam w super markecie dostać tej magicznej torebeczki. Nie było też odpowiednich żeberek, tzn. takich, które nie uciekały zza lady. Ten omen zlekceważyłam. Podreptałam grzecznie do delikatesów z wędlinami z borów. Tam znalazłam piękne żebra. Już oczami wyobraźni widziałam to ćwiartowanie biednej zwierzyny. Przeżyłam też niemałe perypetie, żeby ów fix znaleźć. Dopiero w trzecim sklepie dostałam.

Nawet brak coli nie rozjaśnił mi w głowie na tyle, żebym dała sobie spokój z gotowaniem. Zastąpiłam ją pepsi. Zrobiłam super miks, wrzuciłam mięcho do worka, włożyłam do piekarnika i… okazało się, że pokrętło jest zepsute. Odskakiwało samo i gasł płomień. Męczyłam się, męczyłam, ale jedynym wyjściem było trzymać pokrętło cały czas wciśnięte. Przez godzinę!! Naprawdę mam lepsze tematy na głowie, niż stanie i trzymanie pokrętła w kuchence.

Nie mogłam się tak jednak poddać jak mięczak i słabizna jakaś. W końcu praca na produkcji uczy kreatywności. Wyrób ma być gotowy na dany termin co by się nie działo i trzeba jakoś to zorganizować. To samo się tyczy obiadu. Miał być na 17 i miały to być żeberka w coli, więc trzeba było zakombinować. Pomyślałam, że za ścianą mieszkają studenci sympatyczni nawet. Wiele nie myśląc zapukałam do nich i poprosiłam o pomoc. Zgodzili się. Bez problemu. Ewenement na skalę zachowań naszych sąsiadów, którzy często na „Dzień dobry” nie raczą odpowiedzieć.

Wpuścili mnie, nastawiłam piekarnik na niższą temperaturę niż w przepisie. Przeprosiłam i powiedziałam, że za godzinę przyjdę, jak przepis nakazuje. Tak też zrobiłam. Cóż to była za EPICZNA (nie epicka, tylko epiczna) KLĘSKA. Śmierdziało u nich, jakby spłonęły żywcem ze trzy kurczaki albo inne futerkowe maskotki. Już mi było głupio jak zanosiłam tackę z jedzeniem, a nie chciałam latać do nich w trakcie pieczenia co pięć minut, żeby sprawdzić jak się piecze. No i zrobiłam im aromaterapię z prawdziwego zdarzenia, niechcący. Szybko złapałam padlinę (inaczej nazwać się tego nie da) i pobiegłam do domu. Dziękowałam, przepraszałam, mówiłam, że jakby czegoś potrzebowali mogą na mnie liczyć. I szczerze to wątpię, że skorzystają po tym, jak im nasmrodziłam. Muszę im za to jakiś czteropak jutro zanieść.

W domu z przerażeniem odkryłam, że worek się przepalił! Specjalny, wspaniały, cudowny worek, który producent dołącza do pieczenia. Pomijam, że piekłam w temp. 20 st. C niższej niż zalecana!! I pięć minut krócej. Co za baran obliczał wytrzymałość tego worka? Spalił i zwęglił się. Wypaliła się dziura wielkości pięści, a żeberek zostały węgielki. Oczywiście musieliśmy to wyrzucić, bo do niczego się nie nadawało i zamówić pizzę.

Siedziałam potem smutna na kanapie. Szkoda mi było żeberek, a najbardziej to kłopotu i smrodu, którego uczynnym sąsiadom narobiłam. Ogólnie doła mam jakiegoś ostatnio i niefart klasyczny, więc to był taki gwóźdź do trumny. Nawet uroniłam łezkę frustracji. Mój facet na to szczęśliwym tonem:

- Zobacz kochanie, w tej gazetce promocyjnej z J**K jest taka deska do prasowania, jak mamy.

- No widzę. – spojrzałam. – Nawet ma identyczny wzorek.

- A mi się wydaje, że trochę inna niż nasza. Ta nasza nie jest przypadkiem za mała?

- Jest dobra. Poza tym ty nie prasujesz, to czemu pytasz?

- A bo tak Ci chciałem kupić na poprawę humoru.

Oniemiałam. Zatkało kakao! A to kurde hit. Deska do prasowania na poprawę humoru. Cóż za inwencja i pomysł. Skąd ci faceci biorą takie pomysły? Jaka dla mnie niby radość z deski? To ja mu może na poprawę humoru kupię nową szczotę do kibla? Chociaż w sumie, to mnie rozbawił przynajmniej. Tyle dobrego.

Niedziela

Ten weekend można zaliczyć do pozytywnych. Dostałam swoją pierwszą reklamę na blogu – „sex kamerki na żywo”. Ponieważ pani jest dość ładna, a ja uważam, że każdy może robić, co lubi, to reklama jest.

Pogoda także dopisała. Zapowiadany deszcz się nie zjawił, więc wyciągnęliśmy z pichci mojego demona prędkości. Czyli mój wspaniały rower, który dostałam w trzeciej klasie podstawówki. Większość swego żywota spędził w piwnicy, a dwa lata na balkonie. Generalnie jest tak zajebisty, że nie muszę się martwić, że zostanie zajumany. Zostawiam go nieprzypiętego pod sklepem i zawsze stoi! Bo jakby ktoś chciał go ukraść, szybko się rozmyśli.

Zastanawiam się cały czas, jak to możliwe, że jeszcze jeździ. W sumie, to niezła tortura. Z przodu amortyzatora brak, więc na polskie nawierzchnie jak znalazł. Żeby sobie łokcie powybijać ze stawów. Nie wszystkie biegi wskakują, że tak się nieprofesjonalnie wyrażę. Z przodu hamulec trze o koło. Ale to dobrze, większe opory ruchu, większy wysiłek dla mięśni. Można by jeszcze długo wyliczać. Nieważne! Ważne, że w końcu sobie pośmigaliśmy. Wczoraj 17 km, dziś 21 :) Jak dla takiej rowerowej kaleki jak ja, to idealny dystans.

Oczywiście, gdyby nie było kwasu, to by nie było wpisu. Cały piękny weekend (tak znowu połączyłam piwo, wódkę i chipsy w tzw. międzyczasie i spędziłam noc z głową opartą o zlewozmywak.) zepsuły prozaiczne sprawy. Po rowerze poszliśmy na spacer. Szukaliśmy gofrów. I nie znaleźliśmy w tej cudownej metropolii. Znaleźliśmy za to Świat Lodów. Nie polecam. Zdenerwowałam się tam, ale nie robiłam kasjerce jazdy, bo za dużo ludzi było.

Była tam jakaś dziewczyna, która chyba dopiero zaczęła karierę w lodach. Najpierw wzięła wafelek do ręki bez papierka. A papierek trzeba wziąć, żeby ręką nie dotykać. Takie są przepisy i wiem to, bo nie raz dostawałam op od kierownika, że znowu papierka zapomniałam. I wzięła niewłaściwy wafelek. Potem polała loda polewą tak koślawo, że nie dało się go złapać. No więc wsadziła w drugi wafelek. Ale dalej się lepiło. Już zaczęłam pod nosem burczeć z niezadowolenia. „Niech sobie pani serwetkę weźmie.” Zajebista porada. Super, że powiedziała, bo bym nigdy na to nie wpadła! Tylko bym tak trzymała tego wafla, aż by mi się ręka przylepiła.

Potem zrobiła loda nr 2. Chyba dlatego, że był drugi to był dwa razy mniejszy od mojego. Pytamy kasjerki, czemu tak. A ona „Bo pani to dostała od serca!” Jakoś tak coś mi się wydaje, że jak się robi jedno zamówienie, to wszystko powinno być takie same, a nie jak popadnie. Najbardziej rozwaliło mnie to, co zobaczyłam, gdy wyjęłam wafla z lodem z wafla ochronnego nr 2. Dostałam tam gratis serwetkę, która się rozciapała od polewy i obkleiła wafel. Szkoda, że byłam już od lodziarni daleko, bo inaczej bym wróciła zapytać, czy to ich standard. A jakbym nie wyjęła tego wafla z wafla, to niechybnie bym się papieru nażarła! Staram się ludziom źle nie życzyć, ale mam nadzieję, że tamta laska szybko zakończy karierę w lodach.

Potem byliśmy w sklepie. Sprzedawczynie w dziale mięsnym obijały się o siebie, jakby były pijane. Gadały i śmiały się. Myliły klientów, których obsługiwały. Staliśmy w kolejce jak dwa głąby. W końcu doszła do nas. A już tak mi się spodobała obserwacja, tego co te kobiety wyczyniały. Poprosiłam 10 deko wędliny. W międzyczasie wmieszała się do tego wymyślnego zamówienia druga ekspedientka. W efekcie dostałam dwa razy tyle, ile chciałam, „bo jej się wszystko skroiło.” A co mnie obchodzi to, że jej się wszystko skroiło? Mam jeść potem cały tydzień tę wędlinę i patrzeć, jak się marszczy, bo jej się wszystko skroiło? Nie. Spojrzałam na nią wzrokiem skrytobójcy. Z zaskoczeniem powiedziała „To za dużo? Nie chce pani?” „Za dużo. Chcę połowę.” „A w ogóle to panią obsługuje jeszcze ta druga? Bo ja już nie wiem, o co tu chodzi.” I zaczęła chichotać. Tego to już było za dużo. Byłam tam w charakterze klienta, a nie koordynatora sprzedaży wędlin i kiełbas. Spojrzałam się swoim najbardziej suczym wzrokiem i wycedziłam lodowato „Ja nie wiem, kogo i jak panie tutaj obsługują. Nie interesuje mnie to.” Od razu nastrój do żartów jej przeszedł. „Czy coś jeszcze?” „Tak. Podobno jest tu taka smaczna zapiekanka z ziemniakami, warzywami i mięsem.” „Oj niestety tylko tak z rana, bo szybko schodzi. Rano musi pani przyjść.” „Dziękuję.” Na wszelki wypadek sprawdziłam. Faktycznie nie było. A chciałam ją zjeść jutro na obiad… Nie dobrze.

policja2

Wiosna na komendzie

Tak. Właśnie tak. Nastała wiosna. Jest ciepło. Kupy wyszły spod śniegu i nawet już nieco poznikały. Inflacja nieśmiało kroczy w górę. Ale jeszcze się rozchula. Pan Tusk premier nasz ukochany planuje kolejny zamach na nasze portfele, oszczędności i konta bankowe. Myślę, że niedługo przetrzepie nawet skarpety zwolennikom takiego oszczędzania.

Dobra, żarty na bok. Idę sobie ostatnio parkiem. Nawet nie sama ;) Nagle patrzymy, a tam ktoś się wygrzewa, śmieje i miło spędza czas. Ale nie gimnazjaliści. Ani nawet studenci. Nie nie. Tych nie było tam śladu. Bo tylko jedna ławka była zajęta.

psy

Coś mi tu zaśmierdziało. Pomyślałam sobie, że to są mundury. Trzeba było podejść bliżej. I okazało się, że tak! Że to są mundury.

psy2

I wyszło szydło z worka, kto się na ławce wygrzewał, zamiast pracować. Za pieniądze podatników. Brzmi to głupio. Przecież jednak biorą wypłaty z budżetu. Budżet zapełniany jest naszymi pieniędzmi z podatków, tak? Więc teoretycznie jesteśmy ich szefami. W pracy nie lubię, gdy się moi ludzie opieprzają. I gonię na zagony. A tu co? Siedzą sobie na ławeczce w parku. Jak gdyby nigdy nic. Lepiej ich do roboty nie zapędzać, bo jeszcze mandat za znieważenie wlepią. :/

Jak mnie to zabolało. Nie mam w pracy czasu na takie zbijanie bąków. A tu proszę jak się marnotrawi publiczne pieniądze. Nie twierdzę, że robią to wszyscy mundurowi. Jednak nie lubię ich. Szczególnie policji i straży miejskiej. Chodzi o tych, którzy stoją z suszarami pięć metrów za znakiem. Albo wystawiają śmietniki co 50 metrów. Najbardziej mierziło mnie, jak właśnie w parku takie krawężniki podbijały. „A dokumenciki są?” „Proszę pokazać co w plecaku.” „A co tam mamy w kieszeni?” „No to proszę jeszcze zdjąć buty i pokazać co w środku.”

Teraz widzę takich nierobów jak siedzą i dupę w parku grzeją. Za publiczne pieniądze. Zamiast poważnymi rzeczami się zajmować, ścigają młodych i byczą się na ławkach. Nie podoba mi się to. W prywatnej firmie to trzeba się natyrać za marny grosz. A w budżetówce – widać na załączonych obrazkach. Może bym się tak nie bulwersowała, gdyby te lenie (bo inaczej ich nazwać nie można) nie robiły skoków na portfele kierowców stawiając radar co kilometr.

A tak poza tym, to miłego weekendu :)

Crysis [krajzis]

Och taaak! Jak kurwa wybornie. Wystarczył JEDEN, powtarzam adin, dzień w pracy, żeby mi się żyć odechciało. Nie wiem, jak to się dzieje. Tzn. podejrzewam, że wiem. Jak muszę wstać o 6, co jest dla mnie jakimś niewyobrażalnym środkiem nocy, i dzień w dzień pracować w takich samych godzinach to czuję się strasznie. Wtłacza mnie to w taki szablon, że czuję się jakbym była kawałkiem szynki wrzuconym do maszynki do mięsa. I tak mnie mieli dzień w dzień. Ta powtarzalność. Długo tego nie zniesę, jak mawiają. Nie przeżyję. Nie mogę i nie potrafię robić dzień w dzień tego samego. Samo wstanie rano jest koszmarem. Potem jest tylko gorzej!

Czuję się strasznie. Chce mi się siedzieć i wyć. Jakbym była psem, to bym zawodziła. Jestem sobą to płaczę. To znaczy ronię łezkę. Jedną tudzież dwie, ponieważ nie potrafię sobie popłakać i odczuć ulgi. Co najwyżej wpadam w jakiś dziwny stan, kiedy to atakuje mnie astma i ryczę, bo mnie brak powietrza zatyka. Co nie zmienia faktu, że przeżywam koszmar.

Bo czuję się stara (nie mam nawet 30-stki), brzydka, gruba i pomarszczona. Tak sobie dziś stałam pod naszym zapyziałym wieżowcem i pomyślałam, że chyba skoczę. Ale kiedyś jakiś koleś skoczył z 11-go (ostatniego) piętra i przeżył. Tylko sobie kręgosłup uszkodził. To mnie nie urządza… Nic mnie nie urządza. Nie wytrzymam tu dłużej.

A mój facet to bardziej kotem się interesuje niż mną. Zainteresowanie się kończy wraz z obiadem. Albo mi się tak wydaje dziś. Dziś mi się wszystko beznadziejne wydaje. No ale jak tu się nie czuć beznadziejnie, gdy widzę, że wyglądam jak siedem do kwadratu nieszczęść? Czemu jak wychodzę z pracy to wyglądam, jak gówno? Włosy matowe i sklapnięte. Oczy podpuchnięte i rozmazane. Cera szara i zapadła. Przecież większość kobiet po pracy wygląda normalnie. A ja tak, że szkoda gadać.

fb

Porodówka na fejsbuku

Tak się zastanawiam, nie pierwszy raz z resztą, co motywuje niektórych ludzi do wrzucania praktycznie wszystkich swoich zdjęć na portale społecznościowe. Nie jestem tutaj jakimś radykałem internetowym, który stwierdzi, że w ogóle żadnych fotek nie można wrzucać na fejsa. Sama mam konto na tym portalu. Mam tam swoje zdjęcie profilowe, ze dwa zdjęcia z jakichś wycieczek i swojego kota. Generalnie mogę stwierdzić, że nie czuję potrzeby wstawiania zdjęć po każdym melanżu albo plażowaniu. Kogo zresztą obchodzi, czy lubię na plaży opalać się z redsem, czy brokiem eksportem?

Zdarzają się jednak akcje, które zawsze wprawiają mnie w stan zdziwienia. Tak, tak. Fejsbukowa społeczność zawsze zadziwi. Szczególnie wtedy, kiedy się już myśli, że nic zaskakującego się nie zobaczy. Tak było dziś. Odpalam sobie fejsbuka. I co tam widzę? Fotorelację wprost z porodówki żony mojego znajomego. Szok. Widziałam już umazane kupą noworodki. Widziałam też siusianie na nocniczku, kąpiele dziecka. Zdjęcia rozstępów po porodzie. Nie obyło się też bez pseudo artystycznych zdjęć w bieliźnie albo jej szczątków. Ale fotostory z porodówki nie widziałam!

No i zobaczyłam. Zdjęcie nr 1. Leży napuchnięta kobieta na łóżku. Wokół cała aparatura monitorująca. Zdjęcie nr 2. Leży zwinięta w kłębek na boku i trzyma się za brzuch. Zdjęcie nr 3. Zbliżenie na twarz. Grymas bólu i chyba rozpaczy. Nie wiem, nigdy nie rodziłam. Szczęściem to to na pewno nie było. Zdjęcie nr 4. Znowu leży na plecach, ale fryzura już całkowicie skołtuniona i chyba poklejona od potu. Na twarzy mina pt. „Zaraz was wszystkich pozabijam.” Pewnie, też bym dostała szału, gdyby mój facet cykał mi fotki w chwili, gdy przeżywam pewnie największe katusze swego życia. Zdjęcie nr 5. Widać tam pielęgniarki i lekarza wokół „obiektu”. Pewnie zaczyna się akcja porodowa. Tak! zaczyna się, bo na zdjęciu nr 6 widzimy, jak jego żona wygląda leżąc okrakiem. Szczęście, że jest na tyle rozmazane, że nie widać rozwarcia.

Przyznam szczerze, że klikałam na następne z lekkim dreszczem na karku i zadzie. Tak jak Żyła za każdym lajkiem na swoim profilu myślał „eee… więcej już nie będzie!”, to ja myślałam sobie „nieee…, no więcej to już nie pokaże! Nie jest taki durny.”. A pokazał! I tak, czym dalej w next photo, tym bardziej widać główkę, a potem wszystko inne. Przecinanie pępowiny. I ten idiota (bo jak można nazwać faceta, który pokazuje tak intymne zdjęcia swojej żony?) zaprezentował światu, jak wygląda jego żona od tzw. dupy strony chwilę po porodzie. Wyglądała, jakby jej coś tam wybuchło! Bleeee… Teraz to się poważnie zastanawiam już nad sensem serwowania sobie takich przeżyć.

Zastanawiam się, czy jak on będzie chciał z nią kiedyś znowu się kochać i zajrzy w strategiczne miejsce, to mu stanie ten obrazek z porodówki przed oczami? A jak mu ten obrazek stanie, to czy co innego nie klapnie? ;) Dla mnie to zdjęcie było mega obrzydliwe. Niby sama natura, nic niezwykłego. Ale odrzucił mnie ten bezmiar bezmyślności znajomego pomieszany z dziwną formą ekshibicjonizmu. Nawet nie wiem, czy to do końca ekshibicjonizm, bo jednak nie swoimi nagimi zdjęciami tam epatował, tylko swojej kobiety! Ja tam bym nie chciała, żeby mój facet wrzucał na fejsa takie zdjęcia. Przyszło mi teraz do głowy, że czekam na fotorelację z jego porodu kamieni nerkowych. Bo tego na fb na pewno jeszcze nie było. No ciekawe, czy swoje miejsca intymne też będzie tak chętnie światu pokazywał!

Bachorszczyzna

Dzieci mnie wkurzają i kompletnie nie kręcą. Nie potrafię się rozczulić na widok gulgającego w wózku bezzębnego dzieciaka. Choćbym chciała nie wiem jak bardzo! Dla mnie to po prostu mały berbeć, który się ślini, bo nie ma zębów i gulgocze, bo nie umie inaczej się komunikować. Dlatego pewnie nie umiem w pracy znaleźć języka z matkami. Bo mnie nie kręcą ich opowieści. Że niunia już umie kupkę zrobić bez pieluchy. Że dziubuś to nie chce jeść bananka, ale lubi buraczki. Nie silę się już nawet na sztuczne udawanie zainteresowania, bo nie ma nic gorszego i paskudnego niż wymuszony uśmiech.

Oczywiście toleruję dzieci w moim otoczeniu. Dopóki nie włażą z butami w moją osobistą przestrzeń. Albo jeśli są grzeczne i dobrze ułożone. Co rozumiem przez grzeczne? A np. to, że jak już taka wesoła mama przyprowadza do mnie swoją latorośl, to latorośl ta nie maże rąk w ketchupie i nie stawia łapek na ścianie. Albo nie otwiera wszystkich szafek i nie wybebesza ich plugawej zawartości na światło dzienne. Albo nie traktuje mojego kota jako zwierza do upolowania.

Raz była taka jedna sytuacja. Dziecko-potworek najpierw wylało z premedytacją herbatę na podłogę. Potem wzięło się za kota. Próbowałam mamusi mówić, żeby wpłynęła na potworka, bo ja mogę to zrobić niezbyt profesjonalnie, gdyż sama dzieci nie posiadam. „Oj przestań! Przecież herbatę można zetrzeć z podłogi.” „No nie o to mi chodzi, czy można, czy nie. Chodzi mi o takie bałaganienie komuś z premedytacją.” „No są dzieci, jest bałagan.” „A u kogoś też?” „No w gościach przecież jesteśmy.” Już się gotowałam wewnętrznie. Przecież w gościach to tym bardziej trzeba zachowywać się w ramach jakiejś ogólnie przyjętej przyzwoitości. „Nie myślisz, że to właśnie w gościach trzeba być grzecznym?” „Ale to jeszcze dziecko, może mieć taryfę ulgową.” „Ja myślałam, że czego Jaś się nie nauczy, tego Jan nie będzie umiał.” „Ojoj, jak poważnie.”

Doszłam do wniosku, że nie będę się przejmować. Potworek pójdzie, to się najwyżej posprząta. A potworek wyrośnie na potwora i będzie mamuśce krew psuł, nie mi. Potem jednak sytuacja się zaogniła. Zauważyłam, jak potworek próbował dosiąść mojego rudzielca Garfa. „Powiedz coś, bo ja powiem.” „Z kotkiem się bawi.” „Na kocie się nie jeździ.” „A niech pojeździ, koty mają mocne kości.” Wzięłam dwa głębsze oddechy. Wstałam z krzesła i podeszłam do potworka. „Zostaw rudego.” „Nie! Ja chcę ujeżdżać koty!” „Zostaw mówię, bo ja cię zaraz ujadę. To mój kot!” Potworek spuścił oczka, zamrugał i zakwilił „A ja kcem!” „A ja nie kcem! Nie waż się kota tykać. Bo ci palce obgryzie i zje.” Potworek rozbeczał się strasznie. „Czemu straszysz? Nie wolno tak do dzieci!” „Mówiłam, żebyś sama coś powiedziała. Teraz nie miej pretensji.”

Zaczęłam się wtedy zastanawiać, dlaczego do tej pory inteligentna dziewczyna zachowuje się, jakby razem z odcięciem pępowiny ktoś jej poprzecinał połączenia pomiędzy poszczególnymi obszarami mózgu. Później potworek próbował ciągać kota za ogon i tłuc łyżką. Wściekłam się. Zabawa zabawą, ale dziecku trzeba tłumaczyć, że zwierzęta też czują. „No powiesz jej coś, czy nie?!” „Nic złego moja Niusia nie robi.” „To ja jej powiem, bo już mam was dość!” Podeszłam do Niusi-potworusi, złapałam ją za ramię i wyrwałam łyżkę. „Co lobisz?” „Mówiłam, że masz kota nie dręczyć!” „Ja się bawię.” „A wiesz, że kota to boli, jak się go za ogon ciągnie i bije łyżką?” „Nie boli!” „Czemu tak uważasz?” „Bo ja jestem mała i lekko biję.” Przewróciłam oczami i zwróciłam się do koleżanki, żeby zabrała swoją pociechę i już mnie z nią nie odwiedzała. Koleżanka się obraziła, bo przecież jej Niusia-potworusia jest bardzo grzeczna! Absurd. Grzecznym dzieckiem to byłam ja. Gdy szliśmy w gości siedziałam jak trusia obok Mamy, Babci, czy tam kogokolwiek. Zanim cokolwiek wzięłam, to się pytałam gospodarza, czy można. Skoro ja potrafiłam, to myślę, że jest to w zasięgu większości dzieci.

Dziś też się wpieniłam. Siedziałam w szpitalu gruźliczym pod gabinetem. Tak długo, że sama już nie pamiętam, po co właściwie przyszłam. Weszła jakaś kobieta z dzieckiem. Na pozór wszystko OK. Ale mój anty-baby radar zaczął pikać. Czułam przez skórę i sweter, że będzie coś nie tak. Siadły sobie na krzesełkach. Po sekundzie dziewczynka (lat ok. 3) przemawia „Mamusiu! Ja tu nie chcę siedzieć.” „Dlaczego?” „Bo ten dziad jest stary i brzydki!” Kopara mi zjechała. Jak ona tak mogła o starszym, siedzącym obok i wszystko słyszącym człowieku? A potem jeszcze niżej, gdy usłyszałam reakcję kobiety. Byłam pewna, że zwróci dziecku uwagę i przeprosi człowieka. Jakże się pomyliłam! Mamuśka otaksowała staruszka spojrzeniem. Wykrzywiła wargę i szepnęła tak, żeby wszyscy usłyszeli „Masz rację! Paskudny. Gdzie się przesiadamy?” Serce zabiło mi mocniej, bo wiedziałam, że jest wolne miejsce obok mnie. „Tam! Tam! Koło tej pani z ładnymi, jasnymi włosami!” Rozglądałam się. Niestety nie było innej pani z jasnymi włosami. No i siadły koło mnie.

Przez minutę było dobrze. Po chwili poczułam, że jakieś małe parzydełka smyrają mnie po ręce. Spojrzałam, cała ufajdolona od lukru i czekolady mała rączka. „Przepraszam, czy może pani powiedzieć dziecku, żeby mnie brudną ręką nie dotykało?” „Ohoho! Patrzcie jaka wrażliwa się znalazła!” Pomyślałam sobie, że to kolejna, której mózg z macicą się miejscami zamienił. „A ma pani ochotę prać mi sweter? Bo jakoś taki brudny się zrobił.” Spojrzała na mnie i zwróciła się do dziecka „Przestań, bo tej kobiecie brudzisz sweter.”

Była chwila spokoju. Po jakimś czasie bachorszczyzna zaczęła mi włosy macać i ciągnąć. „Co robisz?” „Dotykam, bo mi się podobają.” Nie wytrzymałam i wzięłam rękę tego dziecka ze swojej głowy. Ono na to w ryk „Buuuu!! Ałaaaa! Ta baba mi rękę łamie!!” I wtedy mamuśka zaczęła wtórować „Ty bezczelna, ty! Dziecko moje krzywdzisz!” „Nic nie krzywdzę! Dlaczego pani dziecko ma mnie dotykać, kiedy ja nie chcę! Jak pani nie reaguje, to ja sama reaguję! Pani sama je krzywdzi. Wyrośnie na aspołecznego potwora!” O dziwo, ludzie w poczekalni udzielili mi wsparcia. Też powiedzieli kobiecie, co myślą o jej unikatowych metodach wychowawczych. Na to kobieta widząc, że już nie ma opcji zakrzyczeć nikogo, powiedziała do dziecka „Chodź skarbie. Przyjdziemy kiedy indziej. Jak nie będzie tu takich głupich bab i śmierdzących, starych ludzi.”

Tragedia jakaś. Jak można tak swoje dziecko wychowywać? Przecież to jest jakieś bezhołowie. Bydło jakieś wyrośnie albo w ogóle nie wiadomo co. Czemu takie matki nie uczą jakichś elementarnych zasad typu szacunek do starszych, dla zwierząt, zachowanie w gościach? Przecież to są prozaiczne sprawy…

Damsko męskie dialogi

Nie uda mi się dobrnąć do tych humanistów. Naprawdę. Bo cały czas się przytrafiają na mojej drodze jakieś cuda na kiju. Dziś np. mój facet wreszcie był w domu szybciej. Szybciej to znaczy, że nie był w delegacji w zachodnim, cywilizowanym kraju i nie pracował n-ty dzień do dwudziestej z kawałkiem. Zobaczyliśmy się przed siedemnastą. Istny rekord w ostatnim czasie. Udało nam się nawet zrobić wspólne zakupy w stonce. Tu przy okazji nadmienię, że moje leniwe łapska trafiły tam na cud miód, taki że aż jestem wzruszona. Także…

Tattarattaaaaaa! Reklama! Jeśli jesteś leniwą, nieperfekcyjną, zbyt dobrze wykształconą bądź wypacykowaną lalą, aby profanować swe tipsy sprzątaniem albo po prostu normalnym człowiekiem, który jest tak urobiony w tyrce bądź zmelanżowany, że nie daje rady sprzątać częściej niż raz w miesiącu i wtedy z trudem powstrzymuje odruch wymiotny, to mam dla Ciebie idealne rozwiązanie. Perfectissimo wręcz i bynajmniej ;) Mr Magic – do łazienek oraz do kuchni. Bierzesz sobie otwierasz takie tam opakowanko. I co w środku? Magiczne chusteczki nasączone jakimś roztworem mega żrącym syf. Wysprzątają wszystko. Nawet moją chatę. Co najlepsze, czas sprzątania skróci się o 70%. Like it. I polecam. Koniec reklamy.

Teraz wracam do sedna. Rozmawiam sobie dziś ze swoim mężczyzną. O czym? A o ubiorze. Tak. Z mężczyzną. Nie przypuszczałam, że taki z niego elegancik. Biorąc pod uwagę, że prasowanie koszulek wprowadziłam mu ja. Bo wcześniej nie prasował. Mówił, że jak dobrze się roztrzepie mokre i odpowiednio powiesi, to będą proste. Zaczęłam prasować te koszulki, bo jednak za dużo przecinających się płaszczyzn tam widziałam. Chyba się zaraził tym widzeniem ode mnie, bo potrafi teraz do mnie przyjść i oznajmić „Kochanie! Kończą mi się uprasowane koszulki…” Jakby to ująć, taki elegancik mi tu przy boku wyrósł. W sumie, nie ma co się dziwić. Każdy chciałby wyglądać w miarę sensownie.

Kierowani tą wszechogarniającą nas elegancją, przeglądaliśmy tipy na wykopie, jak się facet powinien ubierać. I były buty. Takie z gatunku eleganckich, tudzież oficjalnych. Czyli pod gajer. Od razu napomknę, że nie jestem fanką gogusiów w koszuleczkach pod krawatem. Podoba mi się facet w szerokich spodniach, bluzie, superstarach. Zawsze tak mi się podobało i już chyba tak zostanie. Nic na to nie poradzę. To tak jak niektórzy mężczyźni mają słabość do kobiet w spódniczkach tak krótkich, że i tak wszystko odsłaniają. No i tak patrzymy na te buty, patrzymy… I nagle mówię „Zobacz kochanie. Tu nigdzie nie ma takich szpetnych trepów jak twoje.” „O jakich trepach mówisz?” „O twoich obleśnych butach pod gajer.” „Jakich obleśnych?! Zajebiste są!” Obruszył się. Ja się jednak nie poddałam i twardo parłam naprzód. „Zajebiste to one może były, ale z dziesięć lat temu. Nawet koleżanka mnie pytała skąd je masz, takie paskudy.” „Ona się nie zna.” „Jasne. No ile lat masz te trumniaki?” „Ja ci dam trumniaki! Odczep się od nich. Żebyś ty była taka stylowa…” „No! Ile je masz? Na studniówkę je kupiłeś?” „Nie ważne!” „Powiedz, ciekawa jestem.” „Na zakończenie gimnazjum!” Mina mi zrzedła totalnie. „To samo przez się świadczy, że takiego czegoś już się nie da nosić. One są toporne i pokraczne. Jak jakieś chodaki.” „Są super! Ładne. Wygodne. Skórzane. I nie pozbędę się ich nigdy!”

No i gadaj sobie z facetem… Sami to pierwsi do krytykowania kobiecych strojów. Białe spodnie – źle, bo dupa w nich duża i wieśniacko. Wzór w panterkę też nie halo. Kolor różowy – infantylny. I można tak w nieskończoność. A tu proszę. Sam potrafi pomykać w trzewikach, które pamiętają czasy Mojżesza. Buty są naprawdę PODŁE. Chętnie bym je tu sfotografowała i wrzuciła, ale jeszcze się obrazi…

Jednak nie ominęła mnie cięta riposta. Siedzimy w naszej niedawno urządzonej sypialni. Pyta mnie „Kochanie, pijesz piwko?” „Mogę, skoro tak usilnie nalegasz.” „Proszę.” I podaje mi puszkę. Na to mówię „Kochanie, ja bym się z sokiem napiła i przez słomkę.” „Eeee… nie marudź. Po co Ci takie udogodnienia.” „Oj, przynieś. Twoja dziewczyna takie lubi.” „Oj tam. Oj tam. Moja dziewczyna to lubi byle co, ważne żeby w głowie szumiało.” „Wiesz co? Kopa Ci zaraz zasadzę!” I się cieszy. Oj jak się kula ze śmiechu. To najpewniej była zemsta za buty. Z własnym facetem nie wygrasz. Obraziłam wspaniałe buciki, to spotkała mnie zemsta nietoperza.

Ochy, Achy i Mózgostrachy

Ten weekend był dla mnie tak interesujący, jak dawno żaden nie był. (Cóż za arcykonstrukcja zdania, moja Polonistka z LO pewnie się teraz na krześle przewraca) Aż mi po głowie chodziła taka pieśń – koleś śpiewa „Ale w koło jest wesooołooooooo, człowiek w pracy małpa w zoooo!” Pomyślałam sobie potem, że jednak małpa w pracy, człowiek w zoo. Bo taka małpa w zoo to w sumie pracuje. Na cały etat. A człowiek to właśnie w tej rzeczywistości ma jak w zoo. Albo nawet w cyrku. Na gwizdek wstaje do roboty. Na klaśnięcie wyczynia jakieś dziwne ewolucje i sztuczki w tej robocie. Potem na kolejny gwizdek goni do paśnika (Lidla jakiegoś albo innego sklepu), łapie co popadnie. A potem w domu wpiernicza. Jak małpa kit.

To tyle tytułem wstępu. Zacznijmy więc od piątku. Wracam z pracy, gonię do paśnika, a potem z paśnika do swojej gawry tudzież nory. Idę i patrzę sobie na pozostałą hałdę śniegu. Obok niej stoi jakiś wyżło-jamnik, zadziera łapę i leje na ten śnieg. Za nim goni jakiś tam inny psiak. I co robi? Rzuca się na ten już w obecnej tamtej chwili śniegomocz i sobie go oblizuje. Zjada! Jaki głupek. A wiecie, kto od tego psa głupszy? Ja! Bo myślałam, że jak do niego przemówię, to on przestanie. On na mnie zerknął, zamerdał ogonem, szczeknął i zaczął wpieprzać. Jak małpa kit.

Potem przyszły do mnie koleżanki. Na piwo i wino. Fajnie było, tylko niczego zbytnio nie pamiętam, bo już mnie zaczęła brać gorączka. I zapchał się nos. Jedyne co mi z tamtego spotkania w głowie świta, to coś o manewrach wojskowych i różnicach między Rosomakiem, a Leopardem. A potem to już tylko łapczywe łapanie każdego oddechu, bo przez rozdziawioną gębę, to ja nie potrafię.

Sobota była równie urokliwa. Cała przespana. I oczywiście okraszona odpowiednimi epitetami odnośnie zatok, nosa, kataru i gorączki. Jedyne pożyteczne co zrobiłam, to zamówiłam sobie kosmetyki od jumaka. No jak chcecie krytykujcie. Ja tam mimo wszystko zgadzam się z tezą, że Niemcom można bezkarnie odbierać dobra wszelakie. Pół Europy sterroryzowali i ograbili. To jak teraz im ktoś gwizdnie karton perfum, nie zbiednieją. A tak na poważnie, to jako absolwentka ekonomii, czyli nauki o gospodarowaniu ograniczonymi zasobami, stwierdzam, że kupuję u tego, który taniej sprzedaje to samo dobro. O!

W niedzielę było chyba najgorzej. Dwie nieprzespane noce. Dwie nieudane próby dezynfekcji piwem. Dwie tony obsmarkanych chusteczek. I zero poprawy. Tak koło 20 zmierzyłam sobie temperaturę. 38,9 stopni. Wspaniale. Rozpoczęły się wtedy szalone tańce mojego i tak już pokręconego umysłu. Stwierdziłam, że pewnie ktoś mnie podtruwa i dlatego jestem nieustannie zaspana i zmęczona. Robiłam kotce wykład, jak to ona ma dobrze, że jak coś podejrzane, to nie zje. A zjem wszystko, co wydaje mi się smaczne. Na to zadzwoniła moja Mama. „Jak się czujesz?” „Źle… raz mi ciepło, raz zimno. Z nosa lecą gluty o konsystencji butaprenu, głowa boli, gorączka rośnie. Tabletki nie pomagają.” „Ja ci powiem skąd to wszystko.” „Skąd? W pracy się pewnie zaraziłam, sporo osób ostatnio prycha.” „Nie! To wszystko przez ten twój kolczyk w nosie. To może być nawet zapalenie opon mózgowych. Czytałam w internecie, że od kolczyków się takie rzeczy robią.” Zaciekawiło mnie to. Lubię takie naukowe doniesienia wprost z forum dla gimnazjalistów. „Od jakich kolczyków?” „No tych w nosie!” „Dlaczego?” „Bo są blisko MÓZGU!!” Słowo mózg wypowiedziała takim tonem, że włos mi się na dupie zjeżył. „A co z tymi w uszach? Bo mam cztery w jednym i…” „Nie, no z tamtymi miałaś szczęście. Zagoiły się. Wyjmij dziecko ten kolczyk!” „No dobra. Jak poczujesz się szczęśliwsza, to wyjmę.” „Och, jak dobrze.” „Mamo, a ten w pępku, może zrobić tak, że będę bezpłodna? Bo on blisko macicy jest!” „Nie wkurzaj mnie!” I pac słuchawką. W tym momencie, kiedy jak tak bardzo chciałam kolejnych newsów. No ale cóż. Jak się nie ma co się lubi, to się kradnie co jest, jak mawiają pewni ludzie.

Stwierdziłam, że skoro już toczy mnie jakaś gangrena mózgu, która weszła nosem, to wypiję sobie piwo, bo i tak nie nadaję się do pracy. Trzy dni samoleczenia nie pomogły… Potrzeba więc pomocy specjalisty. Wracając jednak do piwa, to nie polecam w przypadku gorączki. Alkohol z podwyższoną temperaturą, okraszony mózgostrachami autorstwa mojej Mamy sprawiły, że robak lęku zaczął toczyć mą świadomość. Po jakiejś godzinie już byłam pewna, że zaraz umrę, a wszystko przez piercing nosa, który tam tkwi od dawna, a teraz postanowił mnie zabić. Celując prosto w mój procek! Bałam się już nie na żarty. Napisałam nawet sms do koleżanki, żeby podzielić się z nią swoją agonią. Mój facet patrzył się na mnie z politowaniem i kiwał głową. „Idź spać, bo brak snu Ci w głowie mąci.” No więc poszłam. I się nie wyspałam.

Wczoraj poszłam do lekarza. Orzekł zapalenie zatok. Dał jakieś śmieszne pigułeczki bez recepty, zwolnienie i kazał leżeć. A ja siedzę. Mam nadzieję, że to nie pogorszy leczenia. Dopiero po zjedzeniu tych tabletek polepszyło mi się. Bo wcześniej było mi słabo. Tak słabo, że musiałam kłaść się na łóżku, żeby się nie wywrócić. We łbie huczały mi bębny wojenne Mordoru, szykującego się do ataku na Śródziemie. I myślałam, że ktoś mnie otruł. Że naprawdę systematycznie podtruwa. Np. bromem. A potem jak już stracę świadomość i kontakt z bazą, to przykują mnie do łóżka. Jak w książce Dziennik Palahniuka. Polecam. Wtedy stwierdzicie, że ja jednak jestem całkiem normalna. Oczywiście każdy wolny dzień spędzam na zaznajamianiu sąsiadów ze swoimi gustami muzycznymi. To jak ustrój totalitarny. Mnie nie interesuje, że im się nie podoba. Mnie się podoba, to mają słuchać. Numer 1 – sprawia, że chce mi się tańczyć i potrząsać bolącą dyńką. Numer 2 – w końcu to Monika Brodka, nie hip-hop, którego sąsiedzi nie cierpią, więc po jaki ch*j walą w ścianę i drzwi? Przecież jestem na L4 i to element mojego leczenia, żeby falą akustyczną pobudzić zatoki do pracy… Numer 3 – całkiem ładny jest, w radiu często leciał. Powinni być przyzwyczajeni. Numer 4 – kozacki, chcę mieć refren na dzwonku.

Chciałam napisać o nimfomance i absolwentach studiów humanistycznych, ale musiałam dać upust weekendowym wizjom. Jutro się poprawię i napiszę coś, co się trzyma kupy i dupy ;)

Pozdrawiam cieplutko. Ciepluteńko, jak moja gorączka.

No cóż

Chciałoby się, rzec coś wesołego. To będzie. Idzie wiosna. Skąd wiem? Bynajmniej nie z prognozy pogody, wg której co tydzień w przyszłym tygodniu przyjdzie ocieplenie. Ja, wybitna meteorolożka (jaki koszmarek językowy), czuję to w kościach. Zawsze jak robi się wilgotna i chłodna pogoda, łamie mnie w gnatach. Dziś rano zaczęło się od delikatnego kucia w prawym ramieniu. Potem szpiliło mnie tak, że ledwo w arbaitsamlu wysiedziałam. Jakoś wiadra pomyj, które mi się na łeb wylewa, spływały jeszcze bardziej gładko. Po obiedzie zaczęły mi dawać o sobie znać kolana. Na fitnessie czułam, że dogorywam i jedyne czego chcę to łóżko i kołdra. Teraz boli mnie, przepraszam, jebie mnie cała prawa kończyna górna, obydwie dolne i gdzieś w dole kręgosłupa. Naprawdę muszę być żałosnym widokiem, bo nasza kotka weszła mi na kolana. Z reguły omija mnie szerokim łukiem.

Tak więc, na podstawie powyższej prognozy zapowiadam nadejście wiosny. I to tyle pozytywnych słów, jakie mogę z siebie wydobyć. Bardzo ciężko mi się żyje ostatnio. Jakieś dwa miesiące temu zmieniono mi przełożonego. Początkowo było niby OK. Po krótkim czasie się rozkręcił. Teraz mogę z czystym sumieniem stwierdzić, że postanowił mnie wykończyć. Robi wszystko, co może, żeby mnie pognębić i wyprowadzić z równowagi. Raz się pożarliśmy. Ale teraz zmieniłam taktykę na tzw. „be splendid”. Jestem kulturalna i miła aż do wyrzygania. Nawet jak na mnie wrzeszczy. Nie daję się wciągnąć w chorą grę. Wiem, że chce mnie się pozbyć. Słyszałam, jak mówił do Szefa, że jestem do dupy i nic nie potrafię. Cóż, są ludzie, którzy nie mając się czym sami wykazać, podkopują innych. A jak się szuka na siłę haka na kogoś, to się zawsze znajdzie.

W zasadzie mam dość odbierania co ok. 30-40 min telefonu ze zjebką i pretensjami. W dodatku na mój prywatny telefon, bo służbowego nie posiadam. Oprócz tego ciągłe rycie bani. Tak się nie da pracować. To znaczy da się, bo pracuję, ale zaczynam miewać znane sobie stany emocjonalne. Czuję, że nic pozytywnego z tego nie wyniknie. Wczoraj np. jeszcze dobrze nie weszłam do pracy, a już dostałam pouczenie, że za późno. Mimo, że się nie spóźniłam. Dziś też wysyłał mnie na halę wkręcając mi różne rzeczy, które tam miejsca nie miały. Że niby coś porozrzucane. Najbardziej jednak dobija mnie fakt, gdy przychodzi do mnie i wmawia mi, że produkujemy właśnie coś innego niż w rzeczywistości fizycznie tam stoi.

Często jeśli chodzi o szczegóły techniczne też przychodzi do mnie i pyta. „A jak to jest zrobione?” „Co się robi najpierw?” I mnóstwo innych głupich pytań, o rzeczy które w zasadzie powinien wiedzieć. Potem chodzi do Szefa i mówi, że ja to w ogóle nie wiem, co produkuję, nie mam pojęcia o technologii. W sumie, to niech się goni. Od jakiegoś czasu mam to w dupie. Co się będę spinać? Jak Szef będzie chciał w to uwierzyć, to uwierzy. I może nawet zwolni. Choćbym nie wiem jak się wysilała. Lepiej robić swoje, a frajerskim zachowaniem fałszywca się nie przejmować.

Śmieszne jest też to, że ten facet ciągle mnie o coś pyta. Nie umie nawet włączyć programu bazodanowego, który jest podstawą funkcjonowania w naszej firmie. A co dopiero coś w nim znaleźć. Porażka. Nie tyle jego nieumiejętność (chociaż trochę też z racji stanowiska), co bezczelność. Najpierw pyta o jedno, drugie, trzecie a potem obrabia mi dupę, że jestem „tępa cipa”, „baba, to co tu się spodziewać”, „niedouczona i nierozumna”. Nawet do moich ludzi. Nie wiedzą kogo słuchać. Przykładowo wchodzę rano ja i ustawiam robotę. A po 10 min. wjeżdża on i przewraca wszystko. Nie wiedząc o połowie rzeczy, które mają być zrobione. Ci durnieją, bo już nie wiedzą, których poleceń słuchać.

No, ale cóż. Ten pan nie wie, że nie takich jak on miałam już okazję przeżyć. I nie dam mu się wygryźć. Bo nie i chuj. Niech idzie na emeryturę, gdzie jego miejsce. Jakoś on mnie nie wzrusza tak, jak się spodziewał. Płakać przez niego nie będę. Oprócz tego, że psychicznie tak styra, że czasem nie pamiętam, jak się nazywam. Tak więc wojna. W Korei i u mnie w pracy.

Mezalians

Po pierwsze – poprzedni wpis to PRIMA APRILIS. Oj nie, nie popuszczę wirtualnej przestrzeni i będę dalej smarować swoje wypociny. Po drugie – Dziadek zepsuł mi święta. Czym? A no tym, że był i musiałam go oglądać. I słuchać. Wiem kim jest. Wiem co zrobił. Nienawidzę go. Nie trawię. Nie mogę słuchać. Każde słowo, które wypływa z jego ust to plugawa, śmierdząca rzeka kłamstw. Gdybym mogła, naplułabym mu w twarz. Ale szkoda śliny. Długo nosiłam się z zamiarem uprania tego syfu na blogu. A dziś zobaczyłam wątek o związkach. Zwykle mnie takie tematy nie ruszają! Ale teraz chcę coś przekazać. Że nie warto ratować związku. Jak zawsze stanę okoniem. I dlatego biorę udział w konkursie pt. „Jak uratować związek?” Blog.pl i Wydawnictwa Znak Literanova, adres bloga konkursowego – www.jak-uratowac-zwiazek.blog.pl. Tyle tytułem wstępu. Teraz do rzeczy.

Moja rodzina znalazła się tutaj, na pomorzu zachodnim, w wyniku powojennych przesiedleń. Podejrzewam, że sami na te ziemie by nie przyjechali. Dziadek to prawdziwy hrabia. Tak! Pełną gębą. Mieszkał na Litwie za dzieciaka. W samej stolicy. Jego Ojciec, a mój Pradziadek miał ogromną fabrykę cukierków. Miał też żonę. Nie taką, jakie się miewa teraz. To było aranżowane małżeństwo. Połączono majątki. Pradziadek robił te krówki i inne łakocie. Prababka siedziała w domu. Nie wiem, czym się zajmowała. Bo do pracy nie chodziła. Dziećmi się nie zajmowała, bo miała niańkę. Mieli też ogrodnika, gosposię, kucharkę i innych wiernych Alfredów do spełniania zachcianek. Kim byli? Arystokracją. Skąd się wziął ich majątek? Wolę nie wiedzieć. W szkole mnie uczyli, że z wyzysku i cierpienia. Tak, czy siak wiodło im się dobrze. Pieniążki płynęły szerokim strumieniem.

A teraz z drugiej mańki. Kim była moja Babcia? Tego dokładnie nie wiem. Mieszkała w Warszawie. Przed wybuchem 2-giej wojny światowej była dzieckiem. Żadnych fabryk cukierków chyba jej rodzice nie mieli. Majątków ziemskich chyba też nie. Tylko krewnych na wsi, którzy okazali się dla niej wybawieniem, gdy do stolicy weszli Niemcy i gestapo. Moja Babcia miała dwie siostry. Najstarszą rozstrzelali. Został po niej tylko portret ślubny, który oglądałam jako dziecko. Druga (też starsza) trafiła do Oświęcimia. Miała średni numer. Przeżyła. W dniu kiedy wszystko się zaczęło Babcia pojechała na wieś do ciotki. I do końca wojny tam została. Jak się z siostrą odnalazła? Nie powiedziała mi nigdy.

Skończyła się wojna. Babcia została sprzedawczynią. Przyszli ludzie w mundurach. Wysłali ją na ziemie odzyskane. W tym czasie na Litwie też była wojna. Bogatych właścicieli majątków ominęła. Ale komuna już nie. Ta ich wywłaszczyła. Jednak czerwoni barbarzyńcy byli stokroć głupsi od arystokracji z garbatymi nosami. Tu zachachmęcili, tam zakombinowali i na ziemiach odzyskanych, gdzie ich wysiedlono, zaczęli kręcić lody. Nowe miejsce, nowa fabryka.

Oczywiście były też jakieś imprezy w stylu potańcówek. I tam się poznali. On, czarujący prawie Lord, który miał się za pana wielkiego jak od Kijowa do Berlina. Cały świat powinien leżeć mu u stóp i spełniać jego zachcianki. Chyba był na tamte standardy przystojny. I korzystał z tego. Wyrywał panienki. Jedną za drugą. Trzecią za drugą. Zmieniał je jak politycy poglądy. I trafił na moją Babcię. Dziewczynę, a może już kobietę, która oprócz siostry nie miała tu nikogo więcej. Miała też serce, które chciało miłości. A ten Belmondo za pięć groszy miał bajerę.

Nie wiem, jak to się toczyło. Ale się domyślam i robi mi się mdło. Domyślam się, bo wiem jakim kłamliwym skur***nem potrafi być, gdy chce pieniędzy. Już widzę te wizje raju, jakie tam roztaczał. No i babiarz uwiódł ją. Dziewczynę z gatunku tych, które jedyne czego chcą to rodzina. Nie wiadomo, czy najpierw była ciąża, a potem ślub, czy na odwrót. Wiadomo, że dla rodziny takiej arystokracji to była potwarz, dyshonor, mezalians, tragedia, rysa na ich popieprzonej, odrealnionej wizji świata. Szczególnie Prababka miała z tym problem. Nie mogła tego przełknąć. Jednak musiała. Stało się i nie było odwrotu.

W międzyczasie i drugiej fabryki pozbawili Pradziadka. Udupili go tak skutecznie, że już się nie dźwignął. Reszta arystokratycznego towarzystwa została niejako napiętnowana. Nie mogli już kręcić nowych biznesów. Za resztki dobytku dostali niewielkie mieszkanie. Nie umieli i nie mieli gdzie, a przede wszystkim nie chcieli, pracować. Za to prosta sprzedawczyni w postaci mojej Babci nie miała takiego typu problemów. Załapała się w delikatesach na tyrkę. I utrzymywała swego Wspaniałego Męża. Co on robił w tym czasie, kiedy nie pracował? Palił szlugi, pił wino, wódkę, piwo i rwał kolejne dupy. Nawet kiedyś pokazał mi swój tajny album. Skurwiel. Prawie z każdą miał słit focię. A Babcia zapieprzała w sklepie w tym czasie.

No dobra, żeby nie było. Dziadek miewał robotę. Krótką, jak jego wierność małżeńska. Wypłatę zawsze przebalował. Nigdy nie przynosił do domu. Bo on musiał się ZABAWIĆ, WYSZALEĆ i robić INNE RZECZY, KTÓRYCH BABA NIE ZROZUMIE. Tak więc Babcia przymykała oczy na jego wybryki. Bo cała rodzinka mówiła jej, jaka jest nic nie warta. Bo jest sprzedawczynią. A oni arystokracją. Oni mieli błękitną krew. Szlachetne geny. Takie pospólstwo powinno się cieszyć, że może doznawać szczęścia i zaszczytu bycia w tak szacownej familii. I tak na każdym kroku sprowadzali Babcię do parteru.

Kilka razy Dziadek chciał odejść. Wtedy Babcia zaklinała go na wszystkie świętości i wybaczała. Chciała ratować „związek”. To, co wydawało jej się małżeństwem, jakąś więzią, namiastką rodziny. Przyjmowała też gości. Kuzynostwo i rodzeństwo Dziadka. Musiała wtedy brać wolne w pracy. Żeby od rana podawać im jedzenie. Gotować, sprzątać, prać i usługiwać. Trwało to latami. Nawet jako mała dziewczynka miałam okazję poznania manier arystokracji. „No tak, co się dziwić. Taki plebs sklepowy to nie umie nawet porządnie podać do stołu.” To były teksty Ciotki, tzn. siostry Dziadka, gdy przyjeżdżała na wczasy. Dziadkowi też wiele nie brakowało. Potrafił rzucać sztućcami, gdy coś mu nie odpowiadało „No tak! Za mało wysmażona cebula. Specjalność tego domu!” „Nie ma czystej popielniczki. Specjalność tego domu!” „Zupa za rzadka. Specjalność tego domu!”

Gdy Pradziadek żył, potrafił pilnować wierności Babci. Stał pod sklepem. I patrzył. Czy za długo nie rozmawia z klientami. Czy nie znika gdzieś zza lady. Czy po pracy idzie prosto do domu. Moją Mamę notabene także kontrolował. Tymczasem jego synuś potrafił znikać na całe noce, dnie, a nawet tygodnie. Mi utkwiła w pamięci akcja, gdy byłam w gimnazjum. Najpierw znikł na dwa tygodnie. Szukaliśmy go wszyscy. Potem wrócił i obwieścił Babci „Bo mnie denerwujesz. Jesteś taka małostkowa. I beznadziejna. Nie wiem, czy mogę w tym tkwić. Co zrobisz bym został?” „Wszystko.” I dalej robiła wszystko, by został. By ratować strzępki tego, co nazywali związkiem.

Pewnego dnia pojechał na działkę. I już nie wrócił. Mijał miesiąc. Potem pół roku. Po czasie Babcia przyznała się, że przyszedł zaraz po emeryturze i poprosił o pieniądze. Dała mu wszystkie. Zostało jej w portfelu kilka złotych.  Poszedł chuj i już nie wrócił. Zostawił ją z niczym. Po dwóch tygodniach zorientowaliśmy się, że ona po prostu nie ma pieniędzy nawet na jedzenie… Po tym wszystkim posypało się.

Babcia zaczęła się miotać. Była nieswoja i zamyślona. Zaczęłam znajdować w jej rzeczach różne tabletki. Na sen, na uspokojenie. Do tego jadła różne witaminy i leki na nadciśnienie. Potem nadszedł czas, że tylko leżała w łóżku. Pewnego dnia poleciała jej krew z nosa. Poszła do lekarza. Zlecił wyniki krwi. Ostra białaczka. Tak nagle. Zaczęły się szpitale, chemie. Tego nie pamiętam. To wyparłam ze swojej pamięci. Tego nie chcę pamiętać. Po co mieć przed oczami obraz osoby, która umiera? Umiera i gaśnie w środku. Pytaliśmy lekarza, dlaczego tak jet. „Bo w niej nie ma woli życia. To jedna z niewielu pacjentek, po jakich widzę, że chcą umrzeć.”

Przed samą śmiercią leżała u nas w domu. Wybroczyny. Niemożliwość wstania z łóżka. Morfina. Pytałam, dlaczego. „Bo chciałam uratować ten związek i nie udało mi się. Za mało się starałam.” „Starałaś się całe życie. Wybaczałaś wszystko. Godziłaś się na poniżanie.” „Bo nie byłam go warta…” Potem powiedziała, że jedyne, czego jeszcze chce to go zobaczyć ostatni raz. No i trzeba było znaleźć. Bo jak odmówić? Niebo i ziemia poruszona. Dziad się znalazł. Mieszkał z nową babą. Odszedł tak po prostu. I jeszcze wziął pieniądze. Ostatnie. Po prawie czterdziestu latach małżeństwa. Nawet nie powiedział, gdzie idzie.

No, ale cóż. Trzeba była go sprowadzić. Przyszedł po kilku błagalnych rozmowach. Tamta baba stała pod klatką i czekała. On podszedł do Babci i powiedział „O, jeszcze nie kojknęłaś?” Pogadał swoje dyrdymały i poszedł. Zaszedł jeszcze do mnie (wtedy nastolatki) i zapytał mnie, czy nie dam plakatów i kosmetyków dla jego nowej wnuczki. „Wypierdalaj.” Więcej nie powiedziałam.

Niedługo po jego wizycie Babcia zmarła. Dwa, czy trzy dni później. Zawołała mnie, żebym założyła jej skarpetki. Położyła się na łóżku. Po kilku godzinach zaczęła się gorączka. Przyjechała karetka. I tyle. Więcej jej nie widziałam.

Na pogrzebie Dziadek podrywał kelnerki. Myślałam, że zwymiotuję rosołem. I kotletem schabowym. „Śliczna brunetko, nalej mi kaweczki.” Nie pamiętam więcej z tego pogrzebu. Wiem za to, że na grobie nigdy nie był. Pojawiały się znicze i kwiaty. Myśleliśmy, że to on stawia. Dwa lata temu wydało się wszystko. To stawiała Z. jej koleżanka z pracy. A on cały czas pytany o znicze mówił „No no, tak tak.” Nie umiał powiedzieć, że to nie on. Co tu dużo komentować…

Także nie ma chyba co się dziwić, że słabo mi jak jego pysk widzę w święta przy stole. I nie ma co się dziwić, że uważam, że nie warto ratować walących się związków… Co nie było nam pisane, nie powinno być na siłę sklejane.

Finito

Siema!
Od dziś oznajmiam Wam, że kończę już z tym pisaniem bloga. To jest ostatni wpis. Nie mam czasu i ochoty stukać dalej w klawiaturę. Muszę się zająć piłowaniem paznokci, regulacją brwi, zmiękczaniem pięt, depilacją bikini, złuszczaniem naskórka, farbowaniem pasemek, chodzeniem po wyprzedażach, włażeniem w dupę przełożonym, zrobieniem sobie trójki dzieci i staniem w kolejce po liczne zasiłki dla samotnych matek. Także widzicie, że poważna Polka nie ma czasu na takie bzdury jak blogowanie. A! Zapomniałabym, muszę jeszcze zacząć sprzątać klatkę schodową w ramach czynu społecznego i chodzić co dzień do kościoła.
Tak więc jak z pisaniem
FINITO!